Metody Marnowania Czasu: września 2010

środa, 29 września 2010

Karton #5 [recenzja]

3 komentarze:
Ostatnie recenzje kolejnych numerów Kartonu były nadrabianiem zaległości, natomiast ten, już piąty, ukaże się za kilka dni na MFK(iG). Czas leci, a ludzie odpowiedzialni za formę i zawartość magazynu nadal nie cierpią na niedostatek świeżych pomysłów, nie istnieje coś takiego jak jechanie na jednym, sprawdzonym patencie (choć oczywiście nie brakuje stałych serii), a wręcz przeciwnie, dotychczas nie było Kartonu pozbawionego nowego komiksu, nowych autorów lub nowego działu. I to się chwali, jak również fakt, że czuć w tym wszystkim radość z tworzenia, co niewątpliwie wpływa na mój pozytywny odbiór historii zaprezentowanych w periodyku.

W numerze piątym żegnamy się z serią Cyberdetektywi z kosmosu, która od początku nie należała do moich ulubionych, więc robię to bez większego żalu. Nie wiem tylko, czy zamiast publikowania finałowej strony, wyglądającej na robioną "bo trzeba było", nie dało się po prostu zrezygnować z wrzucania czegokolwiek. Jeden z twórców Cyberdetektywów, Maciej Łazowski, postanowił zaatakować czymś innym, a mianowicie jednoplanszówkami z cyklu Odpowiedzi na palące pytania. Trzeba przyznać, że zmiana wyszła Kartonowi na dobre i przy okazji zjadła kilka stałych punktów programu. Jako gość numeru wystąpił znany polskiemu czytelnikowi Tony Sandoval, a planszę w dziale Szczypta realizmu machnął Fillipe Andrade, co pokazuje, że redakcja magazynu potrafi przyciągnąć interesujących autorów spoza Polski.

Reszta w zasadzie bez zmian. Smutno mi Boże, bo nie ma więcej przygód Rubino (jedynie dwie strony), fajnie, że serie, które lubiłem, cały czas prezentują wysoki poziom i szkoda, że pozostałe nadal nie zdołały mnie zachwycić. I tak z każdym numerem jest coraz ciekawiej.

Kiedy Karton #6?

wtorek, 28 września 2010

Karton #4 [recenzja]

Brak komentarzy:
Czwarty numer Kartonu ponownie pokazuje, że twórcy magazynu nie mają zamiaru spoczywać na laurach i cały czas wprowadzają na swoje łamy nowe serie, nowe komiksy oraz nowych twórców. Tym razem po raz pierwszy pojawia się tu Nerdówek Karola Konwerskiego i Pawła Zycha, zabawne przygody trzech nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie i spędzających sporo czasu przed monitorami kumpli. Opowieść nie odbiega klimatem i poziomem od całości, nie zachwycając, ale i nie burząc dobrego wrażenia. Kolejną nowością jest pasek (na razie tylko jeden) z serii Robić nie ma komu, ale z powodu niewielkiej ilości materiału ciężko napisać o niej coś konkretnego. Pożyjemy, zobaczymy. Reszta Kartonu to rzeczy znane czytelnikowi z poprzednich numerów - według mnie nadal wygrywa Rubino, komiks epatujący humorem z rodzaju "nie wierzę, że to lubię, ale to lubię". Moja opinia o pozostałych seriach nie uległa znaczącej zmianie - wciąż nie mam pojęcia, o co chodzi w Diogenesie (ale tym razem w końcu dowiedziałem się, że taki właśnie jest zamiar Przemysława Surmy), lubię Grand Bandę oraz Byle do piątku trzynastego i czekam na rozwój wydarzeń w serii 168. Cyberdetektywi z kosmosu to całkiem niezła, ale nie porywająca rzecz, a Flatties w dalszym ciągu jedynie toleruję i cieszę się, że w czwartym Kartonie seria dostała tylko jedną stronę. I choć zawsze brakuje mi motywacji do śledzenia komiksu internetowego, Zuzanna Kochańska przekonała mnie, że w wolnym czasie warto rzucić okiem na The Meek... a to wszystko jedynie za piątkę. Jeszcze nie miałeś Kartonu w rękach? Najwyższy czas nadrobić zaległości.

