Metody Marnowania Czasu: marca 2011

środa, 30 marca 2011

Sweet Tooth: In Captivity [Jeff Lemire] [recenzja]

Brak komentarzy:
Nie, to wciąż nie to. W każdym razie nie do końca. Drugi tom serii Sweet Tooth zadziałał na mnie mniej więcej tak, jak pierwszy: nie powalił na kolana, jednak cały czas jestem ciekaw, co będzie dalej. I pewnie kupię kolejną część. Jeff Lemire utrzymuje moje zainteresowanie jego komiksem dzięki najprostszemu patentowi, czyli dzięki tajemnicom. Chcę wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, przynajmniej na razie. A kto wie, może po drodze dam się porwać.

In Captivity (zeszyty #6-11) to szybka (komiks nadal czyta się błyskawicznie) przechadzka po przeszłości dwóch głównych bohaterów serii, Gusa i Jepperda, plus kilka całkiem nowych wątków. Dowiadujemy się między innymi, dlaczego w Out of the Deep Woods postapokaliptyczny Clint Eastwood nie dotrzymał słowa danego rogatemu gówniarzowi oraz co właściwie dostał w nagrodę za (uwaga, spoiler) oszukanie go i pozostawienie na pastwę ludzi zajmujących się badaniem dzieci takich jak on, hybryd zwierząt i ludzi, jedynych dzieci, jakie rodzą się po katastrofie. Jepperd żałuje swojej decyzji, ale okazuje się, że z pewnych powodów musiał to zrobić. Z drugiej strony wiadomo, że te dwie postacie muszą się jeszcze spotkać i to nie koniec ich wspólnych przygód.

Tymczasem Gus przebywa w celi razem z innymi dziwnymi dziećmi, tak jak one przeznaczony do badań. Nie znaczy to jednak, że czeka go taki sam los jak pozostałych, nietrudno się domyślić, że główny bohater serii musi być kimś wyjątkowym, co tylko rodzi kolejne tajemnice. Naturalnie przeszłość Gusa jest o wiele ciekawsza niż przeszłość Jepperda (choćby kwestia tego, skąd się wziął), a Lemire rozgrywa intrygę bardzo sprawnie. Ciągle czegoś mi tu brakuje, zobaczymy, co znajdę w trzecim tomie, jednak jestem dobrej myśli. Na razie komiks jest dziwny i charakteryzuje go specyficzny nastrój, poza tym nadal niewiele wiadomo. Oby poznanie kilku ważniejszych odpowiedzi nie było równoznaczne z tym, że Sweet Tooth przestanie być w miarę interesującą serią.

Jeśli chodzi o ilustracje, w kilku miejscach autor wciąż sprawia wrażenie, jakby mu się nie chciało. Na szczęście tych miejsc jest mniej niż ostatnio. Ponadto kreska scenarzysty i rysownika w jednej osobie jest na tyle charakterystyczna, że można wybaczyć pewne niedociągnięcia lub fakt, że Lemire ma inne podejście do warstwy graficznej niż to, którego się po nim spodziewam.

Recenzję poprzedniego tomu zakończyłem słowami: "Czekam na In Captivity". A teraz czekam na TPB Animal Armies.

W następnym odcinku (najprawdopodobniej):
Hałabała #1

poniedziałek, 28 marca 2011

Scalped: Casino Boogie [Jason Aaron & R.M. Guéra] [recenzja]

6 komentarzy:
Mam wrażenie, że recenzowanie kolejnych TPB tej serii trochę mija się z celem, z jednego prostego powodu: wszystkie pochwały, jakie mogliście przeczytać w tekście o pierwszym tomie są nadal aktualne, mógłbym po prostu je przepisać, dołożyć kilka nowych i tyle. Po lekturze Indian Country spodziewałem się, że będzie świetnie, ale to, co Jason Aaron i R.M. Guéra zrobili na stronach Casino Boogie i tak przerosło moje oczekiwania. Scalped to coś więcej, niż tylko bardzo dobra rozrywkowa seria, czytając komiks czuje się geniusz autorów i wdzięczność, że łaskawie zechcieli podzielić się swoim talentem z szerszym gronem czytelników. Ich opowieść kopie w głowę i nie pozwala odwrócić od niej wzroku. W tym przypominającym hymn pochwalny akapicie nie ma żadnej przesady, seria zyskała moje stuprocentowe poparcie już wcześniej, a Casino Boogie utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto zainwestować w następne odcinki, warto zrezygnować z innych przyjemności, by zaoszczędzić pieniądze na pozostałe Trade'y.

