Metody Marnowania Czasu: descent
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą descent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą descent. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 czerwca 2018

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Maj 2018

Brak komentarzy:

18 partii w 7 tytułów (ostatnio: 12 partii w 5 tytułów)

Najwięcej partii: Guild Ball (7)

Przypadek? Nie sądzę. Co prawda tym razem zagrałem tylko 3 towarzyskie mecze (w porównaniu do poprzednich miesięcy to raczej niewiele), ale za to wziąłem udział w kolejnym lokalnym turnieju (i zająłem całkiem niezłe miejsce). Zresztą, z powodu całodziennego bicia się i kopania piłki ominęła mnie nocka z planszówkami, na której były grane takie rzeczy jak Inis, Fief, Kemet czy Rising Sun, ale czy żałuję? Ani trochę.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Moje ulubione gry planszowe (2018): miejsca #20-11

Brak komentarzy:

Kolejny rok, następna edycja listy moich ulubionych gier (poprzednią znajdziecie tutaj). Znowu dwadzieścia tytułów, ale wydaje mi się, że za dwanaście miesięcy będę już gotowy na listę z trzydziestoma (nie żebym nie mógł już w tej chwili wystrzelić z pięćdziesiątką,tyle że na razie raczej nie ma to większego sensu). Bez zbędnego przedłużania, zaczynamy: miejsca #20-11, w tym trzy nowości.

niedziela, 1 stycznia 2017

Moje ulubione gry planszowe (2017): miejsca #20-11

Brak komentarzy:

Nowy rok, czas na nowe wydanie listy moich ulubionych gier bez prądu. Ostatnio pisałem, że umieszczanie na niej więcej niż dziesięciu tytułów nie ma sensu, ale od tego czasu sporo się zmieniło; tym razem zdecydowałem się napisać o dwudziestu grach i podzielić całość na dwie części. 


20: 7 Cudów Świata

Przyznaję się bez bicia: grałem w tę planszówkę tylko kilka razy i bardzo możliwe, że po większej liczbie partii znalazłaby się w tym rankingu niżej albo wyżej. Tak czy inaczej, polubiłem 7 Cudów Świata, choć na początku kręciłem nosem, pytając: „Tylko tyle?”. Bo przecież jest to rzecz powszechnie lubiana i chwalona, spodziewałem się więc czegoś bardziej niesamowitego. Po kolejnych rozgrywkach zmieniłem zdanie i doszedłem do wniosku, że jednak coś w tym jest. Chętnie zagram więcej razy, żeby przekonać się, czy nadal będę zadowolony.


19: Nightfall

O Nightfallu pisałem już tutaj i tutaj, w związku z czym do dodania mam raczej niewiele. Od czasu moich ostatnich tekstów o tej grze nadal w nią nie grałem i raczej nieprędko się to zmieni. Na razie stanęło na tym, że x poznanych tytułów temu bardzo lubiłem Nightfall – teraz pewnie lubiłbym już mniej, ale od dłuższego czasu nawet nie mam jak tego sprawdzić.


18: Small World

Jedna z gier obecnych na mojej półce od kilku lat, kupiona w ramach wypróbowywania tego, co jest uznawane za nową klasykę. I faktycznie, na początku zachwycałem się Małym Światem, ale potem trochę mi przeszło. To pewnie ten sam przypadek, co moje granie w Neuroshimę Hex! – znudziło mi się granie podstawką i najprawdopodobniej zmieniłyby to dodatki. O ile w przypadku gry Michała Oracza miałem jednak ochotę wydawać pieniądze na nowe armie, tak jeśli chodzi o Small World, nie uznaję tego za priorytet. Może kiedyś, na razie czasem zagram i, jak widać po miejscu na liście, ciągle lubię.


17: Race for the Galaxy

Czy Race nie ma przypadkiem jakichś swoich fanatycznych wyznawców, którzy za umieszczenie tej karcianki na 17 pozycji zrobią mi wjazd na chatę i obiją mordę? Spokojnie. Pewnie byłaby wyżej, ale po prostu za mało w nią grałem (aczkolwiek chciałbym częściej). Fascynuje mnie mechanika Race'a, to, jak niezbyt imponująca przecież talia (trochę ponad sto kart) jest różnorodna, dając możliwość stosowania kartoników na kilka różnych sposobów i jak wiele można z niej wycisnąć. Muszę, naprawdę muszę siąść do tego tytułu ponownie.


16: Warhammer 40000: Podbój [poprzednie miejsce: 8]

Chwaliłem, pisałem, że chcę więcej, tymczasem Podbój spadł na mojej liście aż o osiem miejsc. Dlaczego? Przez rozstanie Fantasy Flight Games z Games Workshop i zamknięcie tej karcianki? Nie – i tak grałem jedynie zestawem podstawowym. Powód jest bardziej prozaiczny: zacząłem grać w Netrunnera. Z mojej perspektywy nie da się ciągnąć dwóch karcianek LCG jednocześnie, oczywiście pomijając fakt, że w przeciwieństwie do Androida, przy Podboju nawet nie czułem potrzeby kupowania dodatkowych kart. Sprzedałem tę grę kilka miesięcy temu i, choć ją lubiłem, niespecjalnie żałuję. Lepsze jest wrogiem dobrego i w tym wypadku karciany Warhammer 40000 przegrał pojedynek. 


