Metody Marnowania Czasu: listopada 2015

sobota, 21 listopada 2015

Toshiro [Jai Nitz & Janusz Pawlak] [recenzja]

Brak komentarzy:

Choć Janusz Pawlak, swego czasu tworzący pod pseudonimem Clarence Weatherspoon, pojawiał się na łamach słynnego Produktu pośród bardzo wielu mocnych nazwisk, jestem pewny, że przez spore grono czytelników to właśnie on będzie wymieniany w czołówce związanych z magazynem autorów. I trudno byłoby znaleźć argumenty świadczące o tym, że nie zasłużył na taką pozycję. Kto pamięta Produkt, musi pamiętać też serię Josephine oraz nieodżałowane do dzisiaj 9 mm. Później były jeszcze albumy i występy w zinach, ale w końcu Clarence zniknął na długie lata, pozornie już na stałe, by powrócić z Toshiro, mechanicznym samurajem, którego przygody wydaje w Stanach Zjednoczonych Dark Horse. Czy jest to powrót w wielkim stylu?

Poza (niewątpliwie) rysowaniem, Pawlakowi zawsze doskonale wychodziło jedno: kreowanie interesujących, niecodziennych światów, do których wrzucał odbiorcę w taki sposób, że czytelnik natychmiast zaczynał traktować ten świat jak swój – nawet, jeżeli nie do końca rozumiał rządzące nim zasady. Konstrukcja historii wymagała tego, by w celu ogarnięcia tych zasad uznać to, co znajduje się w kadrach za obce, ale jednocześnie całkowicie naturalne i po prostu płynąć z prądem.

Podobnie wygląda to w Toshiro. Czego tu nie ma: wiktoriańska, choć nie do końca znana z lekcji historii Anglia, tytułowy samuraj, zombie, steampunk, macki śmiertelnie niebezpiecznych, w niewielkim stopniu zbadanych meduz... i nawet jeżeli po przeczytaniu albumu wciąż nie dostaje się odpowiedzi na wszystkie pytania, najważniejsze jest to, że u Pawlaka i pomagającego mu przy scenariuszu Jaia Nitza ta pozornie losowa papka tworzy świetnie zgraną, intrygującą całość. Po latach znowu czuć tę specyficzną atmosferę opowieści Weatherspoona. 

Nie zawodzi również oprawa graficzna komiksu; kwestią indywidualnych preferencji jest to, czy ktoś będzie wolał kreskę Pawlaka w kolorze, czy w czerni i bieli. Tutaj dostaliśmy tę pierwszą wersję i trzeba przyznać, że mroczne barwy w połączeniu z wydarzeniami rozgrywającymi się bardzo często w małych, zatłoczonych pomieszczeniach, świetnie potęgują towarzyszące lekturze poczucie niepokoju i duszności. 

Toshiro to czytadło. Po napisaniu tego zdania coś mnie tknęło i sprawdziłem w słowniku, co właściwie znaczy to, dość często używane przeze mnie (a może jednak bezmyślnie?) słowo. Jest to "książka, którą się łatwo, przyjemnie czyta, ale o niewielkiej wartości literackiej". Można dyskutować o tym, czym jest "wartość literacka", tylko właściwie po co? Niech każdy ukuje sobie własną definicję, ale jaka by ona nie była, z pewnością warto przeczytać album Pawlaka i Nitza. Nawet jeśli to faktycznie czytadło, Toshiro jest czytadłem z górnej półki. 

tekst: Michał Misztal, recenzja opublikowana pierwotnie na stronie Gildii Komiksu

sobota, 14 listopada 2015

Ołtsajders: Reaktywacja i Chrzest ognia [Paweł "Gierek" Gierczak] [recenzja]

Brak komentarzy:

Oczami wyobraźni widzę ludzi, którzy po przeczytaniu kilku stron którejś części Ołtsajdersów Pawła Gierczaka z niesmakiem odłożą ten komiks na półkę, nazywając go wulgarnym i skrajnie chamskim. Nie będą pozbawieni racji. Stan słownictwa bohaterów opowieści Gierka rzeczywiście jest opłakany, zaś sami bohaterowie zajmują się przede wszystkim waleniem w kocioł. Takie tam osiedlowe historie zaprezentowane bez jakichkolwiek hamulców czy finezji. Czy w ogóle warto je czytać? 

