Co tam czytam? to moje wrażenia z marnowania czasu dzięki komiksom, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało (czyli pewnie rzadko).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą co tam czytam?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą co tam czytam?. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 11 sierpnia 2022
poniedziałek, 1 sierpnia 2022
Co tam czytam? #21: The Closet #1-2 | Moon Knight #13 | The Silver Coin #1-9
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
cykle,
federico sabbatini,
gavin fullerton,
image,
james tynion IV,
jed mackay,
komiksy,
marvel,
michael walsh,
moon knight,
silver coin,
the closet
Posted by
Michał Misztal
Co tam czytam? to moje wrażenia z marnowania czasu dzięki komiksom, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało (czyli pewnie rzadko).
sobota, 2 stycznia 2021
Co tam czytam? #20: The Department of Truth | Instytut bombowych teorii | Komiksodrama | Plunge | Vampire: The Masquerade
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
cykle,
department,
hill house comics,
image,
james tynion IV,
joe hill,
komiksy,
leszek kassijan-wicherek,
marginesy,
martin simmonds,
plunge,
stuart immonen,
tom gauld,
vault,
vtm,
wampiry,
ziny
Posted by
Michał Misztal
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało.
poniedziałek, 21 grudnia 2020
Co tam czytam? #19: The Dollhouse Family/Rodzina z domku dla lalek | The Low, Low Woods | Plunge
Brak komentarzy:
Labels:
carmen maria machado,
co tam czytam?,
cykle,
dani,
dollhouse family,
hill house comics,
joe hill,
komiksy,
low low woods,
mike carey,
peter gross,
plunge,
stuart immonen
Posted by
Michał Misztal
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało.
niedziela, 11 października 2020
Co tam czytam? #18: The Dollhouse Family | The Invisibles | Killadelphia
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało.
niedziela, 4 października 2020
Co tam czytam? #17: Berserk | Dead Eyes | Dobranoc, Punpunie
Brak komentarzy:
Labels:
berserk,
co tam czytam?,
cykle,
dark horse,
dead eyes,
gerry duggan,
image,
inio asano,
john mccrea,
kentaro miura,
komiksy,
manga,
punpun
Posted by
Michał Misztal
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało.
czwartek, 17 września 2020
Co tam czytam? #16: Batman: Last Knight on Earth | Basketful of Heads | Crowded | Dhampire: Stillborn | Gideon Falls | Nameless | Stealth
Brak komentarzy:
Labels:
andrea sorrentino,
batman,
co tam czytam?,
dc,
gideon falls,
grant morrison,
hill house comics,
image,
jeff lemire,
joe hill,
komiksy,
scott snyder,
stealth,
vertigo
Posted by
Michał Misztal
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało. Czyli pewnie rzadko.
sobota, 22 sierpnia 2020
Co tam czytam? #15: Savage Dragon #250
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
erik larsen,
image,
komiksy,
savage dragon
Posted by
Michał Misztal
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało. Czyli pewnie rzadko.
niedziela, 22 marca 2020
Co tam czytam? #14: Doom Patrol: Nada | My Friend Dahmer
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
dc,
derf backderf,
doom patrol,
gerard way,
harry n. abrams,
komiksy,
my friend dahmer,
nick derington,
young animal
Posted by
Michał Misztal
sobota, 14 marca 2020
Co tam czytam? #13: The Batman Who Laughs | Joker: Killer Smile
Brak komentarzy:
Labels:
andrea sorrentino,
batman,
co tam czytam?,
dc,
jeff lemire,
jock,
joker,
komiksy,
scott snyder
Posted by
Michał Misztal
wtorek, 28 stycznia 2020
Co tam czytam? #12: Berserk
Brak komentarzy:
Labels:
berserk,
co tam czytam?,
cykle,
jpf,
kentaro miura,
komiksy,
manga
Posted by
Michał Misztal
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało. Czyli pewnie rzadko.
sobota, 25 stycznia 2020
Co tam czytam? #11: Human Target, Miesiąc miodowy na safari, Shadows Fall
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
cykle,
human target,
jesse jacobs,
john ney rieber,
john van fleet,
kultura gniewu,
peter milligan,
shadows fall,
vertigo
Posted by
Michał Misztal
czwartek, 15 listopada 2018
Co tam czytam? (10) (Batman: White Knight, Moon Knight: Silent Knight i Batman: The Black Mirror)
Brak komentarzy:
Labels:
batman,
co tam czytam?,
dc,
francesco francavilla,
jock,
komiksy,
laurence campbell,
marvel,
moon knight,
peter milligan,
scott snyder,
sean murphy
Posted by
Michał Misztal
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.
