Metody Marnowania Czasu: alien frontiers
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alien frontiers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alien frontiers. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2020

Moje ulubione gry bez prądu (2020): miejsca #10-1

Brak komentarzy:

Jest i pierwsza dziesiątka. Tak jak ostatnio, bardzo mało zmian, jedna nowa rzecz na liście, a poza tym zero przetasowań. Chyba jestem dość wierny swoim ulubionym grom bez prądu (nawet jeśli od dłuższego czasu nie widziałem ich rozłożonych na stole), być może przede wszystkim dlatego, że i tak grałem głównie w tytuł z pierwszego miejsca, który cały czas podtrzymuje moje zainteresowanie i sprawia, że nie potrzebuję wiele więcej. Tak czy inaczej, zaczynamy: 10 moich ulubionych gier bez prądu.

Poprzednie listy:
2020, miejsca #20-11
2019, miejsca #20-11 i #10-1
2018, miejsca #20-11 i #10-1
2017, miejsca #20-11 i #10-1
2016

piątek, 25 stycznia 2019

Moje planszówkowe 10x10

Brak komentarzy:
 Wiem, że pewnie są od tego proste w obsłudze aplikacje, ale nic nie przebije kartki w kratkę i długopisu
Ludzie podejmują najróżniejsze wyzwania związane ze swoimi zainteresowaniami, na przykład: w 2019 roku przeczytam 52 książki. Jest i wyzwanie planszówkowe, polegające na zagraniu 10 razy w 10 wybranych przez siebie tytułów. Postanowiłem, że w tym roku sam spróbuję, bez wielkiego spinania się, bardziej żeby zobaczyć, jaki procent swojego celu osiągnę. Chodzi też o to, żeby grać częściej w gry, które zdecydowanie za rzadko widzę poza pudełkiem. Przewiduję, że będzie całkiem nieźle, bo trochę idę na łatwiznę. 

wtorek, 15 stycznia 2019

Moje ulubione gry bez prądu (2019): miejsca #10-1

Brak komentarzy:

No i jest: pierwsza dziesiątka. Najlepsze (rzecz jasna moim skromnym zdaniem) gry bez prądu, w jakie grałem. Dwa nowe tytuły, kilka może i zaskakujących, ale niezbędnych przetasowań. Są też miejsca bez jakichkolwiek zmian, bo wydaje mi się, że mam tutaj rzeczy nie do ruszenia, choć oczywiście nie obrażę się, jeśli w całej tej zabawie i przygodzie znajdę gry jeszcze lepsze.

Poprzednie listy:
2019, miejsca #20-11
2018, miejsca #20-11 i #10-1
2017, miejsca #20-11 i #10-1
2016

sobota, 5 stycznia 2019

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Grudzień 2018

Brak komentarzy:
Dominant Species
38 partii w 15 tytułów (ostatnio: 23 partie w 10 tytułów)

Najwięcej partii: The Mind (10)

Recenzja jest już w zasadzie gotowa i pewnie wrzucę ją tu w przyszłym tygodniu, więc nie będę się teraz rozpisywał. W skrócie: choć może nie jest to mistrzostwo świata, specyfika tej karcianki urzeka i potrafi wciągnąć.

Nowości: The Mind (10)

Zgadza się, z nowości w grudniu to tyle, co nie znaczy, że nie było ciekawie.

Nowość miesiąca: The Mind - napisałbym, że siłą rzeczy, ale nie byłoby to do końca prawdą. To po prostu dobra i ciekawa gra, którą zdecydowanie warto poznać.

wtorek, 9 stycznia 2018

Moje ulubione gry planszowe (2018): miejsca #10-1

Brak komentarzy:

Trochę ponad tydzień po miejscach #20-11 zapraszam do zapoznania się z resztą kolejnego wydania mojej listy ulubionych gier bez prądu. Jeśli porównacie ją z zeszłorocznym spisem, zobaczycie, że jestem raczej stały w uczuciach – większość tytułów jest na bardzo podobnej pozycji, co ostatnio. Nie znaczy to, że w 2017 nie poznałem wielu nowych planszówek. Wręcz przeciwnie, ale tak jakoś wyszło, że do pierwszej dziesiątki trafił tylko jeden z nich.

sobota, 11 listopada 2017

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Październik 2017

Brak komentarzy:
Cyclades
20 partii w 9 tytułów (ostatnio 50 partii w 10 tytułów)

Najwięcej partii: Karciane Podziemia (4), Super Rhino (4)

O Super Rhino wspominałem zarówno w podsumowaniu września jak i w recenzji, na razie nie mam więc zbyt wiele do dodania. Cały czas lubię, cały czas będę grał, chociaż z drugiej strony nie chcę przedobrzyć, żeby budowanie drapacza chmur za szybko mi się nie znudziło. W skrócie: bardzo polecam. Do Karcianych Podziemi nadal nie mogę się do końca przekonać; do wypróbowania został mi jeszcze tryb kampanii, który uważam za ostatnią szansę, by tytuł ten został u mnie w domu. Mówcie, co chcecie, nie ma tu moim zdaniem takiej ilości kombinowania, jak uważają niektórzy. Gra to przede wszystkim rzut kostkami, a następnie stawianie ich na odpowiednich polach i tyle. Owszem, da się manipulować wynikami rzutów, ale jest tego stanowczo za mało. Niezależnie od tego, czy wygrywam, czy przegrywam, czuję, że główną rolę w partii odegrało szczęście lub jego brak.

czwartek, 15 czerwca 2017

Alien Frontiers [recenzja]

Brak komentarzy:

To nie będzie recenzja. To będzie laurka.

