Metody Marnowania Czasu: sierpnia 2011

sobota, 27 sierpnia 2011

Historie okupacyjne, antologia część 1 [Zygmunt Similak] [recenzja]

Brak komentarzy:
Uwielbiam autobiograficzne książki oraz komiksy i to, jak pokazują, że nawet najbanalniejszą rzeczywistość da się opisać w genialny, przyciągający uwagę sposób. Z drugiej strony, jak zwykle wszystko zależy od umiejętności autora i czasem nawet najciekawsze przeżycia twórcy stają się nudne w oczach czytelnika, jeśli nie znajdzie w nich "tego czegoś". W Historiach okupacyjnych, wydanej w 2009 roku i wciąż jednej z niewielu opowieści autobiograficznych zaprezentowanych w polskim komiksie, Zygmunt Similak podjął próbę przedstawienia swoich dziecięcych przeżyć z czasów II Wojny Światowej. [więcej na stronie Alei Komiksu]



piątek, 26 sierpnia 2011

The Nobody [Jeff Lemire] [recenzja]

Brak komentarzy:
Cytaty na ostatniej stronie okładki jak zwykle obiecują czytelnikowi obcowanie z niemal przełomowym arcydziełem, ale - również jak zwykle - nie odzwierciedlają rzeczywistości. Co nie zmienia faktu, że Jeff Lemire po raz kolejny napisał i narysował bardzo fajny komiks. I choć daleko mu do wybitnej pozycji, stanowi przyjemną lekturę, po której właściwie nie ma na co narzekać, jeśli tylko nie oczekiwało się nie wiadomo czego.



Fabuła The Nobody jest prosta jak budowa cepa: miejscowość Large Mouth (populacja: 754 osoby) odwiedza dziwny człowiek, cały pokryty bandażami, noszący okulary przeciwsłoneczne i prawie nie wychodzący z pokoju hotelowego, w którym się zatrzymał. Jest oczywiste, że wzbudza ciekawość i jest oczywiste, że w tak niewielkiej społeczności odmieniec może wzbudzić także agresję, zwłaszcza, jeśli komuś z mieszkańców miasteczka stanie się coś złego. Wiadomo, na kogo padną podejrzenia... resztę pewnie znacie. Z innych, podobnych opowieści. Czyli mamy oklepany temat, a w takich sytuacjach wszystko zależy od umiejętności scenarzysty.



Lemire daje radę. Utrzymuje zainteresowanie czytelnika sprawnym operowaniem kilkoma prostymi patentami, z najprostszym na czele, czyli zagadką. Kim jest John Griffen, człowiek w bandażach? Szkoda tylko, że teksty umieszczone z tyłu komiksu odpowiadają na to pytanie jeszcze przed lekturą, także polecam przeczytanie ich dopiero na końcu. Będzie znacznie ciekawiej. Poza tym The Nobody to kolejny komiks, w którym autor pokazuje, w jakiego rodzaju historiach czuje się najlepiej: prowincja, spokój, sielanka (czasem tylko pozorna). Widać, że pisanie takich rzeczy sprawia mu przyjemność. I przy okazji wychodzą z tego dobre scenariusze.



Znowu trochę ponarzekam na rysunki. Nie chodzi o to, że Lemire coś spieprzył, nie, jak zwykle stoi na wysokości zadania. Tyle że niektóre postacie z The Nobody strasznie przypominają te z Opowieści z Hrabstwa Essex albo z cyklu Sweet Tooth, zupełnie jakby autor miał w głowie tylko kilku bohaterów, po czym przerzucał ich w inne miejsca i nadawał im inne imiona. Jednocześnie za każdym razem pokazuje swoją niepowtarzalną kreskę. Tak jakby te ograniczenia wynikały, paradoksalnie, z wyjątkowości jego stylu. Ilustrator inny niż wszyscy, jednak zawsze irytująco taki sam. Ale poza tym jest świetnie, rysunki na pewno są główną atrakcją tego komiksu, o wiele ciekawszą niż sama historia.



