Metody Marnowania Czasu: peter milligan
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peter milligan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peter milligan. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lutego 2026

4/2026 (34): PPP #30 - Sub-Mariner: Głębia | Mewgenics | Fallout, sezon 2 [podcast]

Brak komentarzy:

Czy Głębia jest jednym z najlepszych komiksów jednego z najlepszych komiksowych scenarzystów? Dokąd tuptają nocą koty w grze Mewgenics? Jak wysoka jest przecięta inteligencja krypciarza? O tym i o kilku innych rzeczach rozmawiamy w #34 odcinku naszego podcastu. 

PRZECZYTANE📚📜
▶️Sub-Mariner: Głębia [Peter Milligan & Esad Ribić]

POGRANE🎮🕹
▶️Mewgenics [pierwsze wrażenia]

POOGLĄDANE🎬📽️ 
▶️Fallout, sezon 2

piątek, 8 grudnia 2023

Metody Marnowania Czasu 2/2023: Armada, tom 10 | One Piece, tom 45 | Shade, Człowiek Przemiany, tom 1 | Root

Brak komentarzy:


Czy właśnie, w dodatku nie po raz pierwszy, zaczynam coś nowego, co najprawdopodobniej przeżyje kilka/kilkanaście wpisów, a następnie umrze śmiercią naturalną? Jeszcze jak! Z Komiksowymi Podsumowaniami Tygodnia nie do końca wyszło, to teraz pobawię się w coś podobnego, ale nieregularnie (bo konieczność wrzucania wpisu co siedem dni, czasem na siłę, nie jest czymś dla mnie) i bardziej ogólnie. Już nie tylko na temat komiksów, ale też na przykład o planszówkach albo grach na ekranie – czyli o kolejnych rzeczach, na których zupełnie się nie znam.

sobota, 25 stycznia 2020

Co tam czytam? #11: Human Target, Miesiąc miodowy na safari, Shadows Fall

Brak komentarzy:

Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało. Czyli pewnie rzadko.

sobota, 15 czerwca 2019

Komiksowe Podsumowanie Miesiąca: Maj 2019

Brak komentarzy:

Swoje Planszówkowe Podsumowania Miesiąca robię już od dłuższego czasu, ale jakoś nigdy nie pomyślałem o tym, żeby robić to samo z komiksami. Próbowałem tego - nie wyszło, a przynajmniej nie wychodziło zbyt regularnie. Teraz powinno się udać. Będzie trochę inaczej niż z grami planszowymi, trudno mi jednak stwierdzić, jak dokładnie, bo robię to od niedawna, więc siłą rzeczy nie mam jeszcze opracowanej formuły tych tekstów. Zobaczymy, wyjdzie w praniu. Niech żyje własnym życiem i opracuje się samo:

niedziela, 3 marca 2019

Komiksowe Podsumowanie Miesiąca: Luty 2019

Brak komentarzy:

Swoje Planszówkowe Podsumowania Miesiąca robię już od dłuższego czasu, ale jakoś nigdy nie pomyślałem o tym, żeby robić to samo z komiksami. Próbowałem tego - nie wyszło, a przynajmniej nie wychodziło zbyt regularnie. Teraz powinno się udać. Będzie trochę inaczej niż z grami planszowymi, trudno mi jednak stwierdzić, jak dokładnie, bo robię to od niedawna, więc siłą rzeczy nie mam jeszcze opracowanej formuły tych tekstów. Zobaczymy, wyjdzie w praniu. Niech żyje własnym życiem i opracuje się samo:

piątek, 23 listopada 2018

Terminal Hero: The Death and Life of Rory Fletcher [Peter Milligan & Piotr Kowalski] [recenzja]

Brak komentarzy:

DLACZEGO AKURAT TERMINAL HERO

Jak zawsze w przypadku twórczości Petera Milligana: bo Milligan. Pewnie powtarzam to aż za często, ale to mój prawie ulubiony scenarzysta (w moim rankingu wyżej znajduje się jedynie Alan Moore) i prędzej czy później oraz w miarę możliwości chcę przeczytać wszystko, co napisał. 

Jeśli zaś chodzi o Terminal Hero: The Death and Life of Rory Fletcher, dowiedziałem się o tym komiksie zupełnie przypadkiem: na spotkaniu z Milliganem na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Trochę zdziwiło mnie, że nigdy wcześniej nawet nie słyszałem o tym tytule, bo wszystko wskazuje na to, że powinna dotrzeć do mnie jakakolwiek wzmianka. Raz, że przecież autor Enigmy, a dwa, informacja raczej będąca ciekawostką niż powodem do entuzjazmu, miniseria została zilustrowana przez Piotra Kowalskiego. 

czwartek, 15 listopada 2018

Co tam czytam? (10) (Batman: White Knight, Moon Knight: Silent Knight i Batman: The Black Mirror)

Brak komentarzy:
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.


Batman: White Knight [Sean Murphy]

Zaczynamy od tego, że Joker przestał być Jokerem i znowu nazywa się Jack Napier, co jest przy okazji bardzo sympatycznym nawiązaniem do pewnego filmu. Co dalej? Na pierwszych stronach miniserii Seana Murphy’ego Jack, najwyraźniej pozbawiony szaleństwa swojego alter ego w fioletowym garniturze, odwiedza Batmana, który jest… zamknięty w Arkham. Trochę jak w historii Ostatni Arkham, którą tak dobrze pamiętam z dzieciństwa. 

Tyle że ja nie za bardzo lubię takie alternatywne wersje komiksowych serii. Kojarzą mi się tanimi chwytami rodem z Ziemi Jeden do scenariusza Geoffa Johnsa: niech Bullock będzie chudy, zaś z Alfreda zróbmy byłego komandosa, jest świetna koncepcja, mamy całkiem nowy komiks. 

Tylko że nie. Trzeba się naprawdę postarać, by nie wyszła z tego Ziemia Jeden albo na przykład Władza

sobota, 6 października 2018

Co tam czytam? (9) (Dragon Puncher, Tomorrow Stories i Legion)

Brak komentarzy:
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.


