Metody Marnowania Czasu: 2011

sobota, 31 grudnia 2011

Żywe trupy: Bez wyjścia [Robert Kirkman & Charlie Adlard] [recenzja]

Brak komentarzy:
Żywe trupy to chyba najbardziej nieregularnie recenzowana przeze mnie seria. Po lekturze każdego tomu nie za bardzo wiem, co napisać, właściwie w każdym z nich można znaleźć to samo. Problem polega na tym, że po szokujących zmianach, jakie nastąpiły w zbiorze Stworzeni by cierpieć nie mam pojęcia, czym jeszcze może mnie ten cykl zaskoczyć. To nadal jedna z najlepszych serii ukazujących się w Polsce, ale jej formuła powoduje, że prędzej czy później będę musiał zadać pytanie: "Ile można?". Chyba, że Kirkman znajdzie jakiś nowy patent na odbieranie czytelnikowi mowy. Na razie, po czternastu tomach i stosach zamordowanych ofiar żywych trupów i złych ludzi, jestem coraz mniej zainteresowany losem bohaterów serii. Nie w tym sensie, że zrezygnuję z czytania następnych części. Po prostu niezbyt interesuje mnie, kto przeżyje, a kto zginie. Kirkman doszedł do etapu, na którym już bardzo rzadko udaje mu się szokować/wzruszać odbiorcę (a przynajmniej odbiorcę piszącego te słowa) śmiercią stworzonych przez niego postaci. Całe szczęście, że w Bez wyjścia następuje choć jeden taki moment. Po tym, co stało się z Jessie, nową przyjaciółką Ricka, i z jej synem, przez chwilę było mi aż niedobrze. I o to przecież chodzi, wcześniej co chwilę łapałem się za głowę, kiedy ktoś ginął lub zostawał kaleką, ale scenarzysta chyba trochę przedobrzył i sprawił, że te czasy już się skończyły. Mam jednak nadzieję, że powrócą.

To tyle, jeśli chodzi o zdolność do szokowania. Niestety, zdolność do zaskakiwania też nie ma się za dobrze. Rick i jego ludzie znowu przebywają za murami obronnymi, tym razem w społeczności ludzi, którzy chcą ułożyć sobie życie pomimo panującej zarazy. No i wiadomo (już od poprzedniego tomu), że spokój nie potrwa długo, coś musi doprowadzić do nieszczęścia. Będą to hordy zombie, mieszkańcy miasta lub jedni z drugimi. Wiadomo również, co zrobi porywczy Rick - pewnie znowu oszaleje i będzie gotowy pozabijać wszystko, co się rusza, by tylko bronić bliskich. Wiedziałem to jeszcze przed lekturą Zbyt daleko i Bez wyjścia.

Wychodzi na to, że Żywe trupy to jednak straszna miernota. Wcale nie. Serię nadal czyta się świetnie, cykl posiada wszystkie cechy dobrego serialu, sprawiające, że chce się czekać na kolejne odcinki. Wydaje mi się jednak, że Kirkman powinien zaplanować sobie całość na jeszcze kilka tomów i skończyć, póki może zrobić to z klasą. W przeciwnym wypadku Żywe trupy będą zjadać własny ogon. Już zaczęły to robić. I obym nie miał racji, ale obstawiam, że dalszy ciąg będzie wyglądał następująco: w mieście dojdzie do tragedii, za góra dwa lub trzy tomy Rick będzie musiał je opuścić, oczywiście zginie przy tym cała masa ludzi. Potem przez parę tomów będą tułać się po drogach i lasach, aż w końcu znajdą kolejne schronienie... i tak w kółko, bez końca. Powtarzam, obym nie miał racji, bo piszę to jako fan tej serii. Zobaczymy.

środa, 28 grudnia 2011

Doom Patrol: The Painting That Ate Paris [Grant Morrison & Richard Case] [recenzja]

2 komentarze:
To cały ja. Podoba mi się początek jakiejś serii, chcę jak najszybciej sprawdzić, co będzie dalej, mijają dwa lata i nadal nie ruszyłem kolejnych tomów. Z Doom Patrol jest podobnie. W październiku 2009 zachwycałem się Crawling From The Wreckage, a drugą część sprawdziłem dopiero niedawno (z tą różnicą, że tym razem zaopatrzyłem się we wszystkie brakujące wydania zbiorowe). Na szczęście jest równie pojebana, jak pierwsza. Może nawet jeszcze bardziej.

Zeszyty wchodzące w skład The Painting That Ate Paris pierwotnie ukazywały się na przełomie lat 1989 i 1990. Prawie całe moje życie później nadal są świeże, oryginalne i zaskakujące. Fakt, że Grant Morrison znowu przedstawia idiotyczne (często pozornie) i niemożliwie pokręcone pomysły, ale potrafi zrobić to w taki sposób, że jestem jego fanem, choć jak na razie przeczytałem jedynie ułamek tego, co napisał. Jeśli chodzi o przygody Doom Patrol, seria to jazda po bandzie, od początku do końca. Same osoby tworzące grupę (między innymi kaleka na wózku inwalidzkim, ludzki mózg w ciele robota, schizofreniczka z 64 znanymi osobowościami, dziewczynka z twarzą małpy, potrafiąca ożywiać wytwory własnej wyobraźni) to antyteza ekipy superbohaterskiej, całkowite zaprzeczenie standardowych postaci występujących w tego typu komiksach. Oczywiście ich przeciwnicy są równie dziwni oraz nietypowi. Przed nadejściem Granta Morrisona był to na przykład Animal-Vegetable-Mineral Man, w Crawling From The Wreckage wymyślony świat Orqwith i jego Scissormen, stanowiący odpowiednik naszej inkwizycji, koszmary wymyślone przez Dorothy, a także Red Jack, sadystyczny kolekcjoner motyli, uważający się za Boga.
Myśleliście, że drugi tom Doom Patrol będzie mniej popieprzony? Pudło.

Na dzień dobry grupa musi zmierzyć się z Bractwem Zła przemianowanym na Bractwo Dada, dowodzonym przez dziwną postać o imieniu Mr. Nobody. Reszta Bractwa to Fog, człowiek wchłaniający swoje ofiary, które po wchłonięciu nie pozwalają mu dojść do słowa, Sleepwalk, kobieta mogąca korzystać ze swoich mocy tylko wtedy, gdy lunatykuje, Frenzy, gość z dwoma kołami od roweru na plecach oraz Quiz, przeciwniczka głównych bohaterów z każdą nadnaturalną umiejętnością, o której nie pomyśli jej rywal. Bractwo weszło w posiadanie obrazu mogącego pożerać całe miasta. Obraz pożera Paryż, a Doom Patrol musi wejść do jego wnętrza, przebyć masę ukrytych w nim odmiennych rzeczywistości, a następnie pokonać to, co ukrywa się w środku, coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż Bractwo Dada. To tak na dobry początek.

Później bywa jeszcze dziwniej. Na przykład walka z Kultem Nienapisanej Księgi, nasyłającym na swoje ofiary coraz bardziej nietypowych zabójców. Na samym końcu tomu okazuje się, że nowe mechaniczne ciało Cliffa Steele (Robotmana) zdołało rozwinąć samoświadomość i postanowiło zniszczyć chowany w jego środku mózg. To akurat najmniej ciekawy epizod w całym komiksie, ale pokazuje równie dobrze jak cała reszta, że w Doom Patrol szaleństwo jest wszechobecne. Najbardziej podobał mi się odcinek, w którym Robotman wchodzi do umysłu rannej Crazy Jane, poznając wiele z jej 64 osobowości. We wnętrzu jej głowy może z nimi rozmawiać, współpracować lub walczyć. Nie wszystkie są nastawione do niego przyjaźnie.

Rysownikiem serii nadal jest Richard Case. Od Crawling From The Wreckage niewiele się zmieniło, kreska jest znośna, jednak w przeciwieństwie do scenariusza nie przetrwała próby czasu. Okładkami zajął się za to Simon Bisley i nawet po dwóch dekadach ogląda się jego prace z przyjemnością.

Co dalej? Nie wiem. Boję się, ale chcę to przeczytać i przeczytam. Tym razem na pewno nie będę zwlekał przez dwa lata, kolejny tom Doom Patrol, Down Paradise Way, już czeka na mnie na półce.

piątek, 23 grudnia 2011

Long John Silver: Lady Vivian Hastings [Xavier Dorison & Mathieu Lauffeay] [recenzja]

5 komentarzy:
Bardzo się cieszę, że wydawnictwo Taurus nie boi się wprowadzać na polski rynek nowych serii, nawet jeśli nie zawsze jestem z nich zadowolony. Zabójca w ogóle mi się nie spodobał (zobaczymy, co dalej, czekam na drugi tom), ale na szczęście pierwszy album cyklu Long John Silver to coś, co dużo bardziej trafia w mój gust. Może nie do końca, może nie ma wielkiego zachwytu, ale mimo to album Lady Vivian Hastings to coś, co jako czytadło sprawdza się na tyle dobrze, że bez wahania sięgnę po kolejną część.

Autorzy komiksu wykorzystali tu postać z powieści Wyspa skarbów Roberta Louisa Stevensona, przedstawiając jego dalsze przygody. Tym razem jednonogi pirat zostaje wynajęty przez tytułową bohaterkę pierwszego albumu serii, która postanawia skorzystać z jego pomocy, by odzyskać majątek zabrany jej przez męża i przy okazji jeszcze się wzbogacić. Lady Vivian, fajnie pomyślana, zła kobieta bez prawie żadnych skrupułów (choć pod względem robienia wrażenia na czytelniku daleko jej do Kriss de Valnor z Thorgala) nie wie jednak, na co się pisze, biorąc na pokład statku Long Johna i jego niezbyt prawą załogę. Na pewno sprawią kłopoty i jej, i ludziom lorda Byrona Hastingsa, choć to nie wszystkie strony konfliktu, jakie płyną w kierunku zaginionego miasta Guyanacapac i jego bogactw. Każdy chce dostać złoto, ale póki co wszyscy potrzebują siebie nawzajem.