sobota, 25 września 2010

Karton #3 [recenzja]

Brak komentarzy:
Ciąg dalszy mojej przygody z Kartonem. Na wstępie: świetna okładka, chyba żadna z dotychczasowych (a widziałem wszystkie pięć) nie spodobała mi się aż do tego stopnia. W środku głównym punktem programu jest według mnie Rubino, nowa seria autorstwa Patricio Didlo. Pewnie powinienem się wstydzić, że tak ją polubiłem, ale nic na to nie poradzę, tak samo jak - przynajmniej z tego, co zauważyłem - co najmniej kilku czytelników oprócz mnie. Poza tym w trzecim numerze znajdziemy jeszcze trochę bardzo dobrych rzeczy, na przykład Człowieka Paroovkę Marka Lachowicza, Wyjście KRL-a, Ćmy Tomasza Pastuszki oraz Byle do piątku trzynastego Bartosza Sztybora i Piotra Nowackiego. To najlepsze, przynajmniej moim zdaniem, kąski, pozostałe serie darzę mniejszą sympatią, aczkolwiek w żadnym wypadku nie oznacza to całkowitej niechęci (Flatties wciąż jest komiksem, który odpowiada mi tu najmniej, ale to jak zwykle kwestia gustu). Jeśli chodzi o gościa numeru, w tym Kartonie jest to Oscar Medina Hernandez, prezentujący kilka naprawdę fajnych niemych jednoplanszówek.

Niech nikogo nie zmyli krótka recenzja, niewielka ilość tekstu wcale nie wskazuje na mniejszą satysfakcję z lektury. Z każdym numerem jest coraz lepiej i oby ta tendencja nie ulegała zmianie - albo już o tym wiecie, albo musicie się przekonać.

piątek, 24 września 2010

Ratman: Terror na wizji [Tomasz Niewiadomski] [recenzja]

1 komentarz:
Terror na wizji, kolejna sympatyczna inicjatywa dobrych ludzi od Kartonu, to zeszyt, którego premiera będzie miała miejsce na MFK(iG), z niemniej sympatyczną ceną okładkową (jedyne 3zł). Jeszcze bardziej od niewielkiej kwoty, za jaką nabyć można nowe przygody Ratmana, zachęca nazwisko autora, jak również sam główny bohater, znany polskiemu czytelnikowi nie od dziś. A jak udało się "rozdziewiczenie zeszytowych ambicji Kartonu" pod względem samego scenariusza i rysunków?

Ratmana znam z łamów Czasu Fantastyki oraz Nowej Fantsatyki; najlepiej zapamiętałem krótką historię zatytułowaną Gwałtownik, która została napisana przez Grzegorza Janusza i opublikowana w NF #300. Różnie bywało z moją oceną komiksów z jego udziałem, jednak najczęściej przypadały mi do gustu, choć zwykle z jakimś niewielkim "ale". Nie da się ukryć, że Ratman jest postacią niezwykle oryginalną, a zarówno humor (niezależnie od tego, czy Tomasz Niewiadomski rysuje do czyjegoś scenariusza, czy - tak jak w przypadku Terroru na wizji - jest autorem całości), jak i warstwa graficzna nie należą do typowych, więc mogą nie przypaść do gustu sporej liczbie odbiorców. Mimo to wydaje mi się, że potencjalny niezadowolony czytelnik odrzuci ten zeszyt już na etapie oglądania obrazków, sięgnie po inny komiks, zawierający przystępniejszą kreskę i nie będzie miał powodów do narzekań.

