Metody Marnowania Czasu: blood rage
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blood rage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blood rage. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 stycznia 2019

Moje ulubione gry planszowe (2019): miejsca #20-11

Brak komentarzy:

Bez niepotrzebnego przedłużania, bo przecież wiadomo, o co chodzi: kolejny rok, aktualizacja listy moich ulubionych gier, miejsca #20-11 (może za 12 miesięcy napiszę o pierwszej trzydziestce). Trzy nowości, kilka niewielkich przetasowań.

Poprzednie listy:
2018, miejsca #20-11 i #10-1
2017, miejsca #20-11 i #10-1
2016

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Moje ulubione gry planszowe (2018): miejsca #20-11

Brak komentarzy:

Kolejny rok, następna edycja listy moich ulubionych gier (poprzednią znajdziecie tutaj). Znowu dwadzieścia tytułów, ale wydaje mi się, że za dwanaście miesięcy będę już gotowy na listę z trzydziestoma (nie żebym nie mógł już w tej chwili wystrzelić z pięćdziesiątką,tyle że na razie raczej nie ma to większego sensu). Bez zbędnego przedłużania, zaczynamy: miejsca #20-11, w tym trzy nowości.

niedziela, 1 października 2017

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Wrzesień 2017

Brak komentarzy:
Super Rhino i mój najgroźniejszy planszówkowy przeciwnik: żona
50 partii w 10 tytułów (ostatnio 27 partii w 11 tytułów)

Najwięcej partii: Super Rhino (20)

Już dawno nie zdarzyło mi się zagrać w coś 20 razy w ciągu jednego miesiąca. Jasne, Super Rhino to  prościutki tytuł, w który gra się maksymalnie kilkanaście minut, ale to i tak spore osiągnięcie. Wkrótce zamierzam napisać o tej grze coś więcej, a na razie: układamy sobie budynek z kart i staramy się, by któryś z przeciwników niechcący go zburzył, ale w partii na 3 i więcej graczy tylko w dogodnym dla nas momencie. Z tego, co widziałem, sprawdza się w każdym towarzystwie, od planszówkowych znajomych, przez rodziców i teściów, po kumpli, którzy wpadli na flaszkę i nigdy wcześniej nie interesowały ich jakieś tam śmieszne gry.

sobota, 1 kwietnia 2017

Planszówkowe Podsumowanie Miesiąca: Marzec 2017

Brak komentarzy:
32 partie w 15 tytułów (ostatnio 19 partii w 8 tytułów)

Najwięcej partii: Guild Ball (7)

Guild Ball wciąga mnie coraz bardziej, do tego stopnia, że mając x pieniędzy odłożonych na planszówki, zastanawiam się, co kupić: Chaos w Starym Świecie? Kemet? Misja: Czerwona Planeta? Suburbia? Myślę i myślę, po czym patrzę na te gry i zdaję sobie sprawę, że żadna z nich nie wygląda dla mnie szczególnie atrakcyjnie (a to najwyższe pozycje z mojej listy pudeł, które chciałbym widzieć u siebie na półce). Ale za to... hmm... ci dwaj zawodnicy bardzo pasowaliby do mojej gildii. Może jeszcze starter Union? Niedługo mają pojawić się farmerzy... na co mi jakiś Chaos w Starym Świecie?

Nowości: Star Wars: Imperial Assault (2), Zombie in my Pocket (4)

Michał zanurza się w tajemniczych odmętach print & play. Bardzo powoli: przy Micropulu wsadziłem do wody palec u nogi, w tej chwili mam już zanurzoną połowę stopy. O Zombie in my Pocket napiszę więcej wkrótce.