W pierwszym tomie scenarzysta otworzył sobie sporo furtek umożliwiających mu ciekawe rozgrywanie starć pomiędzy bohaterami, konfliktów charakterów oraz tych fizycznych. Główne postacie zostały obciążone słabościami - lady Hastings ma jednak jakieś skrupuły, utrudniające jej osiągnięcie celu, a Long John Silver nie jest niepokonany i nie cieszy się najlepszym zdrowiem. Nie wiem, czy kolejne tomy wykorzystają to, co zostało tu zapowiedziane, ale już teraz seria o jednonogim piracie to co prawda czytadło, jednak ambitniejsze i dużo lepsze niż opowieści do przekartkowania na kiblu prezentowane na przykład w Fantasy Komiks.

Na razie jest bardzo dobrze, w dodatku Lauffeay i jego realistyczna kreska jeszcze bardziej podnoszą poziom tego albumu. Ilustracje i kolory świetnie uzupełniają scenariusz, dla niektórych czytelników mogą być nawet głównym atutem serii. Jeśli ktoś lubi historie o piratach, Long John Silver to dla niego pozycja obowiązkowa, ale całej reszcie też polecam. Wyszedł z tego udany przygodowy komiks, a możliwe, że w kolejnym albumie będzie jeszcze lepiej.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Scalped: High Lonesome [Jason Aaron, R.M. Guéra, Davide Furno & Francesco Francavilla] [recenzja]

4 komentarze:
High Lonesome, piąty tom serii Scalped, którą zachwycam się już od dłuższego czasu, to pierwsze wydanie zbiorcze, o jakim jestem w stanie napisać, że nie dorównuje poprzedniemu. Wyszło trochę gorzej, co może rozczarowywać, ale z drugiej strony, przecież wcześniejsze tomy ustawiły poprzeczkę tak wysoko, że zamiast rewelacyjnego Trade'a musiał w końcu nadejść Trade jedynie bardzo dobry. Różnica jest moim zdaniem odczuwalna, jednak w życiu nie stwierdziłbym, że High Lonesome rozczarowuje.

Co wyszło gorzej? Po pierwsze, jest za krótko jak na serię, na którą czekam niemal z wypiekami na twarzy. Tylko pięć zeszytów, z czego dwa (rysowane przez innych - gorszych - niż R. M. Guéra ilustratorów) to epizody przedstawiające poprzednie losy bohaterów. Tym razem są to Diesel i Nitz. Jason Aaron jak zwykle napisał bardzo dobre historie, tyle że czytelnik dostaje zaledwie trzy odcinki posuwające akcję do przodu, a to trochę mało. Chciałbym więcej i tylko z jednym rysownikiem, wiadomo z jakim.

Poza tym, że niewiele jest w High Lonesome głównego wątku, niewiele jest w piątym tomie także głównego bohatera, Dasha. Oczywiście scenariusz usprawiedliwia tę nieobecność, ale mimo to szkoda. Recenzując The Gravel In Your Guts wspominałem o jego problemach, teraz dodam tylko, że przymiotnik high w tytule powinien wszytko wyjaśnić. Bardzo dobrze przedstawiony jest upadek Dasha, który nie radzi sobie z pracą agenta FBI polegającą na przebywaniu w bliskim otoczeniu Red Crowa po to, by wreszcie udało się go aresztować.

Jeśli chodzi o kontynuację głównego wątku, szczęka opada jak zwykle. Otóż do rezerwatu przybywa pewien oszust, mający zamiar wynieść trochę nieuczciwie zarobionych pieniędzy z otwartego niedawno kasyna. Na miejscu spotyka Dasha, który wygląda jak wrak człowieka i nie za bardzo dociera do niego, co dzieje się wokół. Za to nasz oszust wie aż za dużo. Wie na przykład, że Dash pracuje dla FBI. Pamięta go bardzo dobrze, bo kilka lat wcześniej główny bohater Scalped posłał go do więzienia. Teraz człowiek Red Crowa będzie musiał pomóc oszustowi w obrobieniu kasyna, inaczej wszyscy dowiedzą się, kim jest naprawdę. To na początek, potem Aaron daje czytelnikowi to, co zawsze. A jeśli ktoś poczuł się rozczarowany High Lonesome, może się nie martwić, kolejny tom, The Gnawing, to powrót do komiksu rewelacyjnego, chociaż na ten bardzo dobry też nie ma co narzekać.

niedziela, 18 grudnia 2011

Gwiezdne bezdroża [Robert Zaręba i Ryszard Dąbrowski] [recenzja]

Brak komentarzy:
Gwiezdne bezdroża Roberta Zaręby (scenariusz) i Ryszarda Dąbrowskiego (scenariusz, rysunki) to zbiorcze wydanie krótkich opowieści obrazkowych, publikowanych wcześniej w Magazynie Fantastycznym oraz Nowej Fantastyce. Na czterdziestu czterech stronach zmieszczono sześć humorystycznych komiksów, przenoszących czytelnika w przyszłość, ale bez pozostawienia wątpliwości, że ich treść można odnieść do współczesnych wydarzeń i problemów. [więcej na stronie Alei Komiksu]

niedziela, 11 grudnia 2011

The League of Extraordinary Gentlemen Volume 1 [Alan Moore & Kevin O'Neill] [recenzja]

9 komentarzy:
Miałem pecha. Zanim zdążyłem przeczytać komiks, obejrzałem film Liga niezwykłych dżentelmenów. Z drugiej strony, mogę też pisać o szczęściu - po kilku latach pamiętam jedynie to, że w ogóle mi się nie podobał. A teraz, co prawda ze sporym opóźnieniem, ale jednak, zacząłem zapoznawać się z pierwowzorem napisanym przez Alana Moore'a i narysowanym przez Kevina O'Neilla. Pierwowzorem, który jest świetny. Nieważne, że to "tylko" zwykła, rozrywkowa (momentami wręcz humorystyczna) opowieść, bardziej zbliżona do Supreme: The Story of the Year niż do rzeczy tak dołujących jak Prosto z Piekła tego samego scenarzysty, Moore już nie raz pokazał, że jest genialny w każdej konwencji. Po pierwszym tomie The League of Extraordinary Gentlemen czuje się dwie rzeczy: po pierwsze, wielką satysfakcję, jak po lekturze niemal wszystkiego, co stworzył autor Watchmen, a po drugie pewność, że to dopiero wstęp. Wiadomo z góry, że niektóre wydarzenia będą miały swój dalszy ciąg później i dla czytelnika będą dużo bardziej interesujące niż to, co działo się na początku.

Dla nielicznych, którzy jeszcze nie wiedzą: w swojej opowieści Moore zebrał postacie stworzone przez innych autorów, między innymi Allana Quatermaina, kapitana Nemo, Hawleya Griffina (niewidzialnego człowieka), doktora Jekylla (tym samym oczywiście również Edwarda Hyde'a) oraz Minę Murray. Ludzie ci, zwerbowani przez Campiona Bonda, mają bronić brytyjskiego imperium, choć tak naprawdę nie wiedzą, kim jest ich tajemniczy pracodawca nazywany Mr. M, a poza tym nie wszyscy znaleźli się w Lidze dobrowolnie i nie wszyscy lubią się nawzajem. Konflikty w grupie to coś, co daje Moore'owi szczególne pole do popisu; wykorzystani przez niego bohaterowie zostali świetnie i bardzo wiarygodnie opisani. Każda postać ma swoje tajemnice i swoje racje, często sprzeczne z racjami pozostałych. Już w pierwszym tomie jest sporo kłótni, ale podejrzewam, że w kolejnych epizodach będzie jeszcze gorzej. Prawdę mówiąc, bardzo na to czekam.

Na początku Bond zleca Minie Murray i kapitanowi Nemo wciągnięcie do grupy Allana Quatermaina, który przebywa w Kairze i ma spore problemy z uzależnieniem od opium. Później idzie z górki, parę prostych misji prowadzących do czegoś dużo większego i bardziej zaskakującego. Moore świetnie stopniuje napięcie, pokazuje, że potrafi być zabawny (do czego nadal nie zdążyłem się przyzwyczaić) i że nie musi pisać niesamowicie skomplikowanych scenariuszy, żeby stworzyć coś, co jest rewelacyjne.

Wszystko to zilustrował Kevin O'Neill i trzeba przyznać, że stanął na wysokości zadania. Bardzo dobra, szczegółowa kreska, sprawia, że oglądania kadrów daje tyle samo radości, co czytanie. Z warstwą graficzną komiksów Moore'a bywało różnie, więc taki stan rzeczy bardzo cieszy, tak samo jak fakt, że O'Neill zajął się także pozostałymi tomami The League of Extraordinary Gentlemen, które już na mnie czekają. Poza budzącym przerażenie Black Dossier jestem dobrej myśli. Nie mogę się już doczekać reszty.

sobota, 10 grudnia 2011

The Lonely Matador [Jay Wright] [recenzja]

3 komentarze:
The Lonely Matador Jaya Wrighta jest opowieścią o niecałym tygodniu życia Juana Belmonte, jednego z najsłynniejszych matadorów świata, który odnosił ogromne sukcesy pomimo zniekształconych nóg oraz braku pewności siebie. Tydzień opisany w komiksie nigdy nie miał miejsca - scenariusz zakłada, że prawdziwy Belmonte nie popełnił wcześniej samobójstwa. Popularna wersja opowieści o śmierci głównego bohatera komiksu mówi o tym, że kiedy Belmonte usłyszał diagnozę przedstawioną przez lekarza (z powodu licznych urazów i chorób musiał skończyć z kobietami, alkoholem, cygarami oraz jazdą konno, a od wszystkich tych rzeczy nie stronił przez całe swoje życie), zdecydował, że skoro już nie może żyć jak mężczyzna, przynajmniej umrze jak mężczyzna. Po raz ostatni okrążył swoje ranczo na koniu, wypił, zapalił, skorzystał z usług dwóch prostytutek i strzelił sobie w głowę. [więcej na stronie Alei Komiksu]

piątek, 25 listopada 2011

W cieniu gwiazdy [Zygmunt Similak] [recenzja]