15: Ultimate Werewolf [poprzednie miejsce: 10]

Recenzję Ultimate Werewolf możecie przeczytać tutaj. Spadek na liście wynika z tego, że od dłuższego czasu nie grałem w Wilkołaka, nie wspominając o grze w gronie większym niż minimalna wymagana liczba graczy, bo dopiero wtedy rozgrywka nabiera rumieńców. Jeśli tylko będę miał okazję to zrobić, chętnie ją wykorzystam, ale nie czuję też specjalnej potrzeby szukania jej na siłę – trochę się tym tytułem przejadłem. Niech przez jakiś czas poleży w spokoju, na pewno będę do niego wracał.


14: Szogun

O Szogunie wspominałem tutaj i jak na razie wyczerpałem temat. To nadal planszówka, którą chcę bardziej ograć. Jeśli chodzi o wieżę, nadal mam mieszane uczucia. Nic się nie zmieniło, Szogun zostaje na półce i od czasu do czasu jest rozkładany na stole, dając mi sporo satysfakcji z rozgrywki.


13: Blood Rage

Potwierdzam to, co pisałem w swojej recenzji. Ciągle uważam, że to niesamowicie solidny tytuł, nadal zaskakujący mnie tym, jak dobrze wszystko się w nim zgrywa. Niedawno Portal wydał dodatki do Blood Rage w rodzimej wersji – pewnie prędzej czy później zechcę położyć na nich swoje łapy. Bardzo dobra gra, która jeszcze niedawno była tuż poza moją pierwszą dziesiątką.


12: Dixit [poprzednie miejsce: 9]

Kolejna gra, którą naprawdę lubię i mam powody chwalić za genialną w swojej prostocie mechanikę, ale jednocześnie trochę się już nią przejadłem. Dixit, żeby ciągle sprawiał mi taką samą przyjemność, chyba potrzebuje ciągłego napływu nowych kart. Z drugiej strony, tak jak w przypadku Small World, niekoniecznie czuję potrzebę wydawania na nie swoich pieniędzy. Nie zmienia to faktu, że Dixit wciąż jest w mojej czołówce ulubionych gier i nie powinno się to zmienić. Znowu, tak jak rok temu, mam wątpliwości, co powinno być wyżej: tym razem Dixit czy Blood Rage, bo jak porównać takie tytuły? Instynktownie umieszczam Dixit wyżej, ale to naprawdę niewielka różnica.


11: Descent: Wędrówki w mroku [poprzednie miejsce: 6]

Nie ma możliwości, żeby Descent nie spadał, dopóki nie uda mi się ukończyć choć jednej kampanii (o związanych z tym problemami pisałem tutaj). Z drugiej strony, byłoby zabawnie, gdybym po ukończeniu którejś poczuł się rozczarowany i Descent spadł jeszcze niżej w kolejnym wydaniu tej listy – nigdy nic nie wiadomo. Przekonamy się za rok.

test: Michał Misztal

sobota, 9 lipca 2016

10 gier, w które grałem najczęściej

Brak komentarzy:
Zapisuję prawie wszystko, na przykład przeczytane komiksy i książki, ale też ilości planszówkowych rozgrywek. Te ostatnie jakoś od 2013 roku, więc w poniższym spisie nie mogę uwzględnić tego, w co grałem wcześniej. Myślę, że gdybym był w stanie to zrobić, Magiczny Miecz znalazłby się na jednym z pierwszych miejsc tej listy, ale poza tym raczej nie byłoby większych zmian. Pozostaje tylko pytanie, ile rozgrywek w dany tytuł sprawia, że można uznać go za ograny? Trudno powiedzieć. Czasem jest tak, że grałem w jakąś złożoną planszówkę kilkanaście razy i czuję, że to naprawdę sporo, a potem widzę na jakimś forum, że ktoś grał w to samo nie kilkanaście, a jakieś 200 razy, albo wpis typu „Po ponad 100 partiach w Szoguna...” i robi mi się głupio, bo w porównaniu z taką ilością można powiedzieć, że w Szoguna właściwie nie grałem. Są gracze, którzy przez lata ogrywają jedną grę, jedynie okazyjnie próbując innych rzeczy oraz tacy, którzy stawiają na różnorodność, więc grali w całkiem sporo planszówek, ale w większość z nich tylko po kilka razy. Należę do tej drugiej grupy. A w co grałem najczęściej? Zobaczcie: 

10: Red7 (15 rozgrywek) 

Red7 wdarło się na tę listę właściwie chwilę przed jej napisaniem, ale z drugiej strony ani trochę mnie to nie dziwi – ta szybka, prosta i zarazem bardzo ciekawa karcianka wydaje się stworzona do rozgrywania wielu partii z rzędu. Bardzo możliwe, że w przyszłości, przy okazji kolejnych edycji tej listy, Red7 znajdzie się jeszcze wyżej. Na razie nie wygląda na to, że szybko się znudzi. 

