Metody Marnowania Czasu: Warhammer 40,000: Kill Team [oczekiwania]

poniedziałek, 30 lipca 2018

Warhammer 40,000: Kill Team [oczekiwania]


tekst: Michał Misztal, zdjęcia ze strony producenta

Jak wygląda wybieranie kolejnych gier, które mają trafić na moją półkę (oczywiście z nadzieją, że będą trafiały również na stół)? Na zasadzie luk do zapełnienia. Nie mam planszówki ekonomicznej? Kupię sobie Wysokie napięcie (a potem nie będę w nią grał, ale to już inna historia). Brakuje mi gry polegającej przede wszystkim na rzucaniu kostkami? Alien Frontiers (no przecież nie Dice Masters). Gra, w której mogę kierować postaciami z komiksów? Legendary

Jedną z takich luk były w moim przypadku bitewniaki. Od zawsze. Przerażało mnie składanie figurek, nie wspominając o zabawach z pędzlem. Nie dopuszczałem do siebie myśli (zresztą nadal nie dopuszczam), że będę zbierał całe armię modeli, a następnie wystawiał je przeciwko armiom przeciwnika, gdzieś po drodze topiąc w to niepoważne ilości dineros. Wiedziałem, że to nie dla mnie, ale jednak przez cały czas brakowało mi w domu czegoś z tej szufladki. Aż w końcu trafiłem na Guild Ball – zero klejenia rąk i głów do korpusów (przynajmniej w zestawie startowym Kick Off!), tak zwany skirmish, drużyna składająca się z 6 figurek, względnie mały wydatek potrzebny na to, by mieć wszystko z danej gildii, w teorii coś pięknego. Na szczęście okazało się, że w praktyce też. Zaskoczyło i trzyma mnie do dzisiaj.

Ale jednocześnie w moim życiu gracza w tytuły bez prądu pojawiła się kolejna luka.

Jak wskazuje sama nazwa, Guild Ball to mecz piłki nożnej – ze sporą dawką prania się po mordach, ale jednak. Szybko doszedłem do wniosku, że oprócz gry w takiej formie potrzebuję też zwykłego skirmisha, który nie będzie miał niczego wspólnego ze sportowymi zmaganiami.


Padło na Malifaux

Miało być rewelacyjnie, ale niestety, tytuł ze stajni Wyrd Games okazał się dla mnie potężnym rozczarowaniem (wspominałem o tym tutaj, może kiedyś rozpiszę się na ten temat bardziej). W skrócie: obiecywano mi wiadra klimatu, a dostałem abstrakcyjną grę logiczną, której nie szukałem.

Spróbowałem z Infinity

Również w skrócie: kupiłem w październiku, zagrałem raz. W międzyczasie próbowałem przebrnąć przez obszerną instrukcję – gdzieś w okolicach 50 strony zorientowałem się, że to bez sensu, bo i tak już nie za bardzo pamiętam to, co było na samym początku. Nie chciało mi się przechodzić misji szkoleniowych z Operation: Red Veil. Po prostu nie umiałem się do tego zmobilizować, zresztą niespecjalnie mi na tym zależało. Trochę żałuję, bo gra wydaje się bardzo dobra oraz interesująca, jednak nic na siłę. Sprzedałem i… 
Kupiłem zestaw podstawowy do Warhammera 40,000: Kill Team.

Nasłuchałem się od kilku znajomych o tym, jakie to Games Workshop jest złe (bardzo spodobało mi się przemianowanie skrótu GW na Gówniany Wydawca), jak nie dotrzymuje złożonych graczom obietnic i ma ich w dupie. W zasadzie nie miałem za bardzo do czynienia z ich produktami, poza dosłownie kilkoma farbkami, zestawem "trawek do figurkowych podstawek"… w każdym razie niczym większym. Planszówek Fantasy Flight Games na licencji Games Workshop chyba nie ma co zaliczać do dzieci tych drugich. Czyli nie wiem nic. Wydaje mi się jednak, że mniej więcej od czasów pojawienia się Shadespire (gry, której nie mam najmniejszej ochoty kupować, ale jeśli ktoś przyniesie i pokaże, chętnie sprawdzę) GW zaczęło trochę lepiej traktować swoich klientów (pomijając oczywiście klasyczny drenaż portfeli, ale nie rzucam kamieniem, bo sam gram w tytuły robiące dokładnie to samo). Zaznaczam, być może wypisuję tu niewybaczalne głupoty, bo całej sprawie przyglądałem się z daleka i kątem oka, bo nigdy mnie ona nie dotyczyła. Do teraz. Cały ten akapit sprowadza się do jednego: mam nadzieję, że Kill Team nie zawiedzie moich oczekiwać i że, jeśli zechcę brnąć w to dalej, Games Workshop nie zrobi z tej gry kolejnego produktu, w sprawie którego naobiecuje niejedno, a później go porzuci.
Na razie wszystko zapowiada się bardzo dobrze. Zestaw startowy kosztuje 300zł – oczywiście to niemały pieniądz, ale stosunek ceny do jakości uważam tu za coś rewelacyjnego. Wielkie pudło, w środku 20 plastikowych modeli (10 dla Skitarii oraz 10 dla Neophyte Hybrids), sporo prezentujących się naprawdę imponująco plastikowych terenów, gruba instrukcja, niewielkie książeczki z opisem dostępnych w zestawie frakcji, kostki, karty, żetony, zabawna, wyginająca się linijka… dla porównania, w Kick Offie!, czyli wspomnianym już starterze do Guild Balla (za który zapłaciłem bodajże 250zł i nadal uważam to za świetną cenę), dostałem 12 plastikowych modeli, boisko, instrukcję, kostki, żetony dla każdej gildii, tekturowe linijki oraz kilka żetonów udających tereny. Kill Team być może nie jest bitewniakowym odpowiednikiem sklepu z zabawkami zamkniętego w dużym pudle, ale przekopując się przez jego zawartość, czuję się trochę jak rozpieszczony przez świętego Mikołaja dzieciak (oczywiście z tą różnicą, że musiałem zapłacić za ten „prezent” sam… dzięki, że mogłem cię sprzedać, Infinity).