Lubię Descent. Obecnie trochę mniej, niż kiedyś, bo nie umiemy z Magdą w kampanię, nie zmienia to jednak faktu, że to tytuł, w który gram bardzo chętnie. Imperial Assault to taki Descent w zupełnie mi obojętnym świecie Gwiezdnych Wojen, tyle że nieco ulepszony. Po rozłożeniu na stole pierwszej misji kolega właściwie nie musiał tłumaczyć zasad. Kilka zmian, które zauważyłem (na przykład naprzemienny ruch jednostek dwóch stron) to raczej kosmetyka, nic, czego nie dałoby się wprowadzić do Descenta w ramach domowych zasad. Oczywiście na razie polizałem lód przez szybę, bo ukończyliśmy zaledwie dwie misje, ale podobało mi się (chociaż z powodu podobieństwa do Descenta nie byłem niczym zaskoczony, więc nie było i szału).

Nowość miesiąca: Star Wars: Imperial Assault, niech będzie

Powroty: Blood Rage (1), Gemblo Q (2), Neuroshima Hex! (2), Pandemia (1), T.I.M.E Stories (4)

Miło było powrócić po wielu miesiącach do Neuroshimy. To świetna gra i  bardzo żałuję, że nie gram w nią częściej. Blood Rage nadal pozwalający na interesujące kombinowanie i podejmowanie ciekawych decyzji, emocjonujący, a przy tym szybki (niecałe 50 minut na dwóch graczy). W swojej kategorii tytuł niemal idealny. Pandemia z mamą to dobrze spędzone pół godziny, nie rozumiem jednak fenomenu tej gry. Gemblo Q: lubię to proste (acz nie prostackie) układanie klocków i od czasu do czasu będę do tej gry wracał (zwłaszcza w towarzystwie ludzi, których odstraszają bardziej skomplikowane rzeczy), z kolei o powrocie do T.I.M.E Stories tutaj.

Powrót miesiąca: Neuroshima Hex!

Stale na stole: Alien Frontiers (2), Dungeon Forge (1), Guild Ball (7), Mare Nostrum: Imperia (1), Micropul (1), Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island (2), Set (1), Szachy (1)

O prawie każdej z tych gier wspominałem przy kilku innych okazjach. Jedyna "nowa" rzecz to sprawdzenie, jak działa Mare Nostrum na dwóch (tak jest, kupiłem Atlas). Działa tak sobie. Siłą Mare Nostrum są dla mnie negocjacje i gra nad stołem w ramach symulacji wojny na wielu frontach, zaś w grze jeden na jeden jasne jest, że nie ma o czym ze sobą rozmawiać. Do tego rozgrywka wcale nie trwała krócej, niż przy większej liczbie graczy, bo prawie dwie godziny - fakt, że z rozkładaniem całości, ale jednak. Cały czas uwielbiam ten tytuł, tylko nie wiem, czy będę jeszcze chciał grać na dwóch.

Rozczarowanie miesiąca: Zombie in my Pocket

Gra miesiąca: Guild Ball

Tak jak napisałem wyżej, fascynacja rośnie. Niedługo pewnie recenzja, chociaż muszę jeszcze trochę się ograć i poprosić kogoś, żeby dla porównania pokazał mi Blood Bowl.

Krótkie podsumowanie: Było jak na mnie dość intensywnie i zdecydowanie lepiej niż w lutym. Oby więcej takich miesięcy, chociaż nadal boli to, że tak wiele gier, a tak mało czasu.

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję. 

tekst i "zdjęcie": Michał Misztal

niedziela, 1 stycznia 2017

Moje ulubione gry planszowe (2017): miejsca #20-11

Brak komentarzy:

Nowy rok, czas na nowe wydanie listy moich ulubionych gier bez prądu. Ostatnio pisałem, że umieszczanie na niej więcej niż dziesięciu tytułów nie ma sensu, ale od tego czasu sporo się zmieniło; tym razem zdecydowałem się napisać o dwudziestu grach i podzielić całość na dwie części. 


20: 7 Cudów Świata

Przyznaję się bez bicia: grałem w tę planszówkę tylko kilka razy i bardzo możliwe, że po większej liczbie partii znalazłaby się w tym rankingu niżej albo wyżej. Tak czy inaczej, polubiłem 7 Cudów Świata, choć na początku kręciłem nosem, pytając: „Tylko tyle?”. Bo przecież jest to rzecz powszechnie lubiana i chwalona, spodziewałem się więc czegoś bardziej niesamowitego. Po kolejnych rozgrywkach zmieniłem zdanie i doszedłem do wniosku, że jednak coś w tym jest. Chętnie zagram więcej razy, żeby przekonać się, czy nadal będę zadowolony.


