Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 17 sierpnia 2020
Gałęziste (i trochę Inkub) [Artur Urbanowicz] [recenzja]
sobota, 28 marca 2020
Ciemność [Jozef Karika] [recenzja]
Brak komentarzy:
Labels:
jozef karika,
literatura,
recenzje,
wydawnictwo stara szkoła
Posted by
Michał Misztal
Gdyby ktoś błędnie założył, że jestem osobą, którą należy zapytać o dobry książkowy horror, odpowiedziałbym, że po pierwsze się nie znam, a po drugie, Jozef Karika jest król straszenia jak lew jest król dżungli. Ja wiem, że w pierwszej kolejności powinienem wymienić całą masę bardziej zasłużonych dla gatunku nazwisk, ale w zeszłym roku to właśnie Strach i Szczelina sprawiły, że trzeba byłoby rzucić we mnie ogromnym workiem wypełnionym pieniędzmi, żebym w ogóle rozważył wybranie się w zimie w góry.
piątek, 11 października 2019
Szczelina [Jozef Karika] [recenzja]
Niedawno zachwycałem się Strachem Jozefa Kariki, nic więc dziwnego, że od razu po lekturze tamtej powieści sięgnąłem po kolejną, czyli właśnie po Szczelinę. Ostatnia strona okładki obiecała mi najbardziej przerażającą książkę tego autora, tyle że wspomniany Strach podniósł pod tym względem poprzeczkę bardzo wysoko – trochę nie wierzyłem, że Szczelina zdoła zrobić na mnie jeszcze większe wrażenie.
wtorek, 13 sierpnia 2019
Strach [Jozef Karika] [recenzja]
Moja żona przeczytała Strach kilka miesięcy temu, po czym powiedziała mi, że to bardzo dobra książka. I bardzo straszna. Zachęciło mnie to, bo choć nie jestem koneserem horrorów w żadnej postaci (a jeśli chodzi o literaturę, nie za bardzo wierzę w jej moc intensywnego i skutecznego straszenia), lubię się bać, postanowiłem więc spróbować.
wtorek, 9 października 2018
Slade House [David Mitchell] [recenzja]
Czasem bywa tak, że kiedy chcę sprawdzić danego pisarza, wybieram tę z jego książek, która ma najmniej stron – żeby w razie rozczarowania za długo się nie męczyć. Zrobiłem tak na przykład z Pratchettem, sięgając ponad pół mojego życia temu po Eryka. Potem poszło już z górki.
Slade House to najkrótsza książka Mitchella, jaką mamy w domu, ale prawda jest taka, że sięgnąłem po nią wyłącznie z powodu świetnej okładki. Choć zwykle tego nie robię, w tym wypadku nie mogłem się oprzeć. Nawiasem mówiąc, okładka zbyt skomplikowana nie jest, jednak zgadnijcie, kto ma dwa kciuki i lubi minimalizm. Trzeci tom Pana Lodowego Ogrodu jeszcze nie przyszedł? Slade House ma tylko 188 stron? Michał, nawet ty powinieneś dość szybko się z tym uporać.