Byłoby świetnie, gdyby nie przesadne pochwały, sprawiające, że oczekiwałem czegoś dużo lepszego. I gdybym od początku nie wiedział, kto kryje się pod bandażami. A tak jest po prostu bardzo dobrze. Szybka lektura na jeden wieczór, nie zostanie w pamięci na zawsze, ale na pewno dostarczy kilku pozytywnych wrażeń.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Karton #6 [recenzja]

1 komentarz:
Najnowszy (ale już wcale nie taki nowy) numer Kartonu po raz kolejny potwierdza to, co udowadniał już wcześniej, właściwie każdą kolejną odsłoną - że nadal warto rzucać redakcji te śmieszne 5zł raz na kilka miesięcy.



Nie ma tu zbyt wielu nowości, w szóstym Kartonie postawiono raczej na znane serie. Minusem jest rzecz, o której wspominałem już wcześniej, czyli to, że po dłuższej przerwie zapomina się o tym, co miało miejsce w poprzednich odcinkach poszczególnych cykli, przez co trzeba ponownie wertować poprzednie numery. Nie żeby była to szczególnie uciążliwa wada. Jeśli chodzi o komiksową zawartość magazynu, każda krótka historia nadal utrzymuje swój stały, w większości dobry poziom. Tym razem najbardziej spodobały mi się Odpowiedzi na palące pytania Macieja Łazowskiego oraz, jak zwykle, Rubino. Gościem numeru został brazylijski twórca Waldemar Lene Chaves.



Trzeba przyznać, że redakcji znowu się udało, choć szósty numer magazynu nie jest szczególnie zaskakujący i chyba jednak trochę gorszy niż kilka poprzednich. Może zabrakło w nim jakiejś mocnej nowości, ale i tak chętnie kupię kolejny. Mam nadzieję, że będzie dostępny już na październikowym MFKiG.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Dr. Octagon: The Return of Dr. Octagon [recenzja]

Brak komentarzy:

Dzisiaj w nocy przypomniałem sobie, że kiedyś tam (teraz już wiem, że w marcu 2008 roku) napisałem recenzję płyty The Return of Dr. Octagon. Kool Keith to jeden z moich ulubionych raperów, na pewno jest w pierwszej trójce, choć poniższe akapity mogą przedstawiać trochę odmienny obraz. Cóż, wolę inne albumy jednego z najbardziej pomysłowych i pojebanych MC, jakich widział świat, na przykład Sex Style, Black Elvis/Lost in Space, First Come, First Served albo Dr. Octagonecologyst. Co do samej recenzji, początkowo znalazła się na śmiesznej stronie, jaką jest hip-hop.pl (nie odwiedzałem jej od ponad półtora roku i podejrzewam, że nie mam czego żałować), teraz niech wyląduje tutaj. Czemu nie?

Dr. Octagon to nic innego, jak jedno z bardzo wielu wcieleń szalonego Kool Keitha, który po dziewięcioletniej przerwie wydał drugą płytę podpisaną tym pseudonimem. Poprzednia wyprodukowana była przez znanego wszystkim Dan the Automatora, tym razem muzyką zajął się berliński skład One Watt Sun... jest więc bardzo elektronicznie, chaotycznie, eksperymentalnie, dziwnie i momentami nieznośnie. Z klasycznymi bitami nie ma to nic wspólnego, dźwięki są nieprzewidywalne i naprawdę mogą przyprawić o ból głowy i/lub uszu, chyba, że lubi się takie jazdy albo jest się masochistą. Nie zmienia to oczywiście faktu, że ciężko odmówić tej muzyce oryginalności.
 
Jeśli chodzi o rap zaprezentowany tu przez Kool Keitha, nie odbiega on klimatem od tego, co zaprezentowali producenci. Podejmuje tematy rzadko spotykane w tej muzyce, że wymienię choćby te z pierwszych trzech kawałków - zanieczyszczone środowisko (Trees), bliskie spotkania trzeciego stopnia (Aliens) oraz porównywanie ludzi do owadów (Ants). To duży plus. Inna sprawa to to, że żaden track nie jest do końca normalny, więcej - często z normalnością nie mają one nic wspólnego, mowa tu także o skitach. Bywa tak, że w utworach prawie w ogóle nie ma rapu, a zamiast tego jest powtarzanie w kółko kilku zdań w rytm elektroniki One Watt Sun, jak w Al Green. Wersy dają jasno do zrozumienia, że Dr. Octagon nie jest najzdrowszym psychicznie wcieleniem Kool Keitha.