Dragon Puncher [James Kochalka]

Po pierwsze, Dragon Puncher Jamesa Kochalki to jeden z najlepszych kawałków, jakie słyszałem w życiu – tekstowo, muzycznie, pod każdym względem, przy czym oczywiście nigdy nie zapomniałem o Wash Your Ass. Autor serii pasków American Elf wydał również komiks zatytułowany tak samo jak jego wspomniany muzyczny oraz jego kontynuację, czyli Dragon Puncher Island. Trudno mi opisać te dwa krótkie zeszyty słowem innym niż „przeurocze”. Choć nie ma się tu nad czym rozwodzić – obie historie są zupełnie świadomie proste jak budowa cepa i przeznaczone dla najmłodszych – trudno nie szczerzyć zębów na widok tego, za pomocą jakich środków Kochalka zdecydował się je opowiedzieć. Otóż mamy tu rysunkowe postacie na tle zdjęć, tyle że twarze (i pyski) głównych bohaterów to również fotografie: syna Kochalki, kota Kochalki oraz samego autora. Taki a nie inny wygląd plus nieskomplikowany jak sama „fabuła” oraz specyficzna kreska humor, to właściwie wszystkie patenty przyciągające do jednego i drugiego Dragon Punchera, jednak… z zaskoczeniem stwierdzam, że to wystarczy. Takie tam komiksiki do przerobienia w kilka minut (oba), uśmiechnięcia się i zapomnienia o ich istnieniu, ale przez tę krótką chwilę robią swoje. Wyszła z tego fajna i, jeszcze raz, przeurocza rzecz dla dzieciaków – sam nie wiem, czy dla tych, które sięgną po te historie, czy bardziej dla dzieciaków Kochalki.

wtorek, 4 września 2018

Sub-Mariner: The Depths [Peter Milligan & Esad Ribić] [recenzja]

Brak komentarzy:

tekst: Michał Misztal

DLACZEGO AKURAT SUB-MARINER?

Krótka odpowiedź: bo Peter Milligan.

Odpowiedź trochę dłuższa: już niedługo Peter Milligan przyjeżdża do Polski. Z tej okazji Dominik Szcześniak, również wielki fan tego scenarzysty, postanowił wydać kolejny numer Ziniola. Kilka osób, w tym ja, miało napisać do tego magazynu teksty o twórczości autora Enigmy, między innymi listę dziesięciu najlepszych komiksów Milligana. Wysłałem Dominikowi swoją, z kolei Dominik pokazał mi dziesiątkę innej piszącej do Ziniola osoby, gdzie bardzo wysoko znalazł się właśnie Sub-Mariner.

Zaraz, to Milligan pisał jakiegoś Sub-Marinera? I że niby takie to dobre?

wtorek, 19 czerwca 2018

Kid Lobotomy [Peter Milligan & Tess Fowler] [recenzja]

Brak komentarzy:

Cały czas wydaje mi się, że całkowicie niezasłużenie wciąż mało kto kojarzy w Polsce historie obrazkowe Petera Milligana. Owszem, jest nas więcej niż członków facebookowej grupy Komiks Bielsko-Biała, jednak trudno uznać to za wielkie osiągnięcie. Jeśli chodzi o mnie, z jednej strony staram się powtarzać na prawo i lewo, jak bardzo uwielbiam scenariusze tego faceta, że jego Enigma to mój drugi ulubiony komiks, że zrobił wiele naprawdę niesamowitych rzeczy. Z drugiej, w ciągu ostatnich kilku lat mimo wszystko trochę odpuściłem i zwątpiłem w jego zdolności. Nie ruszyłem pisanego przez niego Hellblazera, ledwo zmęczyłem DisciplineThe Names zapamiętałem jako rzecz niezłą, niemniej nie powalającą na kolana. Potem cisza. Dopiero niedawno znowu zabrałem się za twórczość Milligana, zaczynając swój powrót od marvelowskiego tytułu Legion oraz od miniserii Kid Lobotomy.

niedziela, 12 marca 2017

The Extremist [Peter Milligan & Ted McKeever] [recenzja]

Brak komentarzy:

The Extremist to czteroczęściowa miniseria z ukochanego przeze mnie wydawnictwa Vertigo, której pierwszy numer ukazał się we wrześniu 1993 roku, czyli niemal dokładnie siedemnaście lat przed powstaniem tej recenzji (6 września 2010). Szmat czasu, a mimo to komiks wciąż zaskakuje i chwyta za jaja oraz serce. Tylko cztery krótkie zeszyty, a tyle skrajnych emocji odczuwanych przez czytelnika. Tak niewiele stron i tak ogromna ilość rewelacyjnych, nierzadko zaskakujących pomysłów. Opowieść, której pochłonięcie może zająć jeden wieczór, ale której przeżywanie trwa o wiele dłużej. Jeśli kogoś to nie przekonuje, mogę dodać jeszcze takie słowa jak seks, przemoc, lateks i cycki, jednak mam nadzieję, że nie było to konieczne.

O jednym z moich komiksowych ulubieńców, Peterze Milliganie, napisałem już niejeden tekst, ale nigdy nie znalazł się tu jakikolwiek akapit poświęcony Tedowi McKeeverowi. Jego brzydkie, nieestetyczne i brudne ilustracje kochasz lub nienawidzisz, przy czym większość ludzi zdaje się wybierać tę drugą możliwość. Rozumiem ich, jednak osobiście uwielbiam niepodrabialny styl tego rysownika, jego pozornie wymagające niewielkich umiejętności prace, sprawiające, że nie da się go pomylić z żadnym innym autorem. Widzisz charakterystyczną kreskę i od razu wiadomo, kto maczał w tym palce. Nie podoba się? W porządku, nie musi, ale ja jestem zachwycony i naprawdę nie wiem, co mogłoby bardziej pasować do genialnego, chorego, a także niemożliwie brudnego scenariusza Petera Milligana. Czasami można odnieść wrażenie, że McKeever nie rysuje kolejnych obrazków, tylko wydala je z siebie lub zwraca, tak jak zwraca się treść pokarmową z żołądka. I bardzo dobrze. Jeśli nie czytaliście, nie możecie domyślać się, jak bardzo pasuje to do przytłaczającej atmosfery opowieści.

Uogólniając, komiks porusza dwie kwestie: ludzi noszących strój Ekstremisty oraz samego stroju i tego, jak wpływa on na osobowość postaci, która ma go na sobie. Okazuje się, że założenie specyficznego skórzanego ubrania może zarówno więzić, jak i dawać wolność, choć często związaną z zepsuciem i odrzuceniem wszelkich zasad moralnych. The Extremist opowiada także o poszukiwaniu swojego prawdziwego "ja" (znów kłania się temat tożsamości), o tym, jak niewiele może wiedzieć o sobie dwoje mieszkających razem ludzi, a także... jak niewiele człowiek może wiedzieć o sobie samym. I wierzcie mi, ten akapit nie wyczerpał tematu. Tak naprawdę kilka napisanych przeze mnie krótkich zdań o tym, co można znaleźć pomiędzy okładkami, to tylko kropla w morzu, ponieważ, jak już wspominałem, mnogość wątków i smaczków powala.

Kim jest Ekstremista (i nie mam tutaj na myśli człowieka znajdującego się pod skórzaną maską, chodzi o samą ideę tej postaci)? To członek tajnego stowarzyszenia - ilość związanych z nim informacji, jakie poznajemy przez cały czas trwania opowieści, jest kolejnym ciekawym pomysłem Milligana - zajmujący się między innymi eliminowaniem ludzi niewygodnych dla tej sekretnej grupy. A teraz: kim jest obecny Ektremista? To Judy, osoba zupełnie nowa i niedoświadczona w tym fachu, zakładająca czarny strój tylko po to, by odnaleźć mordercę jej męża, poprzedniego Ekstremisty. I nie napiszę niczego więcej, bo w przypadku tego komiksu nie da się wspominać o fabule, nie zdradzając zbyt wielu szczegółów.

