Metody Marnowania Czasu: maja 2012

czwartek, 24 maja 2012

Ból [Piotr Harmaciński i Kamil Boettcher] [recenzja]

Brak komentarzy:
Ból to wydany własnym sumptem, liczący 64 strony niemy komiks autorstwa Piotra Harmacińskiego (scenariusz) i Kamila Boettchera (ilustracje), twórców jeszcze niezbyt kojarzonych wśród odbiorców historii obrazkowych. Rysownik jest mi znany z krótkiej opowieści zatytułowanej Polowanie z 9 numeru "Kolektywu", poza tym Ból to mój pierwszy kontakt z tym, co zrobiły wymienione wyżej osoby. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

środa, 23 maja 2012

Hellblazer: Rare Cuts [Jamie Delano, Grant Morrison, Garth Ennis, David Lloyd, Sean Phillips, Richard Piers Rayner & Mark Buckingham] [recenzja]

Brak komentarzy:
Zgodnie z informacją zamieszczoną na okładce, Rare Cuts to sześć niepublikowanych wcześniej w zbiorczych wydaniach epizodów z przygodami Johna Constantine'a, do scenariuszy Delano, Morrisona i Ennisa. Jeśli tak, to zakładam, że tom drugi, The Devil You Know, został złożony później, bo historia Newcastle: A Taste of Things to Come znajduje się zarówno tam, jak i w Rare Cuts. W każdym razie dla kogoś takiego jak ja, w ślimaczym tempie zapoznającego się z serią Hellblazer zgodnie z chronologią (nie licząc Dangerous Habits Ennisa, zbioru przeczytanego lata temu), ten tom to możliwość zobaczenia trochę innej wersji tego komiksu niż ta, do jakiej zdążył przyzwyczaić mnie Jamie Delano. Co nie zmienia faktu, że jego scenariusze i tak są tu najlepsze, zwłaszcza Dead-Boy's Heart. W In Another Part of Hell trochę przeszkadzał mi momentami głupkowaty i groteskowy humor. Morrison się nie popisał, jego dwa zeszyty o szale ogarniającym niewielkie miasto są średniakami. Jeśli chodzi o Ennisa, w This is Diary of Danny Drake pokazał dobrą historię, nie odbiegając od poziomu Delano. Teraz kolej na niego, już od następnego tomu autor Kaznodziei przejmie w Hellblazerze rolę stałego scenarzysty. Jeśli chodzi o ilustracje, wszyscy rysownicy pojawiali się w serii już wcześniej, więc dotychczasowi czytelnicy powinni wiedzieć, czego się spodziewać.

Rare Cuts to krótkie wydanie zbiorcze, do szybkiego przeczytania, zawierające historie przejściowe, co niekoniecznie oznacza, że słabe. Stały poziom i atmosfera serii zostały zachowane. Żegnamy Delano, przechodzimy przez średnią opowieść Morrisona, witamy Ennisa i przygotowujemy się na jego dłuższy pobyt na stronach tego komiksu. Jedno z pierwszych zdań na tylnej okładce Dangerous Habits, kolejnej części, brzmi: John Constantine is dying.

wtorek, 22 maja 2012

Promethea Book 5 [Alan Moore & J.H. Williams III] [recenzja]

3 komentarze:
I już po Promethei. Pięć niesamowitych tomów, piękne i zróżnicowane ilustracje, raz komiks, raz wykład Alana Moore'a na temat konstrukcji wszechświata. Z fragmentami, które pomimo przytłaczającego szaleństwa i niewiarygodnie spójnej oraz niezwykłej wizji scenarzysty, zawsze były na tyle przystępne, żeby czytało się to równie dobrze jak najprostszą opowieść o bijących się herosach w śmiesznych kostiumach. Poza tym Promethea stanowi połączenie dwóch odmiennych podejść Moore'a do historii obrazkowych. Bez poważnych, naukowych analiz, można ogólnie stwierdzić, że autor tej serii tworzy rzeczy albo bardzo poważne, jak Prosto z piekła, Zagubione dziewczęta, V jak Vendetta czy Strażnicy, albo pulpowe, jak Supreme, Top 10, Liga Niezwykłych Dżentelmenów lub, jak podejrzewam (jeszcze nie czytałem, dopiero powoli kompletuję) Tom Strong. Niezależnie od podejścia, radził sobie świetnie, jednak tutaj połączył oba te style. Seria to wymieszanie pulpy (opętany przez demony, chory psychicznie burmistrz, superbohaterskie grupy takie jak The Five Swell Guys, ich przeciwnicy, Jellyhead albo Painted Doll) z rzeczami absolutnie poważnymi, jak cała podróż głównej bohaterki po Immaterii. Wyszło rewelacyjnie, a piąty tom jest kulminacją tego połączenia. Już na samym początku serii zapowiedziano, że obecna Promethea doprowadzi do apokalipsy. To prawda. W finale Moore pokazuje swoją wizję końca świata, przypuszczam, że skrajnie odmienną od oczekiwań większości czytelników. Mogę zdradzić, że na ostatnich stronach następuje zapowiadana wcześniej apokalipsa, jednak nie sądzę, żebym zepsuł komukolwiek niespodziankę.