Jeżeli ktoś nastawia się właśnie na finezję, skomplikowane dialogi, przemyślany scenariusz, zwroty akcji oraz niesamowite wątki, to nie. Ucieszyć może chyba tylko szczegółowa, nieestetyczna, kojarząca się z zinową chęcią wyżycia się i naparzania do upadłego kreska. Nie jestem jednak pewny, czy ucieszy ona właśnie czytelników oczekujących finezji. Tacy mogą sobie serię Ołtsajders podarować, nie jest ona zresztą adresowana do nich.

Zarówno Reaktywacja jak i Chrzest ognia to takie pocztówki z Radomia, w których niekoniecznie chodzi o to, by pokazać niesamowite wydarzenia (choć kilka niemal niewiarygodnych opowieści się tu znajdzie), ale bardziej o przedstawienie wspomnianego chamstwa, życia ludzi spędzających czas przede wszystkim na piciu piwa pod hurtownią – z jednej strony z dystansem, z drugiej dosłownie i bez ogródek. 

Nie ma tu dodatku w postaci przemyśleń autora czy refleksji na temat przedstawianych sytuacji; wnioski trzeba wyciągnąć sobie samemu. A jest z czego – w zeszytach zmieściło się trochę historii, również w postaci prozy. Tutaj akurat znaleźć można same dialogi ze znikomą ilością narracji, z której można dowiedzieć się głównie tego, że któraś z opisywanych wcześniej postaci już nie żyje, co zawdzięcza prowadzonemu przez siebie trybowi życia. 

Ołtsajders to nie wybitny komiks obyczajowy. Daleko cyklowi Gierczaka do Osiedla Swoboda – to pierwsza rzecz, z jaką może kojarzyć się Reaktywacja czy Chrzest ognia. Nie do końca słusznie. Autor świetnie radzi sobie na swoim własnym polu i spełnia wyznaczony sobie cel. 

Widzę to tak: w czasie spotkań ze znajomymi z innych miast czasem lubię powymieniać się slangiem, usłyszeć, kto jak mówi w swoim regionie i pchnąć dalej kilka tekstów od siebie. Gierczak robi to samo dzięki Ołtsajdersom – przedstawia swoje podwórko, nie zwracając uwagi na to, że niektórzy raczej nie chcieliby wiedzieć o jego istnieniu. 

No i dobrze.

tekst: Michał Misztal, recenzja opublikowana pierwotnie na stronie Gildii Komiksu

Co tam czytam? [7] (Tomie, tom 2; Fables #150; Locke & Key; The Names; Profanum #4)

Brak komentarzy:
Wracamy do jednego z moich starszych pomysłów. Co tam czytam? to efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.


Tomie, tom 2

Kontynuacja Tomie to nadal wysoki poziom, ale poza tym trzeba też przyznać, że nie za bardzo jest się nad czym rozwodzić, bo to po prostu więcej tego samego. I dobrze. Różnica jest taka, że tym razem nie dostajemy początków autora jako ilustratora, za to Junji Ito już od pierwszych stron rysuje tak, jak należy. Jest jak zwykle strasznie, makabrycznie i groteskowo, do czego czytelnicy horrorów dentysty-komiksiarza powinni być przyzwyczajeni. W głównej bohaterce tego albumu interesujące jest to, że choć historie o niej są w dużym stopniu powtarzalne i przewidywalne, scenariusze ani trochę nie nudzą. Mniej więcej wiadomo, co będzie się działo, ale mimo to mangową cegiełkę czyta się z nieustającym zaciekawieniem. Odnosi się też wrażenie, że ze swoją pomysłowością twórca mógłby tak bez końca. Teraz czekam na obdarzony intrygującą okładką album Souichi i jego głupie klątwy. Jak na razie rozczarowałem się tylko Reminą, więc zakładam, że Junji Ito po raz kolejny mnie nie zawiedzie.


