Metody Marnowania Czasu: muzyka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lipca 2015

Mr. Muthafuckin' eXquire: Kismet [recenzja]

Brak komentarzy:

Treat a ho like my wife, treat my wife like my bitch Money don't change who you are, amplify the shit


Murzaj w przygłupiej czapce, ze złotą nakładką na zębach, obwieszony łańcuchami, który w wywiadzie mówi, że przed wyjściem z domu bardzo długo zastanawia się, co na siebie włożyć. Skrajnie wulgarne teksty, nawet jak na standardy przyjęte w tej muzyce ("Oni mówią do podkładu, a nie śpiewają? Przecież to nie muzyka!"), wyrażające fascynację chlaniem do nieprzytomności, obraźliwe dla kobiet i wyplute na mikrofon z manierą mogącą sugerować, że raperowi się nie chce i zamiast stać w kabinie, gada sobie te swoje prymitywne zwrotki pod nosem, leżąc na kanapie po drugiej stronie studia nagraniowego. Co może być interesującego w takim MC? No przecież wszystko, co właśnie o nim napisałem!


What nigga, what I don't give a fuck Runnin' 'round the club Liquor spillin' out my cup So what, yeah, I'm drunk Pocket full of humps Any nigga front, we gonna tear the fucker up What nigga, what I don't give a fuck Stumblin' in the club Liquor spillin' out my cup So what, yeah, I'm drunk Pocket full of humps Any nigga front, we gonna tear the fucker up




Trafiłem na Kismet przypadkiem w wakacje 2013 roku i już od pierwszego numeru zatytułowanego The Cauldron wiedziałem, że nie przejdę obok tej płyty obojętnie. Teraz Mr. Muthafuckin' eXquire to nie mój ulubiony, ale zdecydowanie najczęściej słuchany przeze mnie raper. Nie bez powodu. Wszystko, co napisałem w pierwszym akapicie, jest prawdą, ale (jakby mało było zalet, co?) ten gość ma w sobie coś jeszcze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo przypadł mi do gustu "nowy" raper oraz kiedy ostatnio słyszałem tak zadziwiającą, wiarygodną i spójną mieszankę niepoważnych tekstów o dziwkach i zaglądaniu do kieliszka z naprawdę mrocznymi, poważnymi przemyśleniami. Obie twarze twórcy nie wykluczają się, a zamiast tego wzajemnie uzupełniają. Chociaż fakt, że nie wiadomo do końca, co myśleć o raperze, który rzuca wersami takimi jak No food in my stomach and my pockets fucked up/Plus my mother still work so why should I give a fuck?/Fuck a blog, fuck a label, fuck a meeting, fuck an A&R/Fuck a co-sign, mothafucka fuck it all (to akurat nie z Kismet, ale nieważne), by po chwili rzucić czymś dużo głębszym (i nie nawiązuję tu do alkoholu), czasami wręcz poetyckim.


Forty ounces at the round table Crown full of thorns made for some barbed wire cables Thoughts sharp as bar darts aiming The target is the money and ain't nobody gaming, nigga Revolutionary thoughts, Fred Hampton speeches in my iPod Can't walk a straight line, though I try hard Conflicted as Flavor Flav, gaffled in the shameless game Nine chains on my neck, you can weigh my pain




Gospodarz płyty brzmi szczerze nawet wtedy, gdy sam sobie zaprzecza. Przykładowo, kawałek Noble Drew Ali kończy słowami Can't sell records, too much complexity, ale zaraz potem Kismet przechodzi do utworu o jakże wiele mówiącym tytule I Was Drunk When I Wrote This, gdzie wspomnianej complexity jest, delikatnie mówiąc, niewiele. Ale nawet podobne rzeczy jak najbardziej mają tu rację bytu. Produkcja to w wielu wypadkach równie ważny atut albumu, co rapsy, choć o muzyce jak zwykle nie jestem w stanie rozpisać się tak bardzo, jak o słowach. Jasne, są słabsze momenty, kawałki, których słucham rzadziej, ale generalnie Kismet jest jedną z, umówmy się, dosyć niewielu rapowych płyt, które można puścić od początku do końca i nie przeskakiwać pomiędzy numerami.