Batman: White Knight [Sean Murphy]
Zaczynamy od tego, że Joker przestał być Jokerem i znowu nazywa się Jack Napier, co jest przy okazji bardzo sympatycznym nawiązaniem do pewnego filmu. Co dalej? Na pierwszych stronach miniserii Seana Murphy’ego Jack, najwyraźniej pozbawiony szaleństwa swojego alter ego w fioletowym garniturze, odwiedza Batmana, który jest… zamknięty w Arkham. Trochę jak w historii Ostatni Arkham, którą tak dobrze pamiętam z dzieciństwa.
Tyle że ja nie za bardzo lubię takie alternatywne wersje komiksowych serii. Kojarzą mi się tanimi chwytami rodem z Ziemi Jeden do scenariusza Geoffa Johnsa: niech Bullock będzie chudy, zaś z Alfreda zróbmy byłego komandosa, jest świetna koncepcja, mamy całkiem nowy komiks.
Tylko że nie. Trzeba się naprawdę postarać, by nie wyszła z tego Ziemia Jeden albo na przykład Władza.
sobota, 6 października 2018
Co tam czytam? (9) (Dragon Puncher, Tomorrow Stories i Legion)
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.
Dragon Puncher [James Kochalka]
Po pierwsze, Dragon Puncher Jamesa Kochalki to jeden z najlepszych kawałków, jakie słyszałem w życiu – tekstowo, muzycznie, pod każdym względem, przy czym oczywiście nigdy nie zapomniałem o Wash Your Ass. Autor serii pasków American Elf wydał również komiks zatytułowany tak samo jak jego wspomniany muzyczny oraz jego kontynuację, czyli Dragon Puncher Island. Trudno mi opisać te dwa krótkie zeszyty słowem innym niż „przeurocze”. Choć nie ma się tu nad czym rozwodzić – obie historie są zupełnie świadomie proste jak budowa cepa i przeznaczone dla najmłodszych – trudno nie szczerzyć zębów na widok tego, za pomocą jakich środków Kochalka zdecydował się je opowiedzieć. Otóż mamy tu rysunkowe postacie na tle zdjęć, tyle że twarze (i pyski) głównych bohaterów to również fotografie: syna Kochalki, kota Kochalki oraz samego autora. Taki a nie inny wygląd plus nieskomplikowany jak sama „fabuła” oraz specyficzna kreska humor, to właściwie wszystkie patenty przyciągające do jednego i drugiego Dragon Punchera, jednak… z zaskoczeniem stwierdzam, że to wystarczy. Takie tam komiksiki do przerobienia w kilka minut (oba), uśmiechnięcia się i zapomnienia o ich istnieniu, ale przez tę krótką chwilę robią swoje. Wyszła z tego fajna i, jeszcze raz, przeurocza rzecz dla dzieciaków – sam nie wiem, czy dla tych, które sięgną po te historie, czy bardziej dla dzieciaków Kochalki.
poniedziałek, 15 lutego 2016
Co tam czytam? [8] (Yorgi)
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
dariusz rzontkowski,
jerzy ozga,
komiksy,
kultura gniewu,
recenzje,
yorgi
Posted by
Michał Misztal
Wracamy do jednego z moich starszych pomysłów. Co tam czytam? to efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.