Jest jeszcze #32 zeszyt, który nie bez powodu powstawał przez kilka miesięcy. Poniżej zamieszczam go w całości, co prawda w pomniejszeniu, ale widać wystarczająco, że Alan Moore zwariował po raz kolejny. Dobrze widzicie, tak właśnie wygląda finał Promethei. Nie jestem pewny, jak przedstawiono to w pojedynczym numerze, wydanie zbiorcze rozwiązuje pomysł w taki sposób, że złożono z tego zwyczajny epizod, strona po stronie, a zaraz potem pokazano swego rodzaju rozkładówkę, żeby czytelnik mógł zobaczyć, także w pomniejszeniu, jak prezentuje się całość. W pojedynczym zeszycie da się to chyba po prostu rozłożyć, czytać na różne sposoby, bawić się szaleństwem autorów. Ostatnia część to podsumowanie całej serii, ponowne zestawienie wszystkiego, czego główne bohaterki dowiedziały się w Immaterii plus wiele nowych informacji, z jedną główną ilustracją oraz masą mniejszych, pojedynczych rysunków składających się na dwa monumentalne plakaty widoczne poniżej. To jedna z najdziwniejszych rzeczy, jakie widziałem w komiksie, czytałem to, nie wierząc, że najpierw można w ogóle na coś takiego wpaść, a potem poświęcić całe miesiące na doprowadzenie tego pomysłu do końca. Kiedyś do tego wrócę, przyjrzę się temu od początku do końca i może dotrze do mnie więcej, na razie odłożyłem ostatni tom trochę przestraszony.

Przestraszony ostatnim zeszytem, zachwycony serią. Każdemu, kto szuka w opowieściach obrazkowych czegoś nietypowego i wymagającego, a jednocześnie wcale nie straszącego nieustannym brakiem przystępności, powinien sięgnąć po Prometheę. Jeśli ktoś lubi scenariusze Alana Moore'a (ile osób może powiedzieć, że ich nie lubi?), powinien zrobić to tym bardziej. Kolejna genialna rzecz od tego autora. To już koniec, ale dobrze, że na horyzoncie czeka na mnie Tom Strong.


Irredeemable Vol. 1 [Mark Waid & Peter Krause] [recenzja]

7 komentarzy:
Plutonian przypomina Supreme Alana Moore'a. Jest idealnym przykładem sztampowego superherosa, praktycznie kopią Supermana. Jest niesamowicie szybki, niewiarygodnie silny, lata, potrafi podgrzać sobie kawę promieniami wystrzeliwanymi z oczu, a przy tym wszystkim cechuje go nieskazitelna dobroć. Tak właśnie wygląda główny bohater poleconej mi swego czasu przez Dasha (dziękuję) serii Irredeemable. W świecie wykreowanym przez Marka Waida, scenarzystę, między innymi, komiksu Kingdom Come, superherosi oraz superzłoczyńcy są idiotycznie wyglądającymi pajacami w lateksowych ubraniach. Są niedorzeczni, bo tacy właśnie mają być. Wszystko wygląda do bólu szablonowo, po czym autor dorzuca do tego prosty, ale genialny pomysł: co się stanie, jeśli przykład idealnego dobra, honorowy i prawy obrońca ludzkości, wzór wszelkich cnót, zamieni się nagle i niespodziewanie w psychopatycznego mordercę? Co, jeśli osoba, której siła przewyższa całe armie, zechce, z póki co nieznanych przyczyn, zabawić się w grę o nazwie Going Postal? Jak będzie zachowywał się superbohater, jeśli nie utrzyma ciężaru odpowiedzialności spoczywającej na jego barkach i kompletnie zwariuje? Co zrobią ci, którzy będą mieli zamiar go powstrzymać?
Plutonian szaleje, nie bawi się w półśrodki. Morduje bliskich mu znajomych włącznie z całymi rodzinami, niszczy miasta i państwa, nie ma żadnej litości. Jest nieprzewidywalny, nie wygląda na to, by miał jakikolwiek plan. Byli współpracownicy oraz wrogowie próbują znaleźć jego słaby punkt, jednocześnie cały czas uciekając przed jego gniewem. Pierwszy tom jest bardzo krótki, został złożony tylko z czterech zeszytów i nie przekonał mnie do końca, jednak zachęcił wystarczająco, by sięgnąć po kolejny.
Są w tym wszystkim echa pulpowej zabawy wspomnianego już Alana Moore'a z dodatkiem własnej, na pewno nie zmarnowanej inwencji Marka Waida. Irredeemable to kolejny komiks pokazujący, że mimo pozornego wyeksploatowania tematu, o superbohaterach można jeszcze wiele powiedzieć i, na szczęście, nadal robić to w interesujący sposób. Graficznie jest odrobinę za cukierkowo, może bardziej z powodu kolorów, niż kreski, w scenariuszu mimo wszystko trochę przesadzono z niedorzecznością związaną z paniami oraz panami w lateksie, zabrakło mi też nieco większej oryginalności, którą Plutonian jednak nie grzeszy, oczywiście poza swoim szaleństwem. No i mógłby trochę więcej mordować i niszczyć, piszę to pół żartem, pół serio. To niewielkie wady. Dobry pomysł jest, realizacja na poziomie jest, oczekiwanie na jeszcze lepszą kontynuację także. Nie będę kłamał, mam na swojej liście wiele ciekawszych komiksów do kupienia, jednak Irredeemable na pewno z niej nie zniknie i prędzej czy później sprawdzę drugi tom. Wiążę z tym tytułem spore nadzieje.

niedziela, 20 maja 2012

Sweet Tooth: Endangered Species [Jeff Lemire] [recenzja]

2 komentarze:
W czwartym tomie Sweet Tooth wreszcie coś zaczyna się ruszać. Endangered Species to bez wątpienia najlepsza z dotychczasowych części serii, dzięki której w końcu przestałem zastanawiać się, co mnie przy niej trzyma, poza przyzwyczajeniem i lekką ciekawością. Warto było zostać i czekać, teraz mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej.

