Metody Marnowania Czasu: zombie in my pocket
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zombie in my pocket. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zombie in my pocket. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 maja 2017

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Kwiecień 2017

Brak komentarzy:
27 partii w 11 tytułów (ostatnio 32 partie w 15 tytułów)

Najwięcej partii: Zombie in my Pocket (6)

Recenzja kieszonkowych zombiaków tutaj. Dociągnąłem do tych dziesięciu partii jedynie z poczucia obowiązku. Nie sądzę, żebym jeszcze kiedykolwiek chciał w to zagrać.

Nowości: Burning Rome (2), Ninja Koty (3), 

Udało mi się dorwać prototyp Burning Rome i muszę powiedzieć, że karcianka od SunTzuGames wygląda niezwykle obiecująco. Za sobą mam tylko dwie partie (obie przegrane) polegające raczej na rzucaniu kartoników po omacku niż na podejmowaniu świadomych decyzji, ale to dlatego, że Płonący Rzym jest pozycją dość złożoną w swojej prostocie. Sam wybór miejsca, gdzie położymy kartę, przynajmniej na początku nie jest łatwą sprawą. Czekam na kolejne partie i na moment, w którym załapię, co i jak i będę umiał dobrze grać oraz budować swoją talię. Bardzo ciekawa rzecz, polecam wrzucić na radar.

Z kolei Ninja Koty to kolejna z moich małych gier, które zdobyłem dzięki stronie wspieram.to. Paczka dotarła do graczy z kilkumiesięcznym opóźnieniem, niemniej w końcu jest. Po trzech podejściach nie napiszę za wiele, może tylko tyle, że tytuł Kudu Games ma interesującą mechanikę, ale jak na razie brakuje mi tu mocniejszego uderzenia. Gramy, jest dość ciekawie, i nagle koniec, po którym przegrany mówi: "Aha", z kolei wygrany też nie czuje wielkiej satysfakcji. Może to kwestia niewielkiej znajomości kart i ogólnie gry, a po większym opanowaniu kocich technik walki będzie lepiej - na razie jest po prostu w porządku.

Nowość miesiąca: Burning Rome

Powroty: Android: Netrunner (1), Onirim (4)

Po wielu miesiącach powróciliśmy na chwilę do Netrunnera, czyli mojej drugiej ulubionej gry. Pomimo dość długiej przerwy i tego, że ostatnio nie kupuję regularnie nowych paczek z kartami (bo częściej lądowałyby w szafie niż na stole), nadal twierdzę, że to rzecz wybitna. Nie jestem graczem turniejowym, nie ogarniam obecnego meta, nie wiem, czy gra  żyje i ma się dobrze, czy coś się psuje (albo czy przejedzie ją walcem nadchodząca Legenda Pięciu Kręgów), ale nadal jestem pełen podziwu dla tego tytułu i siedzi mi się przy nim świetnie. Chciałbym częściej.

Z kolei Onirim to ciąg dalszy moich prób przekonania się do karcianek dla jednego gracza. Pamiętałem, że lubię tę grę, ale cztery kwietniowe partie dość mocno mnie wynudziły. Może pora na uzupełnienie talii o choć jeden z dostępnych w pudełku małych dodatków.

Powrót miesiąca: Android: Netrunner

Stale na stole: Alien Frontiers (1), Guild Ball (5), Mare Nostrum: Imperia (2), Pandemia (1), Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island (1), Szachy (1)

Lubię właściwie wszystko z powyższej listy, ale oczywiście na prowadzenie wysuwają się Guild Ball i Mare Nostrum. Rozgrywkę w ten drugi tytuł zaczęliśmy kilka dni temu koło godziny 20:00 i skończyliśmy po północy, a wódka i piwo sprawiły, że nie za bardzo wiedziałem, kto, z kim i właściwie o co negocjuje. Partia pożarła nam stanowczo zbyt wiele czasu, ale trzeba przyznać, że było epicko. I właśnie za to kocham tę grę: pomimo kilku drażniących wad KAŻDY wieczór nad planszą do Mare Nostrum (nie licząc konfrontacji na dwóch graczy) to coś, co można długo wspominać. Jeśli zaś chodzi o Guild Ball, wszystko jest jasne - ostatnio to moje oczko w głowie. Nie ma chętnych na moje ulubione karcianki, to trudno, pogram w piłkę. Z drugiej strony, nie jest to smutna i trafiająca na stół z przymusu nagroda pocieszenia, tylko świetny, pełnokrwisty tytuł, do którego właściwie nie mam się o co przyczepić. Na pewno będę grał jeszcze długo.