9: Martwa Zima (17 rozgrywek) 

Nie ma co się rozpisywać, o Martwej Zimie pisałem już tutaj. To ulubiona gra mojej żony i jedna z moich ulubionych, więc to normalne, że graliśmy w nią wiele razy. Tylko, no właśnie – czy 17 to naprawdę tak wiele? 







8: Descent: Wędrówki w mroku (19 rozgrywek) 

Jak już wspominałem, nie udało nam się ukończyć żadnej kampanii. Nie potrafimy. Ale nikt nie powstrzymywał nas przed wielokrotnym próbowaniem i kolejnymi podejściami od nowa – stąd 19 rozgrywek. Łudzę się, że nie jest to jeszcze nasze ostatnie słowo. 

7: Schotten-Totten (21 rozgrywek) 

Schotten-Totten to dość złożona w swojej prostocie karcianka, gra pozwalająca na podejmowanie interesujących decyzji, łatwa do nauczenia się oraz do wytłumaczenia innym, szybka... wszystko to sprawia, że grałem w nią 21 razy i gdyby nie chęć wypróbowywania nowych, równie szybkich tytułów, rozgrywek byłoby pewnie dużo więcej. 




6: Dixit (21 rozgrywek) 

Do niedawna jedna z dziesięciu moich ulubionych gier, zresztą teraz wcale nie jest o wiele niżej. Głównym powodem 21 rozgrywek może być kilkukrotnie wymieniana wcześniej prostota oraz to, że w Dixita można grać dosłownie z każdym – eksperymentowaliśmy na planszówkowych i nieplanszówkowych znajomych, rodzicach, teściach, dziadkach i gra sprawdza się świetnie w każdym towarzystwie. Robi to chyba najlepiej ze wszystkich tytułów na tej liście. 

5: Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island (25 rozgrywek) 

Na chwilę obecną moja ulubiona gra kooperacyjna. Recenzję znajdziecie tutaj, więc nie będę się rozpisywał o tym, jak dobrą planszówka jest Robinson Crusoe. Na 25 rozgrywkach na pewno się nie skończy, nadal mam do przejścia kampanię, kanibali oraz kilka dodatkowych scenariuszy. 







4: Ultimate Werewolf (32 rozgrywki) 

To aż nieuczciwe w stosunku do dłuższych, bardziej złożonych gier – w minimalnym dopuszczanym składzie (6 osób) w Ultimate Werewolf można zagrać nawet kilkukrotnie w ciągu dziesięciu minut, chociaż gra i tak zyskuje dopiero przy większej ilości graczy. A że ostatnio jakoś trudno zebrać liczniejszą ekipę, Wilkołak leży sobie w szufladzie i czeka na lepsze czasy. Oby się doczekał. 



3: Neuroshima Hex! (32 rozgrywki) 

Wiem, że maniacy tej gry grali w nią pewnie setki razy. Wiem, że 32 to być może niewielka liczba rozgrywek jak na moją drugą ulubioną planszówkę. Dla mnie to całkiem sporo, ale nie będę się kłócił, jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej. U nas Neuroshima nadal w odstawce, ale po dłuższej przerwie zatęskniłem i znowu chce mi się w nią grać. Nic dziwnego, bo to świetna rzecz, tyle że w pewnej chwili trochę mi się przejadła. Spokojnie, to uczucie przechodzi. 


2: Legendary: A Marvel Deck Building Game (39 rozgrywek) 

Nadal nie mogę się nadziwić, jaką drogę przeszła Legendary – od mocno średniego moim zdaniem tytułu, którego na pewnym etapie chciałem się pozbyć, do mojej piątej ulubionej gry, nad którą siedziałem niemal 40 razy, a i tak jeszcze nie ograłem jej do końca (nie wspominając o tym, że nadal nie mamy całkiem sporej ilości dostępnych dodatków, które mogą jeszcze bardziej wydłużyć życie tej karcianki). Dodatkowo biorąc pod uwagę to, że Legendary trzeba dość długo rozkładać i sprzątać, co jest dodatkowym utrudnieniem, pozostaje tylko napisać: całkiem nieźle! 

1: Vampire: The Eternal Struggle (104 rozgrywki) 

Moja ulubiona gra. Karcianka, w którą mógłbym grać nawet kilka razy w tygodniu, która chyba nigdy mi się nie znudzi oraz która mogłaby zastąpić mi prawie wszystkie inne tytuły. Jeśli ktoś oczekiwał, że na pierwszym miejscu znajdzie się coś szybkiego, spieszę z wyjaśnieniem, że w Vampire można grać nawet 2 godziny (a to i tak z turniejowym limitem czasowym – z początku graliśmy bez niego i nieraz rozgrywki trwały jeszcze dłużej). I co, da się? Da się. 104 partie, niemal 3 razy więcej, niż kolejna gra na tej liście. Dla mnie to i tak za mało. Szkoda w takim razie, że posypała się nam ekipa do grania i nie oczekiwałbym znacznej poprawy tego wyniku w następnej edycji tej listy. Pewnie karcianka Richarda Garfielda nadal będzie na pierwszym miejscu (zdziwiłbym się, gdyby było inaczej), ale z bardzo niewielkim przyrostem liczby rozgrywek.

