Metody Marnowania Czasu: kwietnia 2013

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Fantasy Komiks #19 [recenzja]

Brak komentarzy:
19 numer "Fantasy Komiks" wyszedł naprawdę dobrze, tym bardziej smuci więc umieszczona we wstępie wiadomość o kolejnej negatywnej zmianie. Tym razem wydawany przez Egmont magazyn z dwumiesięcznika staje się kwartalnikiem. Na tej samej stronie można przeczytać, że "zapaść rynku czytelniczego pogłębia się" oraz "w obecnej sytuacji jest to jedyne rozwiązanie, umożliwiające publikację na polskim rynku kolejnych części rozpoczętych przez nas serii". Nie wiem już, co jeszcze musieliby zrobić wydawcy, żeby ich antologia nie traciła na popularności, bo, przynajmniej w teorii, na chwilę obecną "Fantasy Komiks" ma wszystko, czego mu trzeba, zakładając, że jego celem jest pokazywanie komiksu środka, jaki ma trafiać do masowego odbiorcy. [więcej na stronie Alei Komiksu]

sobota, 27 kwietnia 2013

Przebudzone legendy: Oczy dla kruka [Adam Święcki] [recenzja]

Brak komentarzy:
Oczy dla kruka to czwarta część cyklu Przebudzone legendy, różniąca się od poprzednich zarówno wydawcą (wcześniej było to Studio Domino, teraz Timof i Cisi Wspólnicy) jak i podejściem do historii, która tym razem nie nawiązuje do wcześniejszych epizodów i jest niezależną opowieścią. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

wtorek, 9 kwietnia 2013

Pjongjang [Guy Delisle] [recenzja]

4 komentarze:
Nawet gdyby niedawne groźby ze strony Korei Północnej oraz prawdopodobieństwo wojny z jej południowym sąsiadem w ogóle nie miały miejsca, "Pjongjang" i tak byłby komiksem ważnym i wartym wznowienia. Guy Delisle z właściwym sobie niesamowitym zmysłem obserwacji przedstawia kraj tak absurdalny, że aż czasami chciałoby się oskarżyć autora o wymyślanie kolejnych niedorzeczności wyłącznie na potrzeby swojej historii. Już po kilku stronach nikogo nie powinien dziwić fakt, że lekturą zabraną przez niego w podróż jest "Rok 1984". W kraju rządzonym przez Kim Dzong Ila może i nie ma teleekranów pozwalających na zaglądanie obywatelom do mieszkań, może nie działa Policja Myśli, jednak poza tym różnic między północnokoreańską rzeczywistością a słynną powieścią Orwella jest naprawdę niewiele. [więcej na stronie Alei Komiksu]

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Żywe Trupy: Powód do strachu [Robert Kirkman & Charlie Adlard] [recenzja]

Brak komentarzy:
W poprzednich recenzjach kolejnych tomów Żywych Trupów byłem umiarkowanie zadowolony, pisząc, że ciągle jest całkiem dobrze, ale jednocześnie marudząc, że takiej serii nie da się ciągnąć w nieskończoność. Nadal tak uważam, ale z uśmiechem na twarzy przyznaję, że Powód do strachu, siedemnaste wydanie zbiorcze, szybko i skutecznie zamknęło mi mordę. Lepiej późno niż wcale. To najlepsze odcinki cyklu od czasu Stworzeni by cierpieć (tom ósmy), gdzie Kirkman bezlitośnie wymordował sporą część najważniejszych bohaterów swojego komiksu, pokazując czytelnikom, że w jego scenariuszach może zdarzyć się wszystko i żadna postać nie jest bezpieczna. No tak, ale później na kolejne zgony reagowałem co najwyżej obojętnym ziewnięciem, nie pamiętam, kiedy ostatnio naprawdę przejąłem się losami Ricka i jego przyjaciół. Żywe Trupy przez cały ten czas były dobrą lekturą, ale po tak częstym uśmiercaniu bohaterów zaskakiwanie odbiorcy stawało się coraz trudniejsze. Trzymając w rękach Powód do strachu znowu czułem się tak, jak za dawnych czasów, kiedy czytałem ten komiks, a moje szczęka leżała gdzieś na podłodze.

To prawda, że Kirkman może zaskakiwać chyba tylko w jeden sposób, mianowicie pokazując kolejne sceny okrucieństwa wpływającego na coraz bardziej pokręcone relacje pomiędzy bohaterami. Ale to nieważne, w siedemnastym tomie znowu robi to tak, że przewracając kolejne strony robiło mi się niedobrze i byłem autentycznie poruszony. Tego właśnie oczekuję od Żywych Trupów. Autorom znowu się udało, co prawda musiałem czekać na to przez wiele miesięcy (co ja piszę... lat!), jednak mam nadzieję, że tym razem potrwa to trochę dłużej niż ostatnio i kolejne wydanie zbiorcze będzie tak samo dobre. Tyle razy wspominałem o tym, że seria Kirkmana w końcu zacznie zjadać swój własny ogon, ale kto wie, być może jednak uda się tego uniknąć, przynajmniej na jakiś czas. Bo nie wierzę, że na zawsze.