Nie jest to bynajmniej żadna wpadka - zarówno muzycznie jak i tekstowo wszystko było zamierzone. Nie mówię, że płyta jest słaba, jest po prostu zbyt dziwna jak na mój gust. Doceniam eksperyment, ale nie wyobrażam sobie, by wiele osób często puszczało ją sobie tak po prostu, dla przyjemności. To bardziej album dla fanów tego typu odjazdów, którzy lubią teksty Aesop Rocka albo MF Dooma nagrywającego jako King Geedorah. Wydaje mi się, że większość ludzi zareaguje tak samo jak moi znajomi, którym puszczałem The Return of Dr. Octagon - na czas, kiedy płyta była w odtwarzaczu, nagle każdy miał coś innego do roboty i zostawałem sam w pokoju. Warto jednak spróbować - to tylko 14 tracków, w tym 3 skity, a może akurat odnajdziesz to, czego szukasz w tej muzyce. W razie czego, całość trwa niecałe 35 minut, więc ewentualna męka nie będzie zbyt długa.

Scalped: Dead Mothers [Jason Aaron, R.M. Guéra, John Paul Leon & Davide Furno] [recenzja]

7 komentarzy:
Nie było mnie w rezerwacie Prairie Rose od mniej więcej czterech miesięcy. Tęskniłem. I miałem za czym tęsknić. Wyobraźcie sobie, że po dwóch Trade'ach jakiejś serii, drugim jeszcze lepszym od rewelacyjnego pierwszego, nastawiacie się na coś, co będzie równie świetne, a tu niespodzianka, bo Dead Mothers, trzeci tom Scalped, zjada drugi tak samo jak drugi zjadał pierwszy. Niewiarygodne, ale prawdziwe. I jeszcze to zajebiste uczucie towarzyszące lekturze: "Nie wierzę, przecież to nie może być aż tak dobre". A jednak jest.

Nie wiem, co napiszę po przeczytaniu The Gravel In Your Guts, czwartego tomu serii. Jeśli tendencja zwyżkowa zostanie zachowana, chyba nie wyrobię się z wymyślaniem kolejnych pochwał, ale na razie notujcie: gdyby ktoś wydał Scalped w Polsce, byłaby to najlepsza seria na naszym rynku. Ewentualnie jedna z najlepszych. Nie wyobrażam jej sobie poza podium. Mogę napisać dużo dobrego na temat Fables, Żywych trupów, Hellblazera, od niedawna wychodzi u nas świetny cykl Pluto, wiem, że mamy legendarne Fistaszki oraz całkiem sporo innych, dobrych tytułów, ale to coś, co zjada mnie od środka w czasie przewracania kolejnych kartek i za nic nie pozwala na oderwanie się od opowieści, nawet kosztem snu czy obowiązków, ma jedynie Scalped. Kupcie mi psa i wszystkie pozostałe tomy (no dobrze, wszystkie pozostałe tomy serii zamówiłem parę dni temu), a pogrążony w lekturze zapomnę o psie i pozwolę mu zdechnąć z głodu. I to nie dlatego, że nie znoszę psów.

Jedna, jedyna wada Dead Mothers to fakt, że R.M. Guéra nie rysuje wszystkich siedmiu zeszytów (#12-18), które weszły do tego tomu. Niestety, John Paul Leon i Davide Furno są odczuwalnie, irytująco gorsi. Główny ilustrator oczywiście kopie dupę tak samo jak przedtem. Dobrze, że zajął się aż pięcioma epizodami tytułowej historii.