Opowieść, mimo niewielkiej objętości, jest złożona i przemyślana w taki sposób, że nie wyobrażam sobie, by nie zrobiło to na czytelniku wrażenia. Ciekawe pomysły, żywi bohaterowie, obrzydliwość i kontrowersja (co ważne, pozbawiona tanich chwytów i takich rzeczy jak na przykład pokazywanie przemocy dla samego pokazywania przemocy), a także celowo zaburzona chronologia, mająca na celu utrzymanie odbiorcy w napięciu aż do samego finału - to wszystko sprawia, że The Extremist jest miniserią, którą da się zachwycać jeszcze długo po przeczytaniu całości. Tak właśnie było ze mną i tak będzie z Wami, a jeśli nie, mogę się tylko bardzo zdziwić.

tekst: Michał Misztal, recenzja napisana we wrześniu 2010 roku

sobota, 14 listopada 2015

Co tam czytam? [7] (Tomie, tom 2; Fables #150; Locke & Key; The Names; Profanum #4)

Brak komentarzy:
Wracamy do jednego z moich starszych pomysłów. Co tam czytam? to efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.


Tomie, tom 2

Kontynuacja Tomie to nadal wysoki poziom, ale poza tym trzeba też przyznać, że nie za bardzo jest się nad czym rozwodzić, bo to po prostu więcej tego samego. I dobrze. Różnica jest taka, że tym razem nie dostajemy początków autora jako ilustratora, za to Junji Ito już od pierwszych stron rysuje tak, jak należy. Jest jak zwykle strasznie, makabrycznie i groteskowo, do czego czytelnicy horrorów dentysty-komiksiarza powinni być przyzwyczajeni. W głównej bohaterce tego albumu interesujące jest to, że choć historie o niej są w dużym stopniu powtarzalne i przewidywalne, scenariusze ani trochę nie nudzą. Mniej więcej wiadomo, co będzie się działo, ale mimo to mangową cegiełkę czyta się z nieustającym zaciekawieniem. Odnosi się też wrażenie, że ze swoją pomysłowością twórca mógłby tak bez końca. Teraz czekam na obdarzony intrygującą okładką album Souichi i jego głupie klątwy. Jak na razie rozczarowałem się tylko Reminą, więc zakładam, że Junji Ito po raz kolejny mnie nie zawiedzie.


Fables #150

O serii Fables pisałem na blogu Komiksofilia kilkukrotnie i z biegiem lat przechodziłem od niepohamowanego entuzjazmu przez spory sceptycyzm, aż do umiarkowanego zadowolenia. Niedawno przeczytałem 150, ostatni zeszyt Baśni. Cholera. Nie wiem, co napisać. Z jednej strony już od dawna nie darzyłem tego cyklu taką sympatią, jak na początku, i czytałem go właściwie tylko z przyzwyczajenia i z ciekawości, jak to wszystko się skończy. Z drugiej, tyle odcinków to również masa wspomnień, od wątków zawartych w kadrach do takich sytuacji, jak poznanie tej serii, kiedy byłem w Stanach, czy spacery po pracy w celu kupienia kolejnego tomu w nieistniejącym już sklepie komiksowym u mnie w mieście. I dziesiątki bohaterów, do których niejeden czytelnik, czy chciał, czy nie chciał, zdążył się przez te wszystkie lata przyzwyczaić. I choć finał to właściwie żadna rewelacja (może poza okładką), tak jak sporo wcześniejszych epizodów, całość będzie przeze mnie bardzo dobrze wspominana. W marcu 2009 napisałem: "Jeśli chodzi o mnie, serial Fables mógłby trwać wiecznie, o ile tylko Willinghamowi nie skończą się dobre pomysły". Teraz napiszę, że Baśnie to idealny przykład na to, że trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. Ten komiks mógł być WIELKI, niestety moim zdaniem do autorów nie dotarło, że co za dużo, to niezdrowo. Co nie zmienia faktu, że do pewnego momentu to lektura obowiązkowa i jedna z lepszych pozycji "nowego", już-nie-tak-bardzo-kwasowego Vertigo.


Locke & Key

Z początku narzekałem, że co to za horror z tak cukierkowymi rysunkami, ale historia o kluczach, zamkach i demonach wydawała się ciekawa, zaś kreska Rodrigueza powoli przestawała przeszkadzać. Potem seria rozkręciła się na całego i pomniejsze wady zeszły na dalszy plan. Tym, dla których (tak jak dla mnie, a to z powodu braku znajomości czegokolwiek, co napisał Joe Hill) scenarzysta Locke & Key był tylko synem Stephena Kinga, cykl otwiera oczy i każe wypatrywać kolejnych komiksów i być może również książek tego autora. Świetnie skonstruowana opowieść, wiarygodni bohaterowie z umiejętnie rozbudowanymi charakterami, kilka zwrotów akcji, które naprawdę coś znaczą i nie polegają jedynie na tym, że ktoś miał być dobry, a tak naprawdę okazał się zły i jeszcze wiele innych fantastycznych rzeczy. Po czasie ilustracje już wcale nie drażniły - owszem, do samego końca miałem niewielkie obiekcje, ale generalnie trzeba Rodriguezowi przyznać, że mimo wszystko pasuje do horroru, który jest horrorem pełną gębą i trzyma w napięciu niemal do finalnego zeszytu. Teraz do przeczytania pozostały mi jedynie Guide to the Known Keys i Grindhouse. Jest mi naprawdę przykro, że lektura serii już właściwie za mną. Oby więcej takich komiksów!


Inne rzeczy, o jakich miałem napisać, tyle że odkładałem pisanie zbyt długo, by teraz chciało mi się wystukiwać na klawiaturze dłuższe teksty, ale o których z drugiej strony warto choćby wspomnieć, to The Names Petera Milligana, który chyba (obym się nie mylił) wraca do formy i Profanum (kilka miesięcy temu pojawił się czwarty tom). Obie rzeczy zdecydowanie warte uwagi. Milligan to może kwestia dyskusyjna, jednak uwielbiam tego scenarzystę i nie potrafię być obiektywny. Jak zwykle są tu problemy z tożsamością, wykręcone postacie i wiele typowych dla tego autora, jednocześnie wciąż oryginalnych pomysłów. Czytać The Names. Z kolei Profanum to magazyn, w którym nie ma tego, na co zawsze narzekam w magazynach, czyli krótkich opowieści, które chwilę po lekturze wylatują na zawsze z głowy. Każdy numer to kilka historii mogących równie dobrze być odrębnymi, pełnoprawnymi zeszytami lub nawet albumami, a to wszystko za śmieszne pieniądze. Czytać Profanum.

