Metody Marnowania Czasu: sierpnia 2010

środa, 25 sierpnia 2010

Profesor Bell [Joann Sfar] [recenzja]

Brak komentarzy:
Profesor Bell ukazał się w Polsce kilka ładnych miesięcy temu, jednak nadal warto napisać o nim kilka słów. Z początku cena okładkowa (69zł) wydawała mi się stanowczo zbyt wygórowana jak na tak niewielką objętość komiksu (96 stron), ale wrażenie to zniknęło zaraz po przeczytaniu, a właściwie samym przejrzeniu kilku stron opowieści. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z jakąkolwiek historią napisaną lub narysowaną przez Sfara, jednak dwa albumy zebrane przez Mroję w jednym dużym tomie udowodniły mi, że natychmiast powinienem nadrobić zaległości.

Tym, co rzuca się w oczy od samego początku lektury jest niesamowity, niepowtarzalny KLIMAT, dzięki któremu natychmiast zapragnąłem, by Mroja wydała kolejne tomy z przygodami Profesora Bella, najlepiej od razu. Dobrze scharakteryzują go pozornie wykluczające się nawzajem przymiotniki "mroczny" i "zabawny", ale Joann Sfar dodał tutaj to coś, czego nie spotkałem w żadnym innym komiksie. Widać to już przy przeglądaniu ilustracji; rysunki autora sprawiają wrażenie bardzo prostych i przejrzystych, jednak poszczególne elementy nie są pozbawione większej ilości szczegółów. Łatwa w odbiorze kreska jest w rzeczywistości jednym z unikalnych składników specyficznej atmosfery opowieści, a świetne kolory nałożone przez Brigitte Findakly tylko spotęgowały niesamowite wrażenie. Jedyną wizualną wadą komiksu są pojawiające się bardzo często mikroskopijne litery - nie mogę narzekać na słaby wzrok, ale kilka razy musiałem nieźle się wysilić chcąc odczytać napisy w dymkach. Trzeba być wyjątkowo cierpliwą osobą, żeby nie rzucać przy tym mięsem.

Scenariusz to kolejna rewelacja. W dwóch przedstawionych tu opowieściach, Dwugłowym Meksykaninie oraz Lalkach Jerozolimy, Sfar zmieścił tyle dobrego, że mógłbym rozdzielić to na trzy komiksy, a i tak byłbym zadowolony z każdego z nich. W pierwszej historii główny bohater musi rozwiązać problem tytułowego Meksykanina z dodatkową głową przejmującą kontrolę nad całym jego życiem; z kolei w drugiej przeciwstawia się samemu diabłu, który jednak nie okazuje się wcale aż tak straszny. W obu przypadkach mamy do czynienia z imponującą pomysłowością autora, w niezwykły sposób łączącego elementy horroru z humorem (fakt, że najczęściej czarnym). Gdybym miał się do czegoś przyczepić, byłaby to objętość komiksu - po przeczytaniu pierwszego tomu od razu chce się więcej. Mam nadzieję, że kolejna dawka dotrze do Polski jak najszybciej.

Profesor Bell nie jest opowieścią, która spodobała mi się w czasie lektury, ale zaraz potem o wszystkim zapomniałem i odłożyłem ją na półkę. Po kilku miesiącach to wciąż świetna pozycja i cały czas chce się do niej wracać. Mam wrażenie, że będę to robił, dopóki nie dostanę w swoje chciwe łapy drugiej części.

środa, 11 sierpnia 2010

Invincible: Happy Days [Robert Kirkman & Ryan Ottley] [recenzja]

1 komentarz:
Jedenasty TPB, jak zwykle krótko (przynajmniej taki jest plan hehe) i jak zwykle ze spoilerami. Czytelniku - czuj się ostrzeżony.

Tym razem w zbiorze znalazły się zeszyty #54-59 oraz jedenasty numer serii The Astounding Wolf-Man. Na początku mamy mały wgląd w potencjalną przyszłość głównego bohatera; znając Kirkmana, jest bardzo prawdopodobne, że ten wątek jeszcze nie został zakończony. Następnie przechodzimy do obecnych wydarzeń, między innymi do wątku uwięzionego Omni-Mana, od którego dowiadujemy się o bardzo istotnej słabości przedstawicieli jego rasy. Tymczasem na ziemi Mark ma na głowie coraz większą ilość kłopotów, od tych związanych z byłą dziewczyną po fakt, że jest obserwowany przez nieznanego przeciwnika. Jakby tego była mało, dochodzi problem z Wolf-Manem, co dla czytelników oznacza udany gościnny występ tej postaci w serii Invincible, jak również pokazanie się syna Omni-Mana w komiksie opowiadającym o przygodach człowieka-wilka. Nasz bohater ilustrowany przez kogoś innego niż Ryan Ottley to miła odmiana, choć muszę przyznać, że nie zachwyciłem się rysunkami Jasona Howarda.
#58 zeszyt zawiera sporo zapowiedzi wydarzeń, o jakich przeczytamy w najbliższej przyszłości. Kirkman jest mistrzem dawania mniej lub bardziej oczywistych wskazówek i zachęcających sygnałów - tym razem również nie zawiódł. I choć ani finał tego tomu, ani poszczególne wątki zaprezentowane w numerach #54-59 nie powalają na kolana, nie mógłbym napisać, że to słaby TPB, albo że seria obniżyła poziom. Wcale tak nie uważam i mam zamiar czytać dalej. Polecam po raz nie wiem który.
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...