sobota, 26 maja 2018
Samantha Shannon - Czas Żniw [recenzja]
niedziela, 23 września 2012
Samuel R. Delany
Na początku roku napisałem parę akapitów na temat opowiadań Williama Tenna, przy okazji spowiadając się z tego, że od dawna rzygam fantasy, za to ciągle dzielnie czytam science fiction, przynajmniej od czasu do czasu. Było też kilka słów o zabawnie wyglądającym panu ze zdjęcia powyżej, a imię jego Samuel R. Delany. Po nudnym i szastającym niezbyt finezyjnymi (chociaż może to i lepiej...) opisami homoseksualnego ssania kutasów Lubiewie Michała Witkiewicza... eee... Witkowskiego? W każdym razie napisał to jakiś Michał. Tak czy inaczej, po tej nudnej książce postanowiłem odświeżyć sobie czytany w wieku dwunastu lat Punkt Einsteina. Delany napisał książkę o humanoidalnej rasie, która zasiedla naszą planetę bardzo długo po tym, jak została opuszczona przez ludzi, a następnie przeżywa naszą historię na nowo. Wcześniej zrozumiałem bardzo niewiele z tej powieści, głównie z powodu licznych nawiązań do historycznych i mitologicznych postaci niekoniecznie dobrze znanych dwunastolatkowi. Mamy tu między innymi Chrystusa, Judasza, Orfeusza, Billy'ego Kida, Ringo Starra i Jean Harlow. Jako dzieciak oczywiście słyszałem o Chrystusie i nie tylko, jednak nie kojarzyłem, że dana postać z Punktu Einsteina jest jego literackim odpowiednikiem, chociaż, kończąc czytanie tej książki parę wieczorów temu, zastanawiałem się, jak mogłem tego nie zauważyć. Może byłem wyjątkowo tępym dwunastolatkiem.
Głównym bohaterem Punktu Einsteina jest Lobey, opuszczający małą wioskę, w której się wychował, by odnaleźć swoją ukochaną Frizę, niemą kobietę zabitą przez Dziecko Śmierć. Czyli mamy Orfeusza. Mamy też radioaktywny świat, mutacje, nieobecnych ludzi oraz problemy z dużą liczbą narodzin osobników niefunkcjonalnych, skazanych na życie w klatkach i odrzuconych przez społeczeństwo. Nie wiem, ile w tym sentymentu, ale po czternastu latach Punkt Einsteina znowu czytało mi się świetnie. To bardzo krótka (157 stron) powieść, którą uważam za na swój sposób magiczną. Ma interesującą pierwszoplanową historię i dodatek w postaci drugiego dna, czyli nawiązań do historii ludzkości. Świat, jaki opisuje autor jest całkowicie nietypowy. Może kojarzyć się z postapokalipsą, w podziemiach Lobey odnajduje informacje o wzrastającym poziomie promieniowania, który mógł być przyczyną zniknięcia ludzi, ale to nie taka postapokalipsa, do jakiej przywykli fani serii Fallout. Czytelnik znajdzie tu coś zupełnie nowego, chociaż patrząc na rok wydania książki (1967) brzmi to jak herezja. Delany to kreator interesujących, niespotykanych wcześniej rzeczywistości, co udowodnił też w swoich pozostałych powieściach, które wpadły mi w ręce.
Druga to Gwiazda Imperium. Jej głównym bohaterem jest chłopiec o imieniu Kometa Jo. Na zamieszkanej przez niego satelicie rozbija się statek kosmiczny, a jedyny ocalały (nie na długo) z katastrofy prosi Kometę o dostarczenie wiadomości do tytułowej Gwiazdy Imperium, jednak nie zdradza, czym jest Gwiazda Imperium ani jak brzmi ta wiadomość. Mimo zagadkowości całej misji Kometa, zupełnie jak Lobey z Punktu Einsteina, opuszcza swoje dotychczasowe, ograniczające go miejsce zamieszkania i wyrusza w podróż, która zmieni jego życie, zaś czytelnik może przypłacić dotarcie do jej finału sporymi zawrotami głowy. Potem książkę można czytać w kółko, bez końca, i wcale nie mam na myśli tego, że jest aż tak dobra (chociaż jest), chodzi o to... zresztą, przekonajcie się sami. Gwiazda Imperium jest interesująca od samego początku, ale ostatnie strony zmieniają całe postrzeganie fabuły. Zwrot akcji z 1966 roku, ale robiący wrażenie nawet w 2012.
