Metody Marnowania Czasu: mare nostrum
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mare nostrum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mare nostrum. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2020

Moje ulubione gry bez prądu (2020): miejsca #10-1

Brak komentarzy:

Jest i pierwsza dziesiątka. Tak jak ostatnio, bardzo mało zmian, jedna nowa rzecz na liście, a poza tym zero przetasowań. Chyba jestem dość wierny swoim ulubionym grom bez prądu (nawet jeśli od dłuższego czasu nie widziałem ich rozłożonych na stole), być może przede wszystkim dlatego, że i tak grałem głównie w tytuł z pierwszego miejsca, który cały czas podtrzymuje moje zainteresowanie i sprawia, że nie potrzebuję wiele więcej. Tak czy inaczej, zaczynamy: 10 moich ulubionych gier bez prądu.

Poprzednie listy:
2020, miejsca #20-11
2019, miejsca #20-11 i #10-1
2018, miejsca #20-11 i #10-1
2017, miejsca #20-11 i #10-1
2016

wtorek, 15 stycznia 2019

Moje ulubione gry bez prądu (2019): miejsca #10-1

Brak komentarzy:

No i jest: pierwsza dziesiątka. Najlepsze (rzecz jasna moim skromnym zdaniem) gry bez prądu, w jakie grałem. Dwa nowe tytuły, kilka może i zaskakujących, ale niezbędnych przetasowań. Są też miejsca bez jakichkolwiek zmian, bo wydaje mi się, że mam tutaj rzeczy nie do ruszenia, choć oczywiście nie obrażę się, jeśli w całej tej zabawie i przygodzie znajdę gry jeszcze lepsze.

Poprzednie listy:
2019, miejsca #20-11
2018, miejsca #20-11 i #10-1
2017, miejsca #20-11 i #10-1
2016

wtorek, 9 stycznia 2018

Moje ulubione gry planszowe (2018): miejsca #10-1

Brak komentarzy:

Trochę ponad tydzień po miejscach #20-11 zapraszam do zapoznania się z resztą kolejnego wydania mojej listy ulubionych gier bez prądu. Jeśli porównacie ją z zeszłorocznym spisem, zobaczycie, że jestem raczej stały w uczuciach – większość tytułów jest na bardzo podobnej pozycji, co ostatnio. Nie znaczy to, że w 2017 nie poznałem wielu nowych planszówek. Wręcz przeciwnie, ale tak jakoś wyszło, że do pierwszej dziesiątki trafił tylko jeden z nich.

sobota, 11 listopada 2017

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Październik 2017

Brak komentarzy:
Cyclades
20 partii w 9 tytułów (ostatnio 50 partii w 10 tytułów)

Najwięcej partii: Karciane Podziemia (4), Super Rhino (4)

O Super Rhino wspominałem zarówno w podsumowaniu września jak i w recenzji, na razie nie mam więc zbyt wiele do dodania. Cały czas lubię, cały czas będę grał, chociaż z drugiej strony nie chcę przedobrzyć, żeby budowanie drapacza chmur za szybko mi się nie znudziło. W skrócie: bardzo polecam. Do Karcianych Podziemi nadal nie mogę się do końca przekonać; do wypróbowania został mi jeszcze tryb kampanii, który uważam za ostatnią szansę, by tytuł ten został u mnie w domu. Mówcie, co chcecie, nie ma tu moim zdaniem takiej ilości kombinowania, jak uważają niektórzy. Gra to przede wszystkim rzut kostkami, a następnie stawianie ich na odpowiednich polach i tyle. Owszem, da się manipulować wynikami rzutów, ale jest tego stanowczo za mało. Niezależnie od tego, czy wygrywam, czy przegrywam, czuję, że główną rolę w partii odegrało szczęście lub jego brak.

poniedziałek, 1 maja 2017

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Kwiecień 2017

Brak komentarzy:
27 partii w 11 tytułów (ostatnio 32 partie w 15 tytułów)

Najwięcej partii: Zombie in my Pocket (6)

Recenzja kieszonkowych zombiaków tutaj. Dociągnąłem do tych dziesięciu partii jedynie z poczucia obowiązku. Nie sądzę, żebym jeszcze kiedykolwiek chciał w to zagrać.

