Metody Marnowania Czasu: lipca 2012

wtorek, 31 lipca 2012

Ziniol #52 [recenzja]

4 komentarze:
Fajnie, że Szcześniak jest aż tak niezdecydowany, że ponownie zdecydował się wznowić Ziniola, nawet jeśli pod postacią "jednostrzału", a dalszy ciąg znowu zależy od tego, jak chętnie czytelnicy zagłosują portfelami. Ja niezmiennie głosuję, nie tylko z poczucia obowiązku albo przez to, że mierzi mnie prawie całkowity brak magazynów komiksowych w naszym kraju (w czwartym Bicepsie chłopaki z ATY napisali, że po zakończeniu wydawania Ziniola, Kolektywu i Kartonu zostali na placu boju sami, a dla mnie zabrzmiało to bardzo smutno). Głównym powodem jest fakt, że Ziniol zawsze był dla mnie czymś dobrym. W #52 numerze jest inaczej, niż wtedy, gdy czytałem ostatnie papierowe wydanie tego magazynu, jeszcze publikowane przez Timofa; po pierwsze, ten "jednostrzał" to rzut niewielkiej ilości materiału, który traktuję jak sondę sprawdzającą, czy warto wracać. Po drugie, mamy tu wyłącznie materiał komiksowy, cała publicystyka pozostaje na stronie internetowej. Szkoda, jednak rozumiem. Względy praktycznie. I tak trudno nie podziwiać Dominika Szcześniaka za to, że w ogóle mu się chce, nawet pomimo wcześniejszych (niezasłużonych) niepowodzeń, i że publikuje na papierze jakikolwiek magazyn. Nawet mający trzydzieści kilka stron, które można przeczytać dosłownie w parę minut. Ale z drugiej strony, tak naprawdę trudno mi wymienić bardziej znaczącą wadę numeru #52 niż właśnie objętość. Niewielka objętość drażni, bo dobrych rzeczy chciałoby się więcej.

We wcześniejszych wydaniach Ziniola najbardziej przemawiała do mnie publicystyka, wspominałem już kilka razy, że krótkie opowieści obrazkowe, nawet jeśli są ciekawe, rzadko zostają w mojej pamięci na dłużej. Tu jest podobnie, ale to wina wyłącznie mojego podejścia. Szcześniak dał radę i bez problemu mogę powiedzieć, że #52 Ziniol, pomimo skromniejszego wydania, wcale nie odbiega poziomem od wcześniejszych. Założyciel magazynu znowu dobrze się spisał, zarówno jako scenarzysta (trochę życiówek, przede wszystkim w znanych z Internetu przygodach Leszka, trochę abstrakcyjnego humoru w historii z rysunkami Rusteckiego, bardzo fajny wstęp, również w postaci komiksu z samym redaktorem Szcześniakiem w roli głównej), motor napędowy całej akcji oraz organizator zbierający do magazynu takich scenarzystów i rysowników jak Daniel Grzeszkiewicz (świetna okładka), Grzegorz Pawlak, Hubert Ronek, wspomniany już Marcin Rustecki, Piotr Nowacki, Łukasz Kowalczuk i Nikodem Cabała. Wszyscy spisali się dobrze, jeśli chodzi o scenariusze, najlepiej sam Dominik Szcześniak, biorący na siebie napisanie większości historii, a jeśli chodzi o ilustracje, jak zawsze niezawodny Nowacki, niechlujny Rustecki (choć niejedna praca na stronie Ziniola była według mnie o wiele bardziej dopracowana i ciekawsza) oraz realistyczny Pawlak. Jest wysoki poziom i różnorodność.