3 komentarze:
W cieniu gwiazdy, druga część autobiograficznego cyklu Zygmunta Similaka, to praktycznie powtórka z rozrywki, ze wszystkimi zaletami oraz, niestety bardziej licznymi, wadami całego przedsięwzięcia. Nieco inne realia, trochę starszy i dojrzalszy główny bohater, to właściwie jedyne różnice. Sposób ilustrowania i opowiadania historii pozostał ten sam, w związku z czym osoby znające poprzednią część będą miały do czynienia z kontynuacją, która nie obniża poprzeczki, ale też nie podnosi jej ani o centymetr. Gdyby całość została wydana w jednym tomie, prawdopodobnie niewielu czytelników zauważyłoby fakt, że pierwotnie komiks był złożony z dwóch osobnych albumów. [więcej na stronie Alei Komiksu]

niedziela, 20 listopada 2011

Dziewczynka, którą bolała głowa oraz inne historyjki Mei [Mei] [recenzja]

2 komentarze:
Dziewczynka, którą bolała głowa to liczący ponad sześćdziesiąt stron zbiór komiksów Mei, zarówno publikowanych wcześniej oraz pokazywanych po raz pierwszy, z jedną opowieścią stworzoną specjalnie na potrzeby tego kserowanego zina. Ciekawa rzecz, nie tylko dla osób, które jeszcze nie zetknęły się z twórczością autorki, ale także dla tych, którzy zdążyli polubić jej opowieści obrazkowe i chcieliby przeczytać coś więcej. Dziesięć zamieszczonych tu komiksów to rzeczy bardzo zróżnicowane, różne są pomysły na scenariusze (ale wszystkie łączy osobowość Mei), różna jest kreska, w końcu różny jest poziom historii.

Jeśli chodzi o scenariusze, najbardziej podobają mi się tu komiksy autobiograficzne. Nawet jeśli autorka nie pisze o sobie, przemyca do swoich utworów zaskakująco dużo własnej osobowości. Kiedy sama staje się główną bohaterką, naturalnie rzuca się to w oczy jeszcze bardziej. Mei potrafi pisać o codzienności w interesujący i ciekawy sposób, jej dziwny charakter prowadzi do nietypowych reakcji na otoczenie, a te do wielu zabawnych sytuacji. Poza tym całość wychodzi tak szczerze i naturalnie, że autorce mogłoby pozazdrościć naprawdę wielu scenarzystów próbujących pisać osobiste historie. Z wyżej wymienionych powodów Okres jako problem, Gimnastyka korekcyjna i Dziewczynka, którą bolała głowa to moje ulubione komiksy w zbiorze.

Graficznie najlepiej wyszła opowieść Dziewczynki jedzą muchomory i pestki. Mei zaszalała tu z ornamentami, co dało świetny efekt i pokazało, że autorka potrafi rysować nie tylko minimalistyczne rzeczy. Reszta jest na jej stałym, dobrym poziomie, poza kilkoma starszymi komiksami, na przykład Chemią. Te historie pozwalają zobaczyć, jak zmieniała się jej kreska (i to, że z biegiem czasu na szczęście zmieniła się na lepsze), co zawsze jest interesujące.

Trafiło się też kilka słabszych rzeczy, jak choćby Eliza czy seria Ptak Srak, zwłaszcza jej pierwsze odcinki, wyglądające, jakby autorka rysowała je nudząc się na wykładzie, myślami będąc gdzie indziej. Są w tym śladowe ilości uroku jej pozostałych scenariuszy, ale moim zdaniem nie umywają się do reszty. Mimo to Dziewczynka, którą bolała głowa to bardzo dobra oraz interesująca pozycja, potwierdzająca, że Mei jest jedną z najciekawszych i najbardziej płodnych polskich autorek opowieści obrazkowych. Jak zawsze czekam na jej nowe komiksy.

środa, 16 listopada 2011

Trawienie zwierzeń [Kasia Błaszczyk i Lynx Łobos] [recenzja]

Brak komentarzy:
Trawienie zwierzeń, komiks wydany przez Fundację Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva!, trudno nazwać klasyczną opowieścią obrazkową. Nie ma tu typowej historii, której spodziewam się, gdy sięgam po to medium. Scenariusz napisany przez Kasię Błaszczyk jest wyłącznie pretekstem do zaprezentowania weganizmu jako jedynego słusznego sposobu odżywania się. I niezależnie od tego, czy odbiorca zgadza się z poglądami autorki, czy też nie, problem polega raczej na tym, że ta "historia przyjaźni i przemiany w świecie pełnym okrucieństwa, cierpienia i znieczulenia" tak naprawdę nie opowiada żadnej historii. Owszem, fabuła niby jest, Anka Weg, czyli główna bohaterka Trawienia zwierzeń, spotyka kolegę i próbuje wpajać mu zasady weganizmu, tym samym potępiając jedzenie mięsa, sera i jajek, a także picie mleka. Wszystko zostało poparte argumentami, przedstawione w sposób może nieco zbyt nachalny, jednak z pewnością zwracający uwagę na problem cierpienia zwierząt. Ale bardziej przypomina to ulotkę z wypisanymi postulatami, akurat w tym przypadku przedstawionymi za pomocą ilustracji, niż komiks, w którym czytelnik znajdzie jakąś historię. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

niedziela, 6 listopada 2011

Kamień przeznaczenia, tom 2 [Tomasz Kleszcz] [recenzja]

1 komentarz:
Cytując wstęp napisany przez autora, "Minęło troszkę czasu i mamy tom 2". Krótszy o połowę (przez co ujrzał światło dzienne po kilku miesiącach od premiery pierwszej części), nadal czarno-biały, jednak z dodaną płytą, na której czytelnik znajdzie kolorową wersję komiksu. Gościnny udział na kilku stronach zalicza Magda Saramak. Przed lekturą zastanawiałem się, czy postęp, jaki zapowiadał wcześniej Tomasz Kleszcz będzie duży, tylko taki sobie, czy właściwie niezauważalny. Poprzedni tom dawał nadzieję, ale także powodował, że obawiałem się, co z dalszym ciągiem. [więcej na stronie Alei Komiksu]

sobota, 5 listopada 2011

Ziniol - The Very Best OFF: Greatest Hits vol. 1 1998-2005 [recenzja]

Brak komentarzy:
Pierwsza część The Very Best OFF to najlepsze, zdaniem autorów, komiksy, które wcześniej znalazły się w kserowanej odsłonie Ziniola. Ziniol, na początku Zinio, to najpierw czterdzieści numerów zina, później 10 numerów magazynu wydawanego przez Timofa, obecnie zaś "jedynie" często aktualizowany blog z mnóstwem krótkich opowieści obrazkowych, ilustracji, recenzji, newsów (ponad 200 odcinków działu "Kibicujemy") i wieloma innymi ciekawostkami. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

niedziela, 30 października 2011

La Masakra [Max Atlanta] [recenzja]

2 komentarze:
To nie tak, że umarłem, nie wróciłem z MFK lub wróciłem i przestałem pisać recenzje. Pisałem tyle, co zawsze, ale nie tutaj. Teksty będą ukazywać się w swoim czasie, na przykład na stronie Alei Komiksu. Pierwszy z nich, krótka recenzja La Masakry, został opublikowany w najnowszym, siódmym numerze Bez Kultury. Zin można pobrać stąd.

niedziela, 18 września 2011

Lincoln [Olivier Jouvray & Jérôme Jouvray] [recenzja]

Brak komentarzy:
Wczoraj, recenzując pierwszy tom Zabójcy, stwierdziłem, że bohater może być jednocześnie irytujący oraz interesujący. Taki właśnie jest Lincoln. To podły nihilista, sierota wychowana przez prostytutki z saloonu, człowiek pozbawiony wszelkich wartości moralnych. Nie lubi prawie niczego, chociaż dzień, w którym gra w karty, pijany uprawia seks, dostaje w mordę, a następnie zasypia koło kałuży własnych wymiotów, uznaje za najpiękniejszy w swoim życiu. Napada na pociągi, wszczyna bójki, podpala stodoły, załatwia się w miejscach publicznych i bije małe dzieci, wszystko bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Mimo to Lincolna przedstawiono w taki sposób, że trudno go nie polubić. To naprawdę bardzo fajna postać, choć daleko mu do bohaterów, których pamięta się jeszcze długo po lekturze komiksu. Taki jest również sam komiks: dobry, ale dla mnie nic specjalnego.

Motorem napędowym przygód Lincolna jest jego relacja z Bogiem. Po tym, jak zostaje wypędzony z miasteczka, w którym dorastał, sierota spotyka swojego stwórcę. Bóg postanawia zrobić z niego dobrego człowieka, a nawet bohatera walczącego w słusznej sprawie. Na zachętę daje mu nieśmiertelność. Oczywiście Lincoln marudzi, jak zwykle jest niezadowolony, ale w końcu myśli sobie: czemu nie? Może będzie zabawnie.

Myślałem to samo jako czytelnik, ale według mnie możliwości płynące z pomysłu na fabułę nie zostały do końca wykorzystane. Scenariusz daje radę, lektura jest bardzo przyjemna, kreskówkowe rysunki oraz kolory są ogromnym plusem albumu, jednak przez cały czas czekałem na coś niesamowicie mocnego, na prawdziwe przegięcie ze strony Lincolna. Zwłaszcza, że już na początku poprzeczka jego podłości została ustawiona strasznie wysoko. Myślałem, że skoro już na starcie zaprezentowano go jako kawał gnoja, dopiero później pokaże, na co naprawdę go stać. Nie pokazuje. Nie ma też (poniekąd na szczęście) jego przemiany w całkowicie dobrego bohatera i obrońcę uciśnionych. Wtedy historia chyba całkowicie straciłaby swój urok. Lincoln jest ciekawy taki, jaki jest, z Bogiem co chwilę upominającym go, że znowu postąpił niewłaściwie.