19: Nightfall

O Nightfallu pisałem już tutaj i tutaj, w związku z czym do dodania mam raczej niewiele. Od czasu moich ostatnich tekstów o tej grze nadal w nią nie grałem i raczej nieprędko się to zmieni. Na razie stanęło na tym, że x poznanych tytułów temu bardzo lubiłem Nightfall – teraz pewnie lubiłbym już mniej, ale od dłuższego czasu nawet nie mam jak tego sprawdzić.


18: Small World

Jedna z gier obecnych na mojej półce od kilku lat, kupiona w ramach wypróbowywania tego, co jest uznawane za nową klasykę. I faktycznie, na początku zachwycałem się Małym Światem, ale potem trochę mi przeszło. To pewnie ten sam przypadek, co moje granie w Neuroshimę Hex! – znudziło mi się granie podstawką i najprawdopodobniej zmieniłyby to dodatki. O ile w przypadku gry Michała Oracza miałem jednak ochotę wydawać pieniądze na nowe armie, tak jeśli chodzi o Small World, nie uznaję tego za priorytet. Może kiedyś, na razie czasem zagram i, jak widać po miejscu na liście, ciągle lubię.


17: Race for the Galaxy

Czy Race nie ma przypadkiem jakichś swoich fanatycznych wyznawców, którzy za umieszczenie tej karcianki na 17 pozycji zrobią mi wjazd na chatę i obiją mordę? Spokojnie. Pewnie byłaby wyżej, ale po prostu za mało w nią grałem (aczkolwiek chciałbym częściej). Fascynuje mnie mechanika Race'a, to, jak niezbyt imponująca przecież talia (trochę ponad sto kart) jest różnorodna, dając możliwość stosowania kartoników na kilka różnych sposobów i jak wiele można z niej wycisnąć. Muszę, naprawdę muszę siąść do tego tytułu ponownie.


16: Warhammer 40000: Podbój [poprzednie miejsce: 8]

Chwaliłem, pisałem, że chcę więcej, tymczasem Podbój spadł na mojej liście aż o osiem miejsc. Dlaczego? Przez rozstanie Fantasy Flight Games z Games Workshop i zamknięcie tej karcianki? Nie – i tak grałem jedynie zestawem podstawowym. Powód jest bardziej prozaiczny: zacząłem grać w Netrunnera. Z mojej perspektywy nie da się ciągnąć dwóch karcianek LCG jednocześnie, oczywiście pomijając fakt, że w przeciwieństwie do Androida, przy Podboju nawet nie czułem potrzeby kupowania dodatkowych kart. Sprzedałem tę grę kilka miesięcy temu i, choć ją lubiłem, niespecjalnie żałuję. Lepsze jest wrogiem dobrego i w tym wypadku karciany Warhammer 40000 przegrał pojedynek. 


15: Ultimate Werewolf [poprzednie miejsce: 10]

Recenzję Ultimate Werewolf możecie przeczytać tutaj. Spadek na liście wynika z tego, że od dłuższego czasu nie grałem w Wilkołaka, nie wspominając o grze w gronie większym niż minimalna wymagana liczba graczy, bo dopiero wtedy rozgrywka nabiera rumieńców. Jeśli tylko będę miał okazję to zrobić, chętnie ją wykorzystam, ale nie czuję też specjalnej potrzeby szukania jej na siłę – trochę się tym tytułem przejadłem. Niech przez jakiś czas poleży w spokoju, na pewno będę do niego wracał.


14: Szogun

O Szogunie wspominałem tutaj i jak na razie wyczerpałem temat. To nadal planszówka, którą chcę bardziej ograć. Jeśli chodzi o wieżę, nadal mam mieszane uczucia. Nic się nie zmieniło, Szogun zostaje na półce i od czasu do czasu jest rozkładany na stole, dając mi sporo satysfakcji z rozgrywki.