Poza faktem, że Lobey i Kometa Jo żyją w zamkniętych społecznościach, nie mających pojęcia o reszcie świata, przez co poznajemy wszystko razem z podróżującymi głównymi bohaterami, Gwiazda Imperium i Punkt Einsteina mają jeszcze jedną wspólną cechę. Wprowadzają podziały pozwalające klasyfikować ludzi oraz określać w ten sposób ich miejsce w społeczeństwie. W Punkcie Einsteina Delany przedstawił podział na funkcjonalnych i niefunkcjonalnych, jednocześnie pokazując niesprawiedliwość wynikającą od czasu do czasu z przydzielenia komuś nieodpowiedniego statusu, z kolei spora część Gwiazdy Imperium opiera się na wyjaśnianiu różnic pomiędzy osobnikami jednodrożnymi, dwudrożnymi oraz wielodrożnymi. Autor lubi wymyślać tego typu dziwne rzeczy, na których następnie buduje resztę fabuły, wprowadzając czytelnika w swoje nietypowe światy. W Babel-17, kolejnej przeczytanej przeze mnie powieści tego pisarza, Delany postanowił zabawić się językiem oraz jego wpływem na konflikty zbrojne.
Babel-17 wrzuca nas w sam środek trwającej od dawna i niekończącej się wojny Sojuszu i Najeźdźców. W szeregach Sojuszu dochodzi do kilku aktów sabotażu, w czasie których za każdym razem rejestrowane są transmisje w tytułowym Babel-17, nowym języku mogącym zmienić ludzki umysł. Sojusz rekrutuje Rydrę Wong, słynną poetkę i lingwistkę, by zbadała ten język oraz jego związek z działaniami zbrojnymi Najeźdźców. Czyli mamy kolejną podróż (choć tym razem główna bohaterka nie jest osobą z małej satelity czy zabitej dechami wioski) i kolejne intrygujące pomysły. Tym razem Delany oparł fabułę na języku i dobrze, że science fiction w jego wykonaniu nie sprowadza się jedynie do wymyślania nowych statków kosmicznych, obcych ras czy futurystycznych broni. To za każdym razem coś więcej, choć przyznam, że Babel-17 podoba mi się dużo mniej niż Punkt Einsteina i Gwiazda Imperium.
To chyba wszystkie książki tego autora przetłumaczone na polski. Dlaczego tylko trzy? Nie mam pojęcia. Kurt Vonnegut stwierdził: "(...) jeśli piszesz opowiadania, które mają kulawe dialogi, papierowe motywacje, kiepskie opisy i są wyprane ze zdrowego rozsądku, dorzuć tylko trochę chemii, fizyki czy nawet czarów, a potem wyślij je do czasopisma science fiction". Delany zaprzecza tej poniekąd słusznej wypowiedzi. To nadal dobra literatura, nawet jeśli są w jego powieściach rzeczy, które już dawno zdążyły się zestarzeć. Spora ich część i tak wciąż będzie nowa i zaskakująca.
wtorek, 15 maja 2012
Maciej Gierszewski - Moje życie z Dżejmsem [recenzja]
Być może nie wiem, co piszę, ale podoba mi się pomysł na posiadanie kota. Myślę, że kiedyś będę miał swojego. Tłustego, złego sierściucha, który będzie robił tylko to, co chce, ale któremu nie za wiele będzie się chciało. Będzie tylko jadł i spał, czasami odleje się na podłogę czy do butów albo zrobi mi na złość w inny sposób, a ja będę mówił wszystkim, że go nienawidzę. Będzie chodził po pokoju, śmierdzący i wiecznie głodny, nie zwracając na mnie uwagi, ale to dobrze, ja też będę olewał kota, jednocześnie szanując jego niezależność. Kiedy zajdzie taka potrzeba, mały terrorysta będzie ciął skórę niechcianych gości lub zrzucał na nich rzeczy z półek, sprawiając, że nigdy już nie przyjdą do mnie z powrotem. Tak to sobie mniej więcej wyobrażam.