Miałem dostać dwa najnowsze tomy Yorgiego do recenzji, ale odmówiłem - za bardzo się bałem. Cytując komentarz Maćka Pałki pod moją recenzją The Filth Morrisona i Westona: "Zdrowo pojebany komiks. Nic nie zrozumiałem, ale jestem zachwycony". Miałem podobnie po lekturze dwóch pierwszych odcinków, które czytałem na początku 2012 roku. W scenariuszu Rzontkowskiego czuło się szaleństwo (czy była w nim jakaś metoda, jeszcze nie mogłem wyczuć), zmieszanie świata realnego ze snami, ducha Philipa K. Dicka i literatury science fiction z dawnych lat, zaś całość została świetnie zilustrowana przez Jerzego Ozgę. Byłem usatysfakcjonowany i bardzo zdezorientowany, a potem wszystko ucichło i tak jakoś całkiem zapomniałem o tej serii. Wydawało mi się po prostu, że to już koniec. Kolejne dwa epizody ukazały się dopiero niedawno i... nadal jest świetnie, chociaż nie napiszę, że przestałem się bać. Czytelnik dostaje (choć kto wie, może tylko pozornie) wiele odpowiedzi, ale historia wcale nie jest przez to mniej zakręcona. Nie uznaję tego jednak za wadę, tak jak i tego, że fabuła zostaje właściwie odwrócona do góry nogami (zastanawiam się, czy planowano taki przebieg wydarzeń od samego początku, czy może "tak jakoś wyszło" w trakcie przerwy pomiędzy najnowszymi a poprzednimi częściami) - uwierzcie, warto przeczytać tę opowieść łączącą w sobie PRL, kosmitów, rozmowy Lema ze wspomnianym Philipem K. Dickiem, Pewexy, sowieckie urządzenia hipnotyzujące i jeszcze wiele innych, na pierwszy rzut oka niemożliwych do złożenia w sensowną całość pomysłów. Pod koniec Sądu ostatecznego, czwartej, do tej pory ostatniej części, jak zwykle zapowiedziano kolejną - trzymam kciuki, żeby utrzymała dotychczasowi poziom cyklu i żebym znowu nie musiał czekać na nią tak długo jak na Komiks, którego nie było. Lektura obowiązowa.
sobota, 14 listopada 2015
Co tam czytam? [7] (Tomie, tom 2; Fables #150; Locke & Key; The Names; Profanum #4)
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
fables,
gabriel rodriguez,
joe hill,
junji ito,
komiksy,
locke & key,
magazyny komiksowe,
mark buckingham,
names,
peter milligan,
profanum,
tomie
Posted by
Michał Misztal
Wracamy do jednego z moich starszych pomysłów. Co tam czytam? to efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.
Kontynuacja Tomie to nadal wysoki poziom, ale poza tym trzeba też przyznać, że nie za bardzo jest się nad czym rozwodzić, bo to po prostu więcej tego samego. I dobrze. Różnica jest taka, że tym razem nie dostajemy początków autora jako ilustratora, za to Junji Ito już od pierwszych stron rysuje tak, jak należy. Jest jak zwykle strasznie, makabrycznie i groteskowo, do czego czytelnicy horrorów dentysty-komiksiarza powinni być przyzwyczajeni. W głównej bohaterce tego albumu interesujące jest to, że choć historie o niej są w dużym stopniu powtarzalne i przewidywalne, scenariusze ani trochę nie nudzą. Mniej więcej wiadomo, co będzie się działo, ale mimo to mangową cegiełkę czyta się z nieustającym zaciekawieniem. Odnosi się też wrażenie, że ze swoją pomysłowością twórca mógłby tak bez końca. Teraz czekam na obdarzony intrygującą okładką album Souichi i jego głupie klątwy. Jak na razie rozczarowałem się tylko Reminą, więc zakładam, że Junji Ito po raz kolejny mnie nie zawiedzie.
O serii Fables pisałem na blogu Komiksofilia kilkukrotnie i z biegiem lat przechodziłem od niepohamowanego entuzjazmu przez spory sceptycyzm, aż do umiarkowanego zadowolenia. Niedawno przeczytałem 150, ostatni zeszyt Baśni. Cholera. Nie wiem, co napisać. Z jednej strony już od dawna nie darzyłem tego cyklu taką sympatią, jak na początku, i czytałem go właściwie tylko z przyzwyczajenia i z ciekawości, jak to wszystko się skończy. Z drugiej, tyle odcinków to również masa wspomnień, od wątków zawartych w kadrach do takich sytuacji, jak poznanie tej serii, kiedy byłem w Stanach, czy spacery po pracy w celu kupienia kolejnego tomu w nieistniejącym już sklepie komiksowym u mnie w mieście. I dziesiątki bohaterów, do których niejeden czytelnik, czy chciał, czy nie chciał, zdążył się przez te wszystkie lata przyzwyczaić. I choć finał to właściwie żadna rewelacja (może poza okładką), tak jak sporo wcześniejszych epizodów, całość będzie przeze mnie bardzo dobrze wspominana. W marcu 2009 napisałem: "Jeśli chodzi o mnie, serial Fables mógłby trwać wiecznie, o ile tylko Willinghamowi nie skończą się dobre pomysły". Teraz napiszę, że Baśnie to idealny przykład na to, że trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. Ten komiks mógł być WIELKI, niestety moim zdaniem do autorów nie dotarło, że co za dużo, to niezdrowo. Co nie zmienia faktu, że do pewnego momentu to lektura obowiązkowa i jedna z lepszych pozycji "nowego", już-nie-tak-bardzo-kwasowego Vertigo.