Drugi tom to krótkie opowieści skupione wokół tematu otwarcia kasyna w rezerwacie Prairie Rose i tego, jak wydarzenie to wpływa na poszczególnych bohaterów serii. Jest kilka nowych twarzy, ale pierwsze skrzypce nadal grają Bad Horse i Red Crow. Jason Aaron często wraca do przeszłości swoich postaci, przez co momentami można mieć wrażenie, że akcja stoi w miejscu, ale to nieprawda. I choć ostatnie strony Casino Boogie bardzo przypominają finał Indian Country, nie ma mowy o żadnym zastoju ani tym bardziej o nudzie. Jest za to kilka nowych tajemnic, parę odkrytych kart i splatające się ze sobą losy bohaterów, czyli dokładnie to, na co czekałem, tyle że jeszcze lepiej. Doskonałe, żywe dialogi, wielowymiarowe postacie, świetna narracja i sporo akcji, wszystko wymieszane razem, dodatkowo zawierające to "coś" (jakby mało było wymienionych wcześniej zalet) i świetnie narysowane.

Teraz pewnie należałoby wymienić kilka wad, ponarzekać, że jednak nie jest tak świetnie... ale jest. Na razie - a mam nadzieję, że autorzy nie pozwolą, by moja euforia kiedykolwiek znikła - seria jest doskonała i w czasie lektury naprawdę trudno było mi uwierzyć, że czytam coś aż tak dobrego. Pewnie, mam na półkach wiele lepszych komiksów i prawdopodobnie znalazłoby się wśród nich kilka lepszych amerykańskich serii (chociaż musiałbym się dobrze zastanowić, by wymienić choćby trzy, przynajmniej teraz, gdy euforia wciąż utrzymuje się na poziomie stu procent), jednak pod kilkoma względami Scalped jest czymś jedynym w swoim rodzaju. To panujący na stronach brud, zarówno dzięki scenariuszowi jak i rysunkom, rewelacyjne pomysły, unikanie oczywistych rozwiązań i wyczucie Aarona, sprawiające, że historia przykuwa uwagę bardziej niż cokolwiek, co czytałem w ostatnim czasie. I mam nadzieję, że wszystkie kolejne tomy będą rozpieprzać mnie tak samo, a może nawet bardziej. Gdybym oceniał tutaj komiksy, Casino Boogie dostałoby 10/10, a ja bałbym się, jak ocenić następne części. Bo ponoć są jeszcze lepsze, choć naprawdę trudno w to uwierzyć.

W następnym odcinku (najprawdopodobniej):
Sweet Tooth: In Captivity [Jeff Lemire]

poniedziałek, 21 marca 2011

Superman: Red Son [Mark Millar, Dave Johnson & Kilian Plunkett] [recenzja]

14 komentarzy:
Wyobraźcie sobie, że zamiast w Stanach Zjednoczonych, młody Kal-El rozbija się w Związku Radzieckim. Pomysł prosty, a jednocześnie genialny. I bardzo łatwy do spieprzenia. Jak pokazać Supermana z sierpem i młotem na klacie, stojącego u boku Stalina, w taki sposób, aby w grę nie wchodził niezamierzony efekt komiczny? Na szczęście Mark Millar dał radę i nie zrobił z tego banalnej opowieści pokazującej, że amerykańska wersja ostatniego syna planety Krypton to ideał, natomiast jego komunistyczny odpowiednik jest czystym złem. Czerwony Superman to wciąż wkurzający harcerzyk o dobrym sercu, tyle że wyznający odmienną ideologię. W Red Son pragnie bezpieczeństwa i dobrobytu ludzkości za wszelką cenę, która, jak łatwo się domyślić, prędzej czy później okaże się bardzo wysoka. A może jednak nie? Dodatkowymi plusami scenariusza są niesamowita pomysłowość oraz to, że czytelnik jest zaskakiwany na każdym kroku.

Pomysły Millara nie opierają się wyłącznie na prostym odwróceniu ról: Superman był Amerykaninem, teraz jest komunistą, Batman chronił Gotham, teraz walczy o wolność w Związku Radzieckim i ma nieco cieplejszą czapkę, i tak dalej. Zmian jest dużo więcej i na pewno będą sporą niespodzianką. Na przykład znana wszystkim Lois Lane, bez Clarka Kenta staje się Lois Luthor, a sam Lex to naukowiec próbujący udaremnić plany głównego bohatera tej opowieści, ale w trochę inny sposób niż zwykle. I z trochę innych powodów. Scenarzysta bawi się oczekiwaniami odbiorców; nigdy nie wiadomo, w jakiej roli zobaczymy postacie, które dobrze znamy z czytanych wcześniej przygód jednego z najbardziej znanych komiksowych superherosów.