Maciej Gierszewski nie musi sobie niczego wyobrażać, o życiu z kotem, w dodatku niejednym, wie aż nadto. Swoje przygody z nimi, czasami przypominające drogę krzyżową, opisał w książce Moje życie z Dźejmsem, zbiorze około stu krótkich opowiadań. Poza opowiadaniami znalazło się tu miejsce dla paru wierszy oraz dla ilustracji Kiry Pietrek i Macieja Czapiewskiego. Twórczości Kiry nie znam, za to Maciej Czapiewski zajmuje się między innymi komiksami, w zeszłym roku czytałem na przykład jego kserowaną historię Czarny Pan. Na blogu fantastyczny czas! można znaleźć więcej opowieści Macieja, także takich z udziałem kota. Ilustracje w książce może nie powalają na kolana, jednak dobrze spełniają swoją rolę. W hierarchii ważności na pewno nie stoją wyżej niż teksty.
Maciej Gierszewski pisze dobrze, potrafi wzbudzić zainteresowanie. Raz jest śmiesznie, choć, jak przypuszczam, nie dla właścicieli, kiedy Dżejms bawi się w chodzącą apokalipsę, innym razem smutno, bo koty chorują, odchodzą i nie wracają lub nie dożywają końca książki. Gdybym posiadał swojego kota, pewnie mógłbym w paru miejscach przytaknąć, a w paru polemizować, ale ponieważ posiadam jedynie małe, czarne robaki pod maszynką do golenia, chyba nie jestem pełnowartościowym odbiorcą tych opowiadań. Mimo to podobały mi się. Są dokładnie tym, czego można oczekiwać sięgając po tego typu zbiór. Co bym zmienił? Może w paru miejscach poświęcił więcej uwagi ludziom, bo niektórzy pojawiają się regularnie, ale mimo to niewiele o nich wiadomo, czasem prawie nic poza imionami. Chociaż wiem, chodzi bardziej o koty. Poza tym zmieniłbym samą formę opowiadań. Większość jest bardzo krótka, niektóre zajmują pół strony, niektóre kończą się po kilku zdaniach. Wydaje mi się, że gdyby z takiej liczby niewielkich objętościowo tekstów zrobić z piętnaście dłuższych opowiadań, bez szybkiego urywania wątków, z bardziej rozwiniętą fabułą, wyszłoby lepiej. Może to tylko moje przyzwyczajenie do takiego, a nie innego pisania, jednak chętnie poczytałbym teksty Macieja właśnie w takiej formie. W zbiorze trochę dłuższych krótkich form, jak niefortunnie by to nie brzmiało.
tekst: Michał Misztal
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Michał Pauli - 12 x śmierć. Opowieść z Krainy Uśmiechu [recenzja]
Michał Pauli napisał autobiograficzną powieść o swoim pobycie w tajskim więzieniu, gdzie spędził sześć lat, skazany za handel narkotykami. Tajskie więzienia przypominają obozy koncentracyjne, z tą różnicą, że, przynajmniej teoretycznie, zamykani są w nich przestępcy. Autor książki 12 x śmierć, przemycający śladowe ilości pigułek ecstasy, w oczach prawa panującego w kraju, w którym został zatrzymany, jest przestępcą bardziej niebezpiecznym niż seryjny morderca. I, oczywiście, zasługującym na o wiele wyższy wyrok, czyli na tytułowe dwanaście kar śmierci, w tym konkretnym przypadku łaskawie zamienionych na dożywocie. Nikogo nie obchodzi wersja wydarzeń skazańca, Pauli musi podpisywać dokumenty, których nie rozumie, a prawnik zajmujący się jego sprawą i mający bronić go w czasie rozprawy zupełnie nie interesuje się losem skazanego. Bo handlarze narkotykami są w Tajlandii z góry skazani na przegraną, nieważne, czy złapano ich z tysiącem pigułek, czy tylko z jedną. Nieważne, że w samym więzieniu można dostać o wiele groźniejsze narkotyki niż ecstasy, w dodatku z rąk samych strażników.
