Metody Marnowania Czasu: Dziennik 29 [Dimitris Chassapakis] [recenzja]

sobota, 13 kwietnia 2019

Dziennik 29 [Dimitris Chassapakis] [recenzja]


Obecnie dość rzadko zdarza mi się grać „na ekranie”, ale jeśli już do czegoś usiądę, najprawdopodobniej będzie to RPG albo przygodówka. Z jakiegoś powodu całe to kombinowanie z przedmiotami, zastanawianie się, czego użyć na czym, co połączyć, gdzie kliknąć daną rzeczą i tak dalej sprawia mi ogromną przyjemność. Z kolei łamigłówki zazwyczaj doprowadzają mnie do szału: kiedy widzę, że mam poprzestawiać kilkanaście dźwigni, żeby coś uruchomić, mam ochotę wyłączyć komputer i uciec z pokoju. Jeśli przygodówka ma wiele łamigłówek (jak choćby przepiękne Machinarium), mogę ją lubić, ale najprawdopodobniej będę miał z jej ukończeniem sporo trudności. 

Czyli: łamigłówki to zło. W związku z tym kupiliśmy sobie Dziennik 29, książko-grę zawierającą, a jakże, same łamigłówki.  

Ostatnia strona okładki mówi coś o zaginionych naukowcach, którzy odnaleźli ślady obcej cywilizacji, ale nie dajcie się zwieść, nie znajdziecie tu właściwie żadnej fabuły, jedynie suche rozwiązywanie zagadek. Nie ma tutaj przygody i, jeśli ktoś oczekiwał po niniejszej książce ciekawej historii, albo jeśli dla kogoś jest to coś wręcz niezbędnego, najlepiej niech Dziennik 29 sobie daruje.


Jeśli chodzi o mnie, miałem nadzieję, że jednak znajdzie się tu jakaś opowieść, ale nawet bez tego jeden z najnowszych tytułów od FoxGames powinien wzbudzić zainteresowanie potencjalnych graczy. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z czymś innym niż „zwykła” planszówka czy paragrafówka. Czyli coś zupełnie nowego i nieznanego albo co najmniej rzecz, na którą nie trafia się na każdym kroku. Po drugie, atrakcyjna cena – szkoda było nie sprawdzić, z czym to się je, za te niewiele ponad 20zł. No i sprawdziliśmy. 

Samo „mięso” Dziennika 29, czyli szukanie rozwiązań zagadek (pisanie, rysowanie, kreślenie, wycinanie i tak dalej), to naprawdę mogące dać sporo satysfakcji zajęcie. Najlepszy jest oczywiście moment „AHA!”, kiedy po chwili zastanawiania się dociera do nas, o co właściwie chodzi w danej łamigłówce. Z poziomem trudności bywa różnie, są rzeczy banalnie proste i te wymagające większego pomyślunku i/lub szeroko rozumianej wiedzy ogólnej. Zabawa jest przednia, zaś w razie czego mamy dostępny system podpowiedzi (ogólnie do grania w Dziennik 29, a konkretnie udzielania odpowiedzi oraz otrzymywania w nagrodę haseł-kluczy niezbędny jest Internet), bo bywa trudno. Rzecz jasna trafiło się parę łamigłówek, na które mógłbym ponarzekać, bo były zbyt proste (a nie ma tutaj zasady „im dalej, tym trudniej”, więc nigdy nie wiadomo, na co trafimy) albo nie podobała mi się ich koncepcja, jednak generalnie jest bardzo dobrze. Spędziliśmy z tą książka kilka przyjemnych wieczorów, a poza tym to nie jest tak, że w Dziennik 29 gra się identycznie jak w każdą inną planszówkę czy karciankę, czyli: siadamy, gramy, jest jakiś logiczny początek i finał partii. Nie, tutaj czasem trudno było rozstać się z grą, bo po rozwiązaniu zagadki z reguły mówiliśmy sobie, że jeszcze jedna, dobrze, teraz już ostatnia i jakoś nie mogliśmy przestać. Poza tym zdarzało nam się na przykład jeść po pracy obiad i rozmawiać o łamigłówce, na której przerwaliśmy granie dzień wcześniej. I to jest rewelacyjna sprawa – bardzo lubię tytuły, które siedzą we mnie nie tylko w czasie rozgrywki, ale też później.

Czyli: jest dobrze, w dodatku gra miała zdaje się całkiem niezłą i dość niecodzienną (specjalny autobus) promocję, mam więc wrażenie, że ma szansę trafić też do ludzi, którzy raczej nie ruszają typowych gier bez prądu. Dziennik 29 zdaje się krzyczeć z daleka, że jest czymś innym… i w zasadzie jest. W dodatku za śmieszne pieniądze.


Z jednej strony jestem z przygody z Dziennikiem 29 bardzo zadowolony, z drugiej czuję spory niedosyt. Głównie z powodu wspomnianego już braku jakiejkolwiek opowieści. Jasne, nie jest to nie wiadomo jak ogromny problem, ale dzięki dodatkowej narracji co kilka, chociaż co kilkanaście zagadek całość z pewnością prezentowałaby się o wiele lepiej i ciekawiej. Ostatnia strona okładki poniekąd obiecuje historię, tymczasem wpadając na kolejne odpowiedzi w ogóle nie czuliśmy, że szukamy zaginionych naukowców. Odkrywanie tajemnic obcej cywilizacji? Już prędzej, ale też nie do końca. No i finał, czyli kilka ostatnich zagadek, to za duża łatwizna; przeszliśmy przez to jak burza i spodziewaliśmy się punktu kulminacyjnego wynagradzającego rozwiązanie tych ponad 60 szarad… nie bardzo. Wychodzi na to, że gdybyśmy do przejścia części łamigłówek nie potrzebowali wcześniejszych kluczy, dałoby się podchodzić do nich w dowolnej kolejności. Nie da się tego zrobić, niemniej i tak nie rozwiązuje to problemu braku fabuły.

Jednoznaczna ocena Dziennika 29 jest dla mnie dość trudna, bo w trakcie "walki" z tą interaktywną książką było świetnie, po wszystkim entuzjazm trochę minął. Trawię to, trawię i chyba jednak nie umiem dać temu tytułowi konkretnej oceny, za to na pewno polecam i z czystym sumieniem stwierdzam, że warto po ten tytuł sięgnąć. Grałem już w lepsze rzeczy (sam Dziennik też mógłby być czymś o wiele lepszym, czuć tu nieco zmarnowany potencjał), za to nie grałem w nic podobnego i bardzo możliwe, że wy też nie – choćby z tego powodu warto spróbować.

tekst: Michał Misztal

PSSST! Pisałem też o kilku innych planszówkach.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

stat4u