Z początku narzekałem, że co to za horror z tak cukierkowymi rysunkami, ale historia o kluczach, zamkach i demonach wydawała się ciekawa, zaś kreska Rodrigueza powoli przestawała przeszkadzać. Potem seria rozkręciła się na całego i pomniejsze wady zeszły na dalszy plan. Tym, dla których (tak jak dla mnie, a to z powodu braku znajomości czegokolwiek, co napisał Joe Hill) scenarzysta Locke & Key był tylko synem Stephena Kinga, cykl otwiera oczy i każe wypatrywać kolejnych komiksów i być może również książek tego autora. Świetnie skonstruowana opowieść, wiarygodni bohaterowie z umiejętnie rozbudowanymi charakterami, kilka zwrotów akcji, które naprawdę coś znaczą i nie polegają jedynie na tym, że ktoś miał być dobry, a tak naprawdę okazał się zły i jeszcze wiele innych fantastycznych rzeczy. Po czasie ilustracje już wcale nie drażniły - owszem, do samego końca miałem niewielkie obiekcje, ale generalnie trzeba Rodriguezowi przyznać, że mimo wszystko pasuje do horroru, który jest horrorem pełną gębą i trzyma w napięciu niemal do finalnego zeszytu. Teraz do przeczytania pozostały mi jedynie Guide to the Known Keys i Grindhouse. Jest mi naprawdę przykro, że lektura serii już właściwie za mną. Oby więcej takich komiksów!
Inne rzeczy, o jakich miałem napisać, tyle że odkładałem pisanie zbyt długo, by teraz chciało mi się wystukiwać na klawiaturze dłuższe teksty, ale o których z drugiej strony warto choćby wspomnieć, to The Names Petera Milligana, który chyba (obym się nie mylił) wraca do formy i Profanum (kilka miesięcy temu pojawił się czwarty tom). Obie rzeczy zdecydowanie warte uwagi. Milligan to może kwestia dyskusyjna, jednak uwielbiam tego scenarzystę i nie potrafię być obiektywny. Jak zwykle są tu problemy z tożsamością, wykręcone postacie i wiele typowych dla tego autora, jednocześnie wciąż oryginalnych pomysłów. Czytać The Names. Z kolei Profanum to magazyn, w którym nie ma tego, na co zawsze narzekam w magazynach, czyli krótkich opowieści, które chwilę po lekturze wylatują na zawsze z głowy. Każdy numer to kilka historii mogących równie dobrze być odrębnymi, pełnoprawnymi zeszytami lub nawet albumami, a to wszystko za śmieszne pieniądze. Czytać Profanum.
czwartek, 2 lipca 2015
Co tam czytam? [6] (Przypadek Pana Marka)
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
jan mazur,
komiksy,
recenzje,
timof i cisi wspólnicy
Posted by
Michał Misztal
Wracamy do jednego z moich starszych pomysłów. Co tam czytam? to efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.