Rozczarowanie miesiąca: Onirim - bo myślałem, że powrót będzie wyglądał lepiej

Gra miesiąca: Guild Ball i Mare Nostrum: Imperia

Nie potrafię zdecydować się na jedną.

Krótkie podsumowanie: Tak sobie z liczbą rozgrywek, ale już dużo lepiej z jakością. Burning Rome, Netrunner, Guild Ball, Mare Nostrum, Alien Frontiers, Robinson - dla tych rzeczy warto nie zrobić prania i przełożyć na kolejny dzień mycie naczyć.

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję. 

tekst i "zdjęcie": Michał Misztal

niedziela, 16 kwietnia 2017

Zombie in my Pocket [recenzja]

Brak komentarzy:
Lubię małe i proste gry, oczywiście jeżeli pod płaszczykiem prostoty kryją się ciekawe zasady oraz interesujące decyzje, jakie można podejmować w trakcie rozgrywki. Z kolei planszówki z etykietką print & play to dla mnie całkowicie niezbadany grunt, który wygląda na interesujący, a na dodatek oferujący sporo właśnie takich niewielkich tytułów. Są jeszcze gry dla jednego gracza: o ile w duże kooperacyjne planszówki takie jak Legendary czy Robinson jestem w stanie grać bez towarzystwa, pozycje mniejsze (jak choćby Onirim) nie są w moim odczuciu wystarczająco satysfakcjonujące. I teraz na scenę wchodzi gra Zombie in my Pocket, teoretycznie będąca dokładnie tym, czego szukam. To mała i prosta planszówka z etykietką print & play, przeznaczona dla jednej osoby. Brzmi świetnie!

Co prawda nie drążyłem tematu szczególnie intensywnie, ale tam, gdzie zaglądałem, szukając dobrych tytułów do samodzielnego wydruku, prawie za każdym razem polecane były dwa: Micropul oraz właśnie Zombie in my Pocket. Ten pierwszy już mam, nadeszła więc kolej na żywe trupy. Wydrukowanie całości (9 kart, 16 obszarów oraz instrukcja) wyniosło mnie 14zł. Jeśli taka kwota jest w stanie zapewnić mi dobrą rozrywkę, jestem za. Niech płoną pudła za ponad trzy stówy, muszę pozbyć się zombiaków.

W grze musimy odnaleźć znajdującą się w domu świątynię i zabrać z niej totem zombie(?). Następnie należy wynieść go na zewnątrz i zakopać na cmentarzu. Naszymi przeciwnikami są oczywiście tytułowe chodzące zwłoki (jak również kupa nietoperza), do swojej dyspozycji mamy natomiast 6 punktów życia, 1 punkt ataku i trzy godziny do północy, kiedy to zło zwycięża. Rozkład pomieszczeń oraz obszarów poza domem jest losowy: za każdym razem, kiedy chcemy przejść do nowego miejsca, ciągniemy płytkę z odpowiedniego stosu (wyróżniamy obszary wewnętrzne i zewnętrzne). Następnie ciągniemy kartę i rozpatrujemy jeden z trzech efektów, zależny od obecnej godziny. Efekty to z reguły atak pewnej liczby żywych trupów, utrata lub zyskanie punktu życia czy odnalezienie przedmiotu (w takiej sytuacji możemy zabrać kolejną kartę ze stosu i zatrzymać narysowaną na niej rzecz - prawdopodobnie jakiś rodzaj broni). Jeżeli trafimy na świątynię, ciągniemy kartę po dotarciu na jej obszar i kolejną za odszukanie totemu. Na cmentarzu postępujemy identycznie: karta po trafieniu na obszar i kolejna za pozbycie się złego artefaktu.