niedziela, 22 listopada 2009

X-Force #116-#129 [Peter Milligan & Michael Allred] [recenzja]

1 komentarz:

X-Force autorstwa Petera Milligana to, mówiąc najprościej, mutanci zachowujący się tak, jak zachowywaliby się, gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę. Zapomnijcie o szlachetnym i bezinteresownym ratowaniu niewinnych, ci goście to odpowiednik gwiazdeczek znanych z tego, że są znane, o których żaden inteligentny człowiek nie chciałby nawet słyszeć, ale doskonale wiemy, kim są i jak wyglądają, ponieważ są dosłownie wszechobecni. Także X-Force posiadają swoją własną sieć restauracji oraz tony zabawek-podobizn członków grupy i przychodzą tam, gdzie warto się pojawić, w związku z czym zdążenie na występ w popularnym talk-show bywa ważniejsze niż uratowanie kogoś przed śmiercią. Jakiekolwiek skrupuły mają nieliczni, reszta walczy wyłącznie o swoją pozycję, niejednokrotnie kopiąc dołki pod kolegami z zespołu. Witamy w świecie współczesnych mutantów, którzy, choć tak nietypowi dla komiksu, dla niemal każdego będą dziwnie znajomi - jednym będą kojarzyć się z kiepskimi (a mimo to uwielbianymi przez tłumy) muzykami, innym z występującymi wyłącznie w telenowelach aktorzynami, którzy swoją popularnością biją na głowę aktorów mających na koncie wiele wartościowych filmów... analogii jest sporo, a każda sprowadza się do bezwstydnych rzemieślników wolących bankiety i sławę od przyzwoitości i tworzenia rzeczy naprawdę wartościowych.

Oczywiście Milligan to nie nowicjusz, który wszystkich członków grupy przedstawił w jednakowy sposób - każda postać ma swoją własną przeszłość, charakter (świetnie nakreślony, jak zwykle w przypadku tego scenarzysty), marzenia i ambicje. Nie każdemu podoba się taki a nie inny profil X-Force, zespołu będącego własnością bogatego i zarozumiałego gnojka, stworzonego tylko po to, żeby zarobić jeszcze więcej pieniędzy. Tutaj nawet śmierć uczestnika ekipy jest czymś, co można świetnie sprzedać, na przykład tworząc nowy rodzaj figurek przedstawiający denata. Zmarli mutanci są zastępowani nowymi, wybieranymi na castingach, a stałym elementem działalności naszych gwiazdeczek jest branie udziału w konferencjach prasowych. Raz na jakiś czas komuś udaje się opamiętać, ktoś chce się jawnie przeciwstawić albo przynajmniej przestać brać udział w wewnątrzgrupowym wyścigu szczurów, ale w finale i tak ujrzymy kolejne obłudne oświadczenie zaprezentowane w mediach. Niektórzy mutanci nawet nie udają, że nie zależy im jedynie na rozgłosie i dobrej zabawie, wiedzą bowiem, że śmiertelność w ekipie jest przerażająco wysoka (nigdy nie wiadomo, czy dana osoba dożyje do końca odcinka), więc zamiast filozofować wykorzystują czas, jaki im został.

W praniu prezentuje się to trochę zabawnie i trochę smutno (zwłaszcza jeśli odniesiemy zachowanie bohaterów do prawdziwych gwiazd), ale niezmiennie świetnie. X-Force Milligana i Allreda to nadal stare, sensacyjne i łatwo przyswajalne przygody mutantów, zapewniające przede wszystkim świetną zabawę. Wyróżnia je to, że przedstawione zostały w całkiem nowej oprawie (choć nie graficznej, ale o tym za chwilę), moim zdaniem czyniąc wydarzenia dużo bardziej prawdopodobnymi. Podzielam pogląd Gartha Ennisa: gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę, byliby draniami. Może nie wszyscy, tak jak nie wszyscy członkowie X-Force są godni pogardy (nie ma tu pójścia na łatwiznę i nawet największy łajdak może zaprezentować się z dobrej strony, o ile wcześniej nie wypadnie z gry), ale większość.

Z całą nowoczesnością scenariusza kontrastują rysunki, od staroszkolnych i pełnych uroku dymków na okładkach, po ilustracje w środku. Nie jest to aż taka podróż w czasie jak w Supreme: The Story of the Year Moore'a (recenzja wkrótce, choć na pierwszy ogień pójdą jego Lost Girls), ale na pewno coś, czego nie spodziewałbym się po takiej fabule. Cały ten kontrast jak najbardziej służy serii, dodając jej swoistego uroku. Nie ma graficznego silenia się na efekty specjalnie i gwiazdorstwo będące cechą bohaterów komiksu, co czyni te kilkanaście zeszytów jeszcze bardziej wyjątkowymi i godnymi polecenia.

sobota, 31 października 2009

Toxin [Peter Milligan & Darick Robertson] [recenzja]

2 komentarze:

Jeśli chodzi o scenariusze związane z bohaterami w maskach, Peter Milligan nie może narzekać na brak doświadczeń - stworzył ich już całkiem sporo, ale osobiście znam więcej tych, przy których mógł pozwolić sobie na całkowitą swobodę. Pisząc miniserię Toxin musiał trzymać się pewnej konwencji i nie mógł zaszaleć na całego, byłem więc ciekaw, jak z tego wybrnie. Bo trzeba przyznać, że - przynajmniej dla mnie - Milligan i postacie takie jak Spider-Man to dość dziwna mieszanka.

Czytelnicy (zwłaszcza ci pamiętający czasy TM-Semic) wiedzą zapewne, kim jest Venom, wiedzą też, że czarny symbiont zrodził jeszcze większego potwora - krwiożerczego Carnage'a, który też wydał na świat potomka - owym potomkiem jest właśnie tytułowy Toxin. Świeży, nieukształtowany i jeszcze nie tak groźny jak jego tatuś, symbiont używa ciała Pata Mulligana jako swojego nosiciela. Każdy taki pasożyt musi w kimś zamieszkać, za to nie każdy człowiek byłby z tego zadowolony. Mulligan należy do tych, którym nowa sytuacja zdecydowanie się nie uśmiecha. Przerażony całym zajściem zostawia żonę i dziecko, nie chcąc narażać ich na niebezpieczeństwo, odchodzi też z policji, do której do tej pory należał i stara się zapanować nad swoim nieproszonym gościem. Jednocześnie chęć niesienia pomocy każe mu wciąż uganiać się za przestępcami, nawet mimo pozbycia się odznaki. Tyle że kiedy Pat staje się Toxinem, jego metody działania są nieco mniej konwencjonalne niż zwykle, a i przeciwnicy do zwyczajnych nie należą.