Na koniec odniosę się do jeszcze jednej rzeczy, która trochę mnie poruszyła. Wymieniony wyżej Piotr Nowacki przeczytał recenzję tego numeru Ziniola na stronie Alei Komiksu i stwierdził, że treści jest tu jak na lekarstwo. 10 lat temu na forum Produktu, po ukazaniu się każdego numeru, pojawiało się conajmniej kilkanaście postów, z których każdy zawierał więcej informacji, odczuć, opinii, analizy niż Twoja recenzja. Szkoda, że nie było wtedy Alei Komiksu, bo moglibyście przeklejać te posty i mielibyście kilkanaście recenzji Produktu w jednym tylko miesiącu. Szkoda, bo zinów czy magazynów od dawna nikt już w komiksowej sieci nie recenzuje. Nie wspominając o tym, że na forach też ludziom nie chce się już wymieniać opinii, tak jak to bywało kilka lat temu. Przeczytałem to i pomyślałem, że z jednej strony moglibyśmy (my, recenzenci) bronić się, na zasadzie "co tu recenzować, skoro to ledwie trzydzieści parę stron do przeczytania w czasie pięciominutowej przerwy w pracy" albo stwierdzać, że Ziniol to przecież nie Produkt, nie tylko, jeśli mówimy na temat samej objętości. Ale to zwykłe pierdolenie, w taki sposób da się usprawiedliwić niemal wszystko. I z jednej strony nie ma czego usprawiedliwiać, bo przecież nikt nie ma złych intencji, a z drugiej, skoro często sami narzekamy (ja narzekam) na kulejącą polską prasę komiksową, to może warto bardziej skupić się na jej omawianiu na stronach czy blogach. Na lepszym omawianiu. Poświęcaniu jej większej uwagi, nawet jeśli do tej pory i tak była dość duża, lub jeśli każdy z nas uważa, że jest wystarczająca. Zwłaszcza, jeśli jest co polecać. W wypadku Ziniola jest. Problem nie polega na tym, że te magazyny są słabe, po prostu mało kto chce je czytać. Jedna czy dwie recenzje raczej i tak tego nie zmienią, ale z drugiej strony, co komu szkodzi bardziej się przyłożyć i napisać więcej niż kilka zdań?

niedziela, 29 lipca 2012

American Elf Volume 1: The Collected Sketchbook Diaries of James Kochalka, October 26, 1998 to December 31, 2003 [James Kochalka] [recenzja]