W siedemnastym tomie sytuacja znowu trochę się zmienia, zmienia się położenie bohaterów oraz pozycja Ricka w grupie. Kiedyś stracił prawą dłoń i od tego czasu nie jest już tak sprawny, jak wcześniej, teraz mógł stracić coś więcej, ale na rezultaty trzeba poczekać. I nie będzie chyba żadną niespodzianką, kiedy napiszę, że Powód do strachu wita naszych znajomych nowymi problemami, jednak nadal są to problemy głównie z ludźmi. Chodzące trupy przewijają się gdzieś tam w tle, będąc jedynie pretekstem do sadyzmu i okrucieństwa tych, którzy przeżyli. Nic nowego. Nowy, a raczej odnowiony, jest za to mój entuzjazm. Znowu wierzę w tę serię i czekam na ciąg dalszy z dużo większą niecierpliwością niż zazwyczaj.

środa, 3 kwietnia 2013

Za Imperium: Honor [Merwan & Bastien Vivès] [recenzja]

Brak komentarzy:
„Honor”, pierwszy tom serii „Za Imperium” autorstwa Merwana i Bastiena Vivèsa, już od pierwszych stron rzuca czytelnika w sam środek akcji. Oto przedstawiciele tytułowego Imperium za pomocą połączonych sił licznej, dobrze wyszkolonej armii oraz niewielkiej, elitarnej grupy żołnierzy do zadań specjalnych, w brawurowy sposób opanowują kolejne miasto. Nie jest to ich pierwsze zwycięstwo, ale z pewnością ostatnie, przynajmniej w znanym nam świecie. W głównym sztabie wojsk cesarskich odbywa się nadzwyczajna rada, w czasie której naczelny wódz (nazywany łącznikiem pomiędzy ludźmi oraz bogami) decyduje o wysłaniu wojsk poza granice odkrytych i opanowanych ziem – w miejsca, jakich nie można znaleźć na mapach. Armia, z trzonem w postaci wspomnianego już oddziału najlepszych z najlepszych (będących głównymi bohaterami komiksu) opuszcza ojczyznę, by podbić kolejne terytoria. Wszyscy spodziewają się walk z nieznanymi przeciwnikami, nowych wyzwań i rozlewu krwi. Tym właśnie żyje całe Imperium: podbojem i podporządkowywaniem sobie nowych obszarów. Armia odkrywców nie zdaje sobie jednak sprawy, że przyjdzie im się zmierzyć z czymś o wiele gorszym niż uzbrojone po zęby siły wroga. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Tom Strong [Alan Moore & Chris Sprouse] [recenzja]