Milligan zdecydowanie wyszedł obronną ręką i wrzucił do Toxina tyle dziwnych elementów, ile tylko zdołał. Nie jest to dzieło życia tego scenarzysty, ale warto się z nim zapoznać. Mamy tu całkiem sporo atrakcji, takich jak na przykład wciąż wałkowany (ale - jak dotąd - nigdy nudny) motyw osobowości. Pat Mulligan prowadzi liczne dialogi ze swoim symbiontem, a obie osobowości, pasożyt i nosiciel, bez przerwy próbują na siebie wpłynąć i walczą o strefy wpływu. Nasz były policjant jest dobry i prawy, z kolei Toxin jeszcze nie potrafi odróżniać dobra od zła, za to lubi sobie poszaleć. I kiedy Mulligan ma ochotę aresztować złapanego przestępcę, symbiont wolałby urwać mu głowę i wszystkie kończyny. Wzajemne objaśnianie sobie swojego podejścia do życia, pobieranie od siebie lekcji i negocjacje pomiędzy tymi osobami w jednej postaci to najlepszy element scenariusza. Pat próbuje wychować Toxina tak, jak wychowuje się niesforne dziecko, żałując jednocześnie, że opuścił własnego syna. Poza tym mamy jeszcze kilka wykręconych wątków i postaci, na czele z głównym przeciwnikiem - nie wiem, czy jego obecność należy uznać za zaletę, bo kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, nie mogłem przestać się śmiać; facet ma brzytwy zamiast rąk. Na szczęście scenarzysta sam zaprezentował to tak jak należy - jako coś niedorzecznego. Nie podobał mi się za to wątek związany z odejściem od żony: Pat Mulligan spotyka się z nią jako Larry (postać, w którą potrafi przemienić się Toxin) i zdaje się nie mieć pretensji, że Gina bardzo szybko zbliża się do nowego przyjaciela, najwyraźniej nie pamiętając o mężu. Według mnie większość ludzi byłaby na jego miejscu wściekła, ale nie - Pat jest w siódmym niebie, ponieważ może się z nią widzieć; zero pretensji. Nie wydaje mi się to zbyt wiarygodne.

Podsumowując, komiks daje radę - także rysunkowo, chociaż Robertson bardziej przypadł mi do gustu ilustrując komiks Transmetropolitan. Tutaj wykonał dobrą robotę, nic poza tym. Cała sześcioczęściowa miniseria to sprawnie opowiedziana superbohaterska historia, typowa rzecz z tymi charakterystycznymi dla Milligana udziwnieniami, za które uwielbiam wiele jego scenariuszy. I chociaż Toxin nie zalicza się do uwielbianych przeze mnie komiksów, na pewno jest jednym z tych, które polecam (ale jako psychofan Petera Milligana i tak nie jestem obiektywny).

wtorek, 13 października 2009

Skin [Peter Milligan & Brendan McCarthy] [recenzja]

4 komentarze:

Skin kisił się na moim dysku twardym od bardzo dawna, czekając (mimo faktu, że został napisany przez jednego z moich ulubionych scenarzystów) na impuls każący mi go przeczytać. Tym impulsem okazało się wydanie komiksu przez Timofa. Wreszcie mamy historię Milligana w Polsce, to znaczy w formie albumu, bo oczywiście pamiętam jego Batmany publikowane u nas przez TM-Semic. Dla mnie Skin był zakupem obowiązkowym.

Celem Milligana nie było zrobienie łatwego w odbiorze komiksu, sam mówi o tym we wstępie, a poza tym czy lekka i przyjemna opowieść o ofierze Talidomidu (produkowanego w latach pięćdziesiątych w Niemczech leku uspokajającego, powodującego przerażające deformacje i uszkodzenia u dzieci, których matki zażywały Talidomid będąc w ciąży), w której postacie wypowiadają się okrągłymi zdaniami, nie byłaby czymś sztucznym? W rezultacie bohaterem Skina jest Martin Atchinson, cierpiący na fokomelię (wada rozwojowa kończyn, doskonale widoczna na okładce) młody chłopak, który nienawidzi wszystkich i wszystkiego, a kiedy otrzymuje współczucie lub kawałek szczęścia, potrafi to tylko skopać. Faktycznie, to nie bajka o "młodym Talidomidzie z Hampstead, który jest szykanowany w szkole, pisze przepiękne wiersze o swojej trudnej sytuacji i ostatecznie zwycięża ze swoim kalectwem, odnawiając naszą wiarę w niezłomną naturę człowieka". Autorzy nie pozwoliliby sobie na taki banał. Co prawda pod koniec komiksu Martin zdobywa normalne ręce (bez obaw, nie jest to żaden spoiler, choć tak właśnie wygląda) i w pewien sposób pokonuje swą ułomność, ale na pewno nie w taki, jak podejrzewacie. Głównego bohatera ciężko polubić i zrozumieć, a mimo to czytelnikowi jest go żal - to dopiero utrudnia odbiór Skina. I urealnia całą sprawę, bo przecież nie każdy kaleka jest inteligentnym i wrażliwym poetą.


Na stronie Ziniola tłumacz historii, Dominik Szcześniak (dobra i pewnie trudna robota, miejscami porównywałem polską wersję ze swoimi skanami i jestem zadowolony z przekładu - kolejna rzecz, dla której warto zainwestować w ten komiks) stwierdza, że Skin "chwyta za jaja i wykręca je". To prawda. Milligan i McCarthy nie silą się na kwieciste opisy i skomplikowane metafory, ich opowieść jest dosadna i subtelna jak kopniak w splot słoneczny. Nie ma złożonej fabuły, zaskakujących zwrotów akcji i pięknej powłoki, to żywe mięso pozbawione skóry. Historia sprowadzona do czynników pierwszych i opowiedziana w najprostszy i najbrutalniejszy sposób. Co by o niej nie mówić - robi wrażenie.

Ilustracje McCarthy'ego są żywe, bardzo malarskie i krzyczące jak opowieść, którą obrazują. W przypadku dobrych komiksów chyba za często stwierdzam, że rysunki idealnie pasują do treści, więc tym razem tego nie napiszę. I tak wiecie, co mam na myśli.


Zakup Skina polecam z kilku powodów. Po pierwsze: pokażmy wydawcy, że warto sprowadzać komiksy Milligana do Polski. Bo naprawdę warto. Po drugie: jest to dobrze przetłumaczony klasyk, który należy znać, kuszący samą krążącą wokół niego kontrowersją. Każdy powinien przekonać się, czy komiks ten oferuje coś więcej niż samą aurę zakazanej opowieści, oraz na ile Skin potrafi go zszokować. A potrafi, co jest trzecim powodem, dla którego wręcz należy mieć go na półce. Nie jest to dzieło genialne, czytałem wiele lepszych scenariuszy Milligana, ale nie da się zaprzeczyć: ten album szokuje. Może nie tak bardzo samymi perypetiami Martina, ale tematyką, którą odważył się poruszyć. To chyba jedyna wada Skina: nastawiłem się na wstrząs wywołany przez scenariusz, ale dużo bardziej przerażające są fakty dotyczące Talidomidu (ze wstępu: "Niemowlaki natomiast rodziły się bez oczu i uszu, czasami bez mózgu, z pozbawionymi członków korpusami, bez części twarzy, z zamknięciem odbytu czy też z katastrofalnymi deformacjami wewnątrz organizmu"). W obliczu tego, czego dowiadujemy się przed rozpoczęciem lektury, sam scenariusz nie jest już aż tak straszny.