Brak komentarzy:
James Kochalka to wzbudzający natychmiastową i całkowicie naturalną sympatię koleś ze śmieszną szparą między zębami, autor takich przebojów jak Wash Your Ass, Dragon Puncher czy Beyonce (proponuję posłuchać i obejrzeć, najlepiej zanim przeczytacie resztę recenzji - będziecie wiedzieć, z jakim typem człowieka macie do czynienia), a także niezwykle płodny twórca komiksów. Na wzmiankę o jego dziele życia (chyba mogę określić w ten sposób jego paski) po raz pierwszy natknąłem się tutaj i muszę przyznać, że początkowo nie potraktowałem serii American Elf poważnie. Niech będzie, gość rysuje siebie jako elfa. Elfy znudziły mi się już dawno. Tak myślałem. Później minęło kilka miesięcy, przypomniałem sobie o Kochalce i zajrzałem na jego stronę, przeczytałem ze trzy odcinki jego komiksowego dziennika i moje przypuszczenia potwierdziły się: nic wielkiego. A potem coś zaczęło mnie tam ciągnąć. Przejrzałem archiwa, śledziłem na bieżąco nowe paski, a po kilku tygodniach przyznaję bez bicia, że jestem wielkim fanem tego autora, jestem uzależniony od American Elf i nie mogłem nie zdobyć pierwszej części wydania zbiorczego tej serii, kompletującego paski z lat 1998-2003.
Kochalka przedstawia siebie jako elfa żyjącego we współczesnej Ameryce, żeby, jak sam stwierdził, pokazać magiczne momenty, jakie przeżywamy wszyscy nawet w ciągu najzwyklejszych, szarych dni. Prawda jest taka, że American Elf to w większości przypadków paski o pierdołach. O tym, że ich głupkowatego (w pozytywnym sensie, choć nie zawsze) autora cieszy jego własne odbicie w lustrze, fryzura po wyjściu spod prysznica lub liście na drzewach. O tym, że James ma brodę, później o tym, że zdecydował się ogolić, o tym, co jadł na kolację, o paście do zębów, która przypadkowo spadła na jego penisa i o tym, jak przybiega do pokoju, w którym siedzi jego żona, i krzyczy z radości, bo właśnie udało mu się ukończyć kolejną grę na konsolę. Oczywiście siłą rzeczy przewijają się również tematy dużo poważniejsze, jak zakup domu, strach Kochalki przed ojcostwem, aż w końcu narodziny jego syna, jednak dużo większa część tego zbioru to bzdury, mało ważne momenty codzienności. Sam James więcej niż raz przedstawia tu siebie jako sfrustrowanego elfa rozpaczającego nad bezsensem własnego życia. Jak zauważył we wstępie, osobno każdy pasek może być pozbawiony znaczenia, jednak zebrane razem zyskują siłę, tworząc jego pełny portret. I trudno się z tym nie zgodzić.
Składając te wszystkie pierdoły w całość, Kochalka tworzy unikalną autobiografię, której chyba nie dałoby się uzyskać w inny sposób. 365 odcinków rocznie (z około dwumiesięczną przerwą w 2000 roku, kiedy autora dopadły wątpliwości, czy jego dziennik ma jakikolwiek sens), każdy z mikroskopijną informacją o jego charakterze to coś, co sprawia, że poznajemy go naprawdę dobrze. Główny bohater American Elf to postać, która według mnie nadaje się do takich opowieści wprost idealnie. Osobiście nie lubię czytać o ludziach, którym wszystko wychodzi, radzą sobie z każdą przeciwnością losu i zawsze wiedzą, co zrobić. James nie radzi sobie prawie z niczym, jest niezdarny (żeby nie napisać, że cipowaty) i niepewny siebie, łatwo wpada w złość, łatwo się dołuje i równie łatwo udaje mu się odzyskać głupkowaty uśmiech. Dzięki tym cechom z niemal każdego dnia (niemal, bo naturalnie trafiają się tu i słabsze paski, co więcej, wyjęty z kontekstu niemal każdy mógłby być uznany za kiepski) udaje mu się wydobyć coś unikalnego, czego człowiek o innym charakterze nawet by nie zauważył.
Najlepiej opisuje to pasek narysowany w ciągu jednego z tych dni, kiedy Amy, żony Jamesa, nie ma w domu. Niemal od początku tworzenia serii American Elf Kochalka nie ma stałej pracy, utrzymuje się głównie z rysowania i grania koncertów. Kiedy jego żona wyjeżdża, James nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić. Głównie gra na konsoli albo leży na kanapie i narzeka, że jest sam. We wspomnianym pasku jego znajoma widzi go w oknie i chce wiedzieć, jak radzi sobie bez Amy. James odpowiada, że właśnie zamówił pizzę, po czym jego znajoma pyta, jakim cudem zdołał samodzielnie wybrać numer na swoim telefonie. Tak, autor American Elf w ogóle nie radzi sobie z życiem, ale jednocześnie przez większość czasu wcale nie jest nieszczęśliwy i nie dobija czytelnika narzekaniem na rzeczywistość. Woli autoironię i głupkowaty uśmiech. W innym odcinku dostaje paczkę ciastek i już po chwili ma niewyraźną minę. Zapytany, co się stało, stwierdza, że zmęczył się trzymaniem ich w rękach, ale trzyma je dalej, bo nie ma pojęcia, co z nimi zrobić. Postać, która zawsze radzi sobie ze wszystkim w życiu nie stworzyłaby takich pasków. Dobrze, że istnieją tacy ludzie jak James Kochalka.
Autor serii American Elf jest również autorem stwierdzenia craft is the enemy. Widać to w jego ilustracjach. James rysuje szybko, często niedbale (czasem po ciemku, czasem po pijaku), jego głównym celem zdaje się być minimalizm i prostota. I chwała mu za to, takie podejście dodaje tym dziennikom naturalności. Kiedy Kochalka wspomina w przypisie, że rysował dany odcinek po kilku piwach, niezdarnie stawiając kreski, widać, że tak właśnie było, podobnie jak z odcinkami tworzonymi, kiedy Kochalka siedział w jadącym samochodzie lub w innych nietypowych sytuacjach. Z tych prostych, niewielkich kadrów aż bije pozytywna energia i radość tworzenia. To nie jest prostota wynikająca z braku odpowiednich umiejętności, kiedy James chce, potrafi pokazać coś bardziej złożonego, ale wzbudza sympatię, nawet jeżeli kolejny odcinek to cztery kadry, a na każdym znajduje się jego elfia twarz i czarne tło, zaś wypowiadane przez siebie słowa umieścił w koślawych dymkach.
Wprowadzając czytelników do swojego świata, Kochalka słusznie zauważa, że ludzkie życie nie ma fabuły typowej dla opowieści, stwierdza: The story of my life is not a story at all. I wbrew napisowi na okładce, należy pamiętać, że American Elf to żadna powieść graficzna. Mimo to jest dla mnie rzeczą genialną. Idealnym portretem autora, tworzoną na żywo (póki co już od 14 lat) autobiografią. Takiego efektu nie dałoby się osiągnąć tworząc pojedynczy komiks o swoim życiu. Powtarzam po raz kolejny, jestem fanem, chcę przeczytać całą resztę. To świetny komiks o bardzo ciekawym człowieku, bo jak tu nie lubić kogoś, kto nagrywa takie rzeczy jak Wash Your Ass, tańczy jak w Beyonce, a w krótkiej historii zatytułowanej I'm Sorry I'm an Idiot znajduje wodorosty, nakłada je sobie na głowę, na chwilę wybucha śmiechem, po czym wzdycha i zaczyna przepraszać czytelnika za swoją głupotę?




