Metody Marnowania Czasu: scott snyder
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scott snyder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scott snyder. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 września 2020

Co tam czytam? #16: Batman: Last Knight on Earth | Basketful of Heads | Crowded | Dhampire: Stillborn | Gideon Falls | Nameless | Stealth

Brak komentarzy:

Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało. Czyli pewnie rzadko.

sobota, 14 marca 2020

Co tam czytam? #13: The Batman Who Laughs | Joker: Killer Smile

Brak komentarzy:

Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie, tak często lub tak rzadko, jak będzie mi się chciało. Czyli pewnie rzadko.

niedziela, 3 marca 2019

Komiksowe Podsumowanie Miesiąca: Luty 2019

Brak komentarzy:

Swoje Planszówkowe Podsumowania Miesiąca robię już od dłuższego czasu, ale jakoś nigdy nie pomyślałem o tym, żeby robić to samo z komiksami. Próbowałem tego - nie wyszło, a przynajmniej nie wychodziło zbyt regularnie. Teraz powinno się udać. Będzie trochę inaczej niż z grami planszowymi, trudno mi jednak stwierdzić, jak dokładnie, bo robię to od niedawna, więc siłą rzeczy nie mam jeszcze opracowanej formuły tych tekstów. Zobaczymy, wyjdzie w praniu. Niech żyje własnym życiem i opracuje się samo:

sobota, 16 lutego 2019

Batman: I Am Gotham [Tom King & David Finch] [recenzja]

Brak komentarzy:
Twórczość Toma Kinga poznałem dopiero niedawno i miałem to szczęście, że zaraz na początku trafiłem na jego rewelacyjną miniserię Mister Miracle. Drugim tytułem Kinga, jaki wpadł w moje ręce, był The Vision. Obie te rzeczy pozwoliły mi przypuszczać, że mam do czynienia z geniuszem, a może nawet jednym z bogów komiksu. Następnie zabrałem się za I Am Gotham, zaś po lekturze dotarło do mnie całkiem sporo komentarzy mówiących, że Batman tego autora to jakieś smutne nieporozumienie, szczególnie pierwsze trzy tomy (I Am GothamI Am Suicide oraz I Am Bane). Później podobno seria się rozkręca, by znowu podupaść w okolicach owianego złą sławą #50 zeszytu. 

czwartek, 15 listopada 2018

Co tam czytam? (10) (Batman: White Knight, Moon Knight: Silent Knight i Batman: The Black Mirror)

Brak komentarzy:
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.


Batman: White Knight [Sean Murphy]

Zaczynamy od tego, że Joker przestał być Jokerem i znowu nazywa się Jack Napier, co jest przy okazji bardzo sympatycznym nawiązaniem do pewnego filmu. Co dalej? Na pierwszych stronach miniserii Seana Murphy’ego Jack, najwyraźniej pozbawiony szaleństwa swojego alter ego w fioletowym garniturze, odwiedza Batmana, który jest… zamknięty w Arkham. Trochę jak w historii Ostatni Arkham, którą tak dobrze pamiętam z dzieciństwa. 

Tyle że ja nie za bardzo lubię takie alternatywne wersje komiksowych serii. Kojarzą mi się tanimi chwytami rodem z Ziemi Jeden do scenariusza Geoffa Johnsa: niech Bullock będzie chudy, zaś z Alfreda zróbmy byłego komandosa, jest świetna koncepcja, mamy całkiem nowy komiks. 

Tylko że nie. Trzeba się naprawdę postarać, by nie wyszła z tego Ziemia Jeden albo na przykład Władza

niedziela, 11 lutego 2018

Batman: Śmierć rodziny [Scott Snyder & Greg Capullo] [recenzja]

Brak komentarzy:

Trybunał Sów i Miasto Sów Snydera i Capullo to komiksy lepsze od Oblicz śmierci oraz Technik zastraszania Tony'ego S. Daniela. Na pewno lepsze, co zresztą nie mogło być trudne do osiągnięcia, jednak mimo to nie czułem się w pełni usatysfakcjonowany po przeczytaniu któregokolwiek z wyżej wymienionych albumów. Poza tym, jak tu kochać te nowe Batmany, gdy obok leży wydane jakiś czas temu w Polsce Mroczne zwycięstwo? Z drugiej strony, kiedy dostałem w swoje ręce Śmierć rodziny, gdzie obwoluta robi za skórę Jokera (którą w Obliczach śmierci zdjął z jego twarzy niejaki Dollmaker), zaś poniżej, na okładce, znajduje się reszta, oczywiście obdarzona upiornym uśmiechem, a potem zauważyłem, że oprócz Capullo rysuje także JOCK (znany mi do tej pory z rewelacyjnych okładek Scalped), nie mogłem nie poczuć entuzjazmu.