Prawda szokuje bardziej niż fikcja, ale to dzięki fikcyjnej historii zaprezentowanej w komiksie ludzie mają okazję ujrzeć okropne fakty oraz rażącą niesprawiedliwość. I za to Skinowi chwała, chociaż swoim istnieniem raczej nie sprawi czytelnikowi przyjemności.

wtorek, 29 września 2009

Enigma [Peter Milligan & Duncan Fegredo] [recenzja]

1 komentarz:

Są komiksy, o których zwyczajnie boję się pisać. Wspominałem o tym przy okazji From Hell - historia Moore'a pozostawiała czytelnika bez jakiegokolwiek pola do popisu, nie dając mu możliwości wypowiedzenia się w interesujący sposób. Enigma Petera Milligana i Duncana Fegredo działa w odwrotny sposób - uwielbiam ten komiks tak bardzo, że mogę pisać o nim w kółko, a raczej bełkotać, wyrzucając z siebie nieskładne zdania mające być pochwałami. Nie chciałem pisać o tej ośmioczęściowej miniserii, ale w końcu otrzymałem paczkę z Enigmą oraz kompletem odcinków The Extremist (obie opowieści przeczytałem o wiele wcześniej - w połowie dzięki zebranym zeszytom, w połowie dzięki skanom) i stwierdziłem "Kiedyś przecież muszę to zrobić". Poza tym co jakiś czas wychwalam scenariusze Milligana, a okazuje się, że napisałem tu tylko o The Eaters oraz początkach Greek Street. Pora zabrać się za jego twórczość z większym zapałem, zaczynając od jego najlepszego, a w najgorszym wypadku jednego z najlepszych dzieł. We wstępie Grant Morrison słusznie zauważył, że żaden wstęp nie skłoni czytelnika do przeczytania/kupienia danego komiksu, ale kto wie, może ten tekst sprawi, że ktoś jednak sięgnie po Enigmę. Bardzo bym się z tego powodu cieszył.

Głównym bohaterem opowieści jest dwudziestokilkuletni Michael Smith, gość tak pospolity jak jego nazwisko. Michael żyje w świecie rutyny - we wtorki kocha się ze swoją dziewczyną, w sobotę odwiedza z nią kluby, a kiedy indziej robi inne rzeczy przypisane do danego dnia. Dodatkowym elementem szarej codzienności jest praca w charakterze osoby naprawiającej telefony. Trudno się dziwić, że Michael jest zrezygnowany i nie widzi w tym wszystkim sensu. Niezadowolenie z życia, pracy i związku sięga zenitu, jednak w pewnym momencie następuje impuls zachęcający go do zmiany. W okolicy pojawia się The Head, potwór zjadający ludzkie mózgi, tylko pozornie będący kiepskim i sztampowym pomysłem scenarzysty (a to nie jedyna tego typu postać znajdująca się na kartach tej opowieści). Michael przypomina sobie, że przecież w dzieciństwie czytał Enigmę, jego ulubiony komiks, w którym występował tajemniczy pożeracz mózgów. Żeby było śmieszniej, pozostali bohaterowie tamtej historii również pojawiają się w prawdziwym życiu, łącznie z tytułowym, najdziwniejszym i najbardziej zagadkowym. Michael postanawia zerwać ze swoimi dotychczasowymi przyzwyczajeniami oraz rozstać się z kobietą, z którą przecież wcale nie było mu dobrze, i odnaleźć Titusa Birda, autora komiksu. Może będzie wiedział, dlaczego wymyśleni przez niego bohaterowie ożyli?


Tak zaczyna się podróż, którą można nazwać odyseją Michaela Smitha, a jej celem jest odnalezienie swojego prawdziwego - i bardzo zaskakującego - ja. Nie jestem pierwszym, który wspomina o tym, że Milligan uwielbia temat tożsamości, zresztą dla każdego, kto zna jego komiksy, jest to oczywista oczywistość. Scenariusz Enigmy miażdży pod każdym względem, tworzy genialny nastrój, w niezwykle wiarygodny sposób konstruuje skomplikowaną psychikę Michaela i zaskakuje niemal bez przerwy, aż do ostatniej strony, na której dowiadujemy się, kim jest opowiadający całość wszechwiedzący narrator. Finał daje też do zrozumienia, co jest tu najważniejsze - wcale nie kulminacyjne starcie, które... a tego już dowiecie się pod koniec lektury. Rozwiązanie konfliktu zadziwia nie mniej niż odkrycie kart przez narratora.

Duncan Fegredo, a raczej DUNCAN FEGREDO. Nawet gdyby scenariusz był słaby, Enigmę mogłaby obronić sama oprawa graficzna. Mroczna, nastrojowa, początkowo bardzo niedbała kreska zmienia się i klaruje w miarę odkrywania przez Michaela Smitha swojej prawdziwej natury. Można było przeczytać o tym dużo wcześniej, w numerze magazynu Kazet poświęconemu Milliganowi, ale jest to coś, co nietrudno zauważyć samemu. Dodatkowym atutem ilustracji są kolory nałożone przez Sherylin van Valkenburgh - Fegredo chyba nie mógł trafić lepiej. W efekcie czytelnik otrzymuje genialną syntezę scenariusza, ilustracji i kolorów; każdy z tych elementów rzuca na kolana, zaś połączone w całość stanowią o wiele więcej niż tylko sumę części składowych.


Bałem się pisać o Enigmie, bo chyba żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, jak bardzo uwielbiam ten komiks oraz jakie wywarł na mnie wrażenie. Nie będąc znawcą stwierdzam, że ze wszystkich przeczytanych przeze mnie historii obrazkowych dzieło Milligana i Fegredo przegrywa chyba tylko z Watchmen, ale z drugiej strony ciężko porównywać te, różniące się prawie wszystkim, opowieści. Jeśli już czytałeś, być może potwierdzisz moje słowa, a jeśli nie... gdyby moja recenzja nie zachęcała do sięgnięcia po Enigmę wystarczająco mocno, mam małą prośbę: zdobądź ten komiks mimo wszystko, a jestem prawie pewny, że nie pożałujesz. Dla mnie jest to horror na stałe ulokowany w czołówce nie do pobicia, niesamowity evergreen zupełnie nie starzejący się z biegiem lat.