Reszta nie powinna być zawiedziona, bo wszystko stoi tutaj na dobrym poziomie, nie odbiegającym od tego, co przeczytałem we wspomnianych wcześniej czasopismach. Tym razem Ratman stara się zdobyć pasującą na jego głowę czapkę niewidkę, a później próbuje siać tytułowy terror na wizji; cały zeszyt jest jednocześnie lekkostrawny i przyprawiony charakterystyczną dla tego bohatera atmosferą absurdu. Co prawda żaden dowcip nie rozłożył mnie na łopatki, może oczekiwałem jakiejś większej bomby pod koniec, ale ogólnie jest dobrze, sympatycznie i na pewno warto rzucić te 3zł, by mieć Terror na wizji u siebie w domu. Dodam jeszcze, że nowy komiks Tomasza Niewiadomskiego zachęcił mnie do sprawdzenia poprzednich części (O obrotach dział niebieskich i Marsjanie z globalnej wioski), co chyba najlepiej świadczy o tym, że jestem usatysfakcjonowany.

poniedziałek, 20 września 2010

Karton #2 [recenzja]

Brak komentarzy:
Zaniedbałem Karton - recenzja pierwszego wydania magazynu pojawiła się tu 25 października 2009 roku i od tego czasu cisza. Mój błąd, przepraszam. Wreszcie nadrobiłem zaległości i mam za sobą lekturę wszystkich dotychczasowych numerów.

Co nowego w dwójce? Mniejszy format, identyczna cena i tyle samo stron, a przy tym zawartość nieco przyjemniejsza w odbiorze niż ostatnio. Na pewno wynika to po części z tego, że wiedziałem już, czego się spodziewać, trochę z powodu znajomości bohaterów, którzy pojawili się już wcześniej w magazynie oraz przez to, że coś zaczęło z tych opowieści wynikać. Poprzednio były to tylko krótkie początki, teraz na ogół widać, w jakim kierunku zmierza fabuła, jak również co chcieli pokazać twórcy danej serii. Po przeczytaniu tych kilku komiksów kształtuje się inicjatywa godna wspierania, do której najbardziej pasuje słowo sympatyczna. Nie żałuję dania magazynowi drugiej szansy (a w zasadzie drugiej, trzeciej i czwartej naraz - tyle bowiem wynosi liczba numerów, które ukazały się do tej pory), wręcz przeciwnie, już czekam na kolejny Karton, tym razem z cyfrą 5 na okładce, w tym przypadku oznaczającą nie tylko cenę.

Pomiędzy okładkami znajdą się zarówno lubiane przeze mnie komiksy sprawdzonych autorów (Gang Wąsaczy, paski KRL-a), rzeczy, do których dałem radę się przekonać (Ćmy i przede wszystkim Byle do piątku trzynastego), opowieści średnie (Cyberdetektywi z kosmosu) oraz takie, które kompletnie do mnie nie przemawiają (Flatties). Wciąż nie wiem, co myśleć o seriach 168 i Diogenes, ale spokojna głowa, poczekam. W pozostałej części magazynu czytelnik znajdzie historie gościa numeru (w #2 jest to Mohamed Elsayed Tawfik), przybliżenie internetowego komiksu Shrub Monkeys, ilustrację Przemysława Truścińskiego, komiks sponsorowany i okładkę, według mnie gorszą niż ostatnio. Jak widać pomimo niewielkiej objętości twórcy zdołali zmieścić tu całkiem sporo ciekawych rzeczy, a wyświechtane powiedzenie "każdy znajdzie coś dla siebie" przestaje mnie w tym momencie bawić, ponieważ Karton wydaje się być na tyle różnorodny (pomimo publikowania opowieści zamkniętych w cartoonowej formule), że naprawdę trudno nie polubić choć jednej serii, jednocześnie śledząc pozostałe, być może z mniejszym entuzjazmem, ale także z nadzieją, że wkrótce nabiorą rumieńców.

wtorek, 14 września 2010

Super Pan Owoc [Nicolas de Crécy] [recenzja]