Fables #150

O serii Fables pisałem na blogu Komiksofilia kilkukrotnie i z biegiem lat przechodziłem od niepohamowanego entuzjazmu przez spory sceptycyzm, aż do umiarkowanego zadowolenia. Niedawno przeczytałem 150, ostatni zeszyt Baśni. Cholera. Nie wiem, co napisać. Z jednej strony już od dawna nie darzyłem tego cyklu taką sympatią, jak na początku, i czytałem go właściwie tylko z przyzwyczajenia i z ciekawości, jak to wszystko się skończy. Z drugiej, tyle odcinków to również masa wspomnień, od wątków zawartych w kadrach do takich sytuacji, jak poznanie tej serii, kiedy byłem w Stanach, czy spacery po pracy w celu kupienia kolejnego tomu w nieistniejącym już sklepie komiksowym u mnie w mieście. I dziesiątki bohaterów, do których niejeden czytelnik, czy chciał, czy nie chciał, zdążył się przez te wszystkie lata przyzwyczaić. I choć finał to właściwie żadna rewelacja (może poza okładką), tak jak sporo wcześniejszych epizodów, całość będzie przeze mnie bardzo dobrze wspominana. W marcu 2009 napisałem: "Jeśli chodzi o mnie, serial Fables mógłby trwać wiecznie, o ile tylko Willinghamowi nie skończą się dobre pomysły". Teraz napiszę, że Baśnie to idealny przykład na to, że trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. Ten komiks mógł być WIELKI, niestety moim zdaniem do autorów nie dotarło, że co za dużo, to niezdrowo. Co nie zmienia faktu, że do pewnego momentu to lektura obowiązkowa i jedna z lepszych pozycji "nowego", już-nie-tak-bardzo-kwasowego Vertigo.


Locke & Key

Z początku narzekałem, że co to za horror z tak cukierkowymi rysunkami, ale historia o kluczach, zamkach i demonach wydawała się ciekawa, zaś kreska Rodrigueza powoli przestawała przeszkadzać. Potem seria rozkręciła się na całego i pomniejsze wady zeszły na dalszy plan. Tym, dla których (tak jak dla mnie, a to z powodu braku znajomości czegokolwiek, co napisał Joe Hill) scenarzysta Locke & Key był tylko synem Stephena Kinga, cykl otwiera oczy i każe wypatrywać kolejnych komiksów i być może również książek tego autora. Świetnie skonstruowana opowieść, wiarygodni bohaterowie z umiejętnie rozbudowanymi charakterami, kilka zwrotów akcji, które naprawdę coś znaczą i nie polegają jedynie na tym, że ktoś miał być dobry, a tak naprawdę okazał się zły i jeszcze wiele innych fantastycznych rzeczy. Po czasie ilustracje już wcale nie drażniły - owszem, do samego końca miałem niewielkie obiekcje, ale generalnie trzeba Rodriguezowi przyznać, że mimo wszystko pasuje do horroru, który jest horrorem pełną gębą i trzyma w napięciu niemal do finalnego zeszytu. Teraz do przeczytania pozostały mi jedynie Guide to the Known Keys i Grindhouse. Jest mi naprawdę przykro, że lektura serii już właściwie za mną. Oby więcej takich komiksów!


Inne rzeczy, o jakich miałem napisać, tyle że odkładałem pisanie zbyt długo, by teraz chciało mi się wystukiwać na klawiaturze dłuższe teksty, ale o których z drugiej strony warto choćby wspomnieć, to The Names Petera Milligana, który chyba (obym się nie mylił) wraca do formy i Profanum (kilka miesięcy temu pojawił się czwarty tom). Obie rzeczy zdecydowanie warte uwagi. Milligan to może kwestia dyskusyjna, jednak uwielbiam tego scenarzystę i nie potrafię być obiektywny. Jak zwykle są tu problemy z tożsamością, wykręcone postacie i wiele typowych dla tego autora, jednocześnie wciąż oryginalnych pomysłów. Czytać The Names. Z kolei Profanum to magazyn, w którym nie ma tego, na co zawsze narzekam w magazynach, czyli krótkich opowieści, które chwilę po lekturze wylatują na zawsze z głowy. Każdy numer to kilka historii mogących równie dobrze być odrębnymi, pełnoprawnymi zeszytami lub nawet albumami, a to wszystko za śmieszne pieniądze. Czytać Profanum.