W zeszytach #18-25, wchodzących w skład tego wydania zbiorczego, Lemire wprowadza zmiany, w jednym epizodzie pokazując inny niż dotychczas układ kadrów, a do kolejnego zapraszając rysowników (Nate Powell, Matt Kindt i Emi Lenox) mających zająć się zilustrowaniem retrospekcji. To ciekawy powiew świeżości, ale sam główny autor też nie pozostaje w tyle i świetnie daje sobie radę, dając czytelnikom bardzo dobre okładki oraz środek opowieści, coraz mniej irytując mnie widoczną od czasu do czasu niedbałością, o której wspominałem wcześniej. Ale najlepsza w Endangered Species jest fabuła, w końcu, nagle i niespodziewanie, o wiele bardziej interesująca niż do tej pory. Już wiem, że kolejnego tomu nie kupię tylko z przyzwyczajenia i następnym razem nie potraktuję Sweet Tooth jak serii, którą czytam, bo zacząłem od samego początku, nie zrezygnowałem po pierwszej części, a teraz tak jakoś głupio mi przestać.
Nadal mógłbym narzekać na kilka irytujących pomysłów czy patentów, ciągle mam obawy, że rozwiązanie kilku tajemnic okaże się niedorzeczne. Nie przemawiają do mnie teorie mówiące o tym, że ktoś zdołał przepowiedzieć katastrofę, a ktoś inny jest groźnym demonem z przepowiedni. W ogóle nie pasuje mi to do postapokaliptycznego świata, który stworzył Lemire, więc chciałbym, żeby teorie pozostały teoriami. Nie chcę się później rozczarować, ale póki co wreszcie mogę z czystym sumieniem polecić tę serię.

W Endangered Species główni bohaterowie kierują się w stronę Alaski, gdzie, zgodnie z ich wiedzą, czeka na nich tajemnica pochodzenia Gusa. Oczywiście w czwartym tomie w ogóle tam nie docierają, po drodze trafiając do wielkiego kompleksu należącego kiedyś do ludzi nazywających swoją grupę Project Evergreen. Ukryte wewnątrz tamy miejsce przypomina raj zaopatrzony praktycznie we wszystko, nie tylko w jedzenie, ale także w ogromną bibliotekę. Trochę przypomina to Żywe Trupy, gdzie bohaterowie kilka razy też odnajdywali takie miejsca, tylko po to, by przekonać się, że perspektywa spokoju to tylko złudzenie. Tu jest podobnie, czuje się, że niebezpieczeństwo wisi w powietrzu, nie tylko poza tamą, gdzie czekają bandyci, ale także w środku. W końcu nie wiadomo, dlaczego poprzedni mieszkańcy odeszli oraz czym tak naprawdę był Project Evergreen. Lemire skonstruował scenariusz w taki sposób, że bardzo chętnie się tego dowiem, bo finał Endangered Species wcale nie rozwiązuje zagadki, za to stanowi zapowiedź interesującego konfliktu, jaki najprawdopodobniej będzie miał miejsce wewnątrz grupy głównych bohaterów.

piątek, 18 maja 2012

The League of Extraordinary Gentlemen Volume 3: Century: 1969 [Alan Moore & Kevin O'Neill] [recenzja]

Brak komentarzy:
Już nie mogę się doczekać finałowego tomu tej serii. Nie tylko dlatego, że chcę wiedzieć, jak to wszystko się skończy, a w Century: 1969 Alan Moore sprawił, że chciałoby się jak najszybciej przeczytać dalszy ciąg, ale także przez to, że te bardziej współczesne przygody Ligi Niezwykłych Dżentelmenów pozostawiają niedosyt pod jednym, bardzo istotnym względem: są stanowczo zbyt krótkie. Moim zdaniem nie odbiegają poziomem od pierwszych odcinków, gdzie na korzyść scenariuszy wpływały przede wszystkim świeże pomysły autora. Teraz, kiedy wiadomo już od dawna, o co chodzi, znacznie trudniej zadowolić niektórych czytelników, ale wydaje mi się, że kiedy w końcu będzie można przeczytać zakończenie, a najlepiej wchłonąć całe Stulecie, tym razem bez robienia sobie przerw i dawkowania po kawałku, wszystko będzie wyglądało inaczej. Lepiej. Tego, że Moore nawiązuje do zupełnie innych źródeł, niż na początku serii, nie da się już zmienić, wynika to z konieczności oraz innego czasu akcji. Jeśli komuś bardziej podobały się wcześniejsze tomy albo dostrzegał więcej nawiązań i więcej rozumiał, wcale nie oznacza to, że Century: 1969 jest komiksem gorszym od poprzednich tomów The League... To tyle, jeśli chodzi o narzekających czytelników.
Jeśli chodzi o mnie, nadal jestem zachwycony. Przyznaję, ja też czułem się pewniej czytając pierwszą i drugą część, choć i tak na pewno nie zauważyłem nawet połowy nawiązań i smaczków, ale jeśli mimo to udało mi się przebrnąć przez Black Dossier bez uczucia całkowitego zagubienia, Stulecie nie wydaje się ani trochę groźne.

