Metody Marnowania Czasu: marca 2010

poniedziałek, 15 marca 2010

Wilq Superbohater: 1234 Album [Bartosz i Tomasz Minkiewiczowie] [recenzja]

Brak komentarzy:
Ostatnio pisałem o Wilq dokładnie rok i tydzień temu, przyznając się jednocześnie, że jego przygody znam jedynie z łamów Produktu. Było to niewybaczalnym błędem, bo seria jest mistrz - szkoda tylko, że jej pierwszych zeszytów nie ma już w sprzedaży. Od czasów recenzji Nie będę walczył z dinozaurem jak jakiś debil moim oczekiwaniom wyszedł naprzeciw album zbierający cztery początkowe wydania - Wilq 1234. Przeleżał sobie trochę (nawet nie na mojej półce, a u panów z Gildii, gdzie zamówiłem go jeszcze przed premierą kilka ładnych miesięcy temu i odebrałem dopiero niedawno wraz z innymi komiksami), dojrzał i został przeczytany wczoraj, czyniąc niedzielę niezwykle interesującym i zabawnym dniem.

Nie licząc epizodów zamieszczonych wcześniej w Produkcie (których przecież i tak nie uczyłem się na pamięć, więc dostarczyły kilku ton świetnej rozrywki), ja tych historii w ogóle nie znałem, a ich zajebistość po raz kolejny pokazała mi, że nie należało zaniedbywać efektu pracy braci Minkiewiczów i interesować się nim od samego początku. Cała konwencja, od charakterystycznej kreski po scenariusze pełne niesamowitych odzywek (będącymi już wręcz czymś kultowym i powszechnie używanym zarówno przez tych, którym wyraz "Wilq' nic nie mówi, jak i tych, u których inspiracja jego przygodami nie budzi żadnych wątpliwości - posłuchajcie choćby niektórych kawałków grupy Dinal*) zwala z nóg i - wiem to z doświadczenia - potrafi rozśmieszyć nawet osoby, które przed lekturą zarzekałyby się, że tego typu głupkowaty humor jest absolutnie nie dla nich. Jakby to powiedział Entombed: "Chuja tam nie dla nich".

*na czele z "Siewka, bity ściema", gdzie już sam tytuł mówi wszystko

Przypuszczam, że same opowieści z albumów Wilq Superbohater, Historie, których wolałbyś nie znać, Żółw, tuńczyk i jaskinia krokodyla oraz Powrót na basen w Suchym Borze to rzeczy raczej klasyczne dla siedzącego w temacie czytelnika komiksu. Ci mniej zaangażowani i tak kojarzą, co jest grane, a zupełnie niezorientowanym polecam w ciemno. Przy niektórych motywach i odzywkach sam nie mogłem uwierzyć w to, co czytam, kilka razy omal nie umarłem ze śmiechu, ale zdecydowanie warto otrzeć się o taką śmierć i sięgnąć po przygody opolskiego superbohatera. A jakie dodatki zapewnia ekskluzywne, zbiorcze wydanie? Po pierwsze, twardą oprawę i obwolutę, co może i nie pasuje do standardowej oszczędnej formy komiksu, ale raczej nie można uznać tego za wadę. Po drugie, kolory - rzecz jeszcze bardziej nietypowa. Wbrew moim obawom dodatek ten nie zepsuł prostej kreski i klimatu opowieści; czasem pomyślałem, że właściwie jest zbędny, ale w kilku przypadkach stanowił ciekawą odmianę, ogólnie nie ma na co narzekać - kolor idzie do tabelki zatytułowanej "plusy". Po trzecie, album zawiera kilka nowych epizodów, co jest oczywistą zaletą, zwłaszcza, że wpisują się w wysoki poziom całości.

