Metody Marnowania Czasu: American Elf Volume 1: The Collected Sketchbook Diaries of James Kochalka, October 26, 1998 to December 31, 2003 [James Kochalka] [recenzja]

niedziela, 29 lipca 2012

American Elf Volume 1: The Collected Sketchbook Diaries of James Kochalka, October 26, 1998 to December 31, 2003 [James Kochalka] [recenzja]

James Kochalka to wzbudzający natychmiastową i całkowicie naturalną sympatię koleś ze śmieszną szparą między zębami, autor takich przebojów jak Wash Your Ass, Dragon Puncher czy Beyonce (proponuję posłuchać i obejrzeć, najlepiej zanim przeczytacie resztę recenzji - będziecie wiedzieć, z jakim typem człowieka macie do czynienia), a także niezwykle płodny twórca komiksów. Na wzmiankę o jego dziele życia (chyba mogę określić w ten sposób jego paski) po raz pierwszy natknąłem się tutaj i muszę przyznać, że początkowo nie potraktowałem serii American Elf poważnie. Niech będzie, gość rysuje siebie jako elfa. Elfy znudziły mi się już dawno. Tak myślałem. Później minęło kilka miesięcy, przypomniałem sobie o Kochalce i zajrzałem na jego stronę, przeczytałem ze trzy odcinki jego komiksowego dziennika i moje przypuszczenia potwierdziły się: nic wielkiego. A potem coś zaczęło mnie tam ciągnąć. Przejrzałem archiwa, śledziłem na bieżąco nowe paski, a po kilku tygodniach przyznaję bez bicia, że jestem wielkim fanem tego autora, jestem uzależniony od American Elf i nie mogłem nie zdobyć pierwszej części wydania zbiorczego tej serii, kompletującego paski z lat 1998-2003.

Kochalka przedstawia siebie jako elfa żyjącego we współczesnej Ameryce, żeby, jak sam stwierdził, pokazać magiczne momenty, jakie przeżywamy wszyscy nawet w ciągu najzwyklejszych, szarych dni. Prawda jest taka, że American Elf to w większości przypadków paski o pierdołach. O tym, że ich głupkowatego (w pozytywnym sensie, choć nie zawsze) autora cieszy jego własne odbicie w lustrze, fryzura po wyjściu spod prysznica lub liście na drzewach. O tym, że James ma brodę, później o tym, że zdecydował się ogolić, o tym, co jadł na kolację, o paście do zębów, która przypadkowo spadła na jego penisa i o tym, jak przybiega do pokoju, w którym siedzi jego żona, i krzyczy z radości, bo właśnie udało mu się ukończyć kolejną grę na konsolę. Oczywiście siłą rzeczy przewijają się również tematy dużo poważniejsze, jak zakup domu, strach Kochalki przed ojcostwem, aż w końcu narodziny jego syna, jednak dużo większa część tego zbioru to bzdury, mało ważne momenty codzienności. Sam James więcej niż raz przedstawia tu siebie jako sfrustrowanego elfa rozpaczającego nad bezsensem własnego życia. Jak zauważył we wstępie, osobno każdy pasek może być pozbawiony znaczenia, jednak zebrane razem zyskują siłę, tworząc jego pełny portret. I trudno się z tym nie zgodzić.

Składając te wszystkie pierdoły w całość, Kochalka tworzy unikalną autobiografię, której chyba nie dałoby się uzyskać w inny sposób. 365 odcinków rocznie (z około dwumiesięczną przerwą w 2000 roku, kiedy autora dopadły wątpliwości, czy jego dziennik ma jakikolwiek sens), każdy z mikroskopijną informacją o jego charakterze to coś, co sprawia, że poznajemy go naprawdę dobrze. Główny bohater American Elf to postać, która według mnie nadaje się do takich opowieści wprost idealnie. Osobiście nie lubię czytać o ludziach, którym wszystko wychodzi, radzą sobie z każdą przeciwnością losu i zawsze wiedzą, co zrobić. James nie radzi sobie prawie z niczym, jest niezdarny (żeby nie napisać, że cipowaty) i niepewny siebie, łatwo wpada w złość, łatwo się dołuje i równie łatwo udaje mu się odzyskać głupkowaty uśmiech. Dzięki tym cechom z niemal każdego dnia (niemal, bo naturalnie trafiają się tu i słabsze paski, co więcej, wyjęty z kontekstu niemal każdy mógłby być uznany za kiepski) udaje mu się wydobyć coś unikalnego, czego człowiek o innym charakterze nawet by nie zauważył.