Oczy mi się cieszą, kiedy widzę taką kreskę, a ręka od razu sięga do portfela. Nie potrafię tego wyjaśnić. Bardzo lubię minimalizm, nieraz udowadniający, że mniej naprawdę znaczy więcej. I nie interesuje mnie, że to, co w Przypadku pana Marka narysował Jan Mazur, na podobnym poziomie narysować mógłby ptawie każdy. Kupiłem i nie żałuję. To nie jest oczywiście komiks roku, ale sprawnie napisana, ciekawa, również minimalistyczna historia. I czy wspominałem coś o niezaprzeczalnym uroku tego rodzaju kreski? W wydanym przez Timofa niewielkim zeszycie wszystko gra, wszystko jest jak należy. Mam takie odczucie, że z powodu wyrzucenia wszelkich niepotrzebnych elementów nie ma tutaj nawet nad czym się rozpisywać. I choć nie ma też co porównywać Przypadku pana Marka do Goliata Toma Gaulda, po lekturze obu komiksów pozostaje bardzo podobna refleksja: ani jednego zbędnego słowa, ani jednej zbędnej kreski. Ciekawi mnie, czy autorowi wyszło to naturalnie, czy rzeczywiście musiał wyciąć kilka scen albo korciło go, żeby dodać coś więcej. Nawet jeśli tak, nie musiał. Polecam. Tuptuptup, szur szur.
poniedziałek, 25 maja 2015
Co tam czytam? [5] (Tomie, tom 1)
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
jpf,
junji ito,
komiksy,
recenzje,
tomie
Posted by
Michał Misztal
Wracamy do jednego z moich starszych pomysłów. Co tam czytam? to efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.
Pierwsza cegła z przygodami Tomie to prawie 400 stron historii poświęconej młodej dziewczynie, która jest regularnie mordowana przez kolejnych mężczyzn, ale za każdym razem wraca do życia i doprowadza do nowych katastrof. Na kartach komiksu można zaobserwować rozwój kreski autora, na początku dosyć prostej i zachowawczej, niezbyt przyciągającej uwagę, ale szybko stającej się o wiele lepszą i bardziej szczegółową. Sama opowieść to może nie Uzumaki, Gyo czy Black Paradox (Remina niespecjalnie przypadła mi do gustu), ale mój ulubiony dentysta Junji Ito jak zwykle zaserwował porządny, groteskowy i momentami obrzydliwy horror. Piszę to wszystko jako wierny fan, który kupi każdy jego komiks, jaki ukaże się w Polsce. Jak tu nie lubić kogoś, kogo głowa wypełniona jest tak niesamowitymi, chorymi pomysłami? Niektóre z nich, razem z zachowaniami części postaci, mogą wydawać się niedorzeczne, ale można wytłumaczyć to sobie odmiennością kulturową albo nie zwracać na to uwagi, bo w żadnym wypadku nie mamy do czynienia z przeszkodą obniżającą poziom jego albumów. Prawda jest taka, że Junji Ito tworzy jedne z nielicznych opowieści obrazkowych mogących naprawdę mnie przestraszyć. Nie piszę tego z pozycji znawcy komiksowego horroru ani horroru w ogóle, stwierdzam tylko fakt. Niby moje ukochane medium nie ma wielu możliwości wywołania niepokoju, w przeciwieństwie do filmu nie może podkreślać nastroju muzyką, w przeciwieństwie do książek ma ilustracje niekoniecznie dające pole do popisu wyobraźni. Mimo to pamiętam swój powrót do domu późno w nocy, w ciemności, kilka dni po lekturze Uzumaki. Nie mogłem przestać myśleć o scenie z okiem wpadającym do wnętrza głowy kobiety, rozejrzałem się, sprawdziłem, czy ktoś albo coś mnie nie obserwuje... i nagle bardzo zapragnąłem jak najszybciej znaleźć się we własnym pokoju. Tomie to mniejszy kaliber, ale niech was to nie zmyli: jest co czytać, jest na co popatrzeć i jest się czego bać. Kilka niezapomnianych pomysłów, świetnie ilustracje i drugi tom już w drodze. Co za szczęście.
piątek, 27 września 2013
Co tam czytam? [4]
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
fables,
komiksy,
mark buckingham,
vertigo
Posted by
Michał Misztal
Co tam czytam? to mój nowy eksperyment, efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji (aczkolwiek etykieta recenzje znajdzie się w każdym z takich wpisów, żebym sztucznie zwiększył sobie statystyki, a jakże). Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych zdań, szybkie opinie, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.
Co tam w serii Fables?