tekst i "zdjęcie": Michał Misztal

niedziela, 29 maja 2016

10 gier, w które chciałbym grać częściej

Brak komentarzy:
Jak pewnie większość graczy, nie mam jednej planszówki czy karcianki, którą uwielbiam i w którą z własnego wyboru gram w kółko, niemal ignorując pozostałe tytuły. Cały czas chcę próbować nowych rzeczy, więc efekt jest łatwy do przewidzenia: na moich półkach i w szufladach znajdują się gry, których niemal nie ruszałem. Po prostu tam są i czekają na lepsze czasy. Nie zapomniałem o ich, bardzo chcę dać im szansę, a nawet wiele szans, ale z różnych powodów okazuje się to niemożliwe; bywa, że przez brak czasu, przez brak ludzi, którzy chcieliby ze mną zagrać, ale zwykle chyba przez to, że zanim zdążę wypróbować daną planszówkę tak bardzo, jak bym chciał, w moje chciwe ręce wpada nowa, zaś wcześniejsza kończy na dalszym planie. Znacie to? Pewnie tak.

Oto lista dziesięciu gier, w które chciałbym grać częściej. Przy jej tworzeniu postanowiłem zignorować te z gier, które posiadam, lubię i gram w nie względnie często, ale chciałbym częściej (choćby Vampire: the Eternal Struggle - 104 rozgrywki w ciągu ostatnich dwóch lat, a gdyby zależało to wyłącznie ode mnie, mogłoby być ich nawet dwa razy więcej). Wziąłem pod uwagę tytuły, które leżą u nas nieograne, choć na to nie zasługują. Listę zaczynam od miejsca dziesiątego, kończę na pierwszym, choć niekoniecznie zarzekam się, że dana gra koniecznie musi być na konkretnej pozycji; rozmieściłem je dość orientacyjnie i bardzo możliwe, że gdybym robił to zestawienie wczoraj, w innym nastroju i o innej porze, być może wyglądałoby nieco inaczej. Czy to aż tak ważne? Chyba nie. W takim razie zaczynamy!

10: Lifeboats

Gra, w której kierujemy rozbitkami próbującymi dostać się na jedną z wysp. Razem z naszą załogą w kilku łodziach płyną jeszcze rozbitkowie innych graczy, a wszystko w Lifeboats odbywa się za pomocą głosowania: to, która łódka ma poruszyć się w danej turze do przodu, kto może wypaść za burtę, gdzie ma pojawić się przeciek i tak dalej. Demokracja w praktyce, możliwość pogadania sobie i negocowania oraz idealna gra do pokłócenia się z ludźmi, którzy siedzą z nami przy stole. Bardzo lubię takie planszówki! Niestety, zagrałem w nią tylko raz, ładnych parę miesięcy temu. Nie sprawdziła się, jednak po tak oszałamiającej ilości rozgrywek trudno mi stwierdzić, czy jest kiepska, czy po prostu nie ma sensu wyciągać jej w pewnych okolicznościach. Graliśmy w cztery osoby, z czego jedna już po kilku turach wiedziała, że nie ma szans na wygraną i może najwyżej zdecydować, komu pomoże wygrać. Dla drugiego gracza była to chyba pierwsza planszówka od czasów Chińczyka za dzieciaka (Kalamburów po pijaku nie liczę) i tylko powtarzał w kółko pytanie (dość agresywnym tonem): "Ale po co my mamy dopływać do tych wysp?". Dodajmy do tego fakt, że w trakcie pojawił się jeszcze jakiś problem, którego rozwiązania nie mogłem znaleźć w instrukcji, a dostaniecie przykład niezbyt udanego planszówkowego wieczoru (na szczęście oprócz Lifeboats mieliśmy jeszcze alkohol). Czy chciałbym zagrać po raz kolejny? Jasne! Niestety, za każdym razem, kiedy streszczam ludziom, o co w tym chodzi, chcą czegoś mniej konfliktowego.

9: Warhammer 40000: Podbój

O Podboju i moim smutku związanym z tym, że prawie w niego nie gram, pisałem już w tekście Moje ulubione gry planszowe (2016). Od czasu jego napisania niewiele się zmieniło, chociaż dodam, że w tej chwili znam już dwie osoby posiadające swoją kopię podstawki, więc może w najbliższej przyszłości coś z tego będzie. Do tej pory grałem w tę karciankę dziesięć razy. Przy niektórych tytułach byłbym skłonny uznać to za całkiem sporą ilość, ale uważam, że Podbój zasługuje na więcej. Ostatnio powoli wykluwa się w mojej głowie myśl, że może po większej liczbie rozgrywek nie będzie to dla mnie już taka świetna gra, jednak wciąż chcę przekonać się o tym na własnej skórze. Z innej beczki: we wpisie o moich ulubionych grach wspominałem, że chyba nigdy nie udało mi się wygrać partii w Podbój, i wiecie co? Nadal mi się nie udało!