2 komentarze:
Gdyby nie dwie genialne części Dziadka Leona, w których maczał palce Nicolas de Crécy, w życiu nie sięgnąłbym po ten komiks. Sama nazwa, opis "opowiada o perypetiach dziennikarza Klarka Kęta", cena - to wszystko strasznie mnie zniechęcało. Pomysł na opowieść kojarzył mi się z kabareciarzem, który ma ochotę na robienie sobie żartów z rapu, więc wychodzi na scenę w jak najszerszych spodniach, ogromnej bluzie z kapturem, czapce z daszkiem odwróconym o tyłu, macha rękami krzycząc "Yo, ziomal" i wydaje mu się, że jest zabawny (a pełni entuzjazmu kretyni z widowni nie mają zamiaru wyprowadzać go z błędu). Zalatywało mi to parodią w takim właśnie stylu. Doszedłem jednak do wniosku, że pozory mylą, a de Crécy mógł usmażyć coś ciekawego mając do dyspozycji wyłącznie - wydawałoby się - kiepskie składniki (mam tu na myśli scenariusz, nie ilustracje). Szkoda, że mimo tych nadziei, Super Pan Owoc zawiódł moje oczekiwania.

Można się ze mną nie zgadzać, mieć inne zdanie, a jeśli ktoś jeszcze nie zna tego komiksu, dla równowagi można przeczytać inną, pozytywniejszą recenzję. Ja nie zachęcam do zakupu, chyba, że dla interesujących, sprawiających wrażenie szkiców, a co najważniejsze, cudownie brzydkich rysunków. Co prawda w Dziadku Leonie, gdzie zostały obdarzone dodatkiem w postaci świetnych kolorów, przypadły mi do gustu dużo bardziej, ale z drugiej strony, czerń i biel również tworzą ciekawy efekt. Przeglądając wydany przez Timofa, dość gruby tom (zbierający dwie części komiksu, we Francji wydane w osobnych albumach) chwilę po oddaniu go w moje ręce przez listonosza, wydawało mi się jeszcze, że będzie dobrze. Jakiś czas później zacząłem czytać i zmieniłem zdanie.

Możliwe, że nie dostrzegłem w Super Panu Owocu przemyślanych nawiązań oraz inteligencji ukrytej w pozornie kiepskich żarcikach. Dla mnie wygląda to bardziej na dowcip w stylu wspomnianego wcześniej występu kabareciarza, a w najlepszym wypadku na nieudany freestyle autora, który wpadł na pomysł, usiadł i narysował, dobrze się przy tym bawiąc, ale niekoniecznie intensywnie myśląc nad sensem swoich poczynań. Tytułowy bohater, Klark Kęt (ciekawe, czy w oryginale brzmi to podobnie, czy mamy do czynienia z inwencją twórczą tłumaczki), jakoś nie potrafił rozbawić mnie swoim wielkim brzuchem, dyszeniem i tym, że najczęściej nie udaje mu się dogonić autobusu. Nie rozbawiła mnie żadna z jego przygód ani prawie żaden z pomysłów scenarzysty. Może ten komiks ma jakieś drugie do, na które nie zwróciłem uwagi, w każdym razie doczytałem go do końca trochę na siłę i bez uśmiechu. Problem polega również na tym, że nawet gdybym zauważył to coś, co zostało zręcznie ukryte w przygodach Super Pana Owoca, podejrzewam, że i tak nie przekonałbym się do tej opowieści. Jeśli ktoś lubi podobny, głupkowaty humor, niech spróbuje; reszcie zdecydowanie odradzam. Sięgnijcie lepiej po oba tomy Dziadka Leona, chyba, że w swojej nieskończonej mądrości już to zrobiliście.

sobota, 11 września 2010

Fantasy Komiks #5 [recenzja]

4 komentarze:
No proszę - jeszcze wczoraj, pisząc o przyszłości wciąż całkiem nowego magazynu Egmontu, założyłem, że "jakoś to idzie", a zaraz potem przeczytałem wywiad z Tomaszem Kołodziejczakiem, który na pytanie "Czy Fantasy Komiks, czyli stosunkowo tani magazyn z dużą ilością komiksów, może być remedium na czytelnictwo i sprzedaż komiksów?" odpowiada: "Brakuje nam klientów, ale niedużo. Dajemy pismu jeszcze czas. Jeśli utrzyma się na rynku, to zajmie stałe miejsce na półkach wybranych kiosków. Wtedy według tego modelu możemy kreować kolejne tytuły. Wszystko rozstrzygnie się jesienią". Czyli jednak wcale nie jest tak różowo i wciąż nic nie wiadomo.