Jedyną wadą tomu z numerem 1234 jest jego cena - i mam na myśli cenę, za którą można było kupić ten komiks przed premierą, bo kiedy patrzę na obecną (119zł!!!), boję się o swoje serce. Obwoluta obwolutą, twarda oprawa twardą oprawą, a ja i tak twierdzę, że drogo. Nawet za tak dobry komiks. Mimo to, na pewno warto go mieć, a przynajmniej przeczytać.

poniedziałek, 8 marca 2010

Invincible: Out of This World [Robert Kirkman & Ryan Ottley] [recenzja]

Brak komentarzy:
Na zły początek...
Po kolejnej przerwie w historii tego bloga chyba znów chce mi się pisać częściej. To dobrze, przynajmniej dla mnie, bo lubię to robić, chociaż brakuje mi systematyczności. Zdarzają się też momenty, w których mam po prostu dość, więc pewnie jeszcze nie raz odpuszczę sobie na dłuższą chwilę. Tak czy inaczej, chociaż Komiksofilia nie jest kamieniem milowym w dziejach komiksowych blogów, raczej nie zdechnie tak szybko, jak myślałem na samym początku.

Out of this World, dziewiąty tom, zeszyty od #42 do #47 i wciąż jest świeżo. To raczej kolejny przejściowy TPB, pozbawiony jasno zarysowanego motywu przewodniego, ale jak zwykle dokładający kilka nowych elementów do układanki (będą spoilery). I tak, Invincible wciąż naparza mniejsze i większe potwory, Oliver jest coraz większy, mądrzejszy, silniejszy, i - jak się wkrótce okaże - nie zawsze spokojny, a Eve wykorzystuje to, co wcześniej nazywałem skomplikowaną relacją pomiędzy Markiem, Amber oraz nią, chociaż póki co nie wszystko idzie po jej myśli (a to z powodu świetnie pomyślanego wydarzenia z tomu Three's Company, o którym zapomniałem wspomnieć, więc nadrabiam i wspominam, chociaż nie chcę zdradzać, o co dokładnie chodziło). Niewiele rzeczy idzie też po myśli głównego bohatera - widać doskonale, że mieszkańcy Viltrum cały czas mają Ziemię na oku i nie odpuszczą, a Invincible jeszcze nie jest w stanie im zagrozić. Mamy też powrót Allena, który kombinuje, jak zyskać znaczącego sprzymierzeńca w nadchodzącej wojnie, a kilka postaci zabitych w My Favorite Martian okazuje się jednak nie całkiem zabitych, co nie powinno dziwić żadnego czytelnika komiksów superbohaterskich. Całość kończy się nieco mniej zaskakującą puentą niż choćby ostatnio, ale i tak napisałbym, że dziesiątego TPB oczekuję z wielką niecierpliwością (gdybym już go nie przeczytał).

piątek, 5 marca 2010

It's a Bird... [Steven T. Seagle & Teddy Kristiansen] [recenzja]

Brak komentarzy:
Swego czasu dotarła do mnie opinia, że It's a Bird... to "najlepszy komiks o Supermanie bez udziału samego Supermana", ale tak naprawdę do przeczytania tej historii zachęciły mnie dwa hasła: Vertigo oraz Teddy Kristiansen. Moja fascynacja wydawnictwem na literę V jak Vendetta jest zauważalna chyba dla każdej osoby, która nie zagląda tutaj od wczoraj, natomiast ilustracje Kristiansena są dla mnie czymś wyjątkowym odkąd ujrzałem je po raz pierwszy w zaprezentowanym jeszcze przez TM-Semic Batmanie Black and White (Wydanie Specjalne 2/97 - hej, to już 13 lat, a pamiętam jak dziś mój powrót ze szkoły, w czasie którego nie mogłem oderwać się od lektury nawet mimo faktu, że zaczęło padać... do teraz widać ślady wielkich kropel deszczu na kartkach). Kojarzycie tę historię ze Świętym Mikołajem? Mieliśmy wtedy po 11 lat i niektórzy koledzy pytali "Po co rysować takie brzydkie postacie, skoro można ładniej, bardziej szczegółowo i w ogóle lepiej?", ale mi styl Kristiansena od razu przypadł do gustu. Jeden z tych gości, którzy nawet nie muszą podpisywać swoich prac, bo i tak na pierwszy rzut oka wiadomo, kto jest autorem. It's a Bird... nie zawodzi pod względem wizualnym, komiks jest narysowany tak, jak oczekiwałem po zapoznaniu się z nazwiskiem ilustratora. Jest brzydko, szkicowo, chłodno (głównie dzięki kolorystyce) i bardzo "Vertigowsko" (wyraz ten w moim słowniku jest najczęściej synonimem słowa "popieprzony"). Krótko mówiąc - podoba mnie się to, choć dla wielu może być nieprzystępne. Chwalmy prace Kristiansena i uważajmy się za elytę.