sobota, 28 lipca 2012

PvP Awesomology 1 [Scott Kurtz] [recenzja]

Brak komentarzy:
Pomijając Fistaszki, z wielu powodów lekturę obowiązkową dla każdego czytelnika opowieści obrazkowych, nigdy nie miałem większej styczności z paskami komiksowymi. Tak jakoś wyszło. Śledzenie tego typu serii na bieżąco w prasie nie wydaje mi się możliwe, a jeśli chodzi o paski publikowane w Internecie, mam awersję do czytania z ekranu monitora; wolę przeczytać 500 stron wydrukowanych na papierze niż 20 w sieci. Pozostają drukowane wydania zbiorcze, ale te jakoś nigdy nie były moim priorytetem. PvP kupiłem bardziej z głupoty, niż z entuzjazmu. Niby rozmiar się nie liczy, ale kiedy zobaczyłem tę cegłę, pomyślałem, że muszę to mieć. Wiem, niepoważne podejście. Oczywiście wcześniej sprawdziłem, czym jest seria Scotta Kurtza, trochę poczytałem o nagrodach, jakie dostała (między innymi Eisner za najlepszy komiks cyfrowy w 2006 roku) i rzeszy fanów, ale koniec końców tak naprawdę liczyło się przede wszystkim to, że PvP Awesomology, antologia wydana z okazji dziesięciolecia publikowania komiksu, liczy sobie 600 stron i, z dodatkowym pudełkiem, zajmuje na półce prawie tyle samo miejsca, co Absolute Watchmen. Co za przekonujący argument... najważniejsze jest jednak to, że po przeczytaniu całości (dawkowanej stopniowo, po mniej więcej 10 stron dziennie, moim zdaniem nie ma sensu wchłaniać tego w inny sposób) nie ma czego żałować. Mimo wielu wad, Player versus Player to świetna rzecz, nie tylko dla maniaków gier komputerowych, do których zresztą wcale się nie zaliczam.
PvP jest nazwą magazynu o grach, którego redakcja to główni bohaterowie serii. Kurtz oparł humor swojego komiksu na powtarzalności żartów (co, patrząc choćby na wspomniane już Fistaszki, może sprawdzać się bardzo długo i bardzo dobrze), tym zabawniejszych, im bardziej znamy występujące w PvP postacie, a także na robieniu sobie jak z całej popkultury, nie tylko gier komputerowych, ale na przykład filmów, grania w RPG, oczywiście komiksów i ogólnie wszystkiego, co mogłoby interesować człowieka opisywanego jako nerd lub geek. Autor trochę to wyśmiewa, jednocześnie wcale nie kryjąc tego, że sam jest częścią wyśmiewanego przez siebie zjawiska. Osobiście nią nie jestem, więc cieszę się, że do zrozumienia jego dowcipów nie jest potrzebna tajemna wiedza Mistrzów Gry czy znajomość wszystkich części Gwiezdnych Wojen albo masy gier komputerowych.
Kurtz i tak co chwilę odbiega od głównego tematu, skupiając się bardziej na relacjach pomiędzy bohaterami niż na popkulturze, od czasu do czasu dorzucając wątki autobiograficzne (głównie jego rozmowy z krytykującym go z wielu powodów ojcem). I nawet jeśli czasami robi się z tego telenowela, jeśli 90% kadrów to rozmawiające ze sobą, w kółko te same postacie, zaś autorowi często zdarza się publikować żarty niskich lotów, i tak przez większą część tych 600 stron jest bardzo zabawnie. Na tyle, żeby nie żałować zakupu komiksu, który co prawda wygląda imponująco, ale to jego jedyna zaleta. Polecam zapoznanie się z tą serią, jeśli nie z wersją drukowaną, to z tą publikowaną w sieci (obecnie prezentująca się całkiem inaczej niż to, co pokazano w zbierającej starsze paski Awesomology). Sam pewnie będę zbyt leniwy, żeby czytać to dalej na ekranie, ale przypuszczam, że wiele osób ma do tego zupełnie inne podejście.