Nawet jeśli uwielbiam jakąś planszówkę, niekoniecznie musi znaczyć to, że ją kocham, bo „kocham” to mocne słowo, nie tylko jeśli mówi się o grze. Alien Frontiers kocham i piszę to bez wahania. Mało która gra bez prądu (nawet z tych, które na liście moich ulubionych znajdują się wyżej od AF) wywołuje u mnie podobne uczucie, czyli prostą, niczym nieskrępowaną radość. To tytuł, który budzi moje wewnętrzne dziecko i choć wiem, że chwalę go bardziej niż powinienem i wbrew zdrowemu rozsądkowi, co z tego, skoro granie w Alien Frontiers zapewnia mi tak dużą satysfakcję? Wszystko tutaj bardzo dobrze się sprawdza i choć osobno nie robi nie wiadomo jak wielkiego wrażenia, jako całość dostarcza mi jedną z najlepszych rozgrywek przy planszy.

Zasady są dosyć proste, problemy może sprawiać jedynie duża liczba miejsc, na których umieszcza się kości oraz obszarów planety, które staramy się kontrolować. Na szczęście w większości przypadków ilustrowane skróty ułatwiają zapamiętanie, co i gdzie. Szkoda, że gra nie ma polskiej wersji językowej, bo choć wszelkie informacje w Alien Frontiers są jawne (nawet karty technologii obcych, jakie posiadamy, są widoczne dla pozostałych graczy), sprawia to, że osoba, która nie zna angielskiego, ma do zapamiętania trochę więcej rzeczy niż reszta.

Planszówka dobrze się skaluje – im więcej graczy, tym mniej kolonii, z którymi zaczynamy partię oraz miejsc, na których możemy kłaść statki kosmiczne. Przy dwóch osobach tłok jest nieco mniejszy, ale wcale nie oznaczało to u nas mniej interesujących rozgrywek.

Oczywiście, że gra polegająca głównie na rzutach kośćmi jest losowa, tyle że w trakcie rozgrywki nigdy nie odczuwałem, że jestem trzymany krótko przez wyniki, które udało mi się uzyskać. Właściwie zawsze jest co robić, w każdej turze możemy pójść do przodu, czy to zyskując surowce, karty czy nowe statki (o niezbędnych do zwycięstwa koloniach nie wspominając), czy blokując przeciwnika swoimi kostkami, tym samym uniemożliwiając mu zdobycie tego, co jest dla niego niezbędne. Gra przy tym wszystkim śmiga jak marzenie, jest dość szybka (mniej więcej 1,5 godziny na trzech graczy i niewiele dłużej na czterech – przynajmniej w naszym gronie i jeśli każdy mniej więcej wie, co i jak) i robi dokładnie to, co powinna robić planszówka: pozwala naprawdę przyjemnie spędzić czas w towarzystwie znajomych i piwska.

Alien Frontiers to rewelacyjnie wyglądająca planszówka. Wszystko, począwszy od planszy, przez karty, aż po kolonie czy specjalne obiekty prezentuje się świetnie. Połączenie tego w całość na stole sprawia, że tym bardziej chce się grać. Jedynie kostki nie wyglądają tak dobrze, są po prostu zwyczajne. Dodajmy do tego smaczki takie jak nazwanie obszarów planety na cześć znanych pisarzy science fiction albo "klimatyczne" ilustracje na planszy i jeśli chodzi o mnie, raczej nie odmówię kolejnej rozgrywki. Jest w całej tej otoczce coś, co niesamowicie na mnie działa, w dodatku sama rozgrywka jest idealnym przykładem dobrej zabawy, która jak na razie nie zdążyła mi się znudzić (nie mówiąc o tym, że już niedługo dostanę dodatek Factions). Planszówka bez wad? Na pewno nie, za to taka, która sprawia, że trudno mi coś w niej napiętnować. Owszem, czasami trwa za długo. Jeśli ktoś nie lubi negatywnej interakcji (okradanie przeciwników czy niszczenie im statków), raczej nie polubi Alien Frontiers. Tak, wiem, że pewnie są podobne (a może nawet lepsze) gry oparte na zbliżonej mechanice. Co z tego? W tym przypadku miłość jest ślepa.