Jeśli chodzi o autora scenariusza, przed lekturą od razu skojarzyłem go z "tym gościem od American Virgin" (miałem nawet recenzować tę przedwcześnie zakończoną serię, ale im więcej czasu mija, tym mniej zaprezentowanych w niej wydarzeń pamiętam, a niestety nie była na tyle dobra, żeby chciało mi się do niej wracać), co niekoniecznie było czynnikiem zachęcającym. Tamten komiks miał swoje dobre momenty, ale kojarzył mi się przede wszystkim ze zbędnymi przegięciami - w Kaznodziei Garth Ennis potrafił szokować i budzić szczery niesmak, a jednocześnie robić to tak, że czytelnik pozostawał zachwycony (w każdym razie częściej niż rzadziej), za to w American Virgin te wszystkie gejowskie kluby, transwestyci i podobne rzeczy pokazywały, że sama kontrowersja nie wystarczy, bo szokować też trzeba umieć, a niesmak można budzić w paradoksalnie dobrym stylu. Tamta pozycja nie powalała na kolana, ale na szczęście w It's a Bird... mamy do czynienia z zupełnie inną konwencją, bez skórzanych masek i gwałtem analnym czającym się w piwnicach pełnych dziwnych urządzeń. Zilustrowana przez Kristiansena historia to raczej spokojna i bardzo dobrze skonstruowana obyczajówka, poruszająca jednak dużo bardziej niż to, że jakiś chłopiec jest virgin, chociaż wolałby już nie być, ale nie pozwala mu na to jego religia i rodzina.

Główny bohater It's a Bird... to Steve, prywatnie niezwykle zamknięty w sobie człowiek, a zawodowo scenarzysta komiksowy, który właśnie dostał propozycję pisania przygód Supermana. Marzenie wielu konkurentów jest jednak czymś, z czym autor nie potrafi i przede wszystkim nie za bardzo chce się zmierzyć; standardowo uważa Człowieka ze Stali za zbyt sztampową postać, o której nie da się opowiedzieć niczego ciekawego. W końcu jakie problemy może mieć osoba, która jest nadludzko silna, lata, ma rentgenowski wzrok i tysiąc innych umiejętności, a przede wszystkim nie choruje, czego nie można powiedzieć o rodzinie Steve'a - kiedy był mały, jego babcia zmarła w wyniku pląsawicy Huntingtona, choroby genetycznej, która być może jest i jego przypadłością. Strach przed jej skutkami oraz to, że ojciec głównego bohatera nie pojawiał się w domu od kilku dni sprawia, że brakuje mu czasu i ochoty na zajmowanie się przygodami Supermana. Musi najpierw rozwiązać swoje własne problemy (jednocześnie analizując wszelkie cechy komiksowego superbohatera, o którym ma pisać), dogadać się z bliskimi i odnaleźć zaginionego rodzica. Czeka go podróż, która zmieni jego podejście do życia oraz sztampowości Człowieka ze Stali.

Ciekawa fabuła, wiarygodne i dobrze skonstruowane postacie, wciągająca narracja (momenty, w których Steve w trakcie konwersacji z jakąś postacią odwraca się komentuje zaistniałą sytuację zwracając się bezpośrednio do czytelnika to jeden z ciekawszych smaczków) oraz ilustracje Kristiansena czynią z It's a Bird... coś, z czym na pewno warto się zapoznać.
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...