W roku 1969 główni bohaterowie kontynuują swoje zmagania z kolejnymi wcieleniami Olivera Haddo. Poza samym przeciwnikiem, któremu Mina Murray, Allan Quatermain i Orlando próbują przeszkodzić w zrealizowaniu rytuału pozwalającego na przejście do nowego ciała, w osiągnięciu celu przeszkadzają Lidze nowe czasy, nie zawsze łatwe do zrozumienia. Prawie wszyscy są w pewnym stopniu zdezorientowani, a ich przyzwyczajenie do życia w innej epoce, długowieczność i fakt, że nie zawsze przebywają w rzeczywistym wymiarze, obserwując aktualne wydarzenia, wcale nie są pomocne. Bywa strasznie i jednocześnie śmiesznie, a zabawa w czasie lektury jest przez cały czas świetna. The League of Extraordinary Gentlemen to genialna seria, teraz czekam na jej - mam nadzieję - genialny finał. Czas akcji: rok 2009.

środa, 16 maja 2012

Doom Patrol: Planet Love [Grant Morrison & Richard Case] [recenzja]

2 komentarze:
Już na samym początku Planet Love, ostatniego tomu serii Doom Patrol do scenariuszy Granta Morrisona, czytelnik ma do czynienia z, jakżeby inaczej, atakiem absurdalności. Ze wszystkich stron. Cliff Steele, czyli Robotman, wraca do ludzkiej postaci, tyle że na razie nie wiadomo, z jakiego powodu. Po chwili odkrywa, że światem rządzą insekty, a zaraz potem, że wcale nie jest robotem, to wszyscy inni są robotami, a on sam to jedyna istota ludzka na Ziemi. Pierwsze strony tego zbioru burzą całą dotychczasową konstrukcję Doom Patrol, i nawet jeśli robią to jedynie na moment, Morrison świetnie pozbył się wrażenia powtarzalności, jakie towarzyszyło mi podczas lektury Magic Bus. To, co następuje potem, jest już bardziej standardowe, oczywiście jak na tę serię: dziwni bohaterowie muszą pokonać jeszcze jednego dziwnego przeciwnika, jednak scenarzysta umiejętnie wywiązał się z trudnego zadania zakończenia tej nietypowej serii. Niby znowu postawił na skrajne nagromadzenie chorych pomysłów, ale w przeciwieństwie do wcześniejszej części, w ogóle nie odczułem znudzenia. Morrison dał czytelnikom dobry finał. Dodatkowo na samym końcu znajduje się jeszcze historia Judgement Day z komiksu Doom Force Special #1, ale nie należy do głównej serii, a poza tym, niestety, znacząco zaniża wysoki poziom tego tomu i nic by się nie stało, gdyby jej tu nie było.
Pamiętam, że recenzując pierwszy tom Doom Patrol, Crawling From The Wreckage, w październiku 2009 roku (nie jestem zbyt szybki, jeśli chodzi o kompletowanie serii), byłem zachwycony. W trakcie czytania reszty zachwyt zdążył kilka razy zniknąć. Czasami Morrison przesadzał z raczej bezcelowym wrzucaniem do scenariuszy wszystkiego, co absurdalne, samemu kopiąc sobie dołek i sprawiając, że nastawiony na taką fabułę czytelnik robił się trudnym do zaskoczenia i usatysfakcjonowania, wybrednym odbiorcą. Przynajmniej tak było z czytelnikiem piszącym tę recenzję. Wydaje mi się, że gdyby wyszły z tego jakieś cztery tomy zamiast sześciu, końcowe wrażenie byłoby dużo lepsze. Historia stałaby się mniej rozwleczona, pozostałyby same najlepsze pomysły, okrojone z nadmiaru zbędnych rzeczy. Ale mimo kilku wad cały Doom Patrol to nadal kawał dobrego, łamiącego niemal wszelkie standardy i zaskakującego nawet po tak wielu latach komiksu. Konwencje typowej opowieści superbohaterskiej rzadko mają tu rację bytu. Polecam wszystkim, o ile ktoś nie wymiotuje, widząc na okładce nazwisko Morrisona. Teraz chyba kolej na The Invisibles, następną serię tego autora, którą skompletuję pewnie jakoś w 2015 roku.

wtorek, 15 maja 2012

Maciej Gierszewski - Moje życie z Dżejmsem [recenzja]

Brak komentarzy:
Być może nie wiem, co piszę, ale podoba mi się pomysł na posiadanie kota. Myślę, że kiedyś będę miał swojego. Tłustego, złego sierściucha, który będzie robił tylko to, co chce, ale któremu nie za wiele będzie się chciało. Będzie tylko jadł i spał, czasami odleje się na podłogę czy do butów albo zrobi mi na złość w inny sposób, a ja będę mówił wszystkim, że go nienawidzę. Będzie chodził po pokoju, śmierdzący i wiecznie głodny, nie zwracając na mnie uwagi, ale to dobrze, ja też będę olewał kota, jednocześnie szanując jego niezależność. Kiedy zajdzie taka potrzeba, mały terrorysta będzie ciął skórę niechcianych gości lub zrzucał na nich rzeczy z półek, sprawiając, że nigdy już nie przyjdą do mnie z powrotem. Tak to sobie mniej więcej wyobrażam.

Maciej Gierszewski nie musi sobie niczego wyobrażać, o życiu z kotem, w dodatku niejednym, wie aż nadto. Swoje przygody z nimi, czasami przypominające drogę krzyżową, opisał w książce Moje życie z Dźejmsem, zbiorze około stu krótkich opowiadań. Poza opowiadaniami znalazło się tu miejsce dla paru wierszy oraz dla ilustracji Kiry Pietrek i Macieja Czapiewskiego. Twórczości Kiry nie znam, za to Maciej Czapiewski zajmuje się między innymi komiksami, w zeszłym roku czytałem na przykład jego kserowaną historię Czarny Pan. Na blogu fantastyczny czas! można znaleźć więcej opowieści Macieja, także takich z udziałem kota. Ilustracje w książce może nie powalają na kolana, jednak dobrze spełniają swoją rolę. W hierarchii ważności na pewno nie stoją wyżej niż teksty.