Deals with Satan The same shit I was avoiding Became the same shit I turned around and deemed important I need my soul Badly eatin' at my sanity My inner sanctum's being sacrificed for vanity See, I'm forgettin' who I am Or who I planned to be And all my niggas ain't no help They just as scared as me




Mr. Muthafuckin' eXquire to żaden tam ekspert od podwójnych rymów i tym podobnych technicznych sztuczek. Rapuje na wiele sposobów, pisze w większości niesamowite teksty, nie tylko na płycie Kismet. Po tym albumie wypuścił jeszcze kilka mniej ważnych rzeczy, ale ze smutkiem przyznaję, że po upływie dwóch lat i nie licząc pojedynczych kawałków, murzaj w przygłupiej czapce nie pokazał niczego szczególnie wartego uwagi (chyba, że coś przegapiłem). Mimo to wierzę w niego jak w mało którego rapera. I choćbym się rozczarował, na zawsze pozostaje właśnie Kismet...niby nie do końca pełnoprawna płyta, niby jedynie mixtape, niby ten pan jest niepoważny, ale to i tak jedna z najbardziej godnych zapamiętania rzeczy, jakie słyszałem w rapie. A słyszałem wiele. A jeśli się nie zgadzasz, squirting urine at my adversaries, dirty nail on my middle finger as it flail!!! ...że nie wspomnę o, jak dla mnie, okładce roku. 2013, zeszłego i tego, który mamy obecnie.


I kissed her on a chubby cheek, we fell in love in three days I bit her bottom lip and bled, I licked the blood off her face Digital watch with no time on it, it's my time Her naked body, have my mind on it My naked mind fucked the soul that we ain't never touch Her ass wasn't even fat, she had a flat butt but she was cold as fuck Curly Medusa, I'm sprung, somewhat freezing up We opened the wound at least she cut, but I don't give a fuck Formless immortal, flashbacks in the puddle like a portal Girls sayin' I'm dark skinned, so I wasn't cute Ignorance is gravity, Shangri-La was found, but God gaffled me And strapped me to the ground, I'm on my damn knees Usurped then inertia, I'm drunk, now I'm rambling But if you sat and think that shit apart, it all would make sense Tomcat and Jerry, mouse will chase you 'round the house You ran in your hole, I follow right behind you when I dug you out These bitches don't deserve me, these niggas don't deserve you Ain't into the esoteric shit but you could be my Oshun Hot air balloon, you think I gassed you, it's natural Your smile's still on my face, your aura's floating 'round my room


Still lost as Holden Caulfield, The Catcher in the Rye Skull fuck her, smut, nuttin' try to catch her in the eye Big belly still take my shirt off like Nelly Rasta pasta for Footprints buy liquor out the deli and shit My pops negligence done made me rebellious Arrested Development the rest is irrelevant Fuck a throne watch the project bench covered in pigeon shit This for my nigga Los 'til we see him again Stretch a nigga like a regular tee from the outlet Hidin' my rhyme book from the grammaton clerics Mishka bear, obnoxious as Roger Klotz I plot as the clock tick tocks to make the world suck my cock Validated in every wrong decision I ever did My ex girlfriend thought I wouldn’t ever be shit Well looky here bitch my dick grew 6 inches since then Will I make it out the projects? I guess it depends, huzzah, bitch!

niedziela, 18 listopada 2012

Brother Ali: Mourning in America and Dreaming in Color [recenzja]

Brak komentarzy:

Byłem spokojny o ten album i, jak się okazało, rzeczywiście nie było się o co martwić. Brother Ali nie wygląda na jednego z tych raperów, którzy mieliby oszaleć, obrócić się o 180 stopni, po czym nagle zacząć nagrywać numery o imprezach, złotych łańcuchach i dziwkach, a Jake One, zastępujący Anta na stanowisku producenta, zrobił swoją, bardzo dobrą muzykę, jednocześnie wcale nie odbiegając od atmosfery panującej na wcześniejszych płytach albinosa. Z jednej strony można więc powiedzieć, że na Mourning in America and Dreaming in Color nie ma cudów ani wielkich niespodzianek, a z drugiej, trudno byłoby przeskoczyć swoje poprzednie dokonania w taki sposób, żeby je zdyskredytować. Brother Ali nagrywał za dobre rzeczy, by tak się stało. Po prostu dał nam kolejny bardzo udany album.