Nowości: Burning Rome (2), Ninja Koty (3), 

Udało mi się dorwać prototyp Burning Rome i muszę powiedzieć, że karcianka od SunTzuGames wygląda niezwykle obiecująco. Za sobą mam tylko dwie partie (obie przegrane) polegające raczej na rzucaniu kartoników po omacku niż na podejmowaniu świadomych decyzji, ale to dlatego, że Płonący Rzym jest pozycją dość złożoną w swojej prostocie. Sam wybór miejsca, gdzie położymy kartę, przynajmniej na początku nie jest łatwą sprawą. Czekam na kolejne partie i na moment, w którym załapię, co i jak i będę umiał dobrze grać oraz budować swoją talię. Bardzo ciekawa rzecz, polecam wrzucić na radar.

Z kolei Ninja Koty to kolejna z moich małych gier, które zdobyłem dzięki stronie wspieram.to. Paczka dotarła do graczy z kilkumiesięcznym opóźnieniem, niemniej w końcu jest. Po trzech podejściach nie napiszę za wiele, może tylko tyle, że tytuł Kudu Games ma interesującą mechanikę, ale jak na razie brakuje mi tu mocniejszego uderzenia. Gramy, jest dość ciekawie, i nagle koniec, po którym przegrany mówi: "Aha", z kolei wygrany też nie czuje wielkiej satysfakcji. Może to kwestia niewielkiej znajomości kart i ogólnie gry, a po większym opanowaniu kocich technik walki będzie lepiej - na razie jest po prostu w porządku.

Nowość miesiąca: Burning Rome

Powroty: Android: Netrunner (1), Onirim (4)

Po wielu miesiącach powróciliśmy na chwilę do Netrunnera, czyli mojej drugiej ulubionej gry. Pomimo dość długiej przerwy i tego, że ostatnio nie kupuję regularnie nowych paczek z kartami (bo częściej lądowałyby w szafie niż na stole), nadal twierdzę, że to rzecz wybitna. Nie jestem graczem turniejowym, nie ogarniam obecnego meta, nie wiem, czy gra  żyje i ma się dobrze, czy coś się psuje (albo czy przejedzie ją walcem nadchodząca Legenda Pięciu Kręgów), ale nadal jestem pełen podziwu dla tego tytułu i siedzi mi się przy nim świetnie. Chciałbym częściej.

Z kolei Onirim to ciąg dalszy moich prób przekonania się do karcianek dla jednego gracza. Pamiętałem, że lubię tę grę, ale cztery kwietniowe partie dość mocno mnie wynudziły. Może pora na uzupełnienie talii o choć jeden z dostępnych w pudełku małych dodatków.

Powrót miesiąca: Android: Netrunner

Stale na stole: Alien Frontiers (1), Guild Ball (5), Mare Nostrum: Imperia (2), Pandemia (1), Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island (1), Szachy (1)

Lubię właściwie wszystko z powyższej listy, ale oczywiście na prowadzenie wysuwają się Guild Ball i Mare Nostrum. Rozgrywkę w ten drugi tytuł zaczęliśmy kilka dni temu koło godziny 20:00 i skończyliśmy po północy, a wódka i piwo sprawiły, że nie za bardzo wiedziałem, kto, z kim i właściwie o co negocjuje. Partia pożarła nam stanowczo zbyt wiele czasu, ale trzeba przyznać, że było epicko. I właśnie za to kocham tę grę: pomimo kilku drażniących wad KAŻDY wieczór nad planszą do Mare Nostrum (nie licząc konfrontacji na dwóch graczy) to coś, co można długo wspominać. Jeśli zaś chodzi o Guild Ball, wszystko jest jasne - ostatnio to moje oczko w głowie. Nie ma chętnych na moje ulubione karcianki, to trudno, pogram w piłkę. Z drugiej strony, nie jest to smutna i trafiająca na stół z przymusu nagroda pocieszenia, tylko świetny, pełnokrwisty tytuł, do którego właściwie nie mam się o co przyczepić. Na pewno będę grał jeszcze długo.

Rozczarowanie miesiąca: Onirim - bo myślałem, że powrót będzie wyglądał lepiej

Gra miesiąca: Guild Ball i Mare Nostrum: Imperia

Nie potrafię zdecydować się na jedną.

Krótkie podsumowanie: Tak sobie z liczbą rozgrywek, ale już dużo lepiej z jakością. Burning Rome, Netrunner, Guild Ball, Mare Nostrum, Alien Frontiers, Robinson - dla tych rzeczy warto nie zrobić prania i przełożyć na kolejny dzień mycie naczyć.