Przed chwilą sprawdziłem, kiedy ostatnio wspominałem o Baśniach, i okazało się, że dokładnie cztery lata i dwanaście dni temu. Trochę minęło. W tym czasie zmienił się świat, zmieniłem się również ja i moje życie, ale nikogo to nie obchodzi, a poza tym to nie blog o tym. O serii Willinghama i Buckinghama wspominam po raz kolejny, ponieważ mozolnie nadrabiam zaległości, dzięki czemu w tej chwili jestem tuż po setnym zeszycie. Jeszcze do niedawna sporo narzekałem na Fables, nawet w sierpniowym tekście o Invincible i w rozmowach ze znajomymi. Dlaczego? W komiksie Kirkmana niemal od początku bohaterowie mieli przed sobą główny cel, ważne zadanie do wykonania. Kiedy problem został już rozwiązany, scenarzysta nie zastosował prostego wyjścia w postaci pojawienia się nowego, jeszcze silniejszego przeciwnika i tym samym sprawił, że jego historia utrzymała wysoki poziom. W Baśniach, kiedy pokonano Adwersarza, zastosowano właśnie to najprostsze wyjście: nowy, jeszcze silniejszy przeciwnik. Nuda. Tak w każdym razie wspominałem Fables po dłuższej przerwie, tymczasem kiedy wróciłem do czytania, okazało się bardzo szybko, że autorzy nadal dają radę. Owszem, to nie Invincible, gdzie pomysły Kirkmana zachwycają właściwie co chwilę, są słabsze momenty, ale to ciągle dobra seria i przyjemna lektura. Nudy właściwie nie ma, Willingham zawsze może odejść od głównego wątku i wykorzystać postacie z drugiego albo trzeciego planu, których ma w zanadrzu całe mnóstwo. Podsumowując, nadal zostaję przy tym komiksie, chciałbym już być na bieżąco. Mam też nadzieję, że kiedy najnowszy wróg Baśniowców także zostanie pokonany, kolejne wyzwanie będzie bardziej interesujące od nowego, jeszcze silniejszego nieprzyjaciela.
Co tam w serii Fables?
Przed chwilą sprawdziłem, kiedy ostatnio wspominałem o Baśniach, i okazało się, że dokładnie cztery lata i dwanaście dni temu. Trochę minęło. W tym czasie zmienił się świat, zmieniłem się również ja i moje życie, ale nikogo to nie obchodzi, a poza tym to nie blog o tym. O serii Willinghama i Buckinghama wspominam po raz kolejny, ponieważ mozolnie nadrabiam zaległości, dzięki czemu w tej chwili jestem tuż po setnym zeszycie. Jeszcze do niedawna sporo narzekałem na Fables, nawet w sierpniowym tekście o Invincible i w rozmowach ze znajomymi. Dlaczego? W komiksie Kirkmana niemal od początku bohaterowie mieli przed sobą główny cel, ważne zadanie do wykonania. Kiedy problem został już rozwiązany, scenarzysta nie zastosował prostego wyjścia w postaci pojawienia się nowego, jeszcze silniejszego przeciwnika i tym samym sprawił, że jego historia utrzymała wysoki poziom. W Baśniach, kiedy pokonano Adwersarza, zastosowano właśnie to najprostsze wyjście: nowy, jeszcze silniejszy przeciwnik. Nuda. Tak w każdym razie wspominałem Fables po dłuższej przerwie, tymczasem kiedy wróciłem do czytania, okazało się bardzo szybko, że autorzy nadal dają radę. Owszem, to nie Invincible, gdzie pomysły Kirkmana zachwycają właściwie co chwilę, są słabsze momenty, ale to ciągle dobra seria i przyjemna lektura. Nudy właściwie nie ma, Willingham zawsze może odejść od głównego wątku i wykorzystać postacie z drugiego albo trzeciego planu, których ma w zanadrzu całe mnóstwo. Podsumowując, nadal zostaję przy tym komiksie, chciałbym już być na bieżąco. Mam też nadzieję, że kiedy najnowszy wróg Baśniowców także zostanie pokonany, kolejne wyzwanie będzie bardziej interesujące od nowego, jeszcze silniejszego nieprzyjaciela.
poniedziałek, 9 września 2013
Co tam czytam? [3]
Brak komentarzy:
Labels:
co tam czytam?,
david finch,
dc,
forever evil,
geoff johns,
komiksy,
recenzje
Posted by
Michał Misztal
Co tam czytam? to mój nowy eksperyment, efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji (aczkolwiek etykieta recenzje znajdzie się w każdym z takich wpisów, żebym sztucznie zwiększył sobie statystyki, a jakże). Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych zdań, szybkie opinie, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.