Wchodzę w to z entuzjazmem, ale też z pewnymi obawami. O świecie Warhammera 40,000 wiem niewiele – tyle, co z Podboju czy Zakazanych Gwiazd, no i coś tam jeszcze przez lata obcowania z grami bez prądu się człowiekowi o uszy obiło. Na takiej samej zasadzie, na jakiej ktoś, kto w życiu nie przeczytał żadnego komiksu, prawdopodobnie wie o istnieniu Batmana, choć to rzecz jasna zupełnie inna skala. Witam się więc z Kill Teamem prawie jako zupełny świeżak, ale podoba mi się ten mroczny, futurystyczny i wypełniony magią świat. Chyba nie chciałoby mi się wchodzić w kolejny system fantasy, ale jeśli do hord orków dorzucacie karabiny maszynowe, przyjmuję to z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Czego oczekuję po Kill Teamie?

Fajnego skirmisha, bardziej do piwka niż „muszę być w tym dobry i zamierzam chodzić na turnieje”. Czegoś szybkiego, co ma względnie proste zasady, ale jednocześnie pozwala na spore taktyczne kombinowanie. Bitewnia(cz)ka z zestawem ciekawych misji, nie tak niedorzecznych jak te z Malifaux. Ale też takiego, który da mi frajdę nawet, jeśli nie będziemy mieli ochotę bawić się w żadne misje czy kampanie, a zechcemy z przeciwnikiem po prostu zabijać sobie nawzajem plastikowe żołnierzyki. Czy oczekuję wiele? Czy oczekując tego, jestem naiwny, bo przecież wszyscy (oprócz mnie) doskonale wiedzą, że Kill Team nigdy czymś takim nie będzie i nawet nie miało być?
Czego się boję?

Na razie dotarłem prawie do 50 strony instrukcji. Najbardziej obawiam się tego, że Kill Team będzie festiwalem rzucania kostkami. Na wszystko. Czy strzelając, trafiłeś przeciwnika. Jeśli tak, czy przebiłeś się przez pancerz. Jeśli tak, czy zadasz mu obrażenie, a jeśli rana jest śmiertelna, rzuć kostką, żeby sprawdzić, czy na pewno. Szarżujesz? Rzuć 2 kostkami k6 – wynik to liczba cali, o które możesz przesunąć swój model, a jeśli nie znajdziesz się w calu od przeciwnika, szarża jest nieudana. Cooo? Może w „czterdziestce” to normalne, tyle że po niemal 1,5 roku grania w Guild Balla (gdzie swoją drogą kostki też nie kurzą się na stole) mam po prostu inne przyzwyczajenia. Wydaje mi się, że wyniki rzutów za bardzo wpłyną na grę, ale zobaczymy. To, czy model widzi swój cel, też jest opisane (w moim odczuciu) dość nieprecyzyjnie, z konkluzją mówiącą, że jeśli coś jest niejasne, niech gracze dogadają się między sobą. Aha.
No i coś, do czego też nie przywykłem, czyli sporo wyborów przy sklejaniu figurek – możemy dać naszym żołnierzykom taki karabin, albo taki, albo jeszcze inny. Ma się rozumieć, że to super sprawa, tylko z drugiej strony, trochę mnie to stopuje, bo na razie nie wiem, jaką właściwie drużynę chcę złożyć.

I jeszcze jedna obawa: czy na pewno szybko nauczę się zasad i tych wszystkich modyfikatorów do rzutów, żeby grać bez zaglądania co chwilę do instrukcji? A może Kill Team okaże się jednak trochę zbyt skomplikowanym tytułem jak na grę wejścia w świat figurkowego Warhammera 40,000?
Cóż, niniejszy tekst może podsumować tylko jedno stwierdzenie: czas pokaże. Pod koniec trochę sobie ponarzekałem (i trochę się „naobawiałem”), ale tak naprawdę nastawiam się na dobrą zabawę… kiedy już ogarnę całość i wszystko skleję, czyli pewnie za pół roku. Taki żart, oby tylko nie okazało się, że tak długi czas potrzebny do rozpoczęcia rozgrywek będzie czymś więcej niż tylko moim wymysłem. Postaram się zamknąć temat szybciej, bo, jak już wiecie, zestaw startowy do Kill Team prezentuje się niezwykle imponująco i tylko zachęca, żeby przeżywać przygody jako drużyna Skitarii lub Neophyte Hybrids – już, teraz, zaraz.

Mam nadzieję, że się nie rozczaruję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...