środa, 25 lipca 2012

Hellblazer: Fear and Loathing [Garth Ennis & Steve Dillon] [recenzja]

4 komentarze:
Nigdzie nie mogłem znaleźć tomu Bloodlines, więc od razu przeskoczyłem do Fear and Loathing (przeczytałem ten komiks w polskiej wersji, ale żeby nie mieszać w spisie recenzji oraz nie pisać raz o wydaniach oryginalnych, innym razem o przetłumaczonych, pozostanę przy angielskich tytułach). Bloodlines mam gdzieś na płycie, w formie skanów, ale od kilku lat już nie czytam komiksów ściągniętych z Internetu, więc poczekam, aż trafię na papierowe wydanie zbiorcze.

Ze wszystkich tomów serii Hellblazer, jakie przeczytałem do tej pory, Fear and Loathing niestety przekonuje mnie najmniej. W Dangerous Habits Ennis napisał spójną, długą i dobrą historię, tutaj oddał kilka pojedynczych, dużo cichszych strzałów: najpierw Constantine rozprawia się z dzieciakiem próbującym namówić jego siostrzenicę do praktykowania czarnej magii, potem obchodzi swoje czterdzieste urodziny, aż wreszcie scenarzysta przechodzi do głównego wątku, czyli walki z, jak opisano to na okładce, "szalonymi rasistami". Gdzieś pomiędzy tym wszystkim czytamy o podstępie głównego bohatera, który doprowadza do upadku pewnego anioła, co przypomina beta wersję pomysłów, jakie czytelnicy mieli okazję widzieć w Kaznodziei... tyle że to właśnie Kaznodzieję czytałem najpierw i teraz to, co znalazło się w serii Hellblazer odczułem jako powtórkę z rozrywki, nieważne, że to scenariusze z Fear and Loathing były pisane wcześniej. Tak czy inaczej, Ennis wałkował podobne pomysły w różnych komiksach. Czytając to, trochę się wynudziłem. Oglądając też, bo Dillon już dawno znużył mnie jako rysownik, dając kilku bohaterom zbyt mało różniące się twarze i czasem sprawiając wrażenie, że w kółko rysuje Custera lub jego rodzeństwo. Nagle doszły jeszcze bluzgi, których nie było przedtem, też kojarzące się z Kaznodzieją. Same w sobie nie przeszkadzają, za to przeszkadza świadomość, że Delano, poprzedni scenarzysta, nie potrzebował tuzinów kurew, żeby zbudować nastrój horroru i stworzyć interesującą historię. Poza tym stawiał Constantine'a przed ciekawszymi problemami niż pokazane w niezbyt porywający sposób rozstanie z kobietą. Fear and Loathing nie jest beznadziejnym tomem, ale niestety, powtórzę to jeszcze raz, dla mnie najbardziej rozczarowującym z dotychczasowych. Tym bardziej, że po Dangerous Habits Ennis dostał ode mnie naprawdę spory kredyt zaufania. Mam nadzieję, że Tainted Love będzie lepszą opowieścią i że można ją dorwać łatwiej niż Bloodlines.