Jak wskazuje sam tytuł, motywem przewodnim opowieści są martwe matki, a konkretnie dwie martwe matki: głównego bohatera, Dashiella Bad Horse'a oraz paru mniej znaczących dzieciaków, których los leży jednak na sercu naszemu złemu policjantowi. Fajnie, że Aaron wreszcie pokazuje bardziej ludzką stronę tej postaci, bo jak dotąd wydawało się, że Bad Horse w ogóle jej nie ma. Taki zabieg uczynił ją jeszcze bardziej wiarygodną. A jeśli chodzi o poziom scenariusza, mamy to, co zwykle, ale jeszcze lepiej. Wspominałem o tym wcześniej. Bad Horse próbuje odnaleźć mordercę matki dzieciaków (jego własna średnio go interesuje), a kiedy dowiaduje się, kto nim jest, wszystko robi się jeszcze bardziej pokręcone. Niemal wszystko kręci się wokół tego wątku i w przeciwieństwie do Casino Boogie, w Dead Mothers akcja idzie wyraźnie do przodu, tak, że nie mam pojęcia, jak dam radę czekać na kolejny tom. Nie da się. Chcę go tu i teraz, razem z całą resztą tej genialnej serii. Jeśli tylko znacie angielski, nie zastanawiajcie się, kupcie Indian Country, a przypuszczam, że zrozumiecie mój entuzjazm.

sobota, 6 sierpnia 2011

Sweet Tooth: Animal Armies [Jeff Lemire] [recenzja]

Brak komentarzy:
Ostatnia strona okładki, moim zdaniem tym razem nieco gorszej niż zazwyczaj, przedstawia TPB Animal Armies Lemire'a jako the most sweeping and shocking chapter yet in his groundbreaking post-apocalyptic epic. Oczywiście nie uwierzyłem, bo już wcześniej czytałem sporo pochwał dla Sweet Tooth, ale sam po skończeniu dwóch poprzednich tomów jakoś nie odczułem całej tej wspaniałości. Coś mnie tu jednak ciągle trzyma, przede wszystkim ciekawość. I choć autor stosuje raczej oklepane i niezbyt zaskakujące chwyty (typu: ktoś okazuje się czyimś synem, ktoś inny czyimś bratem, ktoś pozornie zły tak naprawdę jest dobry, a ktoś, kto miał umrzeć, jednak nadal żyje), zwłaszcza jeśli przyzwyczaimy się do jego sposobu opowiadania, i tak łatwo pozwolić mu na wciągnięcie nas w jego historię. Przy Animal Armies nie nastawiałem się już na coś tak wyjątkowego, jak można wyczytać w recenzjach i cytatach na okładce, po prostu dobrze się bawiłem bez oczekiwania nieoczekiwanego. Jeśli Lemire kiedyś mnie zaskoczy (bo wcale nie mam zamiaru zrezygnować z czytania Sweet Tooth), to dobrze, a jeśli nigdy mu się to nie uda, trudno. Nie rozczaruję się. Od pewnego czasu mam wrażenie, że seria o przygodach Gusa i Jepperda jest jednym z tych komiksów, gdzie dowiadywanie się o kolejnych tajemnicach będzie dużo przyjemniejsze niż poznawanie odpowiedzi, ale zobaczymy. Tak naprawdę to nadal stosunkowo nowy tytuł.

Zmieniło się niewiele. Jeff Lemire w dalszym ciągu opowiada w ten sam sposób, czyta się to bardzo szybko, nie tylko przez niewielką ilość tekstu, ale także dzięki płynnej, dobrej narracji oraz brakowi wdawania się w zbędne szczegóły. Kiedy czytelnik dostaje wskazówkę, że oto nadchodzi nowy wątek, nowa tajemnica, już wie, na czym najprawdopodobniej będzie polegać i co z tego wyniknie, ale i tak daje się wciągnąć, przynajmniej tak było ze mną. Są pomysłowe okładki, a także ilustracje, niby takie jak zwykle, choć tym razem nie zwracałem już uwagi na to, że autor często rysuje niedbale i niedokładnie. Przyzwyczaiłem się albo po prostu przestało mi to przeszkadzać. Tak czy inaczej, Lemire jest cholernie dobry, nigdy o tym nie zapomniałem, nawet przy okazji moich mało znaczących narzekań.