Zabawny fakt: plansza do Alien Frontiers jest dwustronna. Do niedawna wydawało mi się, że autorzy umieścili z dwóch stron dokładnie tę samą ilustrację. Dlaczego mieliby to zrobić? Myślałem: a czemu nie? Zdaje się, że Pan Lodowego Ogrodu miał z dwóch stron plansze w różnych odcieniach, a tutaj ktoś wpadł na pomysł, że zrobi dwie identyczne. Dopiero jakieś dwa tygodnie temu, po niemal dwóch latach od zakupu tej gry i całkiem sporej liczbie partii, dotarło do mnie, że miejsca na statki kosmiczne są na jednej ze stron w kształcie kostek, zaś na drugiej w kształcie rakiet. Zauważyłem to, kiedy rozłożyłem całość na stole i doszedłem do wniosku, że coś tu przecież nie pasuje. Musiałem kilkanaście razy zupełnie przypadkiem, przed każdą grą, rozkładać planszę zawsze po tej samej stronie. I nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce: przy dwóch albo trzech graczach mamy prostokątne tekturowe elementy służące do zasłaniania pewnych miejsc na kostki, aha! To właśnie po to jest cała ta tektura w kształcie rakiet, którą do tej pory uważałem za zbędną.

Co do podsumowania, będzie krótkie: kocham. Czekam na dodatek. Naprawdę muszę dodawać coś jeszcze?

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję. 

tekst i "zdjęcia": Michał Misztal

poniedziałek, 1 maja 2017

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Kwiecień 2017

Brak komentarzy:
27 partii w 11 tytułów (ostatnio 32 partie w 15 tytułów)

Najwięcej partii: Zombie in my Pocket (6)

Recenzja kieszonkowych zombiaków tutaj. Dociągnąłem do tych dziesięciu partii jedynie z poczucia obowiązku. Nie sądzę, żebym jeszcze kiedykolwiek chciał w to zagrać.

Nowości: Burning Rome (2), Ninja Koty (3), 

Udało mi się dorwać prototyp Burning Rome i muszę powiedzieć, że karcianka od SunTzuGames wygląda niezwykle obiecująco. Za sobą mam tylko dwie partie (obie przegrane) polegające raczej na rzucaniu kartoników po omacku niż na podejmowaniu świadomych decyzji, ale to dlatego, że Płonący Rzym jest pozycją dość złożoną w swojej prostocie. Sam wybór miejsca, gdzie położymy kartę, przynajmniej na początku nie jest łatwą sprawą. Czekam na kolejne partie i na moment, w którym załapię, co i jak i będę umiał dobrze grać oraz budować swoją talię. Bardzo ciekawa rzecz, polecam wrzucić na radar.

Z kolei Ninja Koty to kolejna z moich małych gier, które zdobyłem dzięki stronie wspieram.to. Paczka dotarła do graczy z kilkumiesięcznym opóźnieniem, niemniej w końcu jest. Po trzech podejściach nie napiszę za wiele, może tylko tyle, że tytuł Kudu Games ma interesującą mechanikę, ale jak na razie brakuje mi tu mocniejszego uderzenia. Gramy, jest dość ciekawie, i nagle koniec, po którym przegrany mówi: "Aha", z kolei wygrany też nie czuje wielkiej satysfakcji. Może to kwestia niewielkiej znajomości kart i ogólnie gry, a po większym opanowaniu kocich technik walki będzie lepiej - na razie jest po prostu w porządku.

Nowość miesiąca: Burning Rome

Powroty: Android: Netrunner (1), Onirim (4)

Po wielu miesiącach powróciliśmy na chwilę do Netrunnera, czyli mojej drugiej ulubionej gry. Pomimo dość długiej przerwy i tego, że ostatnio nie kupuję regularnie nowych paczek z kartami (bo częściej lądowałyby w szafie niż na stole), nadal twierdzę, że to rzecz wybitna. Nie jestem graczem turniejowym, nie ogarniam obecnego meta, nie wiem, czy gra  żyje i ma się dobrze, czy coś się psuje (albo czy przejedzie ją walcem nadchodząca Legenda Pięciu Kręgów), ale nadal jestem pełen podziwu dla tego tytułu i siedzi mi się przy nim świetnie. Chciałbym częściej.

Z kolei Onirim to ciąg dalszy moich prób przekonania się do karcianek dla jednego gracza. Pamiętałem, że lubię tę grę, ale cztery kwietniowe partie dość mocno mnie wynudziły. Może pora na uzupełnienie talii o choć jeden z dostępnych w pudełku małych dodatków.

Powrót miesiąca: Android: Netrunner

Stale na stole: Alien Frontiers (1), Guild Ball (5), Mare Nostrum: Imperia (2), Pandemia (1), Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island (1), Szachy (1)

Lubię właściwie wszystko z powyższej listy, ale oczywiście na prowadzenie wysuwają się Guild Ball i Mare Nostrum. Rozgrywkę w ten drugi tytuł zaczęliśmy kilka dni temu koło godziny 20:00 i skończyliśmy po północy, a wódka i piwo sprawiły, że nie za bardzo wiedziałem, kto, z kim i właściwie o co negocjuje. Partia pożarła nam stanowczo zbyt wiele czasu, ale trzeba przyznać, że było epicko. I właśnie za to kocham tę grę: pomimo kilku drażniących wad KAŻDY wieczór nad planszą do Mare Nostrum (nie licząc konfrontacji na dwóch graczy) to coś, co można długo wspominać. Jeśli zaś chodzi o Guild Ball, wszystko jest jasne - ostatnio to moje oczko w głowie. Nie ma chętnych na moje ulubione karcianki, to trudno, pogram w piłkę. Z drugiej strony, nie jest to smutna i trafiająca na stół z przymusu nagroda pocieszenia, tylko świetny, pełnokrwisty tytuł, do którego właściwie nie mam się o co przyczepić. Na pewno będę grał jeszcze długo.