piątek, 20 lipca 2012

Robotix [recenzja]

Brak komentarzy:

Szukałem tej kreskówki przez lata. Może "szukałem" to nieodpowiednie słowo, sugerujące intensywność tej czynności, aktywną chęć zdobycia serialu, a ja po prostu od czasu do czasu zastanawiałem się, czym było to, co widziałem w przedszkolu. Miałem w pamięci dwa obrazy: pierwszy, atakujące się wzajemnie armie walczących ze sobą dziwnych ras, i drugi, metalową postać rozpaczającą z powodu tego, że jest robotem. O ile wiele z obejrzanych w przedszkolu, często puszczanych nam kilkukrotnie kreskówek, pamiętam bardzo dobrze, tak po Robotix przetrwały tylko te dwa fragmenty i myśl, że choć nie mam pojęcia, o co chodziło, wiem, że w tamtych czasach serial zrobił na mnie ogromne wrażenie. Niedawno w końcu go znalazłem, w tym tygodniu obejrzałem. W przeciwieństwie do Tajemniczych Złotych Miast i Ulissesa 31, czułem się tak, jakbym oglądał tę kreskówkę po raz pierwszy, więc obyło się bez sentymentów i taryfy ulgowej.

Robotix to serial składający się z (o ile mam dobre informacje) 15 odcinków, z których każdy trwa po 6 minut, ostatecznie złączonych w jeden film. Opowiada o dwóch walczących ze sobą rasach z planety Skalorr, dobrych Protectonach i złych Terrakorach. W obliczu dużo ważniejszego niż wojna problemu, jakim okazuje się nadchodzący wybuch supernowej, Compucore, dowodząca planetą sztuczna inteligencja (przez polskich tłumaczy nazwana Kompumamą...) poddaje wszystkich mieszkańców Skalorr hibernacji. Do bunkra, w którym spoczywają przedstawiciele dwóch zahibernowanych ras, dostaje się jednak niebezpieczne promieniowanie, przez co Compucore przenosi umysły kilku Protectonów i Terrakorów do Robotixów, ogromnych robotów stworzonych w celu odbudowania zniszczonej planety. Tym razem w zupełnie innej postaci, już po katastrofie, obie rasy kontynuują prowadzenie walki.


W międzyczasie na Skalorr mimowolnie trafia kapitan Exeter Galaxon i jego załoga, którzy wylądowali na planecie w wyniku awarii swojego statku kosmicznego. Jedzenia starczy im tylko na kilka dni, muszą więc jak najszybciej odlecieć z tego niegościnnego miejsca. Niestety, nie mają części pozwalających na dokonanie naprawy, poza tym zostają wplątani w konflikt między Protectonami oraz Terrakonami. Wkrótce okazuje się, że kierowane przez ludzi Robotixy radzą sobie ze wszystkim dużo lepiej, niż kiedy działają same. Część załogi Galaxona sprzeciwia się kapitanowi, po czym odchodzi, aby wesprzeć Terrakonów, reszta zostaje przy Protectonach. Wojna trwa nadal. 

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób, dobrze pamiętających tę kreskówkę z dzieciństwa, Robotix jest świętością, tak jak dla mnie wspomniane już Tajemnicze Złote Miasta. Wydaje mi się jednak, że nawet gdybym obejrzał Tajemnicze Złote Miasta po raz pierwszy w wieku dwudziestu kilku lat, i tak byłbym zadowolony. W Robotix czegoś brakuje. Pomijając fakt, że takie rzeczy jak na przykład animacja zdążyły się już zestarzeć, a polski lektor (taką wersję oglądałem) czasami może doprowadzić do ataków śmiechu, fabuła za bardzo galopuje. Kilkanaście sześciominutowych odcinków to nie jest odpowiedni sposób na zbudowanie historii, nawet jeśli na końcu sklei się to wszystko w całość i zrobi z tego dłuższą opowieść.