Maciej Gierszewski pisze dobrze, potrafi wzbudzić zainteresowanie. Raz jest śmiesznie, choć, jak przypuszczam, nie dla właścicieli, kiedy Dżejms bawi się w chodzącą apokalipsę, innym razem smutno, bo koty chorują, odchodzą i nie wracają lub nie dożywają końca książki. Gdybym posiadał swojego kota, pewnie mógłbym w paru miejscach przytaknąć, a w paru polemizować, ale ponieważ posiadam jedynie małe, czarne robaki pod maszynką do golenia, chyba nie jestem pełnowartościowym odbiorcą tych opowiadań. Mimo to podobały mi się. Są dokładnie tym, czego można oczekiwać sięgając po tego typu zbiór. Co bym zmienił? Może w paru miejscach poświęcił więcej uwagi ludziom, bo niektórzy pojawiają się regularnie, ale mimo to niewiele o nich wiadomo, czasem prawie nic poza imionami. Chociaż wiem, chodzi bardziej o koty. Poza tym zmieniłbym samą formę opowiadań. Większość jest bardzo krótka, niektóre zajmują pół strony, niektóre kończą się po kilku zdaniach. Wydaje mi się, że gdyby z takiej liczby niewielkich objętościowo tekstów zrobić z piętnaście dłuższych opowiadań, bez szybkiego urywania wątków, z bardziej rozwiniętą fabułą, wyszłoby lepiej. Może to tylko moje przyzwyczajenie do takiego, a nie innego pisania, jednak chętnie poczytałbym teksty Macieja właśnie w takiej formie. W zbiorze trochę dłuższych krótkich form, jak niefortunnie by to nie brzmiało.

tekst: Michał Misztal

niedziela, 13 maja 2012

Why I Killed Peter [Alfred & Olivier Ka] [recenzja]

Brak komentarzy:
Czytałem różne autobiograficzne opowieści: o zwykłej, szarej codzienności, o skomplikowanych uczuciach, o tematach trudniejszych, jak wojna, obozy koncentracyjne, problemy z narkotykami czy alkoholizm. Jeszcze inne, jak recenzowana przeze mnie jakiś czas temu Parenteza lub Epileptic Davida B, komiks, który czytam właśnie teraz, mówią o chorobach, czasami z perspektywy cierpiących na nie głównych bohaterów, kiedy indziej z perspektywy rodziny i przyjaciół próbujących poradzić sobie z chorobą bliskiej osoby. W historii Why I Killed Peter Alfreda i Oliviera Ka, główny bohater opowiada o tym, jak w dzieciństwie został potraktowany przez dobrze znanego mu księdza nie tak, jak powinny być traktowane dzieci przez księży, oraz o wszelkich konsekwencjach tego wydarzenia. Tematyka dość nietypowa, odważna i nieprzyjemna. Taka, która wydaje się być dobrym punktem wyjścia do autobiograficznego utworu, ale z której bardzo łatwo da się zrobić coś kiepskiego, na przykład naładowany negatywnymi emocjami środek bezmyślnej zemsty. Pomyślcie o tym: komiks o relacji chłopca z przyjaznym księdzem, jak okazuje się po czasie, nieco zbyt przyjaznym, niż wymaga tego Pismo Święte. Musiałem to sprawdzić.
Główny bohater Why I Killed Peter, Ollie, zaczyna swoją opowieść, gdy jest siedmiolatkiem. Żyje razem z rodzicami oraz bratem w dość nietypowej rodzinie: jego matka i ojciec ponad wszystko stawiają wolność. Na przykład ojciec chłopca ma liczne kochanki, o których wie jego matka, oboje czasami zapraszają do siebie inne pary, więc dla Olliego nie jest niczym niezwykłym, kiedy przychodzi rano do łazienki, żeby umyć zęby, i zastaje tam nieznajomą, nagą kobietę. Kiedy dorośnie, chce być taki jak ojciec. Poza tym w domu chłopca nikt nie przywiązuje szczególnej wagi do religii, za to kiedy Ollie odwiedza dziadków, ci zabierają go do kościoła i próbują sprawić, by wyrósł na dobrego chrześcijanina, co z kolei prowadzi do konfliktów z rodzicami głównego bohatera.

W pewnej chwili w życiu Olliego pojawia się Peter, ksiądz inny niż wszyscy. Nie jest nudny ani dziwnie ubrany, nie mówi bez przerwy o karze za grzechy. Ma długą brodę, jest zabawny, gra na gitarze i śpiewa, jest jak nowy wujek. Peter szybko zaprzyjaźnia się z rodzicami chłopca i z nim samym. Dla Olliego to kolejne źródło dumy z rodziców: choć sami nie wyznają żadnej religii, są na tyle tolerancyjni, by akceptować w swoim otoczeniu księdza. W kolejnych latach Peter będzie regularnie zabierał głównego bohatera na obozy, które organizuje, a podczas jednego z nich wydarzy się coś, co wywrze wpływ na życie autora komiksu już do końca, choć ten przez kilka dekad nie zdawał sobie z tego sprawy.
Why I Killed Peter to świetna, poruszająca opowieść. Choć scenarzysta na pewno nie posługiwał się tutaj matematyką, jedynie masą emocji, wszystko jest idealnie wyważone. Oczywiście, fragmenty komiksu zostały naładowane także negatywnymi oraz agresywnymi odczuciami, ale nie ma tu próby dokonania zemsty, jedynie chęć przedstawienia faktów i pogodzenia się z przeszłością. Scena, w której Peter manipuluje nieświadomym, przyzwyczajonym do nagości dzieckiem, najmocniejsza w całej historii, też jest przygotowana dokładnie tak, jak należy, w poruszający sposób, ale bez jakiejkolwiek przesady. Tak jakby scenarzysta posiadał szósty zmysł mówiący mu, jak zrobić Why I Killer Peter tak, by działać na emocje czytelnika, jednak bez nadmiaru własnych złych emocji czy dosłownego pokazywania przykrych wydarzeń. Dzięki temu osiągnął chyba najlepszy możliwy rezultat.