Mourning in America and Dreaming in Color to czternaście utworów. Pamiętam, że kiedy słuchałem Us, poprzedniej płyty tego rapera, początkowo czułem się trochę zawiedziony panującym w sporej liczbie numerów spokojem, woląc Brothera Ali w nieco bardziej drapieżnym wydaniu. Tak było po kilkukrotnym przesłuchaniu całości, ale później wszystko zaczęło mi się podobać o wiele bardziej, a teraz, trzy lata później, mogę powiedzieć, że nadal słucham właściwie wszystkich utworów z Us i wcale nie mam tu na myśli włączenia sobie jednego czy dwóch kawałków z tamtej płyty raz na kilka miesięcy.


Muzycznie najnowsza płyta Brothera Ali to także najczęściej spokój, ale już wyleczyłem się z moich wątpliwości, choć i tak najbardziej podobają mi się Mourning in America i Gather Round, chyba najmocniejsze numery na całym albumie. Co nie zmienia faktu, że album jest świetny jako całość. Mam go już od ponad miesiąca i ciągle nie mogę się uwolnić od znajdujących się na płycie melodii. Co chwilę przypomina mi się jakiś wers albo dźwięk, przez moment zastanawiam się, co właściwie nucę pod nosem, a po chwili wszystko jest jasne: Brother Ali, Mourning in America and Dreaming in Color. I pewnie potrwa to jeszcze bardzo długo.

Co do samego rapu, nie jest już tak spokojnie. Główny bohater płyty ma do powiedzenia wiele gorzkich słów, zarzutów i smutnych wersów, choćby o samobójstwie ojca czy o nowych, do tej pory nieznanym słuchaczom powodach, dla których rozstał się z żoną. Pamiętając numer Fresh Air z Us, gdzie wydawało się, że wszystko jest już dobrze, można się zdziwić, słuchając kilku wersów ze Stop The Press, z których wynika coś zupełnie odwrotnego. Na szczęście nie zabrakło też humoru (choćby w Need a Knot, opowieści o kilku poprzednich pracach Brothera Ali) ani optymizmu, a w każdym utworze tkwi dusza, jak zawsze u tego rapera. Czuje się, że żyje tym, o czym opowiada, zaś przekazanie potężnego ładunku emocjonalnego odbiorcom nie sprawia mu większych trudności. Nie przeszkadza mi też fakt, że zdarza mu się brzmieć jak przemawiający do tłumu kaznodzieja, bo jest to kaznodzieja z głową na karku.


Chyba najmocniej dostaje się Stanom Zjednoczonym. Bardzo mocno, ale nie bezmyślnie. Brother Ali nie ma podejścia "jebać wszystko, wszystko jest źle". To raczej: I used to think I hated this place/Couldn't wait to tell the president straight to his face/But lately I changed, nowadays I embrace it all/Beautiful ideals and amazing flaws. Raper nie tylko krytykuje, ale także stara się zrozumieć pewne sprawy, próbuje dostrzec również dobre strony w rzeczach, które mu nie odpowiadają. I nawet pozornie przesadzone osądy, jak wers It’s a very thin line between a soldier and a terrorist, są takie tylko jeżeli wyrwie się je z kontekstu. Można się z Brotherem Ali nie zgadzać, powinno się doceniać jego rozsądek i chęć zauważania czegoś więcej niż jedna strona danego zjawiska. They say they built our nation for a reason/Then they stained it with the bleeding of the slaves that never seen it/I ain’t hating I still want to believe it/And I’m not trying to leave it I just call it how I see it. 