W swojej książce Michał Pauli opisuje współczesne piekło. Warunki, w jakich przyszło mu walczyć o przetrwanie to kpina z ludzi odsiadujących swoje wyroki. Łańcuchy na nogach, problemy z dostępem do żywności oraz lekarstw, praktyczny brak środków umożliwiających codzienną higienę, nadmiar więźniów stłoczonych na zbyt małym terenie, często pochodzących z różnych krajów i nienawidzących się nawzajem, lekarz przepisujący wszystkim środki przeciwbólowe, niezależnie od ich dolegliwości. A to i tak jedynie zarys całej sytuacji. Autor Opowieści z Krainy Uśmiechu przeżył w ciągu tych sześciu lat wystarczająco dużo wstrząsających wydarzeń, żeby warto było sięgnąć po tę książkę. Opisuje coś tak nieprawdopodobnego, dodając do słów swoje własne ilustracje, że momentami aż trudno uwierzyć, że takie rzeczy są możliwe, a może przede wszystkim w to, że jako jednemu z nielicznych udało mu się stamtąd wydostać. Dla kogoś lubiącego autobiograficzne utwory 12 x śmierć jest pozycją obowiązkową.
Jedynym problemem, jaki widzę po przeczytaniu Opowieści z Krainy Uśmiechu, jest sposób, w jaki Michał Pauli pisze. Pisze prosto i bez bawienia się w zbędne ubarwianie, co wygląda na jedyne słuszne podejście, ale jednocześnie brakuje w tej prostocie czegoś, co robiłoby wrażenie samą siłą akapitów, za pomocą których autor przedstawia poszczególne wydarzenia. Wydaje mi się, że gdyby przyszło mu pisać o czymś mniej interesującym i egzotycznym, nie potrafiłby porwać czytelnika swoją opowieścią. Mogę się mylić. Na razie nie wiem, czy Pauli chce pisać dalej, czy 12 x śmierć to jego jednorazowa przygoda z literaturą. Nie wiem, czy jest osobą, która przeżyła tajskie więzienie i zabawiła się w pisarza, czy pisarzem, który przeżył tajskie więzienie i właśnie od tej historii postanowił rozpocząć stukanie palcami w klawiaturę, mające zająć więcej miejsca niż dwieście stron jednej powieści.
niedziela, 8 stycznia 2012
William Tenn

Nie będę udawał, że znam się na literaturze science fiction. Chyba w ogóle nie znam się na literaturze, po prostu bardzo lubię czytać. I jakoś tak wyszło, że obecnie czytam więcej rzeczy, powiedzmy, twardo stąpających po ziemi, na przykład sporo książek autobiograficznych (choć trafi się też jakiś horror czy thriller, a ostatnio i kryminał), z kolei od paru lat rzygam fantasy, nawet mimo tego, że kiedyś uwielbiałem ten gatunek i do dzisiaj dobrze wspominam parę takich powieści. Fantasy trawię w komiksach, w grach, na ekranie, ale od pewnego czasu jakoś nie mogę się przemóc i znieść smoków, czarów albo mieczy w literaturze. Jest jeszcze science fiction. Od tego chyba zaczynałem (chociaż moją pierwszą przeczytaną powieścią był, o ile dobrze pamiętam, Wąż morski Juliusza Verne'a), jakieś Stalowe szczury Harry'ego Harrisona i podobne pulpowe pierdoły, statki kosmiczne i obce rasy (a gdzieś pomiędzy tym wszystkim poznawane w szkole podstawowej dzieła typu Rogaś z Doliny Roztoki), książki brane do rąk najczęściej dlatego, że na okładce znajdowała się interesująca ilustracja... tak właśnie trafiłem na powieść Punkt Einsteina, którą napisał Samuel R. Delany. Bo na okładce był fajny smok. Po lekturze (miałem dwanaście lat) okazało się, że nie było tam zbyt wiele o smokach i że w ogóle niewiele zrozumiałem. Do czasu. W każdym razie z tyłu znajdowały się krótkie teksty o innych rzeczach wydawanych przez Phantom Press, między innymi o zbiorach opowiadań Williama Tenna. Był to rok 1998, a ponieważ z niczym nigdy się nie spieszę, trochę później, w roku 2005, kupiłem za grosze na internetowej aukcji pięć takich zbiorów. I szybko doszedłem do wniosku, że Tenn to jeden z mistrzów. Nie mam porównania, nie znam wielu pisarzy zajmujących się science fiction, ale w mojej głowie gość na zdjęciu powyżej to szef.