Opowieść, przy okazji świetnie narysowana i pokolorowana, kończy się, kiedy scenarzysta jest już dorosły. Właściwie kończy się już po napisaniu całości, kiedy Olivier nie ma pomysłu na dobry finał, więc razem z ilustratorem odwiedza teren obozu organizowanego przez Petera wiele lat wcześniej. Choć sam ksiądz podobno już nie żyje, autorzy chcieli to jakoś zakończyć. I udało im się. Udała im się całość, od pierwszej do finałowej strony. Why I Killed Peter to mocna, poruszająca i świetnie napisana rzecz. Idealna opowieść autobiograficzna. Ktoś mógłby wydać ją w Polsce.


sobota, 12 maja 2012

Batman: Zabójczy żart [Alan Moore & Brian Bolland] [recenzja]

Brak komentarzy:
Po dwóch dekadach od wydania TM-Semic, Egmont wznawia "Zabójczy żart" Alana Moore'a (scenariusz) i Briana Bollanda (rysunki), proponując czytelnikom wersję z nowymi kolorami oraz nowym, o wiele bardziej dopracowanym tłumaczeniem. Historia jest raczej dobrze znana, mimo to niewątpliwie należy jej się nowe, porządne wydanie. "Zabójczy żart", przez niektórych uważany za komiks genialny, jeden z najlepszych o Batmanie, przez innych za jedynie przeciętny, dyskredytowany nawet przez samego scenarzystę, już dawno wszedł do kanonu przygód Mrocznego Rycerza i należy do tych pozycji, które po prostu wypada przeczytać, niezależnie od tego, ile jest prawdy, a ile trwającej od lat legendy w dość powszechnej opinii o jego genialności. [więcej na stronie Alei Komiksu, a przy okazji, tekst o Zabójczym żarcie to dwusetna recenzja na tym blogu]

piątek, 11 maja 2012

Promethea Book 4 [Alan Moore & J.H. Williams III] [recenzja]

Brak komentarzy:
Spodziewałem się kolejnych siedmiu epizodów poświęconych w całości podróży głównej bohaterki oraz jej towarzyszki po Immaterii. Kolejnej części wykładu nie zawsze przypominającego tradycyjną opowieść obrazkową. W poprzednim tomie głównego wątku prawie nie było, teraz Moore wraca na wcześniejsze tory, po tym, jak Promethea ponownie wskakuje do prawdziwego świata, przedtem spotykając między innymi swojego ojca i boga. Bóg pokazany przez Moore'a odbiega od standardowych wyobrażeń związanych z tą postacią, nie przytakując im, ale także nie zaprzeczając. Immateria jest w końcu miejscem, w którym rację bytu mają wszystkie koncepcje, zarówno te prawdziwe jak i stworzone w ludzkiej wyobraźni. Jest przestrzeń dla bogów egipskich, greckich i rzymskich, jest przestrzeń dla ukrzyżowanego Jezusa. W trzecim tomie jedna z występujących w komiksie postaci stwierdza: "I pomyśleć, że istniał naprawdę", na co inna odpowiada: "Nie. Nie jest ważne, czy istniał naprawdę. Ważne jest to, że istnieje. To, co oznacza, symbol. To jest prawdziwe. To jest rzeczywiste. To dzieje się właśnie teraz". O samej Immaterii, albo przynajmniej o tym, jak Moore przedstawił swoje koncepcje, postaram się napisać w recenzji ostatniej części. O ile będę potrafił, bo sprawa nie jest wcale taka prosta.
Tymczasem w materialnym świecie nie dzieje się zbyt wiele dobrego. Promethea powraca i z początku wygląda na to, że nie będzie źle. Jako Sophia Bangs wreszcie, po latach, przeprowadza szczerą rozmowę ze swoją matką, co umożliwiło jej wcześniejsze spotkanie z ojcem. Sielanka nie trwa jednak długo. Przed odejściem główna bohaterka powierzyła zadania Promethei przyjaciółce, która w międzyczasie zdążyła trochę nabałaganić i zwrócić na siebie uwagę agentów FBI, a teraz wcale nie ma zamiaru zrezygnować ze swoich nowych umiejętności. Dochodzi do starcia pomiędzy dwoma wcieleniami Promethei oraz, w konsekwencji, do procesu odbywającego się w Immeterii. Sędzia, znany chyba wszystkim król Salomon, ma rozstrzygnąć, kto zasługuje na tytuł, a kto będzie musiał odejść z niczym. W tym samym czasie w materialnym świecie FBI rozpoczyna intensywne poszukiwania głównej bohaterki oraz wszystkich, którzy mogliby z nią współpracować.

Po trzecim, trudnym w odbiorze, choć na pewno nie bełkotliwym tomie, w czasie lektury czwartego można odetchnąć z ulgą i poczytać bardziej klasyczną, przez cały czas świetną fabułę. Odetchnąć, by po chwili wstrzymać oddech przed wielkim, naprawdę wielkim finałem.