Brother Ali kontynuuje to, co rozpoczął wcześniej, i cały czas robi to w wielkim stylu. Mourning in America and Dreaming in Color to kolejna świetna pozycja w jego zaskakująco równej i pełnej konsekwencji dyskografii. Dokładnie to, czego się spodziewałem. Piękne teksty, brzmienie, Jake One udowadniający, że albinos potrafi stworzyć rewelacyjny duet nie tylko z Antem. Chyba nie mogło być lepiej.



sobota, 22 września 2012

Brother Ali: The Undisputed Truth [recenzja]

Brak komentarzy:

Od jakiegoś czasu nie jestem na bieżąco z rapem, nie sprawdzam wszystkiego po kolei, nie znam dat premier poszczególnych płyt i często nawet nie wiem, że jakaś ma się ukazać, ale w tej chwili czekam na dwie produkcje: Legends Never Die R. A. the Rugged Mana oraz Mourning in America and Dreaming in Color Brothera Ali. Ta druga jest już zamówiona, z niecierpliwością wypatruję listonosza, w międzyczasie odświeżając sobie The Undisputed Truth, trzecią płytę albinosa z Rhymesayers.

Brother Ali to jeden z moich ulubionych MC. Z jednej strony szanuje tradycje i korzenie muzyki, którą tworzy, z drugiej, nie powiela nikogo i nagrywa swoje, niezwykle osobiste utwory. Z jednej strony jest bardzo poetycki (ale nie w negatywnym dla mnie znaczeniu, w sensie: nie zachwyca się przez pół płyty pięknem kwiatków i nie wzdycha do słońca odbijającego się od rosy na trawie), z drugiej, nie jest miękki, przez wspomniane poetyckie wersy nie stracił pazura i nadal jest również bitewnym raperem. Czasem jest bardzo łagodny i spokojny, by po chwili zaatakować słuchacza drapieżnością swojego głosu i agresją zwrotek. Ma też własne zdanie, serce do muzyki, łeb na karku, bagaż doświadczeń w postaci wielu nieprzyjemnych przeżyć i, na szczęście, zdolność robienia z tych wszystkich składników rewelacyjnych płyt.


Brother Ali jest uniwersalny, nagrywa dobre bitewne kawałki, dobre numery o miłości, o własnym życiu, poza tym umie porwać słuchacza wciągającymi opowieściami (chociaż może lepiej byłoby napisać storytellingami, dla wszystkich matołów, którzy lajkują zamiast lubić i piją piwo na stricie zamiast w plenerze?), a co najważniejsze, słuchając jego płyt czuje się, że autor daje nam całego siebie i całą prawdę o sobie, swojej przeszłości oraz własnym światopoglądzie.

Płyta The Undisputed Truth została nagrana już po rozwodzie Brothera Ali, więc poza numerami bitewnymi, takimi jak Whatcha Got czy Listen Up mamy tu kawałki podsumowujące związek rapera z byłą żoną (Walking Away) lub opowiadające o tym, co działo się po jego zakończeniu (Ear to Ear), jest autentycznie poruszający Faheem, napisany dla czteroletniego syna Brothera Ali, są wątki autobiograficzne, na czele z utworem Freedom ain't Free oraz dość dużo polityki (Letter from the Government i Uncle Sam Goddamn), o której główny bohater albumu opowiada w przemyślany i niegłupi sposób, a wszystko to do świetnych pod każdym względem podkładów Anta z Atmosphere.


Czy czegoś tu brakuje? Mi niczego, chociaż inny rodzaj matołów, niż ci wspomniani wcześniej, może narzekać na brak stosu podwójnych, potrójnych, poczwórnych i pięciokrotnych rymów. Słuchacze siedzący przy głośnikach z kalkulatorami w rękach, liczący rymy i robiący potem statystyki czy wykresy, który MC zrymował se sobą większą liczbę słów, nie zważając na emocje włożone w muzykę, mogą nie znaleźć tu zbyt wiele dla siebie. O wielbicielach wersów spod szyldu HWDP nawet nie wspominam, bo to chyba oczywiste. Fanatyczni wyznawcy Magika, Który Patrzy z Góry i Ocenia Nasze Czyny też nie polubią Brothera Ali, więc niech zamiast niego posłuchają jeszcze trochę Magika. Pewnie znalazłoby się jeszcze parę dziwnych grup, ale mam nadzieję, że to margines, a reszta dostrzega (lub może dopiero dostrzeże) w tym MC to, co ja.