Co tam w Forever Evil?
Kiedy piszę o komiksach ze stajni Marvela (wiem, że robię dość rzadko), zdarza mi się wspominać o tym, że tak naprawdę nie mam o nich pojęcia, bo nie śledzę i nigdy nie śledziłem na bieżąco losów poszczególnych bohaterów ani nie jestem w stanie połapać się we wszystkich wiekopomnych, wpływających na całe uniwersum wydarzeniach, które i tak średnio mnie interesują. Tak po prostu jest. Ale po lekturze pierwszego zeszytu miniserii Forever Evil, złapałem się na tym, że o postaciach z DC wiem równie mało. Jakieś No Man's Land, jakieś The New 52... to nie dla mnie. Podejrzewam, że owszem, to bardzo ciekawe sprawy, jednak mi wystarczy dosłownie kilka podstawowych faktów, jak choćby świadomość, że istnieje ktoś taki jak Batman. Albo że łysy facet występujący na pierwszych stronach tej historii to Lex Luthor. Niemniej muszę przyznać, że Forever Evil zdołało trochę mnie zaciekawić. O ile się orientuję, szykuje się kolejna wiekopomna, wpływająca na wszystko i wszystkich grubsza afera. Na początku ktoś uwalnia z więzień całe zastępy superłotrów, co trochę śmierdzi starym i znanym chyba każdemu planem Bane'a, jednak tym razem skala całego wydarzenia jest o wiele większa. Po pewnym czasie większość uwolnionych przestępców zbiera się w jednym miejscu, by wysłuchać tego, co ma im do powiedzenia grupa Crime Syndicate, będąca złymi odpowiednikami bohaterów z Justice League - zamiast Supermana jest Ultraman, zamiast Batmana Owlman, zamiast Green Lanterna Power Ring i tak dalej. Ich przywódca ogłasza, że cała grupa przybyła z innego świata, by opanować ten, co właściwie już im się udało, bo członkowie Justice League... nie żyją. Nieźle, prawda?
Oczywiście nie wierzę w to, że Geoff Johns zabił na śmierć najważniejszych superbohaterów DC. Albo wcale nie zabił, albo zabił, ale nie na śmierć. Tak czy inaczej, wynikające z tego konsekwencje mogą być interesujące, bo w regularnych seriach nieobecne postacie wchodzące w skład Justice League zostaną zastąpione swoimi przeciwnikami. Ma się rozumieć, że w przypadku tego wielkiego wydarzenia również nie zdołam być na bieżąco z pomysłami autorów, ale wygląda na to, że będzie się działo. Nie tylko wśród "poległych", bo taki na przykład Nightwing może się już nie pozbierać po tym, co spotkało go w pierwszym zeszycie Forever Evil. Chyba, że nastąpi reset uniwersum albo całość okaże się na przykład snem Alfreda.
Podsumowując, miniseria robi niezłe, mocne wejście, ze sporą liczbą dobrych plansz Fincha (zwłaszcza tych wypełnionych czarnymi charakterami) oraz ciekawym pomysłem na całość. Teraz wszystko zależy od tego, jak będzie wyglądał ciąg dalszy. I jeszcze jedna sprawa. Ultraman wyraźnie cierpi, kiedy padają na niego promienie słońca, więc w Forever Evil rozwiązuje ten problem, zasłaniając słońce księżycem. Nie wiem, jak to zrobił, skoro słońce wyraźnie go rani, a przecież wykonując tę czynność, musiał wystawić się na jego działanie, ale nieważne, mam inne pytanie. Księżyc zasłania słońce, Ultraman jest bezpieczny. Fajnie. I co, teraz zatrzyma naszą planetę, czy za każdym razem, kiedy słońce lekko "wysunie" się zza księżyca, będzie podlatywał i powtarzał cała zabawę, żeby promienie ponownie przestały mu przeszkadzać? Albo czegoś nie dostrzegłem, albo cały pomysł nie ma sensu i należy zaliczyć go do wpadek. Śmieszna sprawa. Na szczęście poza tym jest w porządku i warto sprawdzić ten komiks, nawet jeśli tak jak ja w ogóle nie jesteście na bieżąco z bohaterami DC.