środa, 9 maja 2012

Kajtek i Koko: Opowieści Koka [Janusz Christa] [recenzja]

Brak komentarzy:
Album Opowieści Koka, ósmy tom z twórczością Janusza Christy w ramach cyklu Klasyka Polskiego Komiksu, składa się z trzech opowieści. W dwóch pierwszych (Arktyczna wyprawa i Przemytniczy szlak) marynarz Koko, tym razem bez udziału Kajtka, opisuje swoje samotne przygody, najpierw mające miejsce we wspomnianej wcześniej, skutej lodem krainie, a potem na statku, w towarzystwie niebezpiecznych przemytników. W trzeciej, najkrótszej historii biorą udział obaj tytułowi bohaterowie. Opowieść Na wakacjach przedstawia humorystyczne wydarzenia związane z letnim wypoczynkiem. Całość była pierwotnie publikowana na łamach Wieczoru wybrzeża w latach 60-tych zeszłego stulecia. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

Ex Machina: Fact v. Fiction [Brian K. Vaughan & Tony Harris] [recenzja]

Brak komentarzy:
Szybko wracam do serii Ex Machina, bo szybko przeczytałem trzeci tom, który czekał na mojej półce. Teraz nastąpi dłuższa przerwa, przed recenzjami kolejnych muszę je po prostu kupić. Ale to, co już miałem u siebie, włącznie z Fact v. Fiction, zachęciło mnie wystarczająco, żeby to zrobić.

Ex Machina wygrywa spokojem, świetnym i pomysłowym pokazywaniem pozornie nudnych przygód rozmawiającego z maszynami burmistrza Nowego Jorku. W pierwszym tomie był to między innymi obraz Lincolna z dodatkiem w postaci wielkiego napisu nigger, w drugim kwestia kontrowersji związanych z udzieleniem przez głównego bohatera ślubu homoseksualnej parze, teraz Mitchell Hundred boryka się z osobami zarabiającymi na przepowiadaniu przyszłości, którzy, jego zdaniem, robią to bezprawnie. Gdybym przeczytał, że komiks Vaughana porusza takie tematy, mógłbym się zniechęcić, ale autor serii pokazuje, że nie jest pierwszym lepszym scenarzystą i wie, jak wykorzystać takie pomysły. A na stronach Ex Machina podobnych, na pierwszy rzut oka nieciekawych rzeczy jest więcej. Też nie zawodzą, w dodatku wprowadzają do historii świeżość tak odróżniającą ten komiks od innych.
Oczywiście jest i akcja, przedstawiona równie dobrze i dorzucona do polityki w odpowiednich proporcjach. Ostatnio trochę ponarzekałem na obecność w opowieści Vaughana sił nadprzyrodzonych, tym razem również mógłbym, ale tego nie zrobię. Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego, przeczytajcie Fact v. Fiction. W każdym razie i tym razem burmistrz Hundred musi walczyć, nie tylko słowami, nie tylko w gabinetach i nie tylko ze zwykłymi ludźmi. A także, jak okazuje się w dwóch ostatnich epizodach, nie tylko u siebie w mieście. Po raz pierwszy w czasie swojej kadencji Mitchell opuszcza Nowy Jork. Niespodziewanie okazuje się, że jego matka ma kłopoty i potrzebuje pomocy. Ale niezależnie od tego, co jest miejscem akcji Ex Machina, seria cały czas wypada świetnie, od pomysłów, przez narrację i dialogi, aż po rysunki.

poniedziałek, 7 maja 2012

Long John Silver: Neptun [Xavier Dorison & Mathieu Lauffeay] [recenzja]

Brak komentarzy:
Na szczęście dostałem dobrą kontynuację. Autorzy nie zmarnowali tego, co zaczęli w komiksie Lady Vivian Hastings, w pełni wykorzystując swoje możliwości. Tym razem trochę odwracają uwagę od głównej bohaterki poprzedniej części, a skupiają się bardziej na postaci tytułowej. Long John, jedna z wielu pragnących odnaleźć bogactwa osób, które znalazły się na pokładzie Neptuna, zmuszony jest działać w ukryciu i snuć intrygi, nie rzucając się przy tym w oczy. Na początku okoliczności nie pozwalają mu na otwarty atak, zaś później dochodzi do tego jeszcze bardzo ciekawy dylemat moralny. Kiedy jedni odkrywają tajemnice innych, niemal wszyscy są chciwi, a w końcu ktoś zostaje ukarany za czyn, którego nie popełnił, statek pełen piratów może zmienić się w prawdziwe piekło. Ale zanim i jeśli w ogóle cokolwiek nastąpi, scenarzysta umiejętnie potrzyma czytelnika w napięciu.

Long John Silver jest idealnym przykładem serii środka, niby tylko przygodowym komiksem bez wielkich ambicji, ale zrobionym na tyle dobrze, że dla wielu twórców może być wzorem. Właśnie tak powinny wyglądać proste, czysto rozrywkowe, jednak nie prostackie opowieści. Zrobione dokładnie tak, jak należy, z interesującym, dobrze poprowadzonym scenariuszem i nie odbiegającymi od ogólnego poziomu ilustracjami. Już czekam na kolejny tom, w międzyczasie polecając Neptuna.

niedziela, 6 maja 2012

Promethea Book 3 [Alan Moore & J.H. Williams III] [recenzja]