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję. 

tekst i "zdjęcie": Michał Misztal

sobota, 1 kwietnia 2017

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Marzec 2017

Brak komentarzy:
32 partie w 15 tytułów (ostatnio 19 partii w 8 tytułów)

Najwięcej partii: Guild Ball (7)

Guild Ball wciąga mnie coraz bardziej, do tego stopnia, że mając x pieniędzy odłożonych na planszówki, zastanawiam się, co kupić: Chaos w Starym Świecie? Kemet? Misja: Czerwona Planeta? Suburbia? Myślę i myślę, po czym patrzę na te gry i zdaję sobie sprawę, że żadna z nich nie wygląda dla mnie szczególnie atrakcyjnie (a to najwyższe pozycje z mojej listy pudeł, które chciałbym widzieć u siebie na półce). Ale za to... hmm... ci dwaj zawodnicy bardzo pasowaliby do mojej gildii. Może jeszcze starter Union? Niedługo mają pojawić się farmerzy... na co mi jakiś Chaos w Starym Świecie?

Nowości: Star Wars: Imperial Assault (2), Zombie in my Pocket (4)

Michał zanurza się w tajemniczych odmętach print & play. Bardzo powoli: przy Micropulu wsadziłem do wody palec u nogi, w tej chwili mam już zanurzoną połowę stopy. O Zombie in my Pocket napiszę więcej wkrótce.

Lubię Descent. Obecnie trochę mniej, niż kiedyś, bo nie umiemy z Magdą w kampanię, nie zmienia to jednak faktu, że to tytuł, w który gram bardzo chętnie. Imperial Assault to taki Descent w zupełnie mi obojętnym świecie Gwiezdnych Wojen, tyle że nieco ulepszony. Po rozłożeniu na stole pierwszej misji kolega właściwie nie musiał tłumaczyć zasad. Kilka zmian, które zauważyłem (na przykład naprzemienny ruch jednostek dwóch stron) to raczej kosmetyka, nic, czego nie dałoby się wprowadzić do Descenta w ramach domowych zasad. Oczywiście na razie polizałem lód przez szybę, bo ukończyliśmy zaledwie dwie misje, ale podobało mi się (chociaż z powodu podobieństwa do Descenta nie byłem niczym zaskoczony, więc nie było i szału).

Nowość miesiąca: Star Wars: Imperial Assault, niech będzie

Powroty: Blood Rage (1), Gemblo Q (2), Neuroshima Hex! (2), Pandemia (1), T.I.M.E Stories (4)

Miło było powrócić po wielu miesiącach do Neuroshimy. To świetna gra i  bardzo żałuję, że nie gram w nią częściej. Blood Rage nadal pozwalający na interesujące kombinowanie i podejmowanie ciekawych decyzji, emocjonujący, a przy tym szybki (niecałe 50 minut na dwóch graczy). W swojej kategorii tytuł niemal idealny. Pandemia z mamą to dobrze spędzone pół godziny, nie rozumiem jednak fenomenu tej gry. Gemblo Q: lubię to proste (acz nie prostackie) układanie klocków i od czasu do czasu będę do tej gry wracał (zwłaszcza w towarzystwie ludzi, których odstraszają bardziej skomplikowane rzeczy), z kolei o powrocie do T.I.M.E Stories tutaj.

Powrót miesiąca: Neuroshima Hex!

Stale na stole: Alien Frontiers (2), Dungeon Forge (1), Guild Ball (7), Mare Nostrum: Imperia (1), Micropul (1), Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island (2), Set (1), Szachy (1)

O prawie każdej z tych gier wspominałem przy kilku innych okazjach. Jedyna "nowa" rzecz to sprawdzenie, jak działa Mare Nostrum na dwóch (tak jest, kupiłem Atlas). Działa tak sobie. Siłą Mare Nostrum są dla mnie negocjacje i gra nad stołem w ramach symulacji wojny na wielu frontach, zaś w grze jeden na jeden jasne jest, że nie ma o czym ze sobą rozmawiać. Do tego rozgrywka wcale nie trwała krócej, niż przy większej liczbie graczy, bo prawie dwie godziny - fakt, że z rozkładaniem całości, ale jednak. Cały czas uwielbiam ten tytuł, tylko nie wiem, czy będę jeszcze chciał grać na dwóch.