Jeżeli mamy pociągnąć kartę, ale na stosie nie ma żadnej, tworzymy nowy stos (za każdym razem składający się z 7 kart - dwie zawsze odrzucamy, również na początku partii) oraz notujemy upływ kolejnej godziny. Jeżeli wybija północ, przegrywamy. To samo dzieje się, jeśli stracimy wszystkie punkty życia. Walka jest równie prosta jak pozostałe zasady: od liczby napotkanych zombie odejmujemy naszą wartość ataku i tracimy punkty życia zgodne z wynikiem, o ile jest dodatni. Możemy stracić maksymalnie 4 punkty życia w jednej walce. Da się też uciekać (wtedy tracimy tylko 1 punkt życia, jednak wracamy na poprzedni obszar) oraz chować się (wtedy odrzucamy kartę ze stosu, ale zyskujemy 3 punkty życia, przy czym nasze parametry nie mają maksymalnych wartości).

"Lubię małe i proste gry"

Główny problem Zombie in my Pocket wygląda tak, że gra jest festiwalem losowości. Jednocześnie wygranie partii nie jest czymś skomplikowanym ani zapewniającym satysfakcję. Nie wymaga kombinowania, na gracza nie czekają emocjonujące wybory. Bywa, że goni nas uciekający czas albo czujemy na plecach oddech żywych trupów, ale w zasadzie każde niebezpieczeństwo można przyjąć na klatę i poradzić sobie bez większych problemów. Na dziesięć rozgrywek wygrałem osiem - mogłem wygrać dziewięć, ale w ostatniej poeksperymentowałem sobie i najpierw głównie odpoczywałem, żeby nabić swojej postaci punkty życia i dopiero potem wyruszyłem na poszukiwania totemu. Skończył mi się czas, ale gdybym grał normalnie, raczej wyszedłbym ze swoich zmagań zwycięsko. Wcześniejsza przegrana to wina tylko i wyłącznie pecha przy doborze obszarów i kart, nic, na co mógłbym w jakikolwiek sposób zareagować. Reszta wyglądała tak, że bez przerwy miałem wszystko pod kontrolą: zdobywałem przedmioty, w razie potrzeby uciekałem czy odpoczywałem, aż w pewnej chwili było już jasne, że nie ma szans na porażkę: nie mogło zabraknąć mi kart w talii ani punktów życia, a mój atak był dostatecznie wysoki, żeby radzić sobie z większością napotkanych grup zombie. Krótko mówiąc, żyć nie umierać.

Gra jest bardzo szybka (od trzech do maksymalnie ośmiu minut, przy czym ta druga skrajność liczona jest razem z czytaniem instrukcji), niemniej potrafi nieźle wynudzić. To za każdym razem ta sama gra, w której nie mamy zbyt wielkiego wpływu na to, co się dzieje. Losowe obszary, losowe karty i gdzieś w tym wszystkim główny bohater, który ma odnaleźć i zakopać totem, choć niespecjalnie go to interesuje. Zombie in my Pocket jest planszówką, która nie wywołuje niemal żadnych emocji. Po prostu sobie gramy, czasami podejmujemy jakąś decyzję (wziąć przedmiot czy nie, bo przecież upływ czasu, iść w prawo czy w lewo, walczyć czy uciekać, iść dalej czy odpocząć), ale bez wrażenia, że nasze wybory są choć trochę ważne. Tak czy inaczej wszystko rozstrzygnie los, który przecież nie za bardzo chce komplikować sprawy. Jedyną ciekawą mechanicznie rzeczą w tej grze jest wykorzystywanie kart na kilka różnych sposobów (trzy wydarzenia zależne od obecnej godziny oraz ewentualna możliwość pociągnięcia karty, by dostać przedmiot), ale to też nie jest coś powodującego, że graczom opadnie szczęka. Tak, wiem, że to miała być miniaturowa i prosta gra do noszenia w kieszeni, szkoda tylko, że nie ma w niej więcej... gry.