Najlepiej opisuje to pasek narysowany w ciągu jednego z tych dni, kiedy Amy, żony Jamesa, nie ma w domu. Niemal od początku tworzenia serii American Elf Kochalka nie ma stałej pracy, utrzymuje się głównie z rysowania i grania koncertów. Kiedy jego żona wyjeżdża, James nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić. Głównie gra na konsoli albo leży na kanapie i narzeka, że jest sam. We wspomnianym pasku jego znajoma widzi go w oknie i chce wiedzieć, jak radzi sobie bez Amy. James odpowiada, że właśnie zamówił pizzę, po czym jego znajoma pyta, jakim cudem zdołał samodzielnie wybrać numer na swoim telefonie. Tak, autor American Elf w ogóle nie radzi sobie z życiem, ale jednocześnie przez większość czasu wcale nie jest nieszczęśliwy i nie dobija czytelnika narzekaniem na rzeczywistość. Woli autoironię i głupkowaty uśmiech. W innym odcinku dostaje paczkę ciastek i już po chwili ma niewyraźną minę. Zapytany, co się stało, stwierdza, że zmęczył się trzymaniem ich w rękach, ale trzyma je dalej, bo nie ma pojęcia, co z nimi zrobić. Postać, która zawsze radzi sobie ze wszystkim w życiu nie stworzyłaby takich pasków. Dobrze, że istnieją tacy ludzie jak James Kochalka.

Autor serii American Elf jest również autorem stwierdzenia craft is the enemy. Widać to w jego ilustracjach. James rysuje szybko, często niedbale (czasem po ciemku, czasem po pijaku), jego głównym celem zdaje się być minimalizm i prostota. I chwała mu za to, takie podejście dodaje tym dziennikom naturalności. Kiedy Kochalka wspomina w przypisie, że rysował dany odcinek po kilku piwach, niezdarnie stawiając kreski, widać, że tak właśnie było, podobnie jak z odcinkami tworzonymi, kiedy Kochalka siedział w jadącym samochodzie lub w innych nietypowych sytuacjach. Z tych prostych, niewielkich kadrów aż bije pozytywna energia i radość tworzenia. To nie jest prostota wynikająca z braku odpowiednich umiejętności, kiedy James chce, potrafi pokazać coś bardziej złożonego, ale wzbudza sympatię, nawet jeżeli kolejny odcinek to cztery kadry, a na każdym znajduje się jego elfia twarz i czarne tło, zaś wypowiadane przez siebie słowa umieścił w koślawych dymkach.

Wprowadzając czytelników do swojego świata, Kochalka słusznie zauważa, że ludzkie życie nie ma fabuły typowej dla opowieści, stwierdza: The story of my life is not a story at all. I wbrew napisowi na okładce, należy pamiętać, że American Elf to żadna powieść graficzna. Mimo to jest dla mnie rzeczą genialną. Idealnym portretem autora, tworzoną na żywo (póki co już od 14 lat) autobiografią. Takiego efektu nie dałoby się osiągnąć tworząc pojedynczy komiks o swoim życiu. Powtarzam po raz kolejny, jestem fanem, chcę przeczytać całą resztę. To świetny komiks o bardzo ciekawym człowieku, bo jak tu nie lubić kogoś, kto nagrywa takie rzeczy jak Wash Your Ass, tańczy jak w Beyonce, a w krótkiej historii zatytułowanej I'm Sorry I'm an Idiot znajduje wodorosty, nakłada je sobie na głowę, na chwilę wybucha śmiechem, po czym wzdycha i zaczyna przepraszać czytelnika za swoją głupotę?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

stat4u