Rozczarowanie miesiąca: Onirim - bo myślałem, że powrót będzie wyglądał lepiej

Gra miesiąca: Guild Ball i Mare Nostrum: Imperia

Nie potrafię zdecydować się na jedną.

Krótkie podsumowanie: Tak sobie z liczbą rozgrywek, ale już dużo lepiej z jakością. Burning Rome, Netrunner, Guild Ball, Mare Nostrum, Alien Frontiers, Robinson - dla tych rzeczy warto nie zrobić prania i przełożyć na kolejny dzień mycie naczyć.

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję. 

tekst i "zdjęcie": Michał Misztal

czwartek, 5 stycznia 2017

Moje ulubione gry planszowe (2017): miejsca #10-1

Brak komentarzy:

Przechodzimy do pierwszej dziesiątki moich ulubionych gier (o tytułach z miejsc #20-11 możecie przeczytać tutaj):


10: Alien Frontiers

Na samą myśl o tej grze zaczynam się uśmiechać. Wspominałem trochę o tym, jak bardzo ją lubię, tutaj i tutaj – od tej pory nic się nie zmieniło. Chcę więcej, muszę zdobyć dodatki (szczególnie Factions), kocham Alien Frontiers i jest to dla mnie idealny przykład tego, że gra polegająca na rzucaniu kostkami niekoniecznie musi mi się nie podobać. Zasłużone miejsce w pierwszej dziesiątce.


9: Legendary: A Marvel Deck Building Game [poprzednie miejsce: 5]

Recenzowałem już podstawkę i dodatek, dalej lubię (jak widać po miejscu na liście), ostatnio jakoś mniej grałem w Legendary, ale cóż, nie można grać we wszystko. Świetna, epicka przygoda z komiksowymi bohaterami, mająca o wiele więcej sensu niż Dice Masters (o DC Comics Deck-Building Game wolałbym nie pamiętać). Za dużo nowych tytułów, żeby regularnie zdejmować z półek wszystkie stare, ale na pewno będę wracał. 


8: Martwa Zima: Gra Rozdroży [poprzednie miejsce: 7]

Myślę, że moja recenzja zawiera wszystko, co mam do powiedzenia na temat Martwej Zimy. Teraz pytanie, jak sytuacja będzie wyglądała za rok – niedawno ukazało się rozszerzenie (i jednocześnie nowa podstawka) zatytułowane Długa Noc i wszystko wskazuje na to, że mogę spodziewać się jeszcze lepszych rozgrywek. Niestety, na razie pudło leży na półce, miałem okazję zagrać tylko raz, w dodatku w szkoleniowy scenariusz łagodnie zapoznający graczy z nowymi rzeczami. Pewnie wkrótce opiszę swoje pierwsze wrażenia. 


7: Cyklady

Cyklady bardzo polubiłem już na samym początku – fantastyczny tytuł, boję się tylko, że po wielu partiach może zacząć trochę się nudzić (swoją drogą, piszę te słowa 23 grudnia – ciekawe, czy pod choinką czeka na mnie jakiś dodatek?). Wygląda na to, że tak samo, jak potrzebuję rozrywkowej, pozwalającej mi wrócić do dzieciństwa gry ze statkami kosmicznymi (Alien Frontiers), niezbędna jest mi również planszówka z elementami mitologii oraz walk starożytnych armii na lądzie i morzu. Cyklady mają to wszystko, a do tego bardzo ciekawą mechanikę licytacji, całkowicie zmieniającą standardowe podejście do tego rodzaju gier, gdzie w swojej turze za każdym razem możemy wykonać kilka standardowych, zawsze tych samych rodzajów działań. Tutaj nie, najpierw trzeba złożyć ofiarę odpowiedniemu bogu. Nie wszystko w Cykladach mi odpowiada (to właściwie zbędna wypowiedź, nie ma gry, w której odpowiada mi wszystko), nie mam też za sobą niesamowitej ilości partii, ale jak na razie siadam do tej planszówki z prawdziwą przyjemnością. 


6: Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island [poprzednie miejsce: 4]

Ostatnio nie grałem w Robinsona za często (czuję, że pisałem to już o wielu innych grach na tej liście i trochę się powtarzam, prawda?). Nadal nie ukończyłem kampanii ani kilku dodatkowych scenariuszy, mam więc w co grać... tyle że wspominałem o tym już rok temu. Trochę wstyd. Nie zmienia to jednak faktu, że Adventure on the Cursed Island planszówką świetną jest, a jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego, zapraszam do przeczytania mojej recenzji.


5: Mare Nostrum: Imperia

Może to tylko złudne pierwsze wrażenie, może grałem za mało i po kilku kolejnych partiach zmienię zdanie o Mare Nostrum, na razie jestem jednak tą planszówką zachwycony i zafascynowany. Gdybym zrobił podsumowanie tytułów, które poznałem w 2016 roku i w które chce mi się jak najczęściej grać, Imperia z pewnością byłyby w pierwszej trójce, razem z Cykladami (które mają z Mare Nostrum dosyć dużo wspólnego) i... grą, która dopiero pojawi się na liście. Dla uważnych czytelników (mam w ogóle takich?) nie będzie to niespodzianką, ale przeczytacie o niej dopiero za chwilę.