Po cichu liczyłem na kolejną genialną pozycję od wydawnictwa Mroja Press, coś tak rewelacyjnego jak Profesor Bell. Nie tym razem. Pierwszy tom Lincolna polecam, z zastrzeżeniem, że moim zdaniem to jeszcze nie do końca to. Ze scenariusza dało się wykrzesać nieco więcej, entuzjazm pewnie mógłby być większy, cena okładkowa trochę straszy, ale poza tym to udana rzecz. Oby lepsza z każdym kolejnym tomem i oby Mroja dała możliwość ich przeczytania.

sobota, 17 września 2011

Zabójca: Niewypał [Matz & Luc Jacamon] [recenzja]

3 komentarze:
Pierwszy tom Zabójcy traktuję jako rozgrzewkę przed czymś naprawdę dobrym, co, mam nadzieję, przeczytam w kolejnym odcinku. Tak naprawdę oczekiwałem tego już po tym epizodzie, ale widocznie to jeszcze nie ten moment. Bo w albumie Niewypał nie dzieje się prawie nic, poza ciekawymi (choć nie zachwycającymi, przynajmniej mnie) ilustracjami nie ma tu właściwie niczego, za co mógłbym pochwalić ten komiks. A pozytywnych opinii na temat serii było tak wiele...

Jestem przekonany, że Zabójca usatysfakcjonuje wielu czytelników, którzy odnajdą w nim pasjonującą podróż do wnętrza umysłu płatnego mordercy, niepokojącego, czarnego charakteru. W porządku, kwestia gustu. Dla mnie, poza kilkoma ostatnimi stronami zapowiadającymi być może ciekawy (oby) ciąg dalszy, pierwszy odcinek to zajmujący około sześćdziesiąt stron bełkot głównego bohatera, czającego się na swoją ofiarę w pokoju hotelowym. Jak na złość, ofiara nie pojawia się na miejscu, więc wynajęty mężczyzna z bronią przygotowaną do oddania strzału ma sporo czasu na zaprezentowanie nam swojego światopoglądu. Zastanawialiście się kiedyś, czym wypełnia sobie długie godziny oczekiwania podczas realizacji zlecenia płatny zabójca?, czytamy na ostatniej stronie okładki. Ten wypełnia sobie długie godziny cynicznymi przemyśleniami, przede wszystkim na temat swojej pracy. I ja rozumiem, że ktoś może być jednocześnie irytujący oraz interesujący, ale postać, którą stworzył Matz jest w moich oczach jedynie irytująca. Wciska czytelnikowi swoje głodne kawałki (Gdyby się dobrze zastanowić, wszyscy jesteśmy zabójcami w ten czy inny sposób), usprawiedliwia się, wspomina zbrodnie nazistów, mówi o dzieciach z trzeciego świata, umierających przy pracy, aby "nasze mogły błyszczeć w szkole". Pokazuje, że na tle tego wszystkiego wcale nie jest aż taki zły. A dla mnie najzwyczajniej w świecie pierdoli, w dodatku w nieciekawy sposób.

Nie oczekiwałem sensacji ani całego albumu wypełnionego strzelaninami (jest ich trochę, tytułowy bohater nie tylko filozofuje, ale i wspomina poprzednie zlecenia), wiedziałem, co mnie czeka, jednak spodziewałem się o wiele bardziej interesującej narracji. Na pewno kupię kolejny tom, żeby sprawdzić, co będzie dalej. Nie chcę skreślać całej serii po pierwszym, takim sobie (mimo wszystko nie całkiem nieudanym) odcinku. Z drugiej strony, Niewypał to szybka lektura na mniej niż pół godziny, czyli niewiele czasu, a w ciągu tych dwudziestu paru minut zdążyłem się nieźle wynudzić i poirytować głupotą głównego bohatera. Niewiele poza tym. Więc nie polecam, chyba, że opisane przeze mnie cechy komiksu paradoksalnie zachęciły kogoś do sięgnięcia po Zabójcę. Mam nadzieję, że po następnej części zmienię zdanie.

niedziela, 4 września 2011

Animal Man [Grant Morrison, Chas Truog & Tom Grummett] [recenzja]

4 komentarze:
Osoba, która o komiksach nie wie zbyt wiele, za to jest przekonana, że wszystkie opowieści obrazkowe (a szczególnie te o ludziach w trykotach) są prymitywne i ograniczone, spojrzy na okładkę Animal Mana i podejrzewam, że stwierdzi jedynie: "Tak, miałem rację". Teraz pewnie należałoby zaprzeczyć, napisać, że wcale tak nie jest, ale może najpierw kilka faktów.



Buddy Baker, bardziej znany jako Animal Man, pojawił się po raz pierwszy w 180 numerze Strange Adventures, w 1965 roku. Potrafi przejmować cechy zwierząt, które znajdują się w okolicy, może na przykład latać jak ptak albo pływać jak ryba. Oczywiście to nie jedyne możliwości, jest ich o wiele więcej. Każda zdolność może zostać przywłaszczona jedynie na krótki okres czasu. Buddy może robić to wszystko, ponieważ znalazł się kiedyś w pobliżu wybuchającego statku kosmicznego. Walczy ze złem w obcisłym stroju z wielką literą A na klacie.



Nie brzmi to zbyt poważnie, prawda? Jako jedna z wielu tak niedorzecznych postaci, Animal Manowi nie udało się zyskać wielkiej popularności. Dopiero w 1988 roku, między innymi po tym, jak DC zobaczyło, co Alan Moore zrobił z serią Swamp Thing, a także w ramach tak zwanej "brytyjskiej inwazji", możliwość pisania scenariuszy z przygodami Buddy'ego Bakera otrzymał mający wówczas 28 lat Grant Morrison. Jego panowanie trwało przez 26 odcinków i, co tu dużo mówić, zmieniło wiele. W TPB zatytułowanym po prostu Animal Man znalazły się zeszyty #1-9, będące dopiero wstępem, jeszcze w miarę normalnym, do bardzo nietypowego i bardzo zaskakującego finału.

Nie mam zamiaru bawić się w dawanie lekcji historii, zresztą nie czuję się kompetentny. Wolę napisać, jak seria sprawdza się dzisiaj, po 23 latach od premiery pierwszego numeru.



Buddy Baker, mieszkający z żoną i dwójką dzieci, postanawia zająć się karierą superbohatera, tym razem na poważnie. Nie ma ukrytej tożsamości ani predyspozycji, by traktowano go poważnie, jednak nie chce odpuszczać. Angażuje się w walkę o prawa zwierząt, odzwierciedlając tym samym poglądy samego scenarzysty, który na szczęście nie postawił na nudne i nachalne moralizowanie. Na początku Morrison miał zamiar napisać jedynie czteroczęściową miniserię o - między innymi - ludziach eksperymentujących na małpach. Po tym, jak poproszono go, by pisał dalej, pojechał po bandzie, co, jak zauważył we wstępie, wkrótce stało się jego znakiem firmowym. Jechanie bo bandzie zaczyna się w piątym zeszycie, konkretnie w opowieści The Coyote Gospel.



Jej głównym bohaterem jest kojot. A dokładnie ten kojot. W komiksie występuje jako postać ze świata kreskówek, mająca już dość nieustannych walk w swoim świecie. Postanawia sprzeciwić się Bogu, za co ten zsyła go do prawdziwego świata, z prawdziwymi ludźmi oraz prawdziwym bólem, skazując go na wieczne cierpienie. Kojot podróżuje, co chwilę doznając poważnych obrażeń i regenerując się, by opowiedzieć innym o swojej przeszłości oraz o zamiarze obalenia Boga.



Ten dziwny odcinek, najdziwniejszy ze wszystkich w tym tomie, to wstęp do tego, co rozkręciło się na dobre dopiero później. Morrison zaczyna zadawać pytania, co twórca ma prawo zrobić z wytworami swojej wyobraźni, zaś odpowiedzi spróbował udzielić w ostatnim zeszycie swojego runu, o którym napiszę przy innej okazji. Reszta to ciekawa i przyjemna, choć czasem niedorzeczna lektura, gdzie walki z różnej maści superłotrami mieszają się na przykład z odcinkiem w znacznej części poświęconym remontowi domu Buddy'ego. Te rzeczy mogą bawić, niemniej tworzą specyficzną i fajną atmosferę w komiksie, która zmieni się diametralnie w kolejnym tomie. Na mniej fajną. W Animal Manie już nie będzie tak wesoło.



Zawsze lubiłem okładki Briana Bollanda. Niektóre z obecnych w tym tomie są wręcz śmieszne (jak ta do pierwszego zeszytu), jednak większość robi dobre wrażenie. Jeśli chodzi o ilustracje do samych opowieści, moim zdaniem nie przetrwały próby czasu. Są do bólu zwykłe, bez czegokolwiek, co mogłoby je wyróżnić w 2011 roku. Historię warto poznać z innego powodu, dla scenariusza, zobaczenia, jak Morrison zmienił losy Animal Mana oraz przyczynił się do zmiany wizerunku komiksu superbohaterskiego. Kolejne Trade'y są dużo bardziej nowatorskie i pokręcone, ale trzeba zacząć właśnie od tego. Trzeba i warto.

piątek, 2 września 2011

Scalped: The Gravel In Your Guts [Jason Aaron, R.M. Guéra & Davide Furno] [recenzja]

2 komentarze:
Czwarty tom Scalped w dalszym ciągu pokazuje, że komiks Aarona może stawać w szranki z większością serii, jakie miałem okazję czytać. Może nie ma tu już takiego przeskoku jak ostatnio, The Gravel In Your Guts nie jest o niebo lepszy od Dead Mothers, tak jak TPB Death Mothers był o niebo lepszy od Casino Boogie, ale czy to wada? W żadnym wypadku. Ta część jest po prostu równie świetna.