niedziela, 8 listopada 2015

Czarnobyl - Strefa [Francisco Sánchez & Natacha Bustos] [recenzja]

Brak komentarzy:

Ostatnio Centrala jakby przycichła. Kiedyś co chwilę rozpływałem się nad wieloma wydawanymi przez nich komiksami – teraz i publikacji mniej, a i rozpływanie się nie ma miejsca zbyt często. Wciąż bardzo cenię to wydawnictwo, ale nie da się ukryć, że już nie tak, jak dawniej. Może w takim razie spróbujmy to naprawić i sięgnijmy po Czarnobyl?

O czym opowiada ten album, domyśla się chyba każdy, kto spojrzy na okładkę i przeczyta tytuł. Ważne jest to, że Czarnobyl nie jest komiksem autobiograficznym, a Francisco Sánchez (scenariusz) i Natacha Bustos (rysunki) nie byli bezpośrednio zaangażowani w opisywaną przez nich tragedię. Wyszło to historii na plus. Nawet jeśli ktoś uwielbia czytać autobiografie (jak ja), po wchłonięciu zbyt wielu takich pozycji w krótkich odstępach czasu może czuć przesyt i zobojętnienie. Co z tego, że bohaterowie przeżywają ciężkie chwile, chorują czy ocierają się o śmierć. Przedstawiony z dystansu komiks o wypadku w elektrowni atomowej daje odbiorcy zupełnie inną perspektywę i sprawia, że paradoksalnie zależy mu na losach opisywanych przez Sáncheza fikcyjnych postaci. To również zasługa tego, że wszystko zostało dobrze opowiedziane. Ma się poczucie, że nikt nie gonił tu za sensacją, a celem było wyłącznie rzetelne opowiedzenie swojej historii. Czarnobyl nie jest scenariuszową perełką, ale z pewnością spełnia oczekiwania.

Z kolei czarno-biała, ponura kreska Natachy Bustos bardzo pasuje do wydarzeń przedstawianych przez scenarzystę. Niezależnie od tego, czy miejscem akcji jest wieś, pełne życia miasto czy wyludnione krajobrazy po katastrofie, ilustracje dobrze budują atmosferę radości zburzonej przez niepokój i przygnębienie. Należy też zwrócić uwagę na dbałość o szczegóły, takie jak odwzorowanie szczegółów architektonicznych lub używanego dawniej sprzętu. I znowu: choć kadry niekoniecznie rzucają na kolana, spełniają swoją rolę i nie zawodzą.

Jeśli miałbym coś Czarnobylowi zarzucić, byłoby to przewrotne obrócenie się przeciwko autorom tego, że nie gonili za sensacją, a jedynie na spokojnie (w każdym razie tak na spokojnie, jak było to możliwe w obliczu wydarzeń, o jakich mówi komiks) opowiedzieli o kilku z wielu ofiar wypadku z 1986 roku. Album zawiera jednostronicowy wstęp. Ostatni akapit opisuje dzisiejszą skażoną strefę, gdzie kontrolę nad miastem przejmuje przyroda. Pada tam zdanie: "Oto wiadomość z Czarnobyla: świat nadal będzie się obracał, kiedy wreszcie znikniecie". I to jedno, połączone z szerszym opisem historii tytułowego miejsca zdanie, może zrobić na czytelniku większe wrażenie niż niemal 200 stron komiksu. Bo historia Sáncheza i Bustos jednak nie chwyta za serca tak, jak mogłaby to robić. Niemniej to z pewnością rzecz warta przeczytania, pokazująca, że Centrala nadal działa. Mogę się z tego tylko cieszyć.

tekst: Michał Misztal, recenzja opublikowana pierwotnie na stronie Gildii Komiksu
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...