8: Race for the Galaxy

Zakochałem się w tej grze bardzo szybko (zaraz po tym, jak dotarło do mnie, że instrukcja do niej to jednak nie podręcznik do chemii, jak z początku stwierdziła Magda) i równie szybko się nią zmęczyłem. Świetna pozycja, tyle że po kilku rozgrywkach zaczął mnie drażnić niemal całkowity brak interakcji pomiędzy uczestnikami wyścigu o galaktykę (próba przewidzenia, jaką kartę akcji zagra przeciwnik i próby nie grania "pod niego" to właściwie żadna interakcja). Stanęło na sześciu partiach i mojej opinii, że to bardzo fajny pasjans, ale jednak pasjans, co z tego, że na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy". Mimo to chciałbym grać w Race'a częściej (choćby po to, żeby po sporej przerwie przekonać się, czy nadal podchodzę do tej karcianki tak samo), tyle że razem z Magdą jakoś nigdy nie możemy zmobilizować się do zdjęcia tego pudełka z półki, a wyjaśnianie zasad nowym graczom wygląda na katorgę. Ale hej, dobra gra, choćby pozbawiona interakcji, w której są statki kosmiczne, nie może tak po prostu zniknąć z mojego życia!

7: Wysokie Napięcie

Kupiłem. Razem z żoną odpakowaliśmy (Magda stanowczo zabrania mi robienia takich rzeczy samemu). Policzyłem i posegregowałem elementy gry. Przeczytałem instrukcję. Zasady zachęciły mnie do jak najszybszego rozłożenia planszy na stole i zbudowania swojej sieci elektrowni. Jakoś nie mogłem zaciągnąć do tej planszówki mojej wtedy-jeszcze-nie-żony, więc wpadłem z Wysokim Napięciem do rodziców i zmusiłem swoją mamę, żeby ze mną zagrała. Ku mojemu zaskoczeniu, nawet jej się spodobało (chyba, że po powiedziała tak, bo chciała być miła). Mnie zresztą też, chociaż miał to być raczej test, bo zdawałem sobie sprawę, że najlepiej siadać do tego tytułu w minimum trzy osoby. Wróciłem od rodziców. Odstawiłem pudło z grą na półkę. Leży tam do dziś. Dlaczego? Nie mam pojęcia! Teraz, po niemal roku od tamtej sytuacji, prawie nie pamiętam zasad, więc musiałbym ponownie czytać instrukcję i najzwyczajniej w świecie od kilku miesięcy nie potrafię się do tego zmobilizować! Nie potrafię przypomnieć sobie reguł, a potem zaprosić kilku znajomych i zagrać. Zawsze przed ich przyjściem wolę wybrać coś innego, Wysokie Napięcie jakoś mnie odrzuca. Wiem, że to błąd - gdybym nie wiedział, gra nie znalazłaby się na tej liście.

6: Nightfall


Nightfall to taka dobra gra! Szkoda tylko, że od kiedy zapisuję ilość swoich rozgrywek (czyli od mniej więcej trzech lat), grałem w nią jedynie sześć razy. Wcześniej było jeszcze kilka partii, ale i tak stanowczo za mało. Problem z tą karcianką polega na tym, że o ile w przypadku innych tytułów tłumaczenie reguł jest zwykle dosyć proste, a do graczy, którzy z początku mogli czegoś nie rozumieć, szybko dociera, o co chodzi, więc już po kilku turach mogą grać samodzielnie, Nightfall stawia przed nimi mur nie do przebicia. Tu od samego początku należy wiedzieć, jak dobrze grać, w zasadzie już od chwili wybierania kart, do których będziemy mieć dostęp w trakcie rozgrywki - to wtedy decydujemy, jakie kombinacje będziemy zagrywać w łańcuchach i próbujemy ułatwić sobie dołączanie się do cudzych łańcuchów, jednocześnie utrudniając przeciwnikom dołączanie się do naszych. Uff! Wychodzi na to, że wypadałoby mieć grupę, z którą gra się tylko w Nightfall i to regularnie, ignorując przy tym inne tytuły, ale umówmy się: przykro mi, ta karcianka jest dobra, jednak nie AŻ TAK dobra.

5: Alien Frontiers

Stwierdzam bez wahania, że kocham tę grę. Niestety, Magda nie podziela mojego uczucia do Alien Frontiers, więc sytuacja wyglądała tak, że zagraliśmy we wrześniu zeszłego roku, tuż po zakupie, a potem planszówka o kolonizowaniu planety za pomocą kostek (nie dajcie się oszukać, kostki to tak naprawdę statki kosmiczne) została zagrzebana pod innymi pudłami na ponad pół roku. Prawie o niej zapomniałem! Na szczęście ostatnio przeczytałem instrukcję ponownie, zaprosiłem znajomych i jestem po dwóch kolejnych rozgrywkach. Dla mnie to wspaniały tytuł, sprawdzający się bardzo dobrze nawet na dwóch graczy, więc jeśli ktoś ma pomysł, jak przekonać do niego żonę (która po tylu miesiącach jeszcze nie wybaczyła mi zniszczenia jej statku, chociaż kilka tur wcześniej zrobiła to samo z moim!), stawiam sześciopak.