Co do samej treści, wcale nie jest tak sweeping and shocking, jak zapowiadano. Większości można było się spodziewać, ale to żadna wada. Gus nadal siedzi zamknięty w celi, a jak wiemy z tomu In Captivity (jeśli zaś nie wiemy, nie czytamy dalszej części tego akapitu), opanowany przez wyrzuty sumienia postapokaliptyczny Clint Eastwood postanawia go uwolnić. Poznajemy kilku nowych bohaterów, także takich, którzy powinni bardzo namieszać w kolejnych odcinkach. Doktor Singh nadal stara się dowiedzieć, skąd pochodzi Gus, w czym pomagają mu rzeczy (głównie związane z ojcem Gusa) znalezione w dawnym domu chłopca. Oczywiście nie napiszę, czy on i reszta dzieci, hybryd zwierząt i ludzi, zdołają opuścić miejsce, w którym byli uwięzieni pod koniec poprzedniej części, ani tego, co wyniknie z próby ucieczki (Gus i jego nowi przyjaciele) oraz próby uwolnienia całej grupy (Jepperd i jego nowi sprzymierzeńcy, pod pewnymi względami groźniejsi od jego wrogów). Musicie to przeczytać sami, o ile którakolwiek recenzja Sweet Tooth zachęciła Was do sięgnięcia po tę serię.

I tradycyjnie: czekam na kolejny TPB. Tym razem jeszcze nie znam tytułu.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Wybryki Xinophixeroxa [Tony Sandoval] [recenzja]

Brak komentarzy:
Tony'ego Sandovala kojarzę jedynie z pierwszego numeru Bicepsu, nie czytałem wydanych u nas Trupa i sofy oraz Nokturno. Coś mi jednak mówi, że wkrótce przeczytam, a przynajmniej obejrzę. Dzięki Wybrykom Xinophixeroxa zrozumiałem swój błąd.

Wcześniej dotarło do mnie, że ten komiks to "pretekstowy scenariusz i rewelacyjne ilustracje". Rzeczywiście, recenzja mogłaby ograniczać się do tego jednego zdania. Jeżeli ktoś szuka dobrej, wciągającej fabuły pełnej ciekawych wątków, pełnokrwistych bohaterów i zaskakujących zwrotów akcji, źle trafił. Wygląda na to, że Sandoval chciał sobie po prostu porysować, wcale nie potrzebował ambitnego pomysłu, więc napisał krótką historię o pozornie zabawnym, ale tak naprawdę bardzo niebezpiecznym demonie, historię, która w ogóle mnie nie wciągnęła, która po prostu jest i na tym kończy się jej rola. Później naszkicował i pomalował to w taki sposób, że byłbym idiotą, gdybym żałował, że kupiłem ten komiks.

Autor łączy tu piękne, spokojne (na samym początku wręcz sielankowe) wiejskie widoki ze skrajnie brutalnymi scenami, przy oglądaniu których mniej wrażliwi mogą poczuć coś nieprzyjemnego w głębi żołądka. W obu tych odsłonach Sandoval daje czytelnikowi jedne z najlepszych ilustracji, jakie miałem przyjemność oglądać w ostatnim czasie. Nie towarzyszy temu wszystkiemu myśl, że scenariusz mógłby być choć trochę ciekawszy, bo przecież wcale nie o to chodziło. Tytułowy Xinophixerox robi swoje, zaraża ludzi, mieszkańcy wioski zaczynają chorować, mordują się nawzajem, w paru momentach jest naprawdę krwawo. Gdyby ktoś nie zauważył napisu Tylko dla dorosłych! na okładce i zasugerował się zabawnym imieniem oraz wyglądem demona, czeka go spore zaskoczenie. W środku znajdzie trochę bluzgów, ale przede wszystkim brutalność ponad normę, włącznie z kobietą gwałconą (i jednocześnie rozrywaną) przez demona, wszystko pokazane bez jakichkolwiek zahamowań. I, powtórzę to jeszcze raz, od początku do końca narysowane w taki sposób, że można zbierać szczękę z ziemi.

Cztelnika sięgającego po Wybryki Xinophixeroxa czeka dużo więcej oglądania niż czytania, jednak jeżeli tylko nie będziecie oczekiwać niesamowitej fabuły (albo nie zrażą Was te wszystkie flaki, macki, krew i cała reszta), dobra zabawa jest właściwie gwarantowana. W tym przypadku pretekstowy scenariusz to nie wada.
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...