"Planszówki z etykietką print & play to dla mnie całkowicie niezbadany grunt"

Zastanawiam się, czemu ludzie polecający tytuły do samodzielnego wydruku w ogóle wymieniają Zombie in my Pocket. Poza łatwością przenoszenia tej planszówki z miejsca na miejsce oraz tym, że można ukończyć partię w ekspresowym tempie, gra nie ma właściwie żadnych atutów. Oczywiście ma się rozumieć, że Zombie w mojej kieszeni korzystają z uroku print & play: to jest MOJA gra. W każdym razie bardziej moja niż wspomniane wcześniej pudło za 300zł. Już wyjaśniam.

Choćby wydrukowanie planszówki print & play kosztowało niewiele, pozwala to nawiązać pewną więź ze "zdobytym" w ten sposób tytułem. Co więcej, w miarę możliwości możemy dostosować go do swoich potrzeb: wydrukować elementy planszy na papierze albo na drewnie czy pleksie, możemy nawet zrobić sobie makiety każdego z pomieszczeń, zamienić grę w małe arcydzieło. Taka planszówka będzie nam wtedy o wiele bliższa, bliższa nawet od znajdujących się gdzieś obok na półce drogich tytułów. To trochę jak z karciankami kolekcjonerskimi: sam wymyślam, co ma robić moja talia, sam ją składam, poświęcam czas, energię i pieniądze na zdobycie kart. Część znajdę w Internecie, inne dostanę dzięki wymianie z innymi graczami. Może to potrwać, ale dzięki temu będę bardziej emocjonalnie związany z taką grą niż z, powiedzmy, wyjętą z pudełka nową armią do Neuroshimy. Wiem, co piszę. Mój egzemplarz Micropula, choć sprawdziłby się wystarczająco dobrze na zwykłym papierze, został wydrukowany na HDF-ie i choć nie jest to jedna z moich ulubionych gier, nie sądzę, bym w najbliższym czasie zechciał się jej pozbyć.

Magia print & play działa, tyle że nawet ona nie zrobi z przeciętnej do bólu planszówki czegoś dobrego. Przykro mi, Zombie in my Pocket.

"Są jeszcze gry dla jednego gracza"

Losowość, brak większych emocji w czasie rozgrywki, za niski poziom trudności. Gra jest szybka i zajmuje niewiele miejsca, ma łatwe do przyswojenia zasady i działa. Jeśli nie macie zbyt wysokich wymagań, lubicie grać sami, szukacie związanej z zombiakami rozrywki na kilka minut, spróbujcie. Tylko uważajcie, bo z tą "rozrywką" może być różnie. Po dziesięciu partiach mam dosyć. Właściwie mógłbym napisać taką samą recenzję już po pięciu; testowałem Zombie in my Pocket wyłącznie z poczucia obowiązku i niemalże w bólach.

Na koniec mały raport z mojej najszybszej rozgrywki w omawiany tytuł, w czasie której szczęście wyjątkowo się do mnie uśmiechało:

Zaczynam w Foyer. W drugim ruchu od razu dobieram płytkę Evil Temple i ciągnę kartę: nic. Szukam totemu, czyli ciągnę drugą kartę: przedmiot. Dobieram dającą mi +2 do ataku maczetę. Kolejna płytka to Dining Room, jedyny obszar, z którego da się wydostać na zewnątrz. Ciągnę kartę: przedmiot. Dobieram piłę łańcuchową (+3 do ataku, ale bez dodatkowego paliwa można użyć jej tylko dwa razy). Wychodzę na Patio (domyślny obszar po wyjściu z Dining Room), dobieram kartę: nic. Następny wylosowany obszar to Graveyard. Dobieram kartę: dostaję +1 do punktów życia. Dobieram kolejną w ramach zakopywania totemu (w międzyczasie godzina z dziewiątej wieczorem przeskakuje na dziesiątą) i losuję cztery zombiaki, które bez uszczerbku na zdrowiu załatwiam piłą łańcuchową. Koniec gry. Ziewam i przechodzę do jednej z nieskończenie wielu ciekawszych czynności: zaczynam gapić się w sufit.

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję. 

tekst i "zdjęcie": Michał Misztal