Z tego, że Brother Ali znajdzie się w czołówce moich ulubionych raperów, zdawałem sobie sprawę już w trakcie słuchania Room With a View, numeru otwierającego Shadows on the Sun, jego drugą płytę, jednocześnie pierwszą, która wpadła mi w ręce. Kolejna, The Undisputed Truth oraz czwarta, Us, to albumy, dzięki którym każdy słuchacz rapu może być dumny z tej muzyki. Brother Ali to jeden z tych raperów, co do których mam prawie stuprocentową pewność, że nigdy się na nich nie zawiodę. Czekam na Mourning in America and Dreaming in Color bez obaw, a jeśli ktoś zadaje sobie pytanie, czy Brat jest w formie, poniżej ma odpowiedź:

niedziela, 7 sierpnia 2011

Dr. Octagon: The Return of Dr. Octagon [recenzja]

Brak komentarzy:

Dzisiaj w nocy przypomniałem sobie, że kiedyś tam (teraz już wiem, że w marcu 2008 roku) napisałem recenzję płyty The Return of Dr. Octagon. Kool Keith to jeden z moich ulubionych raperów, na pewno jest w pierwszej trójce, choć poniższe akapity mogą przedstawiać trochę odmienny obraz. Cóż, wolę inne albumy jednego z najbardziej pomysłowych i pojebanych MC, jakich widział świat, na przykład Sex Style, Black Elvis/Lost in Space, First Come, First Served albo Dr. Octagonecologyst. Co do samej recenzji, początkowo znalazła się na śmiesznej stronie, jaką jest hip-hop.pl (nie odwiedzałem jej od ponad półtora roku i podejrzewam, że nie mam czego żałować), teraz niech wyląduje tutaj. Czemu nie?

Dr. Octagon to nic innego, jak jedno z bardzo wielu wcieleń szalonego Kool Keitha, który po dziewięcioletniej przerwie wydał drugą płytę podpisaną tym pseudonimem. Poprzednia wyprodukowana była przez znanego wszystkim Dan the Automatora, tym razem muzyką zajął się berliński skład One Watt Sun... jest więc bardzo elektronicznie, chaotycznie, eksperymentalnie, dziwnie i momentami nieznośnie. Z klasycznymi bitami nie ma to nic wspólnego, dźwięki są nieprzewidywalne i naprawdę mogą przyprawić o ból głowy i/lub uszu, chyba, że lubi się takie jazdy albo jest się masochistą. Nie zmienia to oczywiście faktu, że ciężko odmówić tej muzyce oryginalności.
 
Jeśli chodzi o rap zaprezentowany tu przez Kool Keitha, nie odbiega on klimatem od tego, co zaprezentowali producenci. Podejmuje tematy rzadko spotykane w tej muzyce, że wymienię choćby te z pierwszych trzech kawałków - zanieczyszczone środowisko (Trees), bliskie spotkania trzeciego stopnia (Aliens) oraz porównywanie ludzi do owadów (Ants). To duży plus. Inna sprawa to to, że żaden track nie jest do końca normalny, więcej - często z normalnością nie mają one nic wspólnego, mowa tu także o skitach. Bywa tak, że w utworach prawie w ogóle nie ma rapu, a zamiast tego jest powtarzanie w kółko kilku zdań w rytm elektroniki One Watt Sun, jak w Al Green. Wersy dają jasno do zrozumienia, że Dr. Octagon nie jest najzdrowszym psychicznie wcieleniem Kool Keitha.