Rozczarowanie miesiąca: Zombie in my Pocket

Gra miesiąca: Guild Ball

Tak jak napisałem wyżej, fascynacja rośnie. Niedługo pewnie recenzja, chociaż muszę jeszcze trochę się ograć i poprosić kogoś, żeby dla porównania pokazał mi Blood Bowl.

Krótkie podsumowanie: Było jak na mnie dość intensywnie i zdecydowanie lepiej niż w lutym. Oby więcej takich miesięcy, chociaż nadal boli to, że tak wiele gier, a tak mało czasu.

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję. 

tekst i "zdjęcie": Michał Misztal

środa, 1 lutego 2017

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Styczeń 2017

Brak komentarzy:
28 partii w 16 tytułów 

Najwięcej partii: Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island (7)

Pod koniec miesiąca postanowiłem wreszcie pokonać kanibali, czyli poradzić sobie z jedynym scenariuszem z podstawki, jakiego do tej pory nie udało mi się ukończyć (próbowaliśmy kilka razy z Magdą, bez skutku, później Magdzie udało się wygrać samej i jakoś nie chciało nam się wspólnie do niego wracać). Za pierwszym razem dałem radę, okazało się jednak, że nie doczytałem kilku rzeczy związanych ze scenariuszem i po prostu grałem źle... musiałem zrobić jeszcze pięć podejść, przy czym po przedostatnim byłem wściekły, bo wyliczyłem wszystko tak, że wygrałbym pozostając z jednym punktem zdrowia. Niestety, na początku ostatniej tury wylosowałem kartę zadającą mi jedną ranę. Na szczęście później wreszcie się udało. Wczoraj przypomniałem sobie jeszcze scenariusz z King Kongiem. Robinson to wspaniała gra, zresztą jedna z moich ulubionych. Wróciłem po kilku miesiącach i teraz chcę jeszcze więcej.

Nowości: Heroclix (1), Metallum (1), Shadowrun Trading Card Game (1), Skarby Labiryntu (1)

W każdy z tych tytułów (ostatni to prototyp gry planszowej mojego kolegi) zagrałem tylko jeden raz, trudno mi więc się rozpisywać. Scenariusz z Żółwiami Ninja, który rozegraliśmy w ramach bitewniaka HeroClix to straszna nuda: od pierwszej do finałowej tury nic tylko ruszanie przeciwnikami, ewentualny ruch żółwiami, a potem rzucanie kostką, żeby zobaczyć, kto kogo trafił. Metallum wydaje się niezłe, jednak ilość móżdżenia trochę mnie zaskoczyła; mam wrażenie, że gra skończy jak Nightfall, bo jest to planszówka wymagająca stałego przeciwnika, z którym należałoby rozegrać wiele wspólnych partii. Z drugiej strony nie wydaje się aż tak dobra, żeby na to zasługiwała i żeby znalezienie kogoś takiego było łatwe. Shadowrun to sympatyczna ramotka. Raczej nie będzie to jedna z moich ulubionych karcianek, ale chętnie zagram jeszcze co najmniej kilka razy.

Powroty: Alien Frotniers (1), Cosmic Encounter (1), Cytadela (1), Dice Masters (1), Harry Potter Trading Card Game (1), Martwa Zima (1), Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island (7), Scythe (1) 

Powrót do większości tych gier to spora przyjemność, z dwoma wyjątkami: Dice Masters (chyba nigdy nie przekonam się do tego czegoś) i Scythe (piękne wykonanie, ale trochę wieje nudą i gdyby nie Magda, gra pewnie należałaby już do kogoś innego).

Stali bywalcy: Mare Nostrum: Imperia (1), Set (1), Sherlock 13 (2), Star Wars: Przeznaczenie (6)

O Mare Nostrum będzie za chwilę, zaś co do Przeznaczenia, po początkowym zachwycie doszedłem do wniosku, że to z całą pewnością nie jest gra dla mnie. Nie twierdzę, że jest zła. Nie jest też wybitna; to taki sympatyczny średniak. Niedawno kupiłem startery i parę boosterów, ale rezygnuję z dalszych zakupów i sprzedaję to, co mam. Jeśli ktoś będzie chciał wpaść do mnie z dwoma złożonymi taliami, pewnie zagram, chociaż zachwycony też raczej nie będę.