Tym razem jest nieco krócej, mamy też mniej mojej ulubionej postaci z tego komiksu, czyli Bad Horse'a. Dash zostaje odsunięty na dalszy plan, ale nie bez powodu i w taki sposób, że czytelnik nie może się doczekać dalszego ciągu. Ja już wiem, co będzie dalej, ale jeszcze przed lekturą piątego tomu, High Lonesone, umierałem z ciekawości. To, co Jason Aaron potrafi zrobić z narracją, jest niesamowite od pierwszego zeszytu serii. Wszystko jest umiejętnie dawkowane, od bieżących wątków, po retrospekcje, dzięki którym poznajemy lepiej poszczególnych bohaterów. Kiedy w Scalped coś się dzieje (a dzieje się praktycznie bez przerwy), przewracam strony z zainteresowaniem, jakiego nie był w stanie dać mi chyba żaden film, nie jestem też w stanie przypomnieć sobie nawet kilku książek czy komiksów, które działałyby na mnie choćby w zbliżony sposób. Jasne, czytałem wiele opowieści obrazkowych powszechnie uznawanych za wielkie arcydzieła, parę z nich recenzowałem na tym blogu i choć pod wieloma względami są lepsze i ważniejsze, jedynie cykl Aarona daje mi coś takiego, stanowi prawdziwe komiksowe mięcho. To jedna z najbardziej niesamowitych rzeczy, z jakimi miałem do czynienia, od której nie mogę oderwać oczu.



Czyli... Bad Horse nagle staje się mniej ważną postacią, zdradzę jedynie, że trochę zjada go to, co dzieje się w rezerwacie. Za to Red Crow ma na głowie kilka ważnych spraw. Musi zająć się duszą zmarłej matki Bad Horse'a, tyle że aby zrobić to jak należy, powinien być dobrym człowiekiem. Przez najbliższy rok. A tymczasem Mr. Brass i jego ludzie sprawiają mu coraz więcej kłopotów, z którymi będzie musiał poradzić sobie jak najszybciej.



W The Gravel In Your Guts rysują R.M. Guera i Davide Furno. Nadal podtrzymuję opinię, że wolałbym oglądać prace tylko tego pierwszego ilustratora, jednak... to nie aż tak istotne. I nadal podtrzymuję opinię, że to jedyna, w dodatku niewielka, wada tej serii. Reszta to mistrzostwo świata.

sobota, 27 sierpnia 2011

Historie okupacyjne, antologia część 1 [Zygmunt Similak] [recenzja]

Brak komentarzy:
Uwielbiam autobiograficzne książki oraz komiksy i to, jak pokazują, że nawet najbanalniejszą rzeczywistość da się opisać w genialny, przyciągający uwagę sposób. Z drugiej strony, jak zwykle wszystko zależy od umiejętności autora i czasem nawet najciekawsze przeżycia twórcy stają się nudne w oczach czytelnika, jeśli nie znajdzie w nich "tego czegoś". W Historiach okupacyjnych, wydanej w 2009 roku i wciąż jednej z niewielu opowieści autobiograficznych zaprezentowanych w polskim komiksie, Zygmunt Similak podjął próbę przedstawienia swoich dziecięcych przeżyć z czasów II Wojny Światowej. [więcej na stronie Alei Komiksu]



piątek, 26 sierpnia 2011

The Nobody [Jeff Lemire] [recenzja]

Brak komentarzy:
Cytaty na ostatniej stronie okładki jak zwykle obiecują czytelnikowi obcowanie z niemal przełomowym arcydziełem, ale - również jak zwykle - nie odzwierciedlają rzeczywistości. Co nie zmienia faktu, że Jeff Lemire po raz kolejny napisał i narysował bardzo fajny komiks. I choć daleko mu do wybitnej pozycji, stanowi przyjemną lekturę, po której właściwie nie ma na co narzekać, jeśli tylko nie oczekiwało się nie wiadomo czego.



Fabuła The Nobody jest prosta jak budowa cepa: miejscowość Large Mouth (populacja: 754 osoby) odwiedza dziwny człowiek, cały pokryty bandażami, noszący okulary przeciwsłoneczne i prawie nie wychodzący z pokoju hotelowego, w którym się zatrzymał. Jest oczywiste, że wzbudza ciekawość i jest oczywiste, że w tak niewielkiej społeczności odmieniec może wzbudzić także agresję, zwłaszcza, jeśli komuś z mieszkańców miasteczka stanie się coś złego. Wiadomo, na kogo padną podejrzenia... resztę pewnie znacie. Z innych, podobnych opowieści. Czyli mamy oklepany temat, a w takich sytuacjach wszystko zależy od umiejętności scenarzysty.



Lemire daje radę. Utrzymuje zainteresowanie czytelnika sprawnym operowaniem kilkoma prostymi patentami, z najprostszym na czele, czyli zagadką. Kim jest John Griffen, człowiek w bandażach? Szkoda tylko, że teksty umieszczone z tyłu komiksu odpowiadają na to pytanie jeszcze przed lekturą, także polecam przeczytanie ich dopiero na końcu. Będzie znacznie ciekawiej. Poza tym The Nobody to kolejny komiks, w którym autor pokazuje, w jakiego rodzaju historiach czuje się najlepiej: prowincja, spokój, sielanka (czasem tylko pozorna). Widać, że pisanie takich rzeczy sprawia mu przyjemność. I przy okazji wychodzą z tego dobre scenariusze.



Znowu trochę ponarzekam na rysunki. Nie chodzi o to, że Lemire coś spieprzył, nie, jak zwykle stoi na wysokości zadania. Tyle że niektóre postacie z The Nobody strasznie przypominają te z Opowieści z Hrabstwa Essex albo z cyklu Sweet Tooth, zupełnie jakby autor miał w głowie tylko kilku bohaterów, po czym przerzucał ich w inne miejsca i nadawał im inne imiona. Jednocześnie za każdym razem pokazuje swoją niepowtarzalną kreskę. Tak jakby te ograniczenia wynikały, paradoksalnie, z wyjątkowości jego stylu. Ilustrator inny niż wszyscy, jednak zawsze irytująco taki sam. Ale poza tym jest świetnie, rysunki na pewno są główną atrakcją tego komiksu, o wiele ciekawszą niż sama historia.



Byłoby świetnie, gdyby nie przesadne pochwały, sprawiające, że oczekiwałem czegoś dużo lepszego. I gdybym od początku nie wiedział, kto kryje się pod bandażami. A tak jest po prostu bardzo dobrze. Szybka lektura na jeden wieczór, nie zostanie w pamięci na zawsze, ale na pewno dostarczy kilku pozytywnych wrażeń.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Karton #6 [recenzja]

1 komentarz:
Najnowszy (ale już wcale nie taki nowy) numer Kartonu po raz kolejny potwierdza to, co udowadniał już wcześniej, właściwie każdą kolejną odsłoną - że nadal warto rzucać redakcji te śmieszne 5zł raz na kilka miesięcy.



Nie ma tu zbyt wielu nowości, w szóstym Kartonie postawiono raczej na znane serie. Minusem jest rzecz, o której wspominałem już wcześniej, czyli to, że po dłuższej przerwie zapomina się o tym, co miało miejsce w poprzednich odcinkach poszczególnych cykli, przez co trzeba ponownie wertować poprzednie numery. Nie żeby była to szczególnie uciążliwa wada. Jeśli chodzi o komiksową zawartość magazynu, każda krótka historia nadal utrzymuje swój stały, w większości dobry poziom. Tym razem najbardziej spodobały mi się Odpowiedzi na palące pytania Macieja Łazowskiego oraz, jak zwykle, Rubino. Gościem numeru został brazylijski twórca Waldemar Lene Chaves.



Trzeba przyznać, że redakcji znowu się udało, choć szósty numer magazynu nie jest szczególnie zaskakujący i chyba jednak trochę gorszy niż kilka poprzednich. Może zabrakło w nim jakiejś mocnej nowości, ale i tak chętnie kupię kolejny. Mam nadzieję, że będzie dostępny już na październikowym MFKiG.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Dr. Octagon: The Return of Dr. Octagon [recenzja]

Brak komentarzy:

Dzisiaj w nocy przypomniałem sobie, że kiedyś tam (teraz już wiem, że w marcu 2008 roku) napisałem recenzję płyty The Return of Dr. Octagon. Kool Keith to jeden z moich ulubionych raperów, na pewno jest w pierwszej trójce, choć poniższe akapity mogą przedstawiać trochę odmienny obraz. Cóż, wolę inne albumy jednego z najbardziej pomysłowych i pojebanych MC, jakich widział świat, na przykład Sex Style, Black Elvis/Lost in Space, First Come, First Served albo Dr. Octagonecologyst. Co do samej recenzji, początkowo znalazła się na śmiesznej stronie, jaką jest hip-hop.pl (nie odwiedzałem jej od ponad półtora roku i podejrzewam, że nie mam czego żałować), teraz niech wyląduje tutaj. Czemu nie?

Dr. Octagon to nic innego, jak jedno z bardzo wielu wcieleń szalonego Kool Keitha, który po dziewięcioletniej przerwie wydał drugą płytę podpisaną tym pseudonimem. Poprzednia wyprodukowana była przez znanego wszystkim Dan the Automatora, tym razem muzyką zajął się berliński skład One Watt Sun... jest więc bardzo elektronicznie, chaotycznie, eksperymentalnie, dziwnie i momentami nieznośnie. Z klasycznymi bitami nie ma to nic wspólnego, dźwięki są nieprzewidywalne i naprawdę mogą przyprawić o ból głowy i/lub uszu, chyba, że lubi się takie jazdy albo jest się masochistą. Nie zmienia to oczywiście faktu, że ciężko odmówić tej muzyce oryginalności.
 
Jeśli chodzi o rap zaprezentowany tu przez Kool Keitha, nie odbiega on klimatem od tego, co zaprezentowali producenci. Podejmuje tematy rzadko spotykane w tej muzyce, że wymienię choćby te z pierwszych trzech kawałków - zanieczyszczone środowisko (Trees), bliskie spotkania trzeciego stopnia (Aliens) oraz porównywanie ludzi do owadów (Ants). To duży plus. Inna sprawa to to, że żaden track nie jest do końca normalny, więcej - często z normalnością nie mają one nic wspólnego, mowa tu także o skitach. Bywa tak, że w utworach prawie w ogóle nie ma rapu, a zamiast tego jest powtarzanie w kółko kilku zdań w rytm elektroniki One Watt Sun, jak w Al Green. Wersy dają jasno do zrozumienia, że Dr. Octagon nie jest najzdrowszym psychicznie wcieleniem Kool Keitha.