4: Cosmic Encounter [poprzednie miejsce: 3]

Dalej chciałbym grać w Cosmic Encounter częściej. Może będzie okazja, bo gra w końcu ma ukazać się po polsku, co, poza rewelacyjną wiadomością związaną z moją ulubioną grą, jest chyba najciekawszą planszówkową zapowiedzią na przyszły rok. Już nie mogę się doczekać, bo głównym problemem był brak tłumaczenia kart obcych ze wszystkich dodatków, co wybitnie przeszkadzało w graniu z osobami, które angielski znają tak sobie albo wcale. Na początek polska podstawka, potem zobaczymy. Trzymam kciuki, bo Cosmic jest wielki.


3: Neuroshima Hex! [poprzednie miejsce: 2]

Znowu będę się powtarzał... tak, Neuroshima (recenzja o tu) to kolejny tytuł, który uwielbiam, ale ostatnio nie robię z nim nic poza patrzeniem, jak ładnie wygląda pudełko z grą na półce. Tak, wiem, że wypadałoby to zmienić, bo to pozycja, która zdecydowanie zasługuje na więcej partii na moim koncie. Za rok zobaczymy, co z tego wyszło, póki co wysokie miejsce na liście raczej pewne.


2: Android: Netrunner

To najwyższy debiut w tym wydaniu listy moich ulubionych gier. Dlaczego tak wysoko? Moja recenzja jest jeszcze dość świeża i od czasu jej napisania nie pojawiły się żadne nowe wnioski, odsyłam więc tutaj. To najlepsza karciana jeden na jeden w jaką grałem i wygrywa z nią tylko...


1: Vampire: the Eternal Struggle [poprzednie miejsce: 1]

Tak jest! Król może być tylko jeden. Pierwsze dwa miejsca mojej listy mówią też wiele o tym, jakim jestem graczem – najwyraźniej lubię dostosowywanie tego, czym gram, do własnych potrzeb i różnorodność, której raczej nie zapewnią zwykłe planszówki, gdzie wszystko mamy w pudle z grą (ewentualnie w dodatkach). W recenzji jęczałem, że nie mam okazji grać, na szczęście ostatnio znowu się to zmieniło i ponownie staramy się spotykać ze dwa razy w miesiącu i pić krew swoich wrogów, redukować poola oraz diabolizować. VTES to najlepsza karcianka, w jaką grałem, niezrównana jeśli chodzi o system grania z wieloma innymi oponentami (zapomnijcie o bezsensownym naparzaniu się każdy z każdym, od którego chce mi się wymiotować, kiedy widzę go w grach tego typu). Że niektóre karty są brzydkie? Że rozgrywka może trwać dwie godziny? Że konfliktogenna? Że przeszkadza eliminacja graczy? Że od czasu do czasu każdemu graczowi zdarzą się partie, w czasie których niemal od początku do końca jest „warzywem” i nie może prawie nic zrobić? Wszystko to jest brutalnie stratowane przez satysfakcję, jaką daje mi granie w Vampire'a. Od 2014 roku 113 rozgrywek na koncie i już nie mogę doczekać się kolejnych. 

Piszę to wszystko z jeszcze szerszym uśmiechem, niż powinienem, bo tym razem prezenty zaczęły pojawiać się dzień przed Wigilią: co prawda wiedziałem o tym już trochę wcześniej, ale wreszcie oficjalnie potwierdzono, że The Eternal Struggle po latach wraca do druku. Na razie nie wiadomo, czy będzie to jednorazowy strzał, czy początek kontynuacji, a może gra powróci po całkowitym resecie... nie wiem, ale moje martwe serce wampira ostatnio bije znacznie szybciej. Wygląda na to, że VTES zaliczy kolejny w swojej historii powrót, choć wydawało się, że to już niemożliwe. Ha! 

tekst: Michał Misztal

środa, 6 lipca 2016

Alien Frontiers [pierwsze wrażenia]

Brak komentarzy:
Słyszy to każdy, komu wspominam o Alien Frontiers: ta gra jak mało która potrafi wydobyć ze mnie moje wewnętrzne dziecko. Po kilku rozgrywkach mogę stwierdzić, że zdecydowanie ją kocham (właśnie tak!) i choć sama w sobie może nie jest oszałamiająca (właściwie żaden pomysł związany z mechaniką nie powala na kolana), jej największym atutem jest to, jak wszystko w niej idealnie ze sobą współgra. Mamy tu statki kosmiczne, klimat starego science fiction, wspaniałe ilustracje, rzucanie kostkami dające później możliwość podejmowania wielu ważnych i ciekawych decyzji, kontrolowanie obszarów, technologie obcych, zbieranie surowców, całkiem sporo negatywnej interakcji oraz jeszcze parę innych, również sprawdzających się bez zarzutu rzeczy. I choć, nie licząc warstwy graficznej, z osobna każdy element Alien Frontiers jest jedynie przyzwoity, po połączeniu ich w całość powstaje coś pięknego. Wychodzi na to, że można dogłębnie analizować wszystko po kolei, robić wykresy i słupki, ale najważniejsze w tej planszówce jest dla mnie to, że rozłożenie jej na stole gwarantuje mi rewelacyjną zabawę. Zdaję sobie sprawę, że chwalę tę grę bardziej niż powinienem czy niż na to zasługuje, ale to jeden z moich ulubionych tytułów – co z tego, że pewnie wbrew zdrowemu rozsądkowi? Jedyny możliwy smutny koniec tej pięknej historii może być spowodowany tym, że Alien Frontiers szybko mi się znudzi, bo na razie jestem tylko po kilku rozgrywkach. Jeśli jednak po większej ilości partii okaże się, że rzucanie udającymi statki kosmiczne kostkami to nadal świetna rozgrywka, spodziewajcie się recenzji w formie laurki.