Gra miesiąca: Mare Nostrum: Imperia

Wreszcie udało się zagrać w pełnym składzie (czyli pięć osób, bo Atlas wciąż czeka na swoją kolej - pewnie gdyby nie Guild Ball, jutro wyjmowałbym z paczkomatu właśnie ten dodatek) i... jak dla mnie ta gra to jeszcze większa rewelacja niż wcześniej. Choć rozgrywka może trochę niepotrzebnie się przedłużyła i niemal przez cały jej czas byłem warzywem, i tak bawiłem się świetnie.

Krótkie podsumowanie: Trudno mi stwierdzić, czy te 28 partii to dużo, czy nie. Dla kogoś pewnie tak, inny gracz wyśmiałby taki wynik. Muszę zrobić jeszcze kilka podsumowań miesiąca, żeby przekonać się, jak wygląda moja średnia. Wydaje mi się, że planszówkowy styczeń mogę uważać za w miarę udany.

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję.

tekst: Michał Misztal

czwartek, 5 stycznia 2017

Moje ulubione gry planszowe (2017): miejsca #10-1

Brak komentarzy:

Przechodzimy do pierwszej dziesiątki moich ulubionych gier (o tytułach z miejsc #20-11 możecie przeczytać tutaj):


10: Alien Frontiers

Na samą myśl o tej grze zaczynam się uśmiechać. Wspominałem trochę o tym, jak bardzo ją lubię, tutaj i tutaj – od tej pory nic się nie zmieniło. Chcę więcej, muszę zdobyć dodatki (szczególnie Factions), kocham Alien Frontiers i jest to dla mnie idealny przykład tego, że gra polegająca na rzucaniu kostkami niekoniecznie musi mi się nie podobać. Zasłużone miejsce w pierwszej dziesiątce.


9: Legendary: A Marvel Deck Building Game [poprzednie miejsce: 5]

Recenzowałem już podstawkę i dodatek, dalej lubię (jak widać po miejscu na liście), ostatnio jakoś mniej grałem w Legendary, ale cóż, nie można grać we wszystko. Świetna, epicka przygoda z komiksowymi bohaterami, mająca o wiele więcej sensu niż Dice Masters (o DC Comics Deck-Building Game wolałbym nie pamiętać). Za dużo nowych tytułów, żeby regularnie zdejmować z półek wszystkie stare, ale na pewno będę wracał. 


8: Martwa Zima: Gra Rozdroży [poprzednie miejsce: 7]

Myślę, że moja recenzja zawiera wszystko, co mam do powiedzenia na temat Martwej Zimy. Teraz pytanie, jak sytuacja będzie wyglądała za rok – niedawno ukazało się rozszerzenie (i jednocześnie nowa podstawka) zatytułowane Długa Noc i wszystko wskazuje na to, że mogę spodziewać się jeszcze lepszych rozgrywek. Niestety, na razie pudło leży na półce, miałem okazję zagrać tylko raz, w dodatku w szkoleniowy scenariusz łagodnie zapoznający graczy z nowymi rzeczami. Pewnie wkrótce opiszę swoje pierwsze wrażenia. 


7: Cyklady

Cyklady bardzo polubiłem już na samym początku – fantastyczny tytuł, boję się tylko, że po wielu partiach może zacząć trochę się nudzić (swoją drogą, piszę te słowa 23 grudnia – ciekawe, czy pod choinką czeka na mnie jakiś dodatek?). Wygląda na to, że tak samo, jak potrzebuję rozrywkowej, pozwalającej mi wrócić do dzieciństwa gry ze statkami kosmicznymi (Alien Frontiers), niezbędna jest mi również planszówka z elementami mitologii oraz walk starożytnych armii na lądzie i morzu. Cyklady mają to wszystko, a do tego bardzo ciekawą mechanikę licytacji, całkowicie zmieniającą standardowe podejście do tego rodzaju gier, gdzie w swojej turze za każdym razem możemy wykonać kilka standardowych, zawsze tych samych rodzajów działań. Tutaj nie, najpierw trzeba złożyć ofiarę odpowiedniemu bogu. Nie wszystko w Cykladach mi odpowiada (to właściwie zbędna wypowiedź, nie ma gry, w której odpowiada mi wszystko), nie mam też za sobą niesamowitej ilości partii, ale jak na razie siadam do tej planszówki z prawdziwą przyjemnością. 