Co tam w Forever Evil?
Kiedy piszę o komiksach ze stajni Marvela (wiem, że robię dość rzadko), zdarza mi się wspominać o tym, że tak naprawdę nie mam o nich pojęcia, bo nie śledzę i nigdy nie śledziłem na bieżąco losów poszczególnych bohaterów ani nie jestem w stanie połapać się we wszystkich wiekopomnych, wpływających na całe uniwersum wydarzeniach, które i tak średnio mnie interesują. Tak po prostu jest. Ale po lekturze pierwszego zeszytu miniserii Forever Evil, złapałem się na tym, że o postaciach z DC wiem równie mało. Jakieś No Man's Land, jakieś The New 52... to nie dla mnie. Podejrzewam, że owszem, to bardzo ciekawe sprawy, jednak mi wystarczy dosłownie kilka podstawowych faktów, jak choćby świadomość, że istnieje ktoś taki jak Batman. Albo że łysy facet występujący na pierwszych stronach tej historii to Lex Luthor. Niemniej muszę przyznać, że Forever Evil zdołało trochę mnie zaciekawić. O ile się orientuję, szykuje się kolejna wiekopomna, wpływająca na wszystko i wszystkich grubsza afera. Na początku ktoś uwalnia z więzień całe zastępy superłotrów, co trochę śmierdzi starym i znanym chyba każdemu planem Bane'a, jednak tym razem skala całego wydarzenia jest o wiele większa. Po pewnym czasie większość uwolnionych przestępców zbiera się w jednym miejscu, by wysłuchać tego, co ma im do powiedzenia grupa Crime Syndicate, będąca złymi odpowiednikami bohaterów z Justice League - zamiast Supermana jest Ultraman, zamiast Batmana Owlman, zamiast Green Lanterna Power Ring i tak dalej. Ich przywódca ogłasza, że cała grupa przybyła z innego świata, by opanować ten, co właściwie już im się udało, bo członkowie Justice League... nie żyją. Nieźle, prawda?
Oczywiście nie wierzę w to, że Geoff Johns zabił na śmierć najważniejszych superbohaterów DC. Albo wcale nie zabił, albo zabił, ale nie na śmierć. Tak czy inaczej, wynikające z tego konsekwencje mogą być interesujące, bo w regularnych seriach nieobecne postacie wchodzące w skład Justice League zostaną zastąpione swoimi przeciwnikami. Ma się rozumieć, że w przypadku tego wielkiego wydarzenia również nie zdołam być na bieżąco z pomysłami autorów, ale wygląda na to, że będzie się działo. Nie tylko wśród "poległych", bo taki na przykład Nightwing może się już nie pozbierać po tym, co spotkało go w pierwszym zeszycie Forever Evil. Chyba, że nastąpi reset uniwersum albo całość okaże się na przykład snem Alfreda.
Podsumowując, miniseria robi niezłe, mocne wejście, ze sporą liczbą dobrych plansz Fincha (zwłaszcza tych wypełnionych czarnymi charakterami) oraz ciekawym pomysłem na całość. Teraz wszystko zależy od tego, jak będzie wyglądał ciąg dalszy. I jeszcze jedna sprawa. Ultraman wyraźnie cierpi, kiedy padają na niego promienie słońca, więc w Forever Evil rozwiązuje ten problem, zasłaniając słońce księżycem. Nie wiem, jak to zrobił, skoro słońce wyraźnie go rani, a przecież wykonując tę czynność, musiał wystawić się na jego działanie, ale nieważne, mam inne pytanie. Księżyc zasłania słońce, Ultraman jest bezpieczny. Fajnie. I co, teraz zatrzyma naszą planetę, czy za każdym razem, kiedy słońce lekko "wysunie" się zza księżyca, będzie podlatywał i powtarzał cała zabawę, żeby promienie ponownie przestały mu przeszkadzać? Albo czegoś nie dostrzegłem, albo cały pomysł nie ma sensu i należy zaliczyć go do wpadek. Śmieszna sprawa. Na szczęście poza tym jest w porządku i warto sprawdzić ten komiks, nawet jeśli tak jak ja w ogóle nie jesteście na bieżąco z bohaterami DC.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























+001-020.jpg)