Pomysł był dobry, nie dziwię się, że jako dzieciak byłem zachwycony, a przynajmniej takie wspomnienie zostało w mojej pamięci. Niestety, nie został do końca wykorzystany. Przeskakuje się tu przez poszczególne wątki po łebkach, wiele z nich nie zostało dostatecznie rozbudowanych, za to dorzucono parę zupełnie zbędnych. Finał też nie wypada najlepiej. Jako zakurzone science fiction oglądane z lekkim uśmieszkiem na ustach Robotix wypada całkiem nieźle, ale to wszystko. W 2012 roku nic specjalnego. Może pamiętam za mało, żeby teraz robiło to na mnie wrażenie. Jednak sentyment jest w takich sytuacjach bardzo ważny i czasami bez niego trudno czuć wielką przyjemność oglądając niektóre starocie. Teraz cieszę się przede wszystkim z tego, że po tylu latach znalazłem odpowiedź na pytanie, czym była ta kreskówka z ogromnymi robotami, z obejrzenia całości już niekoniecznie. Ogólnie może być, chociaż sprawdziłoby się lepiej, gdybym oglądał to z paroma kumplami także pamiętającymi ten serial, a na stole stałoby piwo.


tekst: Michał Misztal


wtorek, 17 lipca 2012

Polaków uczestnictwo w kulturze - Raport z badań 1996-2012 [Jan Koza] [recenzja]

Brak komentarzy:
Im dłużej przyglądam się działalności Centrali, tym ciekawszym i bardziej wszechstronnym wydawnictwem jest w mojej opinii. Centrala publikuje komiksy o różnej tematyce, od poważnych, jak „Stuck Rubber Baby” czy „Pozdrowienia z Serbii”, po bardziej humorystyczne, np. „Wiktor i Wisznu”, a także magazyny komiksowe lub film dokumentalny poświęcony opowieściom obrazkowym. Najważniejszy w tym wszystkim jest fakt, że do tej pory właściwie każda rzecz spod szyldu Centrali, która wpadła mi w ręce, zasługiwała zarówno na mój czas, jak i pieniądze. I nawet jeśli opublikują coś, o czym nie słyszałem nigdy wcześniej, szanse na rozczarowanie są minimalne. Ale o Janku Kozie słyszałem, znałem jego twórczość jeszcze przed sięgnięciem po komiks „Polaków uczestnictwo w kulturze”. Wiedziałem, czego się spodziewać. Ani wydawnictwo, ani sam autor po raz kolejny mnie nie zawiedli. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]

wtorek, 10 lipca 2012

Hellblazer: Dangerous Habits [Garth Ennis & William Simpson] [recenzja]

2 komentarze:
Dangerous Habits Ennisa i Simpsona to pierwszy tom Hellblazera, jaki przeczytałem, zdaje się, że niedługo po polskiej premierze, czyli mniej więcej cztery lata temu. Spodobało mi się na tyle, że zacząłem od początku, czyli od Original Sins do scenariuszy Dealano, a teraz, po latach i przeczytaniu Rare Cuts, powróciłem do przygód Constantine'a wymyślanych przez autora Kaznodziei.