13: Blood Rage

Potwierdzam to, co pisałem w swojej recenzji. Ciągle uważam, że to niesamowicie solidny tytuł, nadal zaskakujący mnie tym, jak dobrze wszystko się w nim zgrywa. Niedawno Portal wydał dodatki do Blood Rage w rodzimej wersji – pewnie prędzej czy później zechcę położyć na nich swoje łapy. Bardzo dobra gra, która jeszcze niedawno była tuż poza moją pierwszą dziesiątką.


12: Dixit [poprzednie miejsce: 9]

Kolejna gra, którą naprawdę lubię i mam powody chwalić za genialną w swojej prostocie mechanikę, ale jednocześnie trochę się już nią przejadłem. Dixit, żeby ciągle sprawiał mi taką samą przyjemność, chyba potrzebuje ciągłego napływu nowych kart. Z drugiej strony, tak jak w przypadku Small World, niekoniecznie czuję potrzebę wydawania na nie swoich pieniędzy. Nie zmienia to faktu, że Dixit wciąż jest w mojej czołówce ulubionych gier i nie powinno się to zmienić. Znowu, tak jak rok temu, mam wątpliwości, co powinno być wyżej: tym razem Dixit czy Blood Rage, bo jak porównać takie tytuły? Instynktownie umieszczam Dixit wyżej, ale to naprawdę niewielka różnica.


11: Descent: Wędrówki w mroku [poprzednie miejsce: 6]

Nie ma możliwości, żeby Descent nie spadał, dopóki nie uda mi się ukończyć choć jednej kampanii (o związanych z tym problemami pisałem tutaj). Z drugiej strony, byłoby zabawnie, gdybym po ukończeniu którejś poczuł się rozczarowany i Descent spadł jeszcze niżej w kolejnym wydaniu tej listy – nigdy nic nie wiadomo. Przekonamy się za rok.

test: Michał Misztal

wtorek, 27 września 2016

Blood Rage [recenzja]

Brak komentarzy:
Przeczytaj też: Blood Rage: Pierwsze wrażenia

Kiedy siadam do pisania tej recenzji, Blood Rage jest na 16 miejscu rankingu najlepszych planszówek strony BoardGameGeek, czyli całkiem wysoko. Jeżeli kojarzycie ten tytuł, co właściwie słyszeliście o tej grze? Może głosy zachwytu, na przykład zachwyt nad mechaniką albo nad figurkami? A może wręcz odwrotnie, dotarło do was, że gra jest zbyt prosta, figurki zbędne i w ogóle jak takie coś może kosztować około 300zł? 

Chciałbym napisać, że z mojego tekstu w końcu dowiecie się PRAWDY, ale nie. Poznacie tylko moją opinię.

ZACHWYT NAD MECHANIKĄ 

Lubicie wikingów? Jeśli tak, to w Blood Rage będziecie mieli okazję kierować jednym z ich Klanów, mając do dyspozycji Jarla, Wojowników, Drakkary... nie, tak naprawdę tylko jeden Drakkar, a do tego sporo różnej maści Potworów. Co ciekawe, na początku rozgrywki Klany różnią się jedynie nazwą, ich specjalne umiejętności nabywamy dopiero później, dzięki kartom zdobywanym za pomocą tak zwanego draftu – każdy gracz bierze do ręki 8 kart, wybiera jedną i podaje pozostałe graczowi po lewej, co trwa do momentu, w którym każdy będzie miał na ręce 6 kart. Ponieważ Blood Rage rozgrywa się w czasie trzech Epok (pod koniec każdej z nich liczymy Punkty Chwały – zgadliście, ten, kto po zakończeniu trzeciej Epoki ma ich najwięcej, zostaje zwycięzcą), mamy 3 okazje do zdobycia nowej puli kart, które z każdą Epoką stają się coraz silniejsze. 