środa, 9 września 2009

Greek Street #2 [Peter Milligan & Davide Gianfelice] [recenzja]

Brak komentarzy:

Drugi numer "Greek Street" zachęca do dalszej przygody z tą serią jeszcze bardziej niż poprzedni. Na początku naszym oczom ukazuje się interesujący patent Milligana na streszczenie tego, co działo się wcześniej (ciekawe, czy będzie stałym punktem programu), a potem wreszcie mamy do czynienia z konkretami. Poprzednia część była dobra, ale zbyt szczegółowa - za dużo postaci i wątków jak na start, teraz wszystko zaczyna się klarować. I właśnie tego oczekiwałem. Peter Milligan znów pokazuje, na co go stać, mamy też klasyczne w jego przypadku mocne sceny - choćby ta, w której wspomniany poprzednio Eddie (postać nawiązująca do Edypa) pochopnie postanawia pozbyć się nieco innej części ciała, niż jego poprzednik. Innej, ale także bardzo ważnej. Dodajmy do tego kilka ciekawych wydarzeń, o których nie chcę pisać, żeby nie psuć komuś niespodzianki, a w efekcie mamy komiks zasługujący na dwa kciuki w górę - oby po każdym zeszycie pokazywane były z coraz większym entuzjazmem.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Greek Street #1 [Peter Milligan & Davide Gianfelice] [recenzja]

Brak komentarzy:

W #5 numerze "Ziniola" Peter Milligan wspominał o swojej fascynacji grecką i egipską mitologią, cieszył się też, że może zaprezentować to zainteresowanie w nowej serii z Vertigo - "Greek Street". Milligan i Vertigo - na samo wspomnienie kilku efektów tego połączenia przechodzą mnie ciarki (dosłownie). Jeden z moich ulubionych scenarzystów postanowił przenieść greckie mity we współczesne czasy. Historię zilustrował Davide Gianfelice, którego prac - przyznaję - albo jeszcze nie widziałem, albo widziałem i zapomniałem, że to on był ich autorem (wiem tylko, że rysował "Northlanders", jedną z wielu serii, które chciałbym poznać, ale nie mam na to wszystko czasu). Jaki jest efekt współpracy obu panów?

Efekt jest niezły, ale nie mam jeszcze zamiaru piać z zachwytu, skoro przeczytałem dopiero pierwszy odcinek. To zwykle za mało, żeby móc napisać coś poza "nie zapowiada się/zapowiada się dobrze". Tutaj zapowiada się dobrze, co bardzo mnie cieszy, bo jak podkreślałem wiele razy (nie tylko w tym miejscu) jestem wielkim fanem Petera Milligana i czekam z niecierpliwością na jego nowe historie. Także na kolejne zeszyty "Greek Street" - liczę na to, że ciąg dalszy mnie nie zawiedzie.

Premierowy numer pokazuje, że Milligan nie był gołosłowny mówiąc o mitach we współczesnych czasach. Te najbardziej widoczne, przynajmniej dla mnie, to powtórzenie historii Edypa (zgadza się, Eddie, jeden z głównych bohaterów, ma, jakby to ująć, kłopoty związane z matką) oraz motyw z przepowiedniami. Nie chcę streszczać akcji - choćbym nie chciał, tekst byłby spoilerem - napiszę tylko, że jak na tak krótki epizod, pierwszy "Greek Street" zawiera bardzo wiele wątków i wiele postaci, z których tylko niektóre stały się bliższymi znajomymi czytelnika, reszta musi pewnie poczekać na swoją kolej. Nie wiem, w jakim kierunku rozwinie się opowieść, ale podejrzewam, że nie trzeba będzie długo czekać na dalsze interakcje bohaterów (dalsze, bo kilka miało już miejsce).

Komiks jest poprawnie zilustrowany, ale nie natknąłem się na jakieś fajerwerki. Vertigo przyzwyczaiło już do tego, że często rysunki znajdują się na drugim planie, a najważniejszy jest scenariusz - tutaj wydaje się być tak samo. Jedyna uwaga jest taka, że nie zawsze podoba mi się to, jak Gianfelice obrazuje twarze, ale nie jest to wada odrzucająca mnie od historii. Ogląda się przyjemnie i co najważniejsze nie przeszkadza to przy czytaniu.

Jeszcze jedno - wydaje się, że "Greek Street" będzie komiksem dość wymagającym - nie mam złudzeń, nie każdy zauważy wszystkie aluzje do greckiej mitologii (sam pewnie przeoczyłem kilka z nich w tym odcinku i aż boję się, co będzie dalej), a być może w kolejnych epizodach będzie to wręcz wymagane do zrozumienia tego, "co autor miał na myśli". To tylko przypuszczenie, pewne jest natomiast to, że nieuważnym/niezaznajomionym z tematem czytelnikom umkną liczne smaczki (nie wierzę, że ich nie będzie). Z tego względu "Greek Street" może nie być komiksem dla wszystkich, mam jednak nadzieję, że będzie chociaż komiksem dla mnie.

środa, 1 kwietnia 2009

Face [Peter Milligan & Duncan Fegredo] [recenzja]

Brak komentarzy:
O Face wspomniałem po raz pierwszy pisząc recenzję The Eaters, prawie dwa lata temu, gdy w adresie tego bloga nie figurowało jeszcze słowo komiksofilia, a jakże ambitny zwrot comic books keep my dick hard. Może i nie byłem zabawny, ale już wtedy wiedziałem, że Peter Milligan i Duncan Fegredo to mistrzowski duet, którego dzieła są w stanie rzucić mnie na kolana. Dokładnie rok po recenzji The Eaters (teraz zastanawiam się, czy zrobiłem to przypadkiem, ale pewnie nie) napisałem laurkę ich Enigmie - dodam, że laurkę w pełni zasłużoną. W moim prywatnym rankingu ten pokręcony komiks wciąż stoi na podium. Nie mogę napisać tego samego o Face, jednak nie każę Wam czekać na podsumowanie i od razu zapewnię, że według mnie jest to komiks rewelacyjny. Jeśli więc nie znacie tej pozycji, a do tej pory zgadzaliście się z moimi opiniami, zdobądźcie ją jak najszybciej, nawet jeżeli nie przepadacie za horrorami. Bo nie da się zaprzeczyć, że ten one-shot z Vertigo może przestraszyć, a już na pewno trzymać w napięciu.

Jeśli chodzi o ilustracje, mógłbym napisać dokładnie to samo, co w recenzji Enigmy: są świetne. W dodatku kolory nałożyła tutaj ta sama osoba, czyli Sherylin van Valkenburgh. Jak dotąd zawsze mogłem napisać kilka ciepłych słów o rysunkach Duncana Fegredo, jednak dużo zależy właśnie od kolorów. Te znajdujące się w Face są o wiele mroczniejsze niż w Millennium Fever, doskonale pasując do panującej w komiksie atmosfery. Całość robi ogromne wrażenie oraz pokazuje, że praca ilustratora nie jest wyłącznie tłem dla scenariusza Milligana, a raczej pełnoprawnym partnerem w zbrodni i jednym z głównych atutów komiksu.