Kiedy Ennis przejmował rolę głównego scenarzysty serii, wiedział, że musi wpaść na coś dobrego. Dorobek Delano był spory, nie wspominając o tym, że stał na wysokim poziomie, więc głupio byłoby obniżyć poprzeczkę. Ennis postanowił zacząć z grubej rury: główny bohater umiera. Najlepszy w pomyśle z jego nieuchronną śmiercią jest fakt, że nie dopadły go demony ani starzy wrogowie. Constantine, od dziecka palący tony papierosów, dowiaduje się, że umiera na raka płuc. Kiedy już uda mu się pożegnać pierwsze napady strachu i godzi się z ironią całej sytuacji (bezczelny i cyniczny magik pokonany przez najzwyklejsze papierosy), próbuje coś z tym zrobić, głównie dzięki swoim znajomościom. Przy okazji udaje mu się rozwścieczyć samego diabła, co sprawia, że wizja bliskiej śmierci staje się jeszcze bardziej przerażająca. Constantine wie, że od tej pory w piekle czeka go specjalne traktowanie.
W końcu nadchodzi pora pożegnań. Główny bohater co prawda wpada na pomysł uniknięcia śmierci, ale wydaje się on tak nieprawdopodobny do zrealizowania, że woli odwiedzić kilka bliskich osób i przed swoim odejściem spłacić parę starych długów. A potem próbuje zrealizować przekręt, za wymyślenie którego Ennisowi należą się spore brawa. Według mnie Dangerous Habits to bardzo dobre wejście tego scenarzysty do świata Hellblazera. Ennis dobrze wyczuł postać Constantine'a, zresztą tego typu bohaterowie, cyniczne, aroganckie, tchórzliwe i nieczułe sukinsyny z obecnym gdzieś w głębi, ale rzadko dochodzącym do głosu dobrym sercem, wydają się być dla niego jednymi z najodpowiedniejszych. Poza tym czytelnicy mogą tu zobaczyć, na jakie pomysły wpadał Ennis przed stworzeniem Kaznodziei, serii, którą chyba mogę nazwać bezpośrednim spadkobiercą pracy Gartha przy Hellblazerze.

Scenarzysta zaznacza we wstępie, że choć William Simpson zna się na swojej pracy, bardziej nadaje się do innego typu historii, ale z drugiej strony warstwa graficzna wcale nie odbiega od tego, co można było zobaczyć w poprzednich tomach. Jako wizualizacja scenariusza daje radę, ale nie jest powalająca i zdążyła się już zestarzeć. To można zaakceptować, szkoda tylko, że porównując wygląd Constantine'a na poszczególnych kadrach Dangerous Habits, można odnieść wrażenie, że jednym z efektów chorowania na raka płuc jest co chwilę zmieniająca się twarz. Tak jakby w filmie jednego bohatera grało kilku aktorów.

niedziela, 8 lipca 2012

Ostatni wynalazek [Dominik Szcześniak i Rafał Trejnis] [recenzja]

Brak komentarzy:
Ostatni wynalazek Dominika Szcześniaka (scenariusz) i Rafała Trejnisa (rysunki), autorów komiksu Fotostory, to przeznaczona dla młodszego czytelnika historia trójki piętnastolatków, Kazika, Wacka i Pietruchy. Chłopcy, mieszkający w Lęborku (komiks wydano pod szyldem Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Jarosława Iwaszkiewicza właśnie w tym mieście), po przeżyciu niezliczonych przygód swoich ulubionych kinowych i literackich bohaterów, nareszcie trafiają na własną. W czasie spotkania z profesorem Procesorem, lęborską legendą, dowiadują się, że jedynie oni mogą udaremnić plan jego największego wroga, docenta Procenta, pragnącego zapanować nad umysłami ludzi za pomocą telewizji interaktywnej, ostatniego wynalazku Paula Nipkowa. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

wtorek, 3 lipca 2012

Epileptic [David B.] [recenzja]

Brak komentarzy:
Przymiotnikiem najbardziej pasującym do "Epileptic" Davida B, autora między innymi wydanego w 2009 przez Kulturę Gniewu komiksu "Uzbrojony ogród i inne historie", jest moim zdaniem słowo "gęsty". Opisuje ono zarówno scenariusz, jak i przepełnioną czernią warstwę graficzną. Na stronach tej autobiograficznej opowieści jest wręcz duszno, co dla niektórych czytelników może okazać się wyjątkowo ciężkostrawne. W zbiorczym wydaniu "Epileptic", historii pierwotnie wydanej w sześciu tomach, David B. podjął się opisania wieloletnich zmagań całej swojej rodziny z chorobą Jeana-Christophe'a, jego starszego brata. Trochę przypomina to wydaną kilka miesięcy temu w Polsce "Parentezę", jednak jest o wiele trudniejsze w odbiorze i zdecydowanie bardziej przytłaczające. [więcej na Kolorowych Zeszytach]

stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...