Nie jest to bynajmniej żadna wpadka - zarówno muzycznie jak i tekstowo wszystko było zamierzone. Nie mówię, że płyta jest słaba, jest po prostu zbyt dziwna jak na mój gust. Doceniam eksperyment, ale nie wyobrażam sobie, by wiele osób często puszczało ją sobie tak po prostu, dla przyjemności. To bardziej album dla fanów tego typu odjazdów, którzy lubią teksty Aesop Rocka albo MF Dooma nagrywającego jako King Geedorah. Wydaje mi się, że większość ludzi zareaguje tak samo jak moi znajomi, którym puszczałem The Return of Dr. Octagon - na czas, kiedy płyta była w odtwarzaczu, nagle każdy miał coś innego do roboty i zostawałem sam w pokoju. Warto jednak spróbować - to tylko 14 tracków, w tym 3 skity, a może akurat odnajdziesz to, czego szukasz w tej muzyce. W razie czego, całość trwa niecałe 35 minut, więc ewentualna męka nie będzie zbyt długa.

czwartek, 16 czerwca 2011

Mac Lethal: Speak Low

Brak komentarzy:
Mac Lethal to kolejny MC, którego należy znać, jeżeli choć trochę lubi się rap. Jest niesamowity. Pisze rewelacyjne, raz pełne ironii oraz cynizmu, innym razem śmiertelnie poważne teksty, a wykonuje to wszystko w taki sposób, że kiedy usłyszałem go po raz pierwszy (jakoś dwa lata temu), byłem na siebie zły, że zauważyłem go tak późno. Jeśli ktoś chce poznać jego twórczość, ma w czym wybierać - Mac wypuścił mnóstwo mixtape'ów (głównie z serii Love Potion), kilka EPek, dwa LP (trzeci podobno jest w drodze) i wiele innych rzeczy, których, przyznaję, sam nie zdążyłem jeszcze sprawdzić. Osobiście polecam zacząć od albumu 11:11 wydanego przez Rhymesayers (być może kojarzycie takie grupy i takich wykonawców jak Atmosphere, Brother Ali, Freeway czy Murs; jeśli tak, wiecie, czego można oczekiwać po tej wytwórni), na którym znalazło się sporo naprawdę świetnych numerów, na czele z moim ulubionym, Tell Me Goodbye. Nowadays every goddamn little disaster/Needs a dedication song about it, doesn't it?

Poniżej wrzucam jeszcze trzy rzeczy. Pierwsza to klip do kawałka Speak Low. Dwie pozostałe to Mac Lethal pokazujący, jak szybko umie rapować. A umie rapować bardzo szybko i prawie bez oddechu, co każe mi poważnie wątpić, czy jest człowiekiem. Chyba nie, ale nieważne, i tak będę go słuchał i polecał każdemu. Wam też polecam.



poniedziałek, 30 maja 2011

Eternia & MoSS: To The Future

Brak komentarzy:

Oto numer, który zwalił mnie z nóg już po pierwszym przesłuchaniu i którego nie waham się nazwać pięknym, choć może brzmieć to pretensjonalnie. To The Future to kawałek między innymi o miłości, ale daleko mu do cukierkowej atmosfery znanej z wielu (niestety także rapowych) poruszających ten temat utworów, daleko mu do banału. Napisanie takiego tekstu musiało wymagać naprawdę wielkiej odwagi. Znam ten track już od bardzo wielu miesięcy i za każdym razem, kiedy się kończy, nie mogę wyjść z podziwu. Takie wersy rzuca ktoś, kogo śmiało można uważać za prawdziwego artystę otwierającego się przed słuchaczami w stu procentach, nie patrząc na nic. Nie wiem jak Wy, ja wolę coś takiego niż ludzi z ładnymi głosami, którzy startują w konkursach na najwierniejsze odtworzenie cudzych tekstów do cudzej muzyki, choćby to kopiowanie wychodziło im naprawdę imponująco.

niedziela, 22 maja 2011

Tyler, the Creator: Goblin [recenzja]

Brak komentarzy:

O Tylerze i jego kawałku Yonkers pisałem w kwietniu. Od tego czasu zdążyłem przesłuchać obie płyty autora, debiutancką Bastard oraz najnowszą, zatytułowaną Goblin. Po zapoznaniu się z tą pierwszą pomyślałem, że to jeszcze nie to, Tyler dopiero się rozkręcał, ale skoro teraz pokazał coś takiego jak Yonkers, Goblin powinien zwalić mnie z nóg. Niestety, drugi album rapera z Odd Future bardzo mnie rozczarował.