czwartek, 10 listopada 2016

Amerykański wampir, tom 1 [Scott Snyder, Rafael Albuquerque & Stephen King] [recenzja]

Brak komentarzy:

Lubię wampiry. Nawet bardzo. I nie, nie chodzi mi o te piękne, wymuskane, mięciutkie istoty, w jakie zamieniła przerażających krwiopijców część współczesnej popkultury. Chodzi mi o prawdziwe wampiry. Te, które boją się słońca. Które się nie zakochują, a ich jedynym pragnieniem jest to, co płynie w żyłach ich ofiar. Może to dlatego, że byłem wychowany (choć to może za duże słowo) na Świecie Mroku, a konkretniej na karciance Vampire: the Eternal Struggle, stworzonej na podstawie słynnej gry fabularnej Wampir: Maskarada. To są prawdziwe wampiry, a nie jakieś rozmarzone popychadła!

Komiks Amerykański wampir zdaje się przywracać jedne z moich ulubionych fikcyjnych stworzeń do łask. Wskazuje na to wszystko: krótki opis na ostatniej stronie okładki, widniejąca na niej ilustracja, miejskie legendy zapewniające, jaką to świetną historię stworzyli Scott Snyder (scenariusz) i Rafael Albuquerque (ilustracje) z gościnnym udziałem Stephena Kinga, nagroda Eisnera za najlepszą serię... brzmi pięknie. Czy aby nie za pięknie?

Jednym z głównych bohaterów komiksu jest Skinner Sweet. Był zły do szpiku kości jeszcze zanim stał się wampirem, a właściwie tytułowym amerykańskim wampirem. Czy wspominałem, że lubię tych krwiopijców, którzy boją się słońca? Właśnie. Tutaj mamy kolejną ciekawą rzecz związaną z historią Snydera i Kinga, jakby tych wyliczonych w poprzednim akapicie było jeszcze za mało: album prezentuje nam początek wielowątkowej opowieści o ewolucji wampirzego gatunku. Otóż niedobry pan Sweet jest pierwszym wampirem, którego nie ima się światło dzienne... ma za to inne słabości, których z początku nie znamy. I to jest bardzo ciekawy pomysł, który jako czytelnik chętnie kupiłem. Cały tom pierwszy to pisany przez Kinga wątek o tym, jak Skinner został wampirem nowej generacji oraz rozgrywająca się w innych czasach opowieść Snydera o kobiecie, którą wbrew swojej woli została kolejnym egzemplarzem nowego rodzaju krwiopijcy.

Seria opiera się więc na bardzo ciekawym pomyśle, a pamiętajmy, że to dopiero początek. Później możliwości przeplatania ze sobą losów z reguły nienawidzących się nawzajem starych i amerykańskich wampirów są właściwie nieograniczone. Do tego może jedyne poprawna, jednak mimo to spełniająca swoją rolę kreska, mroczna kolorystyka... co mogło pójść nie tak?

Ten komiks krzyczy na odbiorcę, że jest wspaniałym albumem. W czasie lektury miałem za to wrażenie, że brakuje tu polotu, zarówno Snyderowi, jak i Kingowi. Czegoś, co sprawi, że moja pozbawiona wampirzych kłów szczęka opadnie tak, że uderzy o podłogę – bo właśnie takiego efektu oczekiwałem. Tymczasem dostałem zaledwie poprawną, jakby pisaną od linijki, pomimo swojej tematyki oraz mocnych scen zachowawczą opowieść, co w dużym stopniu rozczarowuje. Narracja nie powala, zaś bohaterowie wypowiadają kwestie zbyt często sprawiające wrażenie, że muszą padać dokładnie takie, a nie inne słowa, bo to przecież komiks o wampirach. Aha, do tego jeśli ktoś ma za chwilę zginąć z rąk wampira, jednak jeszcze o tym nie wie, jest spora szansa na to, że zaraz powie coś o krwi albo coś podobnego. Że niby co za ironia losu, bo zaraz ktoś wbije ostre zęby w jego szyję.

Na razie Amerykański wampir nie do końca mi odpowiada. Może to bardziej kwestia mojego nastawienia, bo gdybym miał być całkowicie obiektywny, komiks jest niezły i jeśli ktoś lubi tego rodzaju historie, warto zwrócić na niego uwagę. Sam nie skończyłem na pierwszym tomie i zabrnąłem już dużo dalej, co świadczy o tym, że nie jest to jednak całkowita porażka (choć może czytam głównie dlatego, że lubię wampiry?), ale nadal nie zmieniam zdania: niestety cały czas jest to przykład nie w pełni wykorzystanego potencjału.

tekst: Michał Misztal, recenzja opublikowana pierwotnie na stronie Gildii Komiksu