6: Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island [poprzednie miejsce: 4]

Ostatnio nie grałem w Robinsona za często (czuję, że pisałem to już o wielu innych grach na tej liście i trochę się powtarzam, prawda?). Nadal nie ukończyłem kampanii ani kilku dodatkowych scenariuszy, mam więc w co grać... tyle że wspominałem o tym już rok temu. Trochę wstyd. Nie zmienia to jednak faktu, że Adventure on the Cursed Island planszówką świetną jest, a jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego, zapraszam do przeczytania mojej recenzji.


5: Mare Nostrum: Imperia

Może to tylko złudne pierwsze wrażenie, może grałem za mało i po kilku kolejnych partiach zmienię zdanie o Mare Nostrum, na razie jestem jednak tą planszówką zachwycony i zafascynowany. Gdybym zrobił podsumowanie tytułów, które poznałem w 2016 roku i w które chce mi się jak najczęściej grać, Imperia z pewnością byłyby w pierwszej trójce, razem z Cykladami (które mają z Mare Nostrum dosyć dużo wspólnego) i... grą, która dopiero pojawi się na liście. Dla uważnych czytelników (mam w ogóle takich?) nie będzie to niespodzianką, ale przeczytacie o niej dopiero za chwilę.


4: Cosmic Encounter [poprzednie miejsce: 3]

Dalej chciałbym grać w Cosmic Encounter częściej. Może będzie okazja, bo gra w końcu ma ukazać się po polsku, co, poza rewelacyjną wiadomością związaną z moją ulubioną grą, jest chyba najciekawszą planszówkową zapowiedzią na przyszły rok. Już nie mogę się doczekać, bo głównym problemem był brak tłumaczenia kart obcych ze wszystkich dodatków, co wybitnie przeszkadzało w graniu z osobami, które angielski znają tak sobie albo wcale. Na początek polska podstawka, potem zobaczymy. Trzymam kciuki, bo Cosmic jest wielki.


3: Neuroshima Hex! [poprzednie miejsce: 2]

Znowu będę się powtarzał... tak, Neuroshima (recenzja o tu) to kolejny tytuł, który uwielbiam, ale ostatnio nie robię z nim nic poza patrzeniem, jak ładnie wygląda pudełko z grą na półce. Tak, wiem, że wypadałoby to zmienić, bo to pozycja, która zdecydowanie zasługuje na więcej partii na moim koncie. Za rok zobaczymy, co z tego wyszło, póki co wysokie miejsce na liście raczej pewne.


2: Android: Netrunner

To najwyższy debiut w tym wydaniu listy moich ulubionych gier. Dlaczego tak wysoko? Moja recenzja jest jeszcze dość świeża i od czasu jej napisania nie pojawiły się żadne nowe wnioski, odsyłam więc tutaj. To najlepsza karciana jeden na jeden w jaką grałem i wygrywa z nią tylko...


1: Vampire: the Eternal Struggle [poprzednie miejsce: 1]

Tak jest! Król może być tylko jeden. Pierwsze dwa miejsca mojej listy mówią też wiele o tym, jakim jestem graczem – najwyraźniej lubię dostosowywanie tego, czym gram, do własnych potrzeb i różnorodność, której raczej nie zapewnią zwykłe planszówki, gdzie wszystko mamy w pudle z grą (ewentualnie w dodatkach). W recenzji jęczałem, że nie mam okazji grać, na szczęście ostatnio znowu się to zmieniło i ponownie staramy się spotykać ze dwa razy w miesiącu i pić krew swoich wrogów, redukować poola oraz diabolizować. VTES to najlepsza karcianka, w jaką grałem, niezrównana jeśli chodzi o system grania z wieloma innymi oponentami (zapomnijcie o bezsensownym naparzaniu się każdy z każdym, od którego chce mi się wymiotować, kiedy widzę go w grach tego typu). Że niektóre karty są brzydkie? Że rozgrywka może trwać dwie godziny? Że konfliktogenna? Że przeszkadza eliminacja graczy? Że od czasu do czasu każdemu graczowi zdarzą się partie, w czasie których niemal od początku do końca jest „warzywem” i nie może prawie nic zrobić? Wszystko to jest brutalnie stratowane przez satysfakcję, jaką daje mi granie w Vampire'a. Od 2014 roku 113 rozgrywek na koncie i już nie mogę doczekać się kolejnych. 