4: Szogun

Szogun to dla nas tytuł szczególny: był pierwszą planszówką, na którą złożyłem się razem z Magdą. Od tej pory wiedzieliśmy, że to poważny związek. A tak poza tym to bardzo dobra gra, nawet jeżeli sam nie jestem do końca przekonany co do znajdującej się w ogromnym pudle słynnej wieży (ale z drugiej strony, kiedy ktoś na nią narzeka, tłumaczę mu, że wieża jest w porządku... hmmm). Zagraliśmy w nią sześć razy, niestety ostatnio jakoś trudno znaleźć osoby chcące zobaczyć Szoguna poza pudełkiem, nie mamy też specjalnej ochoty na wypróbowywanie gry we dwoje. Uważam jednak, że to planszówka zdecydowanie zasługująca na dużo większe ogranie; podoba mi się jej mechanika, wygląd, to, że gra jest w dużym stopniu statyczna (wszyscy jednocześnie spokojnie planujemy swoje akcje, które wykonujemy dopiero potem), połączenie rozbudowywania swojego państwa z działaniami wojennymi, właściwie całość. Bardzo solidna rzecz, więc gdyby ktoś chciał wpaść i zagrać, zapraszam.

3: Twilight Imperium

To właściwie trochę żart. Lista nazywa się 10 gier, w które chciałbym grać częściej, zaś w epickie, trwające nieraz kilkanaście godzin Twilight Imperium nie zagrałem ani razu. Miałem tę grę (nawet z dwoma dodatkami), kupiłem używane pudła, jednak natłok wszystkiego sprawił, że nie przeczytałem instrukcji, nie sprawdziłem, czy całość jest kompletna, nie zmobilizowałem się do pogrania ze znajomymi, którzy mieli do czynienia z tym tytułem już wcześniej. Sprzedałem TI kumplowi, który, o ile wiem, też za bardzo w to nie gra. Pewnie taki urok gier, dla których trzeba wziąć urlop, olać rodzinę i wszystkie obowiązki, ale i tak planuję ponowne kupienie podstawki, przy czym tym razem nie miałaby to być zbierająca kurz, imponująca dekoracja.

2: Descent: Wędrówki w mroku

Spośród wszystkich gier na tej liście, w tę grałem najczęściej (dziewiętnaście razy). Czemu w takim razie się tu znalazła? Bo chciałbym wreszcie ukończyć którąś z posiadanych przez nas kampanii. Mamy podstawkę, mamy kilka dodatków, zaczynaliśmy z Magdą wiele razy, ale wychodzi na to, że nie potrafimy. Za każdym razem wygląda to podobnie: zaczynamy, przebrniemy przez kilka scenariuszy, odkładamy wszystko do szafy, po czym orientujemy się, że Descent leży tam już ok ładnych kilku miesięcy, to może kontynuujmy? Tyle że wtedy już niewiele pamiętamy i nie bardzo nam się chce. Niby wszystko jest posegregowane, wyniki zapisane, ale czuję się tak, jakby ktoś kazał mi ciągnąć po długiej przerwie którąś z monumentalnych komputerowych gier RPG - co z tego, że można wczytać to, co było wcześniej i po prostu grać, skoro taki powrót sprawia, że mam uczucie nagłego wrzucenia mnie w sam środek przygody, a ja chcę przeżyć ją od początku do końca. Niestety, nie umiemy z Magdą kampanii. Może kiedyś w końcu się nauczymy.

1: Cosmic Encounter

Moja trzecia ulubiona gra i znowu mam za sobą jedynie sześć partii (co ja mam z tymi szóstkami?). Wszystko wyglądało pięknie, kupiłem tańszą, zniszczoną podstawkę, po dosłownie kilku rozgrywkach sprzedałem ją i kupiłem znowu, tym razem w dobrym stanie i ze wszystkimi dodatkami oprócz Cosmic Dominion - tak bardzo mi się spodobało. I teraz nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio rozłożyłem tę planszówkę na stole. O jednej z możliwych przyczyn takiej sytuacji wspominałem przy okazji tekstu o moich ulubionych grach (niełatwe wyjaśnianie zasad nowym osobom), drugą jest to, że gra wygląda tak, jak ma wyglądać, dopiero kiedy usiądzie do niej ponad czterech graczy (owszem, da się grać nawet w trzy osoby, ale kto próbował, ten wie, że to nie to samo), a z reguły albo trudno zebrać takie towarzystwo, albo większość woli coś innego, sprawiając, że jest mi bardzo smutno.

tekst: Michał Misztal, zdjęcie: Magdalena Misztal

sobota, 14 maja 2016

Moje ulubione gry planszowe (2016)

Brak komentarzy:
To powtórka tekstu, który opublikowałem wcześniej na swoim blogu. Dla porządku zamieszczam go tutaj, z dosłownie jedną drobną zmianą w akapicie o grze znajdującej się na siódmym miejscu. Do dzieła!


Postanowiłem przedstawić dziesięć swoich ulubionych gier bez prądu, dla wygody nazwanych planszówkami, choć w zestawieniu znalazły się także karcianki. Jest oczywiście więcej niż dziesięć planszówek, w które lubię grać, ale z drugiej strony nie aż tak wiele, żeby robienie dłuższej listy miało sens. W opisach poszczególnych pozycji nie wyjaśniam zasad, niekoniecznie informuję, o co dokładnie chodzi, bo nie miałem zamiaru kopiować tu instrukcji, a jedynie zasygnalizować kilkoma krótkimi zdaniami, dlaczego siedzenie przy danej grze sprawia mi przyjemność. Plan jest taki, żeby za rok to powtórzyć i zobaczyć, czy cokolwiek się zmieniło. Zaczynamy:

10: Ultimate Werewolf

Więcej o Ultimate Werewolf tutaj.