Brak komentarzy:
Już chyba po raz drugi podepnę się pod teorię Gonza, mówiącą o tym, że Moore bardzo często pod pretekstem komiksu daje czytelnikowi złożony esej na jeden z interesujących go tematów. Trzeci tom serii Promethea to właśnie ten, w którym esej zaczyna wygrywać z fabułą. Niby dalej chodzi o tę samą opowieść, jedna Promethea zastępuje inną, zaś miastem nadal rządzi opętany burmistrz, ale tym razem wydarzenia te schodzą na drugi plan, zajmują niewiele miejsca, ustępując dalszym wykładom dotyczącym natury magii, a zarazem tego, jak skonstruowany jest cały materialny i niematerialny świat. Czy tak dalekie odejście od wcześniejszych wątków to błąd? Ja nie narzekam, choć zmiana jest znacząca i pewnie wcale nie ostateczna, w tym sensie, że dalej pierwotna historia stanie się jeszcze mniej ważna. Moore chyba nie chciał zaczynać w ten sposób, z grubej rury. Pierwszy tom rzeczywiście był bardzo przystępny w porównaniu do trzeciego, z drugim stanowiącym nie zawsze łagodne przejście. Co wcale nie znaczy, że Promethea nagle stała się bełkotem, wciąż czytam tę serię z wielkim zainteresowaniem i bez bólu, a ilustracje Williamsa ze stylem oraz kolorami, których autorem jest Jeromy Cox, ciągle zmieniającymi się w zależności od tego, jakie miejsce odwiedzają główne bohaterki, to naprawdę genialna sprawa. Zostały dwa tomy, podejrzewam, że jeszcze bardziej przypominające wykład i odchodzące od historii obrazkowej. I dobrze, bo czyta się to świetnie, zaś Promethea to seria, o której bez obaw można powiedzieć, że jest inna niż wszystkie.

środa, 2 maja 2012

Ex Machina: Tag [Brian K. Vaughan & Tony Harris] [recenzja]

Brak komentarzy:
Tag, drugi tom serii Ex Machina nie wprowadza zbyt wielu zmian. Chciałem dostać trochę więcej, niż ostatnio, dostałem właściwie to samo, ale nie mam zamiaru narzekać. Vaughan w dalszym ciągu buduje swój komiks na tych samych fundamentach, co wcześniej, czyli: mniej superbohaterstwa, więcej polityki. Co prawda czytelnik znajdzie tu większą ilość akcji w porównaniu do The First Hundred Days, ale główny bohater komiksu to wciąż przede wszystkim burmistrz Nowego Jorku, polityk podejmujący mniej lub bardziej ważne decyzje, rozmawiający z doradcami oraz próbujący zyskiwać coraz większe poparcie ludzi, nawet jeśli czasem idzie pod prąd albo postępuje wbrew opinii publicznej. Te wszystkie pozornie nudne problemy i dylematy, jak na przykład prośba dwóch mężczyzn o udzielenie im ślubu (miałby go udzielić oczywiście burmistrz) wychodzą scenarzyście naprawdę świetnie i wiarygodnie. Czytając Tag miałem wrażenie, że tak właśnie mogłaby wyglądać kariera polityczna istniejącego w rzeczywistym świecie człowieka z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Wielu innych twórców może zazdrościć Vaughanowi lekkości oraz naturalności towarzyszącej prowadzeniu kolejnych wątków Ex Machina.
Z samą akcją bywa różnie. Dobrze, że jest, bo przecież nie można opierać całej serii na długich konwersacjach za zamkniętymi drzwiami gabinetów, a z drugiej strony, czasami komiks idzie nie w tym kierunku, jakiego się spodziewałem. To niekoniecznie wada, jednak podobało mi się początkowe założenie, że Mitchell Hundred w niewyjaśniony sposób zyskuje umiejętność rozmawiania z maszynami, przez jakiś czas bawi się w zamaskowanego herosa, po czym zostaje burmistrzem Nowego Jorku i na tym koniec z bajką o superbohaterze. Tymczasem w Tag pojawia się przeciwnik dysponujący nadprzyrodzonymi zdolnościami tak samo jak główny bohater, co niezbyt odpowiada moim oczekiwaniom związanym z tą serią. Mimo to nie mogę napisać, że Vaughanowi coś nie wyszło. Wyszło bardzo dobrze, zresztą tak jak ostatnio i bardzo chętnie sięgnę po trzeci tom, czekający już na mojej półce, oraz, w swoim czasie, po wszystkie pozostałe.

wtorek, 1 maja 2012

Doom Patrol: Magic Bus [Grant Morrison & Richard Case] [recenzja]

1 komentarz:
Przedostatni tom Doom Patrol Granta Morrisona jest częścią, po przeczytaniu której przeszło mi całe wrażenie zaskoczenia. Na stronach czterech poprzednich wydań zbiorczych scenarzysta bez przerwy zaskakiwał, wykorzystując pozornie najgłupsze pomysły i z niedorzecznych elementów tworząc dobry komiks, ale w Magic Bus brakuje czegoś nowego. To nadal ciekawa lektura, tyle że całą recenzję mógłbym właściwie zamknąć w słowach: to samo po raz piąty. I wszystko byłoby w porządku, ale po tej serii oczekiwałem czegoś więcej. Nieustający strumień dziwnych i absurdalnych wydarzeń powtórzony w kolejnym tomie może w końcu trochę znudzić. Teraz moja ogólna ocena serii będzie w dużej mierze zależeć od tego, co znajdzie się w Planet Love, ostatniej części. Na szczęście finałowy epizod Magic Bus pozwala przypuszczać, że jeszcze może być interesująco i trochę inaczej niż do tej pory. Mam nadzieję na dobre zakończenie bardzo ciekawej serii, a nie tylko następną powtórkę.
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...