Tyler niewątpliwie potrafi rapować. Nadal bardzo podoba mi się numer, o którym pisałem wcześniej, ale co z tego, skoro cała reszta nie dorasta mu do pięt. Umiejętności MC nie zostały tu wykorzystane. Niby ma być kontrowersyjnie, jednak mam wrażenie, że to kontrowersja na siłę, opierająca się niemal wyłącznie na rzucaniu mięsem w co drugim wersie i opowiadaniu strasznych głupot (gdzie te gry słowne z Yonkers, bo albo ich nie zauważyłem, zapewne przez trudną do przetrawienia muzykę, albo rzeczywiście prawie ich nie ma). Płyta jest nudna i monotematyczna, ponad sześciominutowe kawałki to gruba przesada. Goście sprawdzają się jeszcze gorzej od gospodarza, zaś nienachalne dialogi z własnym sumieniem znane z numeru singlowego, wałkowane przez całą płytę też sprawiały, że nie mogłem powstrzymać ziewania, nie mówiąc o tym, że wszystko to już gdzieś było, i nie mam tu na myśli jedynie albumu Bastard.
 

Najgorsza jest jednak wspomniana już warstwa muzyczna. Do Yonkers musiałem się przekonać, dałem radę dopiero za którymś razem, ale jeśli chodzi o przekonywanie się do całej płyty, nawet nie mam zamiaru próbować. Nie lubię bólu. Przeczytałem gdzieś, że "to nie jest muzyka lekka, łatwa i przyjemna", co brzmi jak marne usprawiedliwienie faktu, że Goblin to w znacznej części kakofonia. Owszem, nikt nie mówił, że muzyka musi być za każdym razem lekka, łatwa i przyjemna, jednak powinno dać się jej słuchać, a tego napisać o drugim albumie Tylera niestety nie mogę. Jest granica pomiędzy ambitnym, trudnym w odbiorze rapem, a gwałcącym uszy, nieśmiesznym żartem. Goblin to właśnie taki nieśmieszny żart, przykry tym bardziej, że oczekiwałem czegoś rewelacyjnego. 

Trudno, poczekam sobie dalej. Może za jakiś czas autor przesłucha swoje dzieło na spokojnie, wyciągnie odpowiednie wnioski, a potem nagra płytę, na jaką byłoby go stać już teraz, gdyby po drodze coś nie uległo nieprzewidzianej awarii. Boję się jednak, że - biorąc pod uwagę masę pozytywnych opinii oraz cały rozgłos wokół tego MC - przekonany o swojej boskości Tyler, the Creator będzie dalej szedł w tym samym kierunku, co do tej pory. A to bardzo zły kierunek. Obym nie miał racji.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Tyler, the Creator: Yonkers

Brak komentarzy:
Uwielbiam chorych twórców oraz te rzadkie chwile, kiedy odnajduję kogoś nowego (nowego dla mnie, niekoniecznie dla innych), sprawdzam, co napisał/nagrał, a zaraz potem w mojej głowie pojawia się prosta, entuzjastyczna myśl: "O kurwa!". Wygląda na to, że Tyler, the Creator ma wszystko, czego szukam w rapie. Bez wątpienia nie jest z nim dobrze i potrafi wyrazić to w genialny sposób. Kawałek Yonkers jest naszpikowany świetnymi linijkami (niektóre gry słowne sprawiły, że opadła mi szczęka: I'm clockin' three past six and goin' postal/This the revenge of the dicks, that's nine cocks that cock nines, albo: I'm an over acheiver, so how 'bout I start a team of leaders/And pick up Stevie Wonder to be the wide receiver), zobrazowany bardzo dobrym klipem, a poza tym Tyler urodził się w 1991 roku, więc jeszcze wiele dobrego przed nim i przed jego słuchaczami. Przynajmniej mam taką nadzieję. Jak najszybciej sprawdzę jego pozostałe numery, dawno nie byłem tak głodny po przesłuchaniu tylko jednego nagrania jakiegoś rapera.