9: Dixit

Z jednej strony mam wątpliwości, czy gry takie jak Ultimate Werewolf czy właśnie Dixit powinny znaleźć się na takich pozycjach (Dixit jeszcze kilka dni temu był dziesiąty, ale, wiecie, dostaliśmy dodatek, napiliśmy się, pograliśmy w większym gronie, tak jakoś wyszło, że jest wyżej), zwłaszcza, że jedenasta planszówka na mojej liście to Szogun, o wiele bardziej skomplikowany, oferujący złożoną rozgrywkę... nieważne. Są różne gry i siła niektórych polega właśnie na prostocie. Dixit sprawdza się idealnie jako gra imprezowa lub coś dla tych, którzy raczej nie bawią się w takie rzeczy, być może właśnie z powodu strachu przed skomplikowanymi zasadami. Zresztą, chyba większość kojarzy, o co chodzi, a jeśli nie, należy nadrobić zaległości, bo to pozycja obowiązkowa - kto wie, czy nie najbardziej obowiązkowa ze wszystkich na tej liście.

8: Warhammer 40000: Podbój

Przyznaję, że znam tę karciankę raczej średnio, a to dlatego, że nie mam z kim w nią grać. Niestety, nie przypadła do gustu Magdzie, a kiedy wpadają do nas pograć inni ludzie, raczej nie wyciągamy gier na dwie osoby. Posiadam jedynie podstawkę, nie kupuję rozszerzeń (bo i po co?), nie bawię się w rozbudowywanie talii, korzystałem tylko z tego, co znalazło się w głównym pudełku. Podbój to (dla mnie) Warhammer: Inwazja, tyle że ulepszona. Co ciekawe, akurat Inwazję Magda bardzo lubi (może dlatego, że prawie zawsze ze mną wygrywa, chociaż w Podbój też). Główną zaletą Warhammera 40000 w formacie LCG jest to, że w trakcie rozgrywki trzeba sporo kombinować i, co jest rzadkie w karciankach, gra przede wszystkim gracz, a nie jego karty. Pomijam to, że moje umiejętności radzenia sobie z oponentem w Podboju to jakiś smutny żart i nie wiem, czy kiedykolwiek pokonałem swojego przeciwnika - i tak mi się podoba. Żałuję, że nie mogę przegrywać częściej.

7: Martwa Zima

Prawdopodobnie szykuje się dłuższy tekst o Martwej Zimie (no i rzeczywiście, już jest). W skrócie: udekorowana zombiakami gra kooperacyjna, jednak nie do końca, bo wśród tych "dobrych" może pojawić się też zdrajca, zaś poza celem ogólnym, który zrealizować muszą wszyscy "dobrzy", każdy gracz ma swój ukryty cel. Jeśli go nie zrealizuje - przegra, jeśli próbuje go realizować, jego zachowanie może wydać się innym podejrzane i może zostać uznany przez resztę za zdrajcę. Taka gra psychologiczna, sprawdzająca się już od trzech, ale najlepiej w cztery albo pięć osób. Na dwie tak sobie, choć daje radę. Ulubiona planszówka mojej żony, która jest naprawdę świetnym zdrajcą. Nie wiem, czy powinienem się z tego cieszyć.

6: Descent: Wędrówki w mroku

Mroczny władca, czyli ten zły, kierujący potworami, kontra dobrzy herosi. Sporo figurek, przedmiotów, misji, kart, właściwie wszystkiego. Taki sklep z zabawkami w niewielkim (zwłaszcza w porównaniu z pierwszą edycją) pudełku. Naparzanka fantasy z elementami RPG w postaci rozwijania swoich bohaterów oraz talii. Całość najlepiej sprawdza się w formie kampanii, gdzie gramy cały czas tymi samymi bohaterami, którzy, tak samo jak ich przeciwnicy, z upływem czasu stają się coraz silniejsi. Magda ma radochę z malowania figurek, a potem walczymy - oczywiście Magda zwykle jest mrocznym władcą. Generalnie gra dla każdego dużego chłopca, chociaż, jak wynika z poprzedniego zdania, nie tylko.

5: Legendary: A Marvel Deck Building Game

Co ja się będę rozpisywał. Tutaj zrecenzowałem podstawkę, a tutaj rozszerzenie Dark City. Polecam czytać po kolei - zobaczycie, jak wraz z dostaniem w swoje łapy dodatku zwiększył się mój entuzjazm do tej gry. Przypuszczam, że w drodze kolejne teksty o Legendary, bo mamy jeszcze pudełka o nazwach Guardians of the Galaxy oraz Secret Wars Volume 1 (i pewnie na tym się nie skończy).