2 komentarze:
Czytaliście może serię Promethea? Jeśli tak i jeśli chcielibyście wiedzieć, z czym się je Toma Stronga, inny komiks Alana Moore'a (tym razem odpuszczę sobie truizmy o jego szaleństwie i geniuszu), weźcie wszystko, co było w Promethei, czyli kuriozalnych superbohaterów oraz ich przeciwników razem z całym opisem konstrukcji wszechświata, z apokalipsą i niszczącym umysł finałowym zeszytem, po czym odejmijcie tę bardziej poważną część. Macie Toma Stronga, czyli pulpę i czystą zabawę autora Strażników. Zresztą, kto zna Prometheę, ma już za sobą jeden gościnny występ głównych bohaterów serii o kolejnej wariacji Supermana, człowieku niemal niepokonanym, o nieprzeciętnej sile oraz inteligencji. Moore bawił się już w takie coś pisząc scenariusze do Supreme, ale tam, pomimo wszechobecnej pulpy, istniało jednak poważniejsze przesłanie. Tutaj tego nie ma. Zbliżamy się więc do Ligi Niezwykłych Dżentelmenów, serii, gdzie celem autora też była głównie dobra zabawa, jednak tam występowała również erudycja i niesamowite pomysły na wykorzystanie mniej lub bardziej znanych postaci stworzonych przez innych ludzi. W przygodach Toma Stronga nie ma także tego. Chcę przez to powiedzieć, że jeżeli ktoś ma ochotę sięgnąć po tę serię, nie powinien oczekiwać niczego innego niż komiksu, w którym scenarzysta najwidoczniej chciał odpocząć od skomplikowanych wątków i ważnych treści. Mam wrażenie, że część jego czytelników może jednak spodziewać się po nim czegoś więcej, przez co po lekturze odczują lekki zawód. Tak jak ja.
Nie zrozumcie mnie źle, Tom Strong to naprawdę dobry komiks, przypuszczam, że spełniający wszystkie założenia swoich twórców. Pierwszy tom Toma (tak, wiem, wyjątkowo słaba gra słowna) zdołał mnie zachwycić przede wszystkim prostotą i nieskrępowaną wyobraźnią Moore'a, na początku wprowadzającego czytelnika w swój pulpowy świat, z wychowywanym w nietypowych warunkach, skazanym na wyjątkowość głównym bohaterem, jego żoną i córką, mechanicznym lokajem Pneumanem i Solomonem, pomocnikiem będącym obdarzonym ludzką inteligencją gorylem. Czuć w tym frajdę autora z pisania tak prostych rzeczy. Na początku Strong walczy między innymi z Modular Manem, istotą pragnącą opanować świat za pomocą mechanicznych, zwielokrotnionych kopii samego siebie, później musi stawić czoło atakowi armii pochodzącej z alternatywnej rzeczywistości, w której główną potęgą są Aztekowie, ściera się z nazistkami oraz udaje w przymusową podróż w czasie do początków ziemi, by na samym końcu paść ofiarą kolejnej intrygi swojego największego wroga. Zbiór pierwszych siedmiu zeszytów to świetna rzecz i gdyby seria utrzymywała tak wysoki poziom aż do końca, byłbym zachwycony. Szkoda, że później zwykle nie jest już aż tak dobrze.
W kolejnych odsłonach serii Moore i Sprouse, przy częstym udziale innych scenarzystów i rysowników, bawią się w liczące osiem stron miniatury, nieraz interesujące i zabawne, jednak najczęściej z jakiegoś powodu zabrakło w nich uroku i lekkości pierwszego tomu. W niektórych momentach pytałem sam siebie, ileż można? Zrozumiałem już wcześniej, że to ma być wyłącznie zabawa i pastisz, często niedorzeczny i z przymrużeniem oka, tylko że w paru miejscach autorzy trochę przedobrzyli. Nie wspominając o tym, że zdarzało się im przynudzać swoim eksploatowaniem jednego pomysłu (pulpa do potęgi) oraz o fakcie, że od pewnego momentu mimo wszystko zrobił się ze mnie wspomniany w pierwszym akapicie czytelnik oczekujący czegoś więcej, bo Moore to ktoś, kogo na to stać. Wiem, że marudzę, ale nie do końca bez powodu.
Ulgę przynosi czwarty tom Toma (przepraszam, naprawdę musiałem), ze świetną historią przedstawiającą postać o imieniu Tom Stone, alternatywną wersją głównego bohatera. Moore pokazuje, co mogłoby się stać, gdyby statek zabierający rodziców Stronga oraz ich czarnoskórego pomocnika na wyspę, gdzie mieli przeprowadzić swój eksperyment polegający na nietypowym wychowaniu dziecka, wypłynął tylko trochę później. Zmieniłoby się dosłownie wszystko. Czytając tę opowieść, znowu żałowałem, że seria nie utrzymuje takiego poziomu przez cały czas. Reszta czwartego tomu, cały piąty i większość szóstego to ponownie gościnne występy innych scenarzystów i rysowników. Pojawia się kilka znanych nazwisk, znów jest nierówno i momentami jednostajnie. Zdarzają się historie intrygujące, zdarzają się zabawne, ale niestety są też takie, których mogłoby nie być, a z powodu ich braku czytelnik niczego by nie stracił. Z kolei finał to powrót współpracy Moore'a i Sprouse'a, jak również powrót Promethei. Dobrze było ponownie przeżyć znaną z tamtej serii apokalipsę, tym razem z perspektywy Stronga. Dobre zakończenie serii.

Tom Strong jest komiksem trochę rozczarowującym, ale i tak wartym przeczytania. To w końcu Alan Moore, nawet nieco gorsza niż zazwyczaj forma (może inaczej: nieco inne, mniej satysfakcjonujące mnie podejście) i wsparcie w postaci mniej genialnych kolegów po fachu nie mogło pozbawić jego historii paru niezaprzeczalnych zalet. Niemniej ciekawą rzeczą jest różnorodność warstwy graficznej, uzyskana nie tylko za pomocą udziału dużej liczby rysowników. Sam Chris Sprouse pokazuje, że zmiany kreski nie stanowią dla niego większego problemu. Nie wspominając o tym, że niektórzy czytelnicy będą zapewne zdziwieni patrząc na twórcę tak poważnych rzeczy jak Strażnicy , V jak Vendetta czy Prosto z piekła, który pisał scenariusze do Toma Stronga tylko i wyłącznie po to, by dobrze się zabawić. I, mogę się z Wami założyć, robił to z uśmiechem na ustach. Jest w tej serii sporo pomysłów, dzięki którym uśmiech udziela się także czytelnikowi.



stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...