środa, 15 grudnia 2010

R.A. the Rugged Man

Brak komentarzy:
Od razu zaznaczam, że osoba, o której piszę, jest raperem, więc jeżeli nie słuchasz takiej muzyki, myślę, że możesz darować sobie ten post. Pewnie i tak nie znajdziesz tu niczego ciekawego.

Krótko (mam nadzieję) na temat Rugged Mana, bo nie mam zamiaru tworzyć szczegółowego przewodnika po jego dorobku, to jedynie chwilowa odskocznia od komiksów: dlaczego lubię go słuchać? Generalnie chodzi o całokształt, ale przede wszystkim o flow, siłę ukrytą w prostocie napisanych przez niego tekstów i nieobliczalność. Uwielbiam szalonych i chorych twórców, z jakiegoś powodu przyciągają mnie do swojej twórczości, Rugged Man ma zaś to do siebie, że poza szaleństwem oferuje również niespotykany talent. Nie jedzie na samej kontrowersji (a w trakcie swojej działalności miał bardzo wiele niecodziennych - delikatnie mówiąc - pomysłów i napisał mnóstwo linijek przekraczających granice dobrego smaku), nie stara się robić wokół siebie szumu na siłę. Tak naprawdę ma w dupie swoją karierę, co wiele razy podkreślał i potwierdzał całkowicie nieracjonalnym podejściem do robienia muzyki, choćby sprzedając pirackie kopie własnych nagrań czy odmawiając wytwórni, gdy prosiła o singiel promujący płytę (albo dając jej kawałek zatytułowany Every Record Label Sucks Dick). Było też kilka mniej śmiesznych rzeczy, jak napastowanie seksualne kobiet pracujących w budynku jego wytwórni. W efekcie Rugged Man miał spore kłopoty z wydaniem płyty, ale nie wyglądało na to, żeby przejmował się takim stanem rzeczy lub czymkolwiek innym.

Tak czy inaczej, w 2004 roku w końcu wypuszcza swój debiutancki album, Die, Rugged Man, Die. To nie recenzja, więc po krótkim zaprezentowaniu jednego z moich ulubionych (jeśli nie ulubionego) MC, napiszę tylko, że to kawał dobrego, wartego sprawdzenia rapu. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego autor wspomnianej wyżej płyty (oraz Legendary Classics Volume 1 z 2009 roku, zbierającej najlepsze pojedyncze utwory w dorobku Rugged Mana) ciągle jest nieznany szerzej publiczności. W jednym z kawałków powiedział o sobie: mad famous for being unknown, niczego nie wyolbrzymiając. Według mnie zjada większość raperów, których słyszałem (a słyszałem ich dosyć sporo) i żeby nie być gołosłownym, poniżej wrzucam linki do paru klipów z jego udziałem. Jeśli ktoś chce, żebym polecił coś więcej lub napisał kilka słów o koncertach Rugged Mana (osobny i także bardzo ciekawy temat; co prawda nie miałem okazji pójść na choćby jeden, ale same fragmenty umieszczone na YouTube wystarczyły, by opadła mi szczęka), dawajcie znać, uzupełnię ten wpis w komentarzach lub zamieszczę drugą część.

Na początek Uncommon Valor: A Vietnam Story, zwrotka opowiedziana z perspektywy ojca bohatera dzisiejszego wpisu, weterana walczącego w Wietnamie. Na pewno jedna z najlepszych rzeczy, jakie słyszałem w życiu, jeśli chodzi o rap:



Druga rzecz to kawałek The Renaissance, kolejna niesamowita zwrotka Rugged Mana:



Nosebleed to, jeżeli się nie mylę, najnowszy teledysk z jego udziałem:



Na koniec, jeżeli ktoś chce zobaczyć klip do I Shoulda Never (na pewno nie znajdziecie go na YouTube, przynajmniej w nieocenzurowanej wersji), może ściągnąć go stąd, ale ostrzegam - to nie jest coś dla ludzi o słabych nerwach lub takich, którzy liczą na wyrafinowany humor.