Niby czemu opowiadania Tenna są takie dobre? Przede wszystkim zaskakują pomysłowością, nawet całe lata po czasie, w którym zostały napisane. Cytując notkę znajdującą się w książkach Phantom Press: Jest mistrzem sytuacji, które najpierw zadziwiają i intrygują, potem zaczynają budzić ciekawość, trochę nas rozśmieszają, by w końcu zaskoczyć głęboką ironią lub wnikliwą obserwacją i oceną. I tak właśnie jest, we wszystkich zbiorach, które posiadam (Bernie Faust, Pierwiastek kwadratowy z człowieka, Ludzki punkt widzenia, Przed czasem i Wyzwolenie Ziemi). Nie wiem, czy w Polsce ukazały się jakieś inne opowiadania Tenna. Nawet jeśli nie, pięć wymienionych wyżej tytułów to i tak wystarczająco dużo, by przekonać się do jego twórczości.

Wspomniałem o dobrych pomysłach. W opowiadaniu Przed czasem Tenn wymyślił przyszłość, w której prawo pozwala najpierw odbyć karę za dane przestępstwo, by popełnić je dopiero później. Oczywiście im większa zbrodnia, tym cięższa kara, na przykład za morderstwo pracuje się latami na niebezpiecznych planetach. Niewielu ze skazanych wraca, wielu zostaje kalekami, ale po powrocie mogą zabić jedną osobę. Teoretycznie bezkarnie, przecież karę mają już dawno za sobą. Taki system znacznie zredukował przestępczość, także dlatego, że bardzo mały procent dobrowolnych więźniów dożywa końca wyroku za najgorsze uczynki. Główny bohater Przed czasem odpracował swoje i wraca do siebie, by pozbawić kogoś życia. I nagle okazuje się, że każdy z jego bliskich wyrządził mu w przeszłości jakąś krzywdę i każdy z nich myśli, że to właśnie on zostanie ofiarą. Wszyscy przychodzą i przepraszają, proszą o litość, jego żona podejrzewa, że zginie za to, że go zdradzała (o czym skazaniec nie miał nawet pojęcia). A niektórzy, zamiast spokojnie czekać na śmierć, wolą zabić go pierwsi.
To jeden z moich ulubionych pomysłów Tenna, jednak jest ich więcej. Opowiadanie o człowieku, który przypadkowo dostał przesyłkę z przyszłości, zestaw pozwalający zbudować żywą istotę ludzką, w swoich czasach zabawkę dla dziecka, w teraźniejszości coś bardzo niebezpiecznego. Tekst o mężczyźnie, który został porwany na Marsa, gdzie poinformowano go, jak przyspieszyć rozwój Ziemi oraz włączyć ją do międzyplanetarnej unii, ale któremu nikt z naszej planety nie chce uwierzyć. O pracowniku biurowca, od którego dwie tajemnicze osoby chciały wynająć nieistniejące piętro. Praktycznie każde opowiadanie to świetny pomysł, sporo ironii, a na końcu zaskakująca puenta.
Tenn to mistrz krótkich form. Czytałem jedną jego powieść, O ludziach i potworach, ale nie podobała mi się aż tak bardzo. Też ma dobrą puentę, ale rozciągnięta do dwustu stron przypomina zdecydowanie za długi dowcip, co z tego, że mający śmieszne zakończenie. Na początek polecam więc opowiadania, coś dłuższego można ewentualnie przeczytać później. Każdy z wymienionych wyżej zbiorów da się bez problemu dostać na internetowych aukcjach, w dodatku za niewielkie pieniądze. Czasami trafiają się trzy, cztery książki Tenna jednocześnie za kilkanaście złotych. Naprawdę warto spróbować.

autor: Michał Misztal
Subskrybuj:
Posty (Atom)










