
Na starcie nie ma długiego, wprowadzającego w skomplikowaną fabułę intra, nie ma zawiłej intrygi, gracz tak naprawdę w ogóle nie wie, o co tu chodzi. Tylko tyle, że przyszło mu wcielić się w postać małego robota, z niewiadomych przyczyn porzuconego na wysypisku śmieci. Co zrobić, trzeba pokombinować i jakoś złożyć się do kupy, a potem ruszyć przed siebie, odkryć, co czeka nas dalej. I na tym właśnie polega ta gra - na odkrywaniu tajemniczego dla nas świata, w którym żyją roboty. Jak w każdej przygodówce, każdy nowy obszar to nowe przedmioty i nowe zagadki, jednak w Machinarium należy także zrozumieć, co jest czym i do czego służy, bo najczęściej brakuje tu oczywistych rozwiązań, a niemal każdy element jest nowy i obcy. Odkrywanie wciąga, możecie mi wierzyć.

Grafika to jedna z największych zalet Machinarium. Wspominałem o komiksowych dymkach, dodam jeszcze, że bardzo chciałbym zobaczyć takie ilustracjie w jakiejś opowieści obrazkowej. Niektóre widoki dosłownie zapierają dech w piersiach i kiedy mamy do czynienia z jakimś trudnym problemem, sprawiają, że nie chce się poddawać, bo nawet bez rozwiązania danej zagadki można chodzić w kółko i podziwiać. Podziwianie zajęło mi większość czasu spędzonego z tą grą. Autorzy pokazali, że da się zrobić przygodówkę, która wygląda świetnie, choć jest pozbawiona unowocześnień i fajerwerków, zrobiona w starym stylu. Starym, ale nadal dobrym, jeśli potrafi się go wykorzystać w odpowiedni sposób.

Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak wygląda to w ruchu i z muzyką (o której nie wspominałem, ale która także jest świetna), poniżej zamieszczam zwiastun:
Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję.
tekst: Michał Misztal, recenzja napisana we wrześniu 2011 roku