Nie jest to bynajmniej żadna wpadka - zarówno muzycznie jak i tekstowo wszystko było zamierzone. Nie mówię, że płyta jest słaba, jest po prostu zbyt dziwna jak na mój gust. Doceniam eksperyment, ale nie wyobrażam sobie, by wiele osób często puszczało ją sobie tak po prostu, dla przyjemności. To bardziej album dla fanów tego typu odjazdów, którzy lubią teksty Aesop Rocka albo MF Dooma nagrywającego jako King Geedorah. Wydaje mi się, że większość ludzi zareaguje tak samo jak moi znajomi, którym puszczałem The Return of Dr. Octagon - na czas, kiedy płyta była w odtwarzaczu, nagle każdy miał coś innego do roboty i zostawałem sam w pokoju. Warto jednak spróbować - to tylko 14 tracków, w tym 3 skity, a może akurat odnajdziesz to, czego szukasz w tej muzyce. W razie czego, całość trwa niecałe 35 minut, więc ewentualna męka nie będzie zbyt długa.

Scalped: Dead Mothers [Jason Aaron, R.M. Guéra, John Paul Leon & Davide Furno] [recenzja]

7 komentarzy:
Nie było mnie w rezerwacie Prairie Rose od mniej więcej czterech miesięcy. Tęskniłem. I miałem za czym tęsknić. Wyobraźcie sobie, że po dwóch Trade'ach jakiejś serii, drugim jeszcze lepszym od rewelacyjnego pierwszego, nastawiacie się na coś, co będzie równie świetne, a tu niespodzianka, bo Dead Mothers, trzeci tom Scalped, zjada drugi tak samo jak drugi zjadał pierwszy. Niewiarygodne, ale prawdziwe. I jeszcze to zajebiste uczucie towarzyszące lekturze: "Nie wierzę, przecież to nie może być aż tak dobre". A jednak jest.

Nie wiem, co napiszę po przeczytaniu The Gravel In Your Guts, czwartego tomu serii. Jeśli tendencja zwyżkowa zostanie zachowana, chyba nie wyrobię się z wymyślaniem kolejnych pochwał, ale na razie notujcie: gdyby ktoś wydał Scalped w Polsce, byłaby to najlepsza seria na naszym rynku. Ewentualnie jedna z najlepszych. Nie wyobrażam jej sobie poza podium. Mogę napisać dużo dobrego na temat Fables, Żywych trupów, Hellblazera, od niedawna wychodzi u nas świetny cykl Pluto, wiem, że mamy legendarne Fistaszki oraz całkiem sporo innych, dobrych tytułów, ale to coś, co zjada mnie od środka w czasie przewracania kolejnych kartek i za nic nie pozwala na oderwanie się od opowieści, nawet kosztem snu czy obowiązków, ma jedynie Scalped. Kupcie mi psa i wszystkie pozostałe tomy (no dobrze, wszystkie pozostałe tomy serii zamówiłem parę dni temu), a pogrążony w lekturze zapomnę o psie i pozwolę mu zdechnąć z głodu. I to nie dlatego, że nie znoszę psów.

Jedna, jedyna wada Dead Mothers to fakt, że R.M. Guéra nie rysuje wszystkich siedmiu zeszytów (#12-18), które weszły do tego tomu. Niestety, John Paul Leon i Davide Furno są odczuwalnie, irytująco gorsi. Główny ilustrator oczywiście kopie dupę tak samo jak przedtem. Dobrze, że zajął się aż pięcioma epizodami tytułowej historii.

Jak wskazuje sam tytuł, motywem przewodnim opowieści są martwe matki, a konkretnie dwie martwe matki: głównego bohatera, Dashiella Bad Horse'a oraz paru mniej znaczących dzieciaków, których los leży jednak na sercu naszemu złemu policjantowi. Fajnie, że Aaron wreszcie pokazuje bardziej ludzką stronę tej postaci, bo jak dotąd wydawało się, że Bad Horse w ogóle jej nie ma. Taki zabieg uczynił ją jeszcze bardziej wiarygodną. A jeśli chodzi o poziom scenariusza, mamy to, co zwykle, ale jeszcze lepiej. Wspominałem o tym wcześniej. Bad Horse próbuje odnaleźć mordercę matki dzieciaków (jego własna średnio go interesuje), a kiedy dowiaduje się, kto nim jest, wszystko robi się jeszcze bardziej pokręcone. Niemal wszystko kręci się wokół tego wątku i w przeciwieństwie do Casino Boogie, w Dead Mothers akcja idzie wyraźnie do przodu, tak, że nie mam pojęcia, jak dam radę czekać na kolejny tom. Nie da się. Chcę go tu i teraz, razem z całą resztą tej genialnej serii. Jeśli tylko znacie angielski, nie zastanawiajcie się, kupcie Indian Country, a przypuszczam, że zrozumiecie mój entuzjazm.

sobota, 6 sierpnia 2011

Sweet Tooth: Animal Armies [Jeff Lemire] [recenzja]

Brak komentarzy:
Ostatnia strona okładki, moim zdaniem tym razem nieco gorszej niż zazwyczaj, przedstawia TPB Animal Armies Lemire'a jako the most sweeping and shocking chapter yet in his groundbreaking post-apocalyptic epic. Oczywiście nie uwierzyłem, bo już wcześniej czytałem sporo pochwał dla Sweet Tooth, ale sam po skończeniu dwóch poprzednich tomów jakoś nie odczułem całej tej wspaniałości. Coś mnie tu jednak ciągle trzyma, przede wszystkim ciekawość. I choć autor stosuje raczej oklepane i niezbyt zaskakujące chwyty (typu: ktoś okazuje się czyimś synem, ktoś inny czyimś bratem, ktoś pozornie zły tak naprawdę jest dobry, a ktoś, kto miał umrzeć, jednak nadal żyje), zwłaszcza jeśli przyzwyczaimy się do jego sposobu opowiadania, i tak łatwo pozwolić mu na wciągnięcie nas w jego historię. Przy Animal Armies nie nastawiałem się już na coś tak wyjątkowego, jak można wyczytać w recenzjach i cytatach na okładce, po prostu dobrze się bawiłem bez oczekiwania nieoczekiwanego. Jeśli Lemire kiedyś mnie zaskoczy (bo wcale nie mam zamiaru zrezygnować z czytania Sweet Tooth), to dobrze, a jeśli nigdy mu się to nie uda, trudno. Nie rozczaruję się. Od pewnego czasu mam wrażenie, że seria o przygodach Gusa i Jepperda jest jednym z tych komiksów, gdzie dowiadywanie się o kolejnych tajemnicach będzie dużo przyjemniejsze niż poznawanie odpowiedzi, ale zobaczymy. Tak naprawdę to nadal stosunkowo nowy tytuł.

Zmieniło się niewiele. Jeff Lemire w dalszym ciągu opowiada w ten sam sposób, czyta się to bardzo szybko, nie tylko przez niewielką ilość tekstu, ale także dzięki płynnej, dobrej narracji oraz brakowi wdawania się w zbędne szczegóły. Kiedy czytelnik dostaje wskazówkę, że oto nadchodzi nowy wątek, nowa tajemnica, już wie, na czym najprawdopodobniej będzie polegać i co z tego wyniknie, ale i tak daje się wciągnąć, przynajmniej tak było ze mną. Są pomysłowe okładki, a także ilustracje, niby takie jak zwykle, choć tym razem nie zwracałem już uwagi na to, że autor często rysuje niedbale i niedokładnie. Przyzwyczaiłem się albo po prostu przestało mi to przeszkadzać. Tak czy inaczej, Lemire jest cholernie dobry, nigdy o tym nie zapomniałem, nawet przy okazji moich mało znaczących narzekań.

Co do samej treści, wcale nie jest tak sweeping and shocking, jak zapowiadano. Większości można było się spodziewać, ale to żadna wada. Gus nadal siedzi zamknięty w celi, a jak wiemy z tomu In Captivity (jeśli zaś nie wiemy, nie czytamy dalszej części tego akapitu), opanowany przez wyrzuty sumienia postapokaliptyczny Clint Eastwood postanawia go uwolnić. Poznajemy kilku nowych bohaterów, także takich, którzy powinni bardzo namieszać w kolejnych odcinkach. Doktor Singh nadal stara się dowiedzieć, skąd pochodzi Gus, w czym pomagają mu rzeczy (głównie związane z ojcem Gusa) znalezione w dawnym domu chłopca. Oczywiście nie napiszę, czy on i reszta dzieci, hybryd zwierząt i ludzi, zdołają opuścić miejsce, w którym byli uwięzieni pod koniec poprzedniej części, ani tego, co wyniknie z próby ucieczki (Gus i jego nowi przyjaciele) oraz próby uwolnienia całej grupy (Jepperd i jego nowi sprzymierzeńcy, pod pewnymi względami groźniejsi od jego wrogów). Musicie to przeczytać sami, o ile którakolwiek recenzja Sweet Tooth zachęciła Was do sięgnięcia po tę serię.

I tradycyjnie: czekam na kolejny TPB. Tym razem jeszcze nie znam tytułu.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Wybryki Xinophixeroxa [Tony Sandoval] [recenzja]

Brak komentarzy:
Tony'ego Sandovala kojarzę jedynie z pierwszego numeru Bicepsu, nie czytałem wydanych u nas Trupa i sofy oraz Nokturno. Coś mi jednak mówi, że wkrótce przeczytam, a przynajmniej obejrzę. Dzięki Wybrykom Xinophixeroxa zrozumiałem swój błąd.

Wcześniej dotarło do mnie, że ten komiks to "pretekstowy scenariusz i rewelacyjne ilustracje". Rzeczywiście, recenzja mogłaby ograniczać się do tego jednego zdania. Jeżeli ktoś szuka dobrej, wciągającej fabuły pełnej ciekawych wątków, pełnokrwistych bohaterów i zaskakujących zwrotów akcji, źle trafił. Wygląda na to, że Sandoval chciał sobie po prostu porysować, wcale nie potrzebował ambitnego pomysłu, więc napisał krótką historię o pozornie zabawnym, ale tak naprawdę bardzo niebezpiecznym demonie, historię, która w ogóle mnie nie wciągnęła, która po prostu jest i na tym kończy się jej rola. Później naszkicował i pomalował to w taki sposób, że byłbym idiotą, gdybym żałował, że kupiłem ten komiks.