Pozornie scenariusz nie jest zbyt skomplikowany: jedna wyspa, czworo bohaterów; David, słynny chirurg plastyczny, jego żona Rebecca oraz Andrew Sphinx, światowej sławy malarz wraz ze swoim lokajem. Na początku wszystko wydaje się proste - zadaniem Davida jest zrobienie malarzowi operacji plastycznej. Ponieważ Sphinx nie jest przeciętnym zjadaczem chleba, a "największym żyjącym artystą" (poza tym woli spędzać czas z dala od ludzi; jego ostatnia znana fotografia ukazała się ponad dwadzieścia lat temu), może dyktować warunki i decyduje, że to chirurg wraz ze swoją żoną muszą wybrać się do niego, nie odwrotnie. Mają spędzić na rajskiej wyspie około sześciu miesięcy; Rebecca ukończy swoją zaniedbaną powieść, David zajmie się tym, w czym jest najlepszy, Andrew Sphinx, który z powodu braku natchnienia przestał malować wiele lat temu, zmieni twarz i odrodzi się niczym feniks z popiołów, a w efekcie wszyscy rozstaną się szczęśliwsi niż przed spotkaniem. Taki jest plan, ale, jak łatwo zgadnąć, wszystko się komplikuje. Wychodzi na jaw, że plany Davida i jego żony różnią się od planów Sphinxa oraz jego bezgranicznie posłusznego lokaja. Wtedy zaczyna się prawdziwy koszmar.

Milligan jak zwykle porusza temat tożsamości, zadaje pytania, jakie znaczenie ma ludzka twarz, czym jest sztuka i czy chirurgia plastyczna może być za nią uznawana. Najważniejsze jest jednak to, że tworzy interesujące postacie z krwi i kości, dodając im kilka obsesji oraz obaw, które, choć wydają się niewielkie i mało znaczące, tak naprawdę kierują ich życiem. Face to jedna z opowieści o bohaterach odciętych od świata, znajdujących się w miejscu, z którego niełatwo uciec i zmuszonych do radzenia sobie w ekstremalnych warunkach, czasami dzięki przekraczaniu granic własnej wytrzymałości i niebezpiecznym zbliżaniu się do popadnięcia w obłęd. Aż do dramatycznego finału czytelnik nie ma pojęcia, czy występujące w komiksie postacie wyjdą z tego bez szwanku, czy może wszystko zostało od początku do końca wyreżyserowane przez szaleńca.

Jeśli jeszcze nie wiecie, przekonajcie się sami.

poniedziałek, 29 września 2008

The Eaters [Peter Milligan & Dean Ormston] [recenzja]

Brak komentarzy:


Uwielbiam komiksy Petera Milligana. Kiedy byłem jeszcze w podstawówce, jego historie o Batmanie (takie jak "Idiota", "Mroczny rycerz mrocznego miasta", "Biblioteka dusz" i jeszcze kilka innych, których tytuły wyleciały mi z pamięci) powodowały, że naprawdę się bałem. Potem (wiele lat później) nadszedł czas świetnego "Shade'a", niesamowitej "Enigmy" oraz równie dobrej miniserii "The Extremist". Moje uwielbienie wzrastało z każdym kolejnym zeszytem wyżej wymienionych pozycji. W kolejce czekają jeszcze takie komiksy Milligana jak "Face", "Human Target", "Skin", "The Programme", "X-Statix" oraz "Tank Girl: The Odyssey". W międzyczasie przeczytałem one-shot zatytułowany "The Eaters".

Tag along with the Quills, an average middle-class suburban family who just happen to consume human flesh, as they snack their way across America. A black comedy of disturbing appetites and terryfying consequences, THE EATERS is cooked up by Peter Milligan and Dean Ormston.

Komiks mnie nie zachwycił. Rozumiem, że w założeniu miała to być czarna komedia, ale w żaden sposób nie usprawiedliwia to głupich postaci. Może tak miało być, ale jakoś to do mnie nie przemawia. Młoda dziewczyna zakochująca się w chłopaku po kilku godzinach od poznania się (i co z tego, że dość, hmmm, namiętnych, to i tak tylko kilka godzin)? Zaręczyny po kilku dniach? Facet, który dowiaduje się, że kolacja, którą spożył będąc gościem u miłej rodziny Quillsów (tytułowi "The Eaters") to jego partner biznesowy, po czym chce zabić tych, którzy tak go nakarmili, a później... zjeść ich, jakby ludzkie mięso uzależniało bardziej od cracku? Nie wiem, jakoś nie rzuciło mnie to na kolana.

Nie zrozum mnie źle, komiks jest niezły. To nie historia, którą czyta się na kiblu, a potem spuszcza razem z resztą. Ale nie zmienia to faktu, że po Peterze Milliganie spodziewałem się czegoś ciekawszego i jestem trochę zawiedziony. Zapoznałem się z "The Eaters" i założę się, że za tydzień nie będę już o tym pamiętał.

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa (uwaga, spoilery, a właściwie streszczenie całości). Otóż rodzina Quillsów bardzo lubi żywić się ludźmi. Przez ostatnie 18 lat w okolicy zaginęło ponad 2000 osób, ale kto by tam się tym przejmował, prawda? Nasi bohaterowie otrzymują nagrodę dla najlepszej amerykańskiej rodziny, zjadają jej dostawcę, karmią nim jego partnera biznesowego (który o fakcie dowiaduje się dopiero później i rozpoczyna pościg za wesołą rodzinką) i wyruszają na spotkanie ze znajomym, z którym lata temu rozpoczęli swoją kulinarną przygodę. Po drodze córka państwa Quill, Cassandra, poznaje niezbyt inteligentnego chłopaka, z którym po czasie się zaręcza i któremu zdradza rodzinny sekret, by mogli wspólnie rozkoszować się swoją specyficzną dietą. Narzeczony szybko godzi się z sytuacją, ale w końcu czego nie robi się z miłości? Wkurzony partner biznesowy dopada Quillsów, jednak kończy jako ich obiad. Niestety, cel podróży, znajomy rodziny, jest politykiem, który nie chce, aby jego zwyczaje wyszły na jaw. Nasyła na naszych kanibali (którzy nie lubią być nazywani kanibalami ani mordercami) zabójców. Giną wszyscy oprócz Cassandry, która ucieka i decyduje się zostać wegetarianką. Piękna historia.

Nie jest aż tak strasznie, jak to przedstawiłem, ale na pewno nie będę się modlił do tego komiksu. Mogę się modlić do "Enigmy", a o "The Eaters" wkrótce zapomnę. Nawet mimo niezłych rysunków, kojarzących mi się momentami (być może niesłusznie) z "Enigmą" właśnie. A także z historią "Aliens: Labirynt". Może i bredzę - jeśli tak, to proszę, nie bij.