tekst: Michał Misztal

niedziela, 29 maja 2016

10 gier, w które chciałbym grać częściej

Brak komentarzy:
Jak pewnie większość graczy, nie mam jednej planszówki czy karcianki, którą uwielbiam i w którą z własnego wyboru gram w kółko, niemal ignorując pozostałe tytuły. Cały czas chcę próbować nowych rzeczy, więc efekt jest łatwy do przewidzenia: na moich półkach i w szufladach znajdują się gry, których niemal nie ruszałem. Po prostu tam są i czekają na lepsze czasy. Nie zapomniałem o ich, bardzo chcę dać im szansę, a nawet wiele szans, ale z różnych powodów okazuje się to niemożliwe; bywa, że przez brak czasu, przez brak ludzi, którzy chcieliby ze mną zagrać, ale zwykle chyba przez to, że zanim zdążę wypróbować daną planszówkę tak bardzo, jak bym chciał, w moje chciwe ręce wpada nowa, zaś wcześniejsza kończy na dalszym planie. Znacie to? Pewnie tak.

Oto lista dziesięciu gier, w które chciałbym grać częściej. Przy jej tworzeniu postanowiłem zignorować te z gier, które posiadam, lubię i gram w nie względnie często, ale chciałbym częściej (choćby Vampire: the Eternal Struggle - 104 rozgrywki w ciągu ostatnich dwóch lat, a gdyby zależało to wyłącznie ode mnie, mogłoby być ich nawet dwa razy więcej). Wziąłem pod uwagę tytuły, które leżą u nas nieograne, choć na to nie zasługują. Listę zaczynam od miejsca dziesiątego, kończę na pierwszym, choć niekoniecznie zarzekam się, że dana gra koniecznie musi być na konkretnej pozycji; rozmieściłem je dość orientacyjnie i bardzo możliwe, że gdybym robił to zestawienie wczoraj, w innym nastroju i o innej porze, być może wyglądałoby nieco inaczej. Czy to aż tak ważne? Chyba nie. W takim razie zaczynamy!

10: Lifeboats

Gra, w której kierujemy rozbitkami próbującymi dostać się na jedną z wysp. Razem z naszą załogą w kilku łodziach płyną jeszcze rozbitkowie innych graczy, a wszystko w Lifeboats odbywa się za pomocą głosowania: to, która łódka ma poruszyć się w danej turze do przodu, kto może wypaść za burtę, gdzie ma pojawić się przeciek i tak dalej. Demokracja w praktyce, możliwość pogadania sobie i negocowania oraz idealna gra do pokłócenia się z ludźmi, którzy siedzą z nami przy stole. Bardzo lubię takie planszówki! Niestety, zagrałem w nią tylko raz, ładnych parę miesięcy temu. Nie sprawdziła się, jednak po tak oszałamiającej ilości rozgrywek trudno mi stwierdzić, czy jest kiepska, czy po prostu nie ma sensu wyciągać jej w pewnych okolicznościach. Graliśmy w cztery osoby, z czego jedna już po kilku turach wiedziała, że nie ma szans na wygraną i może najwyżej zdecydować, komu pomoże wygrać. Dla drugiego gracza była to chyba pierwsza planszówka od czasów Chińczyka za dzieciaka (Kalamburów po pijaku nie liczę) i tylko powtarzał w kółko pytanie (dość agresywnym tonem): "Ale po co my mamy dopływać do tych wysp?". Dodajmy do tego fakt, że w trakcie pojawił się jeszcze jakiś problem, którego rozwiązania nie mogłem znaleźć w instrukcji, a dostaniecie przykład niezbyt udanego planszówkowego wieczoru (na szczęście oprócz Lifeboats mieliśmy jeszcze alkohol). Czy chciałbym zagrać po raz kolejny? Jasne! Niestety, za każdym razem, kiedy streszczam ludziom, o co w tym chodzi, chcą czegoś mniej konfliktowego.