Na razie cieszmy się tym, co mamy, czyli piątym numerem. W środku znajdziemy dalszy ciąg Rozbitków z Ythaq (jest dobrze: akcja, akcja i kilka nowych wątków, choć takie rzeczy jak zmutowany dziadyga krzyczący "Cha, cha, cha, cha, cha!", gdy wyrastają mu skrzydła, zalatuje mi pomysłami rodem z naiwnych komiksów tworzonych przeze mnie na świetlicy w podstawówce) oraz finał pierwszej podserii Samuraja (szkoda, że mimo widowiskowych i dobrze narysowanych scen bitewnych, ostatni odcinek rozczarowuje; sprawia wrażenie kończonego na szybko).
Zazwyczaj nie wspominam o humorystycznych jednoplanszówkach - albo są żenujące, albo zapominam je zaraz po przeczytaniu. W piątym numerze pojawiła się jakaś nowa seria stanowiąca krótkie przerywniki pomiędzy albumami, ale... już nie pamiętam jej tytułu. Serio. I tak nie byłem nią zachwycony.
Jednak jest jeszcze coś interesującego - seria Zaraza, pierwsza znacząca nowość od pierwszej części Samuraja w Fantasy Komiks #2 (a w następnym numerze kolejny niepublikowany dotąd w FK cykl - Sloka). Komiks opowiada o zmaganiach dwóch wrogich plemion, łączących siły, by pokonać dziesiątkującą ich chorobę. Na razie, zarówno scenariuszowo i graficznie, Zaraza nie zaniża poziomu magazynu, ale też nie wzbudza mojego entuzjazmu. Mimo wszystko, zdążyłem się już przekonać, że niektóre z prezentowanych w nim tytułów potrzebują czasu, by się rozkręcić; mam nadzieję, że ten nie jest wyjątkiem.

piątek, 10 września 2010

Fantasy Komiks #4 [recenzja]

3 komentarze:
Fantasy Komiks wciąż daje radę. Kiedy piszę te słowa, na półce czeka napoczęty piąty tom, a tymczasem kilka zdań o czwartym: w ciągu kilkumiesięcznej obecności magazynu na polskim rynku zdążyłem przyzwyczaić się do formuły wybranej przez Egmont... i polubić ją. Nie mam pojęcia, ilu czytelników ma podobne zdanie, ale jak na razie zapowiedzi sięgają siódmego numeru, więc chyba jakoś to idzie. I bardzo dobrze.

Tym razem z okładki spoglądają na nas bohaterowie Lasów Opalu, serii, którą wcześniej uznawałem za najgorszą z prezentowanych dotychczas w Fantasy Komiks. I tu kolejne zdziwienie związane z magazynem: jest lepiej, nadal naiwnie, ale tym razem przebrnąłem przez opowieść bez częstego uderzania otwartą dłonią w czoło. Dalszy ciąg cyklu zobaczymy w szóstym tomie i jeśli nie okaże się gorszy, będzie naprawdę nieźle, zwłaszcza w porównaniu z tragicznym początkiem.
Trzecia część Samuraja nie zaskoczyła mnie ani pozytywnie, ani negatywnie; to wciąż ten sam, dobrze narysowany komiks z fabułą, która... po prostu jest, ale trawi się ją bez bólu i zgrzytania zębami. Gdyby każda seria publikowana w magazynie miała taki poziom, spokojnie wystarczyłoby to, żeby mnie zadowolić.
Najlepszym komiksem w czwartym numerze jest według mnie kontynuacja Legendy - może to lekki sentyment do Księcia Nocy, a może po prostu fakt, że Swolfs dał radę wycisnąć z tak oklepanego pomysłu (w Fantasy Komiks właściwie nie ma innych) tyle, ile się dało. Nietrudno zgadnąć, jaki będzie finał, ale i tak chętnie przekonam się sam.

Czwarty numer sprawdza się tak, jak poprzednie, może oprócz pierwszego, który mnie rozczarował. Mógłbym ponarzekać, bo wad jest sporo, ale przecież i tak kupuję kolejne tomy tej taniej pulpy, a to chyba o czymś świadczy. Piątka już czeka na dokończenie.
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...