Piszę to wszystko z jeszcze szerszym uśmiechem, niż powinienem, bo tym razem prezenty zaczęły pojawiać się dzień przed Wigilią: co prawda wiedziałem o tym już trochę wcześniej, ale wreszcie oficjalnie potwierdzono, że The Eternal Struggle po latach wraca do druku. Na razie nie wiadomo, czy będzie to jednorazowy strzał, czy początek kontynuacji, a może gra powróci po całkowitym resecie... nie wiem, ale moje martwe serce wampira ostatnio bije znacznie szybciej. Wygląda na to, że VTES zaliczy kolejny w swojej historii powrót, choć wydawało się, że to już niemożliwe. Ha! 

tekst: Michał Misztal

sobota, 17 grudnia 2016

Mare Nostrum: Imperia [pierwsze wrażenia]

Brak komentarzy:
Chyba nie wspominałem jeszcze, jak bardzo lubię Cyklady, ale poczekajcie na kolejną część cyklu Moje ulubione gry planszowe. Mare Nostrum: Imperia to tytuł, który wypełnia mniej więcej tę samą lukę w moim sercu gracza: starożytne armie, walka na lądzie i morzu, trochę mitologii. Co prawda nie ma tu Krakena, jednak po kilku partiach (pamiętajcie, że to cały czas pierwsze wrażenia) gra wydaje się dużo bardziej złożona i oferująca więcej możliwości.

Czego tu nie ma? Po pierwsze, są cztery możliwe warunki zwycięstwa: zwycięstwo poprzez prestiż (wybudowanie piramid), sławę (zdobycie pięciu kart bohatera i/lub cudu), podbój (kontrolowanie czterech stolic i/lub legendarnych miast) oraz przywództwo (posiadanie tytułu przywódcy handlowego, kulturowego i wojskowego na specjalnych torach). Są cztery imperia, którymi można grać: Rzym, Grecja, Egipt, Kartagina i Babilon, a każde z nich zaczyna rozgrywkę w innym miejscu na mapie i posiada bohatera startowego z inną specjalną zdolnością. 

Można walczyć, można handlować, można opanowywać kolejne prowincje i zdobywać nowe towary, można, a nawet trzeba rozmawiać z innymi graczami. Można próbować przechytrzyć przeciwników na różne sposoby, od cichego postawienia piramid, kiedy inni zajmują się wojną, po niespodziewane zwycięstwo militarne lub przez prowadzenie na wszystkich trzech torach. A najlepsze jest to, że każda z dotychczasowych rozgrywek bardziej niż ze zwykłym siedzeniem przy stole kojarzy mi się z wielką przygodą. 

Mare Nostrum: Imperia to gra dość szybka, względnie łatwa do nauczenia się, z mnóstwem interesujących decyzji do podjęcia i fantastycznym systemem walki oraz opanowywania prowincji przeciwnika, o czym więcej w recenzji, którą, mam nadzieję, będę mógł napisać już niedługo. Działa bardzo dobrze na trzech (to minimum) i czterech graczy, na pięciu jeszcze nie miałem okazji sprawdzać. Szybko znalazła się bardzo wysoko na liście moich ulubionych tytułów, ale mam też pewne obawy. Po wielu partiach może okazać się, że z powodu tych samych warunków startowych dla poszczególnych imperiów, zmagania za każdym razem będą wyglądały dość podobnie. Oczywiście wiele zależy od samych uczestników rozgrywek, niemniej możliwe, że pewne zagrania daną stroną mogą okazać się zawsze dobre lub złe (na przykład: Rzym zachowujący się zbyt agresywnie wobec Grecji, tym samym spychając ją do obrony, uniemożliwiając jej ekspansję na wschód i w grze w cztery osoby zostawiając puste prowincje, na których w spokoju mogą rozbudowywać się Egipcjanie). 

Pamiętajcie, że tylko gdybam – żeby się przekonać, muszę mieć za sobą więcej partii, ale ze wszystkich planszówek, jakie pojawiły się u mnie od początku października (jak na moje standardy, było ich całkiem sporo), w Mare Nostrum chce mi się grać najbardziej i mam nadzieję, że uda się robić to jak najczęściej.

Po tych kilku rozgrywkach jestem zachwycony. 

tekst: Michał Misztal