Autor łączy tu piękne, spokojne (na samym początku wręcz sielankowe) wiejskie widoki ze skrajnie brutalnymi scenami, przy oglądaniu których mniej wrażliwi mogą poczuć coś nieprzyjemnego w głębi żołądka. W obu tych odsłonach Sandoval daje czytelnikowi jedne z najlepszych ilustracji, jakie miałem przyjemność oglądać w ostatnim czasie. Nie towarzyszy temu wszystkiemu myśl, że scenariusz mógłby być choć trochę ciekawszy, bo przecież wcale nie o to chodziło. Tytułowy Xinophixerox robi swoje, zaraża ludzi, mieszkańcy wioski zaczynają chorować, mordują się nawzajem, w paru momentach jest naprawdę krwawo. Gdyby ktoś nie zauważył napisu Tylko dla dorosłych! na okładce i zasugerował się zabawnym imieniem oraz wyglądem demona, czeka go spore zaskoczenie. W środku znajdzie trochę bluzgów, ale przede wszystkim brutalność ponad normę, włącznie z kobietą gwałconą (i jednocześnie rozrywaną) przez demona, wszystko pokazane bez jakichkolwiek zahamowań. I, powtórzę to jeszcze raz, od początku do końca narysowane w taki sposób, że można zbierać szczękę z ziemi.

Cztelnika sięgającego po Wybryki Xinophixeroxa czeka dużo więcej oglądania niż czytania, jednak jeżeli tylko nie będziecie oczekiwać niesamowitej fabuły (albo nie zrażą Was te wszystkie flaki, macki, krew i cała reszta), dobra zabawa jest właściwie gwarantowana. W tym przypadku pretekstowy scenariusz to nie wada.

sobota, 23 lipca 2011

Mglisty Billy: Dar Ciemnowidzenia [Guillaume Bianco] [recenzja]

4 komentarze:
Zanim dostałem ten album w swoje ręce, o Mglistym Billym przeczytałem właściwie tylko dwie rzeczy: pierwszą, że to rewelacyjny komiks, i drugą, że wydawnictwo Post przesadziło z ceną (okładkowa to 99,90zł na niewiele ponad 140 stron). Po lekturze stwierdzam, że nie, wcale nie przesadziło. Naprawdę warto, nawet gdyby na stronach internetowych oraz u samego wydawcy nie było możliwości kupienia tego dużo taniej, a póki co jest. Bez bawienia się w trzymanie Was w napięciu do końca recenzji, już teraz napiszę, że Dar Ciemnowidzenia to jedna z najlepszych obrazkowych opowieści, jakie ukazały się w Polsce w tym roku... zaraz... przeglądam to, co miałem w rękach od stycznia i stwierdzam, że według mnie to NAJLEPSZA opowieść obrazkowa wydana u nas na przestrzeni ostatnich miesięcy. Dlaczego?

Jeśli chodzi o jakość wydania, Mglisty Billy od razu kojarzy mi się z Pinokiem Winshlussa. Bardzo podobny format, odblaskowe fragmenty okładki, twarda oprawa, gruby papier, czyli dokładnie tak jak w przypadku świetnego albumu wydanego przez Kulturę Gniewu, poza tym dodatek w postaci planszy Ouija. To robi wrażenie, ale jest mało znaczącą pierdółką w porównaniu z tym, co można znaleźć w środku.

Dar Ciemnowidzenia to komiks tak dziwny i pochłaniający czytelnika panującą w nim atmosferą, że przynajmniej w tej chwili nie przychodzi mi do głowy nic, do czego mógłbym go porównać. Niby można w nim znaleźć sporo humoru, ale to przede wszystkim czarny humor (znowu skojarzenie z Pinokiem, choć żarty łączy jedynie kolor, nic poza tym), pozornie to historia dla dzieci, jednak jest zbyt ponura i mroczna, by była odpowiednia dla najmłodszych odbiorców. Przede wszystkim dlatego, że głównym tematem poruszanym przez Guillaume Bianco jest śmierć. I wbrew całej otoczce, kreskówkowym (i wspaniałym, rzucającym na kolana) rysunkom, dużej ilości zabawnych sytuacji czy odjechanych, prześmiesznych pomysłów, gdzieś tam w tle autor podchodzi do zagadnienia bardzo poważnie, na tyle, że Dar Ciemnowidzenia przestaje być bajką, za którą może uchodzić po nieuważnym rzuceniu okiem na okładkę.

Tytułowy bohater to specyficzny siedmiolatek wolący deszcz od słońca i noc od dnia, lubiący dokuczać swojej młodszej siostrze, topić mrówki w czekoladowej ślinie, nie przepadający za dorosłymi (Dorośli to mordercy... zabili w sobie dziecko, którym byli...), a także posiadający Dar Ciemnowidzenia. Billy widzi potwory, duchy, przeróżne stworzenia, o których nie mają pojęcia inni. Nie dowiadujemy się, na ile to wszystko jest wytworem jego wyobraźni, a na ile prawdą, jednak w czasie lektury nie ma to większego znaczenia. Billy ma też kota, który pewnego dnia umiera. Od tej chwili chłopiec bardzo chce poznać tajemnicę śmierci oraz odzyskać swojego przyjaciela. Sam też bardzo boi się tego, co może go spotkać po drugiej stronie (Zawsze marzyłem, żeby mieć supermoc zmieniania się w szkielet... Myśl, że kiedyś w końcu mi się to uda, jakoś przestaje mnie cieszyć...). Zaczyna więc kombinować na różne sposoby, od pisania listów do kogoś, kto żyje już kilkaset lat, przez przywoływanie duchów za pomocą planszy Ouija, aż po wyprawę do nawiedzonego domu, a po drodze spotyka go mnóstwo niesamowitych i dziwnych przygód, wciągających odbiorcę jak macki z koszmarów Billy'ego. Dodam jeszcze, że w czasie opowiadania o strachu przed umieraniem i ukazując go z perspektywy dziecka, Bianco ani razu nie serwuje czytelnikowi czegoś banalnego, wręcz przeciwnie. Dzięki temu wszystkiemu co by się nie działo, pod koniec grudnia Mglisty Billy na 100% będzie w mojej prywatnej czołówce najlepszych albumów tego roku.

Jeśli miałbym wskazać jakiekolwiek wady tej opowieści, byłoby to trochę za mało komiksu w komiksie. Dar Ciemnowidzenia obfituje w różne dodatki uzupełniające główny wątek, takie jak fragmenty Gazety Osobliwości albo Dziwnej i Niesamowitej Encyklopedii Kryptozoologii pisanej przez Billy'ego, do tego historie postaci drugoplanowych, wiersze, opisy ulubionych zabaw głównego bohatera (na przykład zabawa w siłowanie się na stopy)... wszystko to niewątpliwie przyczynia się do niesamowitej atmosfery towarzyszącej lekturze, ale kilka razy, w czasie chłonięcia informacji/opowieści o Wermikolach, Koleopandrach, Myślokształtach, podróżach astralnych, o Dziewczynce z nożyczkami lub o Dzieciojadzie, pomyślałem: "Ej, chcę wreszcie przez to przebrnąć i czytać komiks, dowiedzieć się, czy udało mu się odzyskać kota". Tak czy inaczej, to tylko drobna wada, trochę irytująca, jednak właściwie bez jakiegokolwiek znaczenia. Nie w porównaniu z rewelacyjnym scenariuszem, ilustracjami oraz jakością wydania.

wtorek, 28 czerwca 2011

Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza [Daniel Clowes] [recenzja]

2 komentarze:
Na ostatniej stronie okładki napisano, że "Autor słynnego Ghost World tym razem zabiera czytelnika w podróż pełną wydarzeń niczym z koszmarnego snu i dziwacznych postaci, których nie powstydziłby się David Lynch". Ja tam nie trawię Lyncha (z jego filmów, które oglądałem, podobał mi się tylko Człowiek słoń) i jest mi z tym dobrze, ale mimo to Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza to tytuł, który od początku wydawał mi się interesujący. Po lekturze stwierdzam, że "interesujący" to mało powiedziane. To najbardziej popieprzony komiks, jaki miałem w rękach od dłuższego czasu i, o ile nie ma się awersji do tego typu opowieści, może zachwycić, chociaż jednocześnie przeraża i obrzydza. Czyli wszystko tak, jak lubię.

Na pierwszych stronach Clay Laudermilk, główny bohater Like A Velvet Glove Cast In Iron, wybiera się do kina porno. Jeden z filmów, który tam ogląda, wzbudza jego szczególne zainteresowanie nawet nie ze względu na pojawiające się w w nim dość nietypowe akcesoria (maski ze skóry i takie tam), ale dlatego, że jedna z występujących w nim aktorek okazuje się być osobą, którą bardzo dobrze zna. Clay postanawia ją odnaleźć, jednak najpierw musi dowiedzieć się, gdzie powstał film, kto go nakręcił i uzyskać dostęp do jeszcze wielu innych informacji, zanim wreszcie dotrze do celu. A droga przed nim jest długa i pełna bardzo, bardzo dziwnych wydarzeń oraz postaci...

Nie czytałem Ghost World, a więc Niczym aksamitna rękawica... to pierwszy i jak dotąd jedyny komiks Clowesa, jaki miałem przyjemność poznać. Całkowicie nieprzewidywalny, wypełniony bohaterami, których starczyłoby na kilka dobrych opowieści, będący jazdą bez trzymanki dla najbardziej wytrzymałych. W trakcie poszukiwań swojej znajomej Clay spotyka między innymi kumpla z dziwną infekcją oczodołów, prostytutkę z trochę większą niż standardowa ilością oczu, zafascynowanych przemocą policjantów, zdeformowaną córkę nimfomanki, psa bez jakichkolwiek otworów i wiele innych, równie ciekawych postaci... a najlepszy jest moment, kiedy zauważamy, że gdzieś pomiędzy udanymi próbami szokowania czytelnika Clowesowi udaje się przemycić do tego jakiś sens, poszczególne chore rzeczy łączą się w całość i sprawiają, że komiks, dobry już sam w sobie dzięki wykręconym pomysłom autora, staje się jeszcze lepszy. Scenariuszowo to mistrzostwo, chociaż nie dla każdego. Trzeba dać się wciągnąć i być przygotowanym na pojawiający się od czasu do czasu odruch wymiotny. Ja po lekturze byłem zachwycony.