Red Son składa się z trzech części, prezentujących stopniowe dochodzenie Supermana do absolutnej władzy, w jego mniemaniu sprawiającej, że świat stał się miejscem niemal doskonałym. Akcję każdego z epizodów dzieli wiele lat; obserwujemy, jak bohaterowie stają się coraz starsi oraz coraz bardziej zdeterminowani. Każdy z nich stracił stanowczo za dużo czasu. Jedni chcą obalenia rządów Supermana, marzeniem innych (na przykład Wonder Woman) jest cały świat realizujący plan przybysza z Kryptonu. Nie wszystkim podoba się komunizm, na świecie nadal jest kilka miejsc stawiających opór (łatwo się domyślić, gdzie znajduje się ostatni bastion, przeciwstawiający się Związkowi Radzieckiemu niczym pewna galijska wioska Rzymianom), ale pamiętajmy, że pan S to wciąż dobry chłopiec i nie chce wprowadzać swoich zasad używając do tego siły. Dla mnie właśnie to jest głównym atutem komiksu: Millar nie robi z głównego bohatera czarnego charakteru. Jeżeli Czerwony Syn postępuje źle, robi to w dobrej wierze i myśląc przede wszystkim o bezpieczeństwie ludzi, co czyni z niego postać tragiczną. Co nie znaczy, że pod koniec przegrywa. Tego nie napiszę, przekonajcie się sami.

Akcja pędzi do przodu jak szalona, towarzyszą jej bardzo dobre ilustracje. Rysunki są dobre same w sobie, a do tego dochodzi jeszcze kreatywność autorów przy tworzeniu takich rzeczy jak nowe stroje starych bohaterów, nie tylko Supermana i Batmana. Oczywiście w przypadku tego komiksu scenariusz jest dużo ważniejszym elementem niż oprawa graficzna, jednak i w jej przypadku należą się słowa uznania.

Miniseria napisana przez Marka Millara to lektura na więcej niż jeden raz, więc naprawdę warto w nią zainwestować. Sama opowieść powinna spodobać się przede wszystkim osobom dobrze zaznajomionym ze światem Supermana, wyłapią w niej dużo więcej nawiązań i smaczków niż przeciętny czytelnik (czyli na przykład autor tej recenzji), ale zabawa i tak jest przednia, od pierwszych stron aż do samego końca. Sam pomysł na finał może zdziwić i zostać uznany za taki sobie, jednak nawet jeśli... co tam, to przecież i tak Elseworld, w dodatku bardzo dobry. Napisałbym, że Red Son to najlepsza rzecz, jaką czytałem w ciągu paru ostatnich tygodni, ale kilka dni temu pochłonąłem drugi TPB serii Scalped, więc nie napiszę. Napiszę za to, że polecam jak cholera. Sam pomysł zachęca do sprawdzenia komiksu, a potem jest jeszcze ciekawiej, więc wiecie, co z nim zrobić.

W następnym odcinku (najprawdopodobniej):
Scalped: Casino Boogie [Jason Aaron & R.M. Guéra]

niedziela, 13 marca 2011

Mrok: Przebudzenie [Robert Zaręba i Nikodem Cabała] [recenzja]

7 komentarzy:
Od teraz niektóre z moich recenzji będą pojawiać się na stronie Alei Komiksu, co zresztą bardzo mnie cieszy. Pierwszą można przeczytać tutaj.


W następnym odcinku (najprawdopodobniej):
Superman: Red Son [Mark Millar, Dave Johnson & Kilian Plunkett]

czwartek, 10 marca 2011

Księżniczka [Mei] [recenzja]

1 komentarz:
Księżniczka, napisana i narysowana przez Edytę Mei, przypomina mi recenzowany jakiś czas temu Terror na wizji Tomasza Niewiadomskiego. To taka sama sympatyczna inicjatywa, w sumie pierdółka, format A5, 24 strony (z których sama opowieść zajmuje 18), da się to przeczytać w 10 minut i w sumie nic się nie stanie, jeżeli nie będziecie mieć tego zeszytu na swoich półkach, ale z drugiej strony, za te 5zł plus opłata za przesyłkę czytelnik otrzyma nieco więcej, niż sam komiks. Dostanie trochę pokręconą, interesującą osobowość Mei, autorki, której twórczości warto się przyglądać (nie tylko na jej blogu) oraz którą można bez obciachu wspierać. Lubię czytać historie i czuć, że ktoś, kto jest odpowiedzialny za ich powstanie, kocha to, co robi. Czasem to dużo ważniejsza rzecz od odpowiedzi na pytanie, czy mamy do czynienia z arcydziełem. Księżniczka żadnym arcydziełem oczywiście nie jest, ale to fajny komiks, prosta, zabawna opowieść zilustrowana charakterystyczną, trochę brzydką (ale dzięki temu bardzo ciekawą) kreską. Jeśli miałbym się do czegoś doczepić, to czasem denerwowały mnie zbyt małe literki (niewielki format i duża ilość kadrów na stronie robią swoje), ale poza tym otrzymałem dokładnie to, czego mogłem się spodziewać. Było krótko, sympatycznie i na tyle dobrze, że chętnie przeczytam kolejne komiksy Mei. A tymczasem będę sprawdzał, co gotuje na swoim blogu.

Gdyby ktoś poczuł się wystarczająco zachęcony (mam nadzieję, że znajdzie się choć jedna taka osoba), Księżniczkę można kupić tutaj.

W następnym odcinku (najprawdopodobniej):
Mrok - Przebudzenie [Robert Zaręba i Nikodem Cabała]
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...