9: Warhammer 40000: Podbój

O Podboju i moim smutku związanym z tym, że prawie w niego nie gram, pisałem już w tekście Moje ulubione gry planszowe (2016). Od czasu jego napisania niewiele się zmieniło, chociaż dodam, że w tej chwili znam już dwie osoby posiadające swoją kopię podstawki, więc może w najbliższej przyszłości coś z tego będzie. Do tej pory grałem w tę karciankę dziesięć razy. Przy niektórych tytułach byłbym skłonny uznać to za całkiem sporą ilość, ale uważam, że Podbój zasługuje na więcej. Ostatnio powoli wykluwa się w mojej głowie myśl, że może po większej liczbie rozgrywek nie będzie to dla mnie już taka świetna gra, jednak wciąż chcę przekonać się o tym na własnej skórze. Z innej beczki: we wpisie o moich ulubionych grach wspominałem, że chyba nigdy nie udało mi się wygrać partii w Podbój, i wiecie co? Nadal mi się nie udało!

8: Race for the Galaxy

Zakochałem się w tej grze bardzo szybko (zaraz po tym, jak dotarło do mnie, że instrukcja do niej to jednak nie podręcznik do chemii, jak z początku stwierdziła Magda) i równie szybko się nią zmęczyłem. Świetna pozycja, tyle że po kilku rozgrywkach zaczął mnie drażnić niemal całkowity brak interakcji pomiędzy uczestnikami wyścigu o galaktykę (próba przewidzenia, jaką kartę akcji zagra przeciwnik i próby nie grania "pod niego" to właściwie żadna interakcja). Stanęło na sześciu partiach i mojej opinii, że to bardzo fajny pasjans, ale jednak pasjans, co z tego, że na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy". Mimo to chciałbym grać w Race'a częściej (choćby po to, żeby po sporej przerwie przekonać się, czy nadal podchodzę do tej karcianki tak samo), tyle że razem z Magdą jakoś nigdy nie możemy zmobilizować się do zdjęcia tego pudełka z półki, a wyjaśnianie zasad nowym graczom wygląda na katorgę. Ale hej, dobra gra, choćby pozbawiona interakcji, w której są statki kosmiczne, nie może tak po prostu zniknąć z mojego życia!

7: Wysokie Napięcie

Kupiłem. Razem z żoną odpakowaliśmy (Magda stanowczo zabrania mi robienia takich rzeczy samemu). Policzyłem i posegregowałem elementy gry. Przeczytałem instrukcję. Zasady zachęciły mnie do jak najszybszego rozłożenia planszy na stole i zbudowania swojej sieci elektrowni. Jakoś nie mogłem zaciągnąć do tej planszówki mojej wtedy-jeszcze-nie-żony, więc wpadłem z Wysokim Napięciem do rodziców i zmusiłem swoją mamę, żeby ze mną zagrała. Ku mojemu zaskoczeniu, nawet jej się spodobało (chyba, że po powiedziała tak, bo chciała być miła). Mnie zresztą też, chociaż miał to być raczej test, bo zdawałem sobie sprawę, że najlepiej siadać do tego tytułu w minimum trzy osoby. Wróciłem od rodziców. Odstawiłem pudło z grą na półkę. Leży tam do dziś. Dlaczego? Nie mam pojęcia! Teraz, po niemal roku od tamtej sytuacji, prawie nie pamiętam zasad, więc musiałbym ponownie czytać instrukcję i najzwyczajniej w świecie od kilku miesięcy nie potrafię się do tego zmobilizować! Nie potrafię przypomnieć sobie reguł, a potem zaprosić kilku znajomych i zagrać. Zawsze przed ich przyjściem wolę wybrać coś innego, Wysokie Napięcie jakoś mnie odrzuca. Wiem, że to błąd - gdybym nie wiedział, gra nie znalazłaby się na tej liście.

6: Nightfall


Nightfall to taka dobra gra! Szkoda tylko, że od kiedy zapisuję ilość swoich rozgrywek (czyli od mniej więcej trzech lat), grałem w nią jedynie sześć razy. Wcześniej było jeszcze kilka partii, ale i tak stanowczo za mało. Problem z tą karcianką polega na tym, że o ile w przypadku innych tytułów tłumaczenie reguł jest zwykle dosyć proste, a do graczy, którzy z początku mogli czegoś nie rozumieć, szybko dociera, o co chodzi, więc już po kilku turach mogą grać samodzielnie, Nightfall stawia przed nimi mur nie do przebicia. Tu od samego początku należy wiedzieć, jak dobrze grać, w zasadzie już od chwili wybierania kart, do których będziemy mieć dostęp w trakcie rozgrywki - to wtedy decydujemy, jakie kombinacje będziemy zagrywać w łańcuchach i próbujemy ułatwić sobie dołączanie się do cudzych łańcuchów, jednocześnie utrudniając przeciwnikom dołączanie się do naszych. Uff! Wychodzi na to, że wypadałoby mieć grupę, z którą gra się tylko w Nightfall i to regularnie, ignorując przy tym inne tytuły, ale umówmy się: przykro mi, ta karcianka jest dobra, jednak nie AŻ TAK dobra.