Ilustracje są pozbawione fajerwerków i raczej nie zachwycają w oderwaniu od historii, ale pasują do panującej w opowieści psychodelicznej atmosfery. Bardzo dobrze obrazują treść. Nie mogę napisać o nich niczego ciekawszego, jednak nie ma też na co narzekać. Inną sprawą jest jakość wydania, tu należą się same pochwały. Kultura Gniewu puściła to na fajnym, grubym papierze, z jeszcze lepszą, szorstką okładką. Wygląda to naprawdę bardzo dobrze. (dopisane 24 grudnia 2017: ten akapit to chyba najgorszy tekst o czyichś rysunkach, jaki kiedykolwiek ze mnie wyszedł...)

Jeśli szukasz komiksu, przy którym będziesz na zmianę zszokowany i zniesmaczony, ale zrobionego z pomysłem, niekoniecznie łatwego w odbiorze, jednak wartego poświęconego mu czasu, Niczym aksamitna rękawica... jest czymś dla Ciebie. Natomiast jeśli masz słabe nerwy, nawet na to nie patrz. Powyższe akapity nawet w połowie nie oddają tego, jak chorą opowieść stworzył Clowes i jak wielką sieczkę robi ona w głowie czytelnika.

czwartek, 16 czerwca 2011

Mac Lethal: Speak Low

Brak komentarzy:
Mac Lethal to kolejny MC, którego należy znać, jeżeli choć trochę lubi się rap. Jest niesamowity. Pisze rewelacyjne, raz pełne ironii oraz cynizmu, innym razem śmiertelnie poważne teksty, a wykonuje to wszystko w taki sposób, że kiedy usłyszałem go po raz pierwszy (jakoś dwa lata temu), byłem na siebie zły, że zauważyłem go tak późno. Jeśli ktoś chce poznać jego twórczość, ma w czym wybierać - Mac wypuścił mnóstwo mixtape'ów (głównie z serii Love Potion), kilka EPek, dwa LP (trzeci podobno jest w drodze) i wiele innych rzeczy, których, przyznaję, sam nie zdążyłem jeszcze sprawdzić. Osobiście polecam zacząć od albumu 11:11 wydanego przez Rhymesayers (być może kojarzycie takie grupy i takich wykonawców jak Atmosphere, Brother Ali, Freeway czy Murs; jeśli tak, wiecie, czego można oczekiwać po tej wytwórni), na którym znalazło się sporo naprawdę świetnych numerów, na czele z moim ulubionym, Tell Me Goodbye. Nowadays every goddamn little disaster/Needs a dedication song about it, doesn't it?

Poniżej wrzucam jeszcze trzy rzeczy. Pierwsza to klip do kawałka Speak Low. Dwie pozostałe to Mac Lethal pokazujący, jak szybko umie rapować. A umie rapować bardzo szybko i prawie bez oddechu, co każe mi poważnie wątpić, czy jest człowiekiem. Chyba nie, ale nieważne, i tak będę go słuchał i polecał każdemu. Wam też polecam.



poniedziałek, 13 czerwca 2011

Szkicownik [Karol Kalinowski] [recenzja]

1 komentarz:
We wstępie do jednego z dwóch najnowszych publikacji chłopaków od Bicepsu KaeReL porównuje przeglądanie takich rzeczy jak Szkicownik do grzebania komuś w głowie i zaprasza czytelników do własnej. Dla mnie bomba, jeden z najciekawszych polskich autorów komiksów i jego znane prace w fazie projektów oraz rysunki zupełnie oderwane od czegokolwiek, co większość zainteresowanych jego twórczością miała okazję widzieć wcześniej. Wiadomo, że będzie to raczej coś, co nazywam sympatyczną pierdółką, niż monumentalne dzieło, ale jednocześnie kilkadziesiąt bardzo ciekawych stron. Szkicownik... pomysł jakby oczywisty, a jednak dopiero Mateusz Trąbiński, Łukasz Mazur i Jacek Jastrzębski wpadli na to, że można wypuścić podobną rzecz w naszym kraju.

Tak naprawdę nie ma się nad czym rozpisywać - pomiędzy okładkami przypominającymi szkolny zeszyt w kratkę każdy znajdzie to, czego mógł oczekiwać, pytanie tylko, czy warto po to sięgać. Pytanie trochę śmieszne, bo samo nazwisko autora stanowi wystarczające potwierdzenie (dobrze byłoby zobaczyć kolejne Szkicowniki z nazwiskami innych ciekawych polskich rysowników). Są tu rzeczy dobrze znane, takie jak Łauma, kaerelki, Yoel czy Rubino, są początki autora, są luźne szkice, niedokończone i niepublikowane prace (choćby Ostatnia Kronika), rysunki z komiksowych bitew i koncertowe plakaty, a na deser dokładna lista publikacji oraz dosyć obszerny wywiad z Karolem Kalinowskim, w którym wyjaśnia między innymi to, dlaczego Szkicownik nie mógł być grubszy niż te sześćdziesiąt stron. Niewielka objętość to chyba jego jedyna wada - przy niektórych tytułach aż chciałoby się zobaczyć więcej wprawek, "plam tuszu, syfu ołówka, gumowania, walki z kompozycją", tymczasem ledwo zacząłem i już koniec. Ale zabawa i tak jest przednia, warta swojej ceny i spędzonego na oglądaniu czasu. A wszystkim fanom rysownika zdradzi, czego mogą oczekiwać od niego w bliższej lub dalszej przyszłości. Ja też czekam.

poniedziałek, 30 maja 2011

Eternia & MoSS: To The Future

Brak komentarzy:

Oto numer, który zwalił mnie z nóg już po pierwszym przesłuchaniu i którego nie waham się nazwać pięknym, choć może brzmieć to pretensjonalnie. To The Future to kawałek między innymi o miłości, ale daleko mu do cukierkowej atmosfery znanej z wielu (niestety także rapowych) poruszających ten temat utworów, daleko mu do banału. Napisanie takiego tekstu musiało wymagać naprawdę wielkiej odwagi. Znam ten track już od bardzo wielu miesięcy i za każdym razem, kiedy się kończy, nie mogę wyjść z podziwu. Takie wersy rzuca ktoś, kogo śmiało można uważać za prawdziwego artystę otwierającego się przed słuchaczami w stu procentach, nie patrząc na nic. Nie wiem jak Wy, ja wolę coś takiego niż ludzi z ładnymi głosami, którzy startują w konkursach na najwierniejsze odtworzenie cudzych tekstów do cudzej muzyki, choćby to kopiowanie wychodziło im naprawdę imponująco.

niedziela, 22 maja 2011

Tyler, the Creator: Goblin [recenzja]

Brak komentarzy:

O Tylerze i jego kawałku Yonkers pisałem w kwietniu. Od tego czasu zdążyłem przesłuchać obie płyty autora, debiutancką Bastard oraz najnowszą, zatytułowaną Goblin. Po zapoznaniu się z tą pierwszą pomyślałem, że to jeszcze nie to, Tyler dopiero się rozkręcał, ale skoro teraz pokazał coś takiego jak Yonkers, Goblin powinien zwalić mnie z nóg. Niestety, drugi album rapera z Odd Future bardzo mnie rozczarował.

Tyler niewątpliwie potrafi rapować. Nadal bardzo podoba mi się numer, o którym pisałem wcześniej, ale co z tego, skoro cała reszta nie dorasta mu do pięt. Umiejętności MC nie zostały tu wykorzystane. Niby ma być kontrowersyjnie, jednak mam wrażenie, że to kontrowersja na siłę, opierająca się niemal wyłącznie na rzucaniu mięsem w co drugim wersie i opowiadaniu strasznych głupot (gdzie te gry słowne z Yonkers, bo albo ich nie zauważyłem, zapewne przez trudną do przetrawienia muzykę, albo rzeczywiście prawie ich nie ma). Płyta jest nudna i monotematyczna, ponad sześciominutowe kawałki to gruba przesada. Goście sprawdzają się jeszcze gorzej od gospodarza, zaś nienachalne dialogi z własnym sumieniem znane z numeru singlowego, wałkowane przez całą płytę też sprawiały, że nie mogłem powstrzymać ziewania, nie mówiąc o tym, że wszystko to już gdzieś było, i nie mam tu na myśli jedynie albumu Bastard.
 

Najgorsza jest jednak wspomniana już warstwa muzyczna. Do Yonkers musiałem się przekonać, dałem radę dopiero za którymś razem, ale jeśli chodzi o przekonywanie się do całej płyty, nawet nie mam zamiaru próbować. Nie lubię bólu. Przeczytałem gdzieś, że "to nie jest muzyka lekka, łatwa i przyjemna", co brzmi jak marne usprawiedliwienie faktu, że Goblin to w znacznej części kakofonia. Owszem, nikt nie mówił, że muzyka musi być za każdym razem lekka, łatwa i przyjemna, jednak powinno dać się jej słuchać, a tego napisać o drugim albumie Tylera niestety nie mogę. Jest granica pomiędzy ambitnym, trudnym w odbiorze rapem, a gwałcącym uszy, nieśmiesznym żartem. Goblin to właśnie taki nieśmieszny żart, przykry tym bardziej, że oczekiwałem czegoś rewelacyjnego. 

Trudno, poczekam sobie dalej. Może za jakiś czas autor przesłucha swoje dzieło na spokojnie, wyciągnie odpowiednie wnioski, a potem nagra płytę, na jaką byłoby go stać już teraz, gdyby po drodze coś nie uległo nieprzewidzianej awarii. Boję się jednak, że - biorąc pod uwagę masę pozytywnych opinii oraz cały rozgłos wokół tego MC - przekonany o swojej boskości Tyler, the Creator będzie dalej szedł w tym samym kierunku, co do tej pory. A to bardzo zły kierunek. Obym nie miał racji.
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...