4: Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island

Gra w stu procentach kooperacyjna, więc kiedy pokłócimy się z Magdą po mojej wygranej w coś innego (hmm, jakoś tak nigdy nie kłócimy się, kiedy przegram...), zawsze możemy siąść przy Robinsonie i... przegrać oboje. A tak poważnie, to bardzo trudna i wymagająca planszówka. Nie chodzi mi skomplikowane zasady, a o to, jak dużym wyzwaniem jest ukończenie kilku z umieszczonych w pudełku scenariuszy. W Robinsonie lądujemy na tytułowej wyspie, ale na szczęście nie każda rozgrywka wygląda tak samo - są wspomniane scenariusze, każdy polegający na czymś innym. A to musimy usypać i podpalić stos drewna, żeby zauważył nas przepływający w pobliżu statek, a to walczyć z kanibalami czy uciekać przed wybuchającym wulkanem, a w każdej z tych sytuacji jeszcze jeść, spać, mierzyć się z niesprzyjającą pogodą, dzikimi zwierzętami, brakiem surowców i dbać o morale naszych ocalałych. Nieraz o powodzeniu lub niepowodzeniu decyduje rzut kostką w ostatniej turze, ale jak bardzo trzeba się napracować, żeby w ogóle mieć szanse na wygraną dzięki temu rzutowi! Rewelacyjna gra dostarczająca sporych emocji. Można też grać samemu, ale to nie to samo. Poza wersją podstawową, Robinson doczekał się scenariuszy możliwych do ściągnięcia z Internetu oraz rozszerzenia zawierającego kampanię, które co prawda mamy na półce, jednak jakoś nie możemy się do niego zabrać. Wygląda świetnie, więc możliwe, że za rok Adventure on the Cursed Island znajdzie się jeszcze wyżej na mojej liście.

3: Cosmic Encounter

Ulubiona gra Toma Vasela, który grał w miliard planszówek, więc warto wiedzieć, co poleca. Cosmic Encounter ma w sobie wszystko to, czego raczej nie lubię w grach - sporo chaosu, ogromną losowość, częsty brak możliwości zaplanowania czegokolwiek, bo i tak zburzą nam to właśnie chaos i losowość. Czemu w takim razie znalazł się aż na trzeciej pozycji? Bo w całym tym szaleństwie jest metoda i wszystkie pozorne wady, które wymieniłem, są w tej grze usprawiedliwione, a wręcz potrzebne. Mało która planszówka dostarcza takiej ilości zabawy, jaką zapewnia między innymi nieprzewidywalność, potrzeba blefowania, ale czasem też dogadywania się z innymi, to, jak wzajemnie wpływają na siebie zdolności obcych, którymi kierujemy i kart, które akurat mamy na ręce... rozgrywki w Cosmic Encounter to coś, co pamięta się długo, bo w czasie prawie każdej trafia się jakaś akcja, która wykręca wszystkim suty (naprawdę nie wiem, jak opisać to inaczej) i wywołuje salwy śmiechu. Jedyna wada to niełatwe tłumaczenie zasad nowym graczom (w czym nie pomaga brak polskiej wersji), bo choć ogólne założenia są bardzo proste, po drodze pojawia się cała masa wyjątków, które, jeśli nie zostaną wyjaśnione od razu (co może zniechęcić zielonych uczestników rozgrywki), prędzej czy później prawdopodobnie i tak wyskoczą i zepsują części graczy zabawę. Poza tym jednym problemem, gra prawie idealna.

2: Neuroshima Hex!

Zee Garcia z The Dice Tower nazwał Neuroshimę Hex! "walką na noże w budce telefonicznej". Jeśli to nie zachęca do wypróbowania tej gry, nie wiem, co może zachęcić bardziej. Może takie hasła jak: postapokalipsa, wielcy i groźni mutanci, roboty, walka na noże w budce telefonicznej, zmutowane szczury, neodżungla, walka na noże w budce telefonicznej? U mnie wyglądało to tak, że pograłem w podstawkę, spodobało mi się, ale w końcu znudziło, więc odłożyłem na półkę. Potem kupiłem jeden dodatek, drugi dodatek, gra odżyła... teraz mamy już wszystkie armie. Rozgrywka jest z jednej strony bardzo spokojna, bo do pewnego momentu jedynie układamy żetony z jednostkami na planszy, z drugiej, prędzej czy później dochodzi do (często widowiskowego) konfliktu, który może zmienić całą sytuację na polu walki. Nie bez powodu graliśmy w Neuroshimę Hex! naprawdę wiele razy; obecnie znowu trwa przerwa, jednak na pewno jeszcze wrócimy do tej świetnej planszówki.

1: Vampire: the Eternal Struggle

Karcianka na podstawie gry fabularnej Wampir: Maskarada. Karcianka Richarda Garfielda, twórcy kojarzonej przez niemal wszystkich Magic: The Gathering. Jedna z pierwszych kolekcjonerskich karcianek. Moja ulubiona gra i nie sądzę, żeby w najbliższym czasie coś się pod tym względem zmieniło. Ma tylko dwie wady: nie jest już (oficjalnie) wydawana i nie lubi jej Magda. Cała reszta to dla mnie rzecz tak zbliżona do ideału, jak tylko jestem w stanie to sobie wyobrazić. To tak na szybko, bo kiedyś (kiedyś, kiedyś...) chcę napisać dłuższy tekst o Vampire i wtedy z pewnością go tu wrzucę. Zbieram się do tego już od dość dawna, jednak wierzę, że w końcu się uda. Skoro już to zadeklarowałem, trzymajcie mnie za słowo.

tekst: Michał Misztal