5: Alien Frontiers

Stwierdzam bez wahania, że kocham tę grę. Niestety, Magda nie podziela mojego uczucia do Alien Frontiers, więc sytuacja wyglądała tak, że zagraliśmy we wrześniu zeszłego roku, tuż po zakupie, a potem planszówka o kolonizowaniu planety za pomocą kostek (nie dajcie się oszukać, kostki to tak naprawdę statki kosmiczne) została zagrzebana pod innymi pudłami na ponad pół roku. Prawie o niej zapomniałem! Na szczęście ostatnio przeczytałem instrukcję ponownie, zaprosiłem znajomych i jestem po dwóch kolejnych rozgrywkach. Dla mnie to wspaniały tytuł, sprawdzający się bardzo dobrze nawet na dwóch graczy, więc jeśli ktoś ma pomysł, jak przekonać do niego żonę (która po tylu miesiącach jeszcze nie wybaczyła mi zniszczenia jej statku, chociaż kilka tur wcześniej zrobiła to samo z moim!), stawiam sześciopak.

4: Szogun

Szogun to dla nas tytuł szczególny: był pierwszą planszówką, na którą złożyłem się razem z Magdą. Od tej pory wiedzieliśmy, że to poważny związek. A tak poza tym to bardzo dobra gra, nawet jeżeli sam nie jestem do końca przekonany co do znajdującej się w ogromnym pudle słynnej wieży (ale z drugiej strony, kiedy ktoś na nią narzeka, tłumaczę mu, że wieża jest w porządku... hmmm). Zagraliśmy w nią sześć razy, niestety ostatnio jakoś trudno znaleźć osoby chcące zobaczyć Szoguna poza pudełkiem, nie mamy też specjalnej ochoty na wypróbowywanie gry we dwoje. Uważam jednak, że to planszówka zdecydowanie zasługująca na dużo większe ogranie; podoba mi się jej mechanika, wygląd, to, że gra jest w dużym stopniu statyczna (wszyscy jednocześnie spokojnie planujemy swoje akcje, które wykonujemy dopiero potem), połączenie rozbudowywania swojego państwa z działaniami wojennymi, właściwie całość. Bardzo solidna rzecz, więc gdyby ktoś chciał wpaść i zagrać, zapraszam.

3: Twilight Imperium

To właściwie trochę żart. Lista nazywa się 10 gier, w które chciałbym grać częściej, zaś w epickie, trwające nieraz kilkanaście godzin Twilight Imperium nie zagrałem ani razu. Miałem tę grę (nawet z dwoma dodatkami), kupiłem używane pudła, jednak natłok wszystkiego sprawił, że nie przeczytałem instrukcji, nie sprawdziłem, czy całość jest kompletna, nie zmobilizowałem się do pogrania ze znajomymi, którzy mieli do czynienia z tym tytułem już wcześniej. Sprzedałem TI kumplowi, który, o ile wiem, też za bardzo w to nie gra. Pewnie taki urok gier, dla których trzeba wziąć urlop, olać rodzinę i wszystkie obowiązki, ale i tak planuję ponowne kupienie podstawki, przy czym tym razem nie miałaby to być zbierająca kurz, imponująca dekoracja.

2: Descent: Wędrówki w mroku

Spośród wszystkich gier na tej liście, w tę grałem najczęściej (dziewiętnaście razy). Czemu w takim razie się tu znalazła? Bo chciałbym wreszcie ukończyć którąś z posiadanych przez nas kampanii. Mamy podstawkę, mamy kilka dodatków, zaczynaliśmy z Magdą wiele razy, ale wychodzi na to, że nie potrafimy. Za każdym razem wygląda to podobnie: zaczynamy, przebrniemy przez kilka scenariuszy, odkładamy wszystko do szafy, po czym orientujemy się, że Descent leży tam już ok ładnych kilku miesięcy, to może kontynuujmy? Tyle że wtedy już niewiele pamiętamy i nie bardzo nam się chce. Niby wszystko jest posegregowane, wyniki zapisane, ale czuję się tak, jakby ktoś kazał mi ciągnąć po długiej przerwie którąś z monumentalnych komputerowych gier RPG - co z tego, że można wczytać to, co było wcześniej i po prostu grać, skoro taki powrót sprawia, że mam uczucie nagłego wrzucenia mnie w sam środek przygody, a ja chcę przeżyć ją od początku do końca. Niestety, nie umiemy z Magdą kampanii. Może kiedyś w końcu się nauczymy.

1: Cosmic Encounter

Moja trzecia ulubiona gra i znowu mam za sobą jedynie sześć partii (co ja mam z tymi szóstkami?). Wszystko wyglądało pięknie, kupiłem tańszą, zniszczoną podstawkę, po dosłownie kilku rozgrywkach sprzedałem ją i kupiłem znowu, tym razem w dobrym stanie i ze wszystkimi dodatkami oprócz Cosmic Dominion - tak bardzo mi się spodobało. I teraz nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio rozłożyłem tę planszówkę na stole. O jednej z możliwych przyczyn takiej sytuacji wspominałem przy okazji tekstu o moich ulubionych grach (niełatwe wyjaśnianie zasad nowym osobom), drugą jest to, że gra wygląda tak, jak ma wyglądać, dopiero kiedy usiądzie do niej ponad czterech graczy (owszem, da się grać nawet w trzy osoby, ale kto próbował, ten wie, że to nie to samo), a z reguły albo trudno zebrać takie towarzystwo, albo większość woli coś innego, sprawiając, że jest mi bardzo smutno.

tekst: Michał Misztal, zdjęcie: Magdalena Misztal