Dzięki temu zabiegowi nie jesteśmy skazani na jedną specjalną zdolność naszego Klanu od początku do końca gry – wręcz przeciwnie, możemy rozbudowywać go na różnych frontach, w każdej rozgrywce zupełnie inaczej. Sposób dobierania kart w późniejszych Epokach zmusza do interesujących wyborów, takich jak zastanawianie się, czy lepiej wziąć kartę, która bardzo się nam przyda, czy lepiej taką, która jest na zbędna, za to jeśli dostanie ją jeden z naszych przeciwników, możemy mieć kłopoty. 

Po dobraniu kart rozgrywamy akcje, które w nie tak znowu dużym skrócie sprowadzają się do postawienia figurki na planszy, przeniesienia figurek do innej Prowincji, zagrania karty (rozbudowującej nasz Klan albo reprezentującej zadanie, za zrealizowanie którego dostaniemy punkty i pozwalające na zwiększenie którejś z klanowych statystyk) albo plądrowania. 

Zaraz, tylko tyle za 300zł?! Ja wiem, że w pudle znajdziemy tych figurek prawie 50, ale naprawdę mogę tylko stawiać je na planszy i przenosić z obszaru na obszar? Całe szczęście, że jest jeszcze walka – bo jest, prawda? 

No... też nie do końca. W każdej z Prowincji umieszczony jest żeton mówiący nam, co dostaniemy w zamian za jej splądrowanie. Kiedy któryś z graczy deklaruje, że chce to zrobić, inni mogą przenieść swoje figurki na obszar, gdzie podejmowana jest próba plądrowania (o ile z nim sąsiadują i jeśli zostało jeszcze dla nich miejsce), następnie gracze uczestniczący w bitwie liczą siłę swoich figurek, wszyscy zagrywają po zakrytej karcie (która zazwyczaj dodaje punkty siły), sprawdzamy, kto wygrał (zwycięzca traci zagraną kartę, przegrani dostają je z powrotem), a kto kończy w Walhalli, zwycięzca bierze punkty i, o ile to właśnie on deklarował chęć splądrowania Prowincji, również nagrodę widniejącą na wspomnianym wyżej żetonie. To wszystko. Być może ktoś wyczytał to już między wierszami: w Blood Rage nie da się walczyć z kimś „ot tak sobie”, na zasadzie prostego wejścia do Prowincji, by pozabijać swoich przeciwników. To nie ta planszówka. Tutaj ewentualne starcia mają miejsce wyłącznie w wyniku wybrania przez któregoś z graczy akcji plądrowania Prowincji. A że nie jest ich aż tak wiele (i dzięki Ragnarokowi z każdą Epoką o jedną mniej, a każdą z nich można splądrować tylko raz na Epokę), możecie się domyślić, że walka niekoniecznie jest kwintesencją tej gry. I, prawdę mówiąc, nie za bardzo rozumiem niezadowolenie z tej cechy planszówki Erica Lange'a. Jest cała masa gier polegających wyłącznie na walczeniu ze sobą – Blood Rage po prostu nie miał być jedną z nich. Ja wiem, że wikingowie, topory, gwałty i tak dalej, ale to trochę tak, jakby krytykować lodówkę za to, że nie jest zmywarką. Jeśli ktoś kupił tak drogą grę nastawiając się na nieustanną planszową rzeźnię, bo nie sprawdził wcześniej, co to za tytuł, a potem czuje się rozczarowany, może winić wyłącznie siebie. 

Ja z kolei rozczarowany się nie czuję. Zasady Blood Rage'a da się wyjaśnić w moment nawet początkującym amatorom tego rodzaju gier, natomiast sama rozgrywka jest bardzo złożona w swojej prostocie. Przy zachowaniu dziecięcej frajdy z nieskomplikowanego stawiania figurek na planszy osiągnięto zaskakującą głębię podczas właściwie każdej partii. Do zrobienia w czasie każdej Epoki mamy względnie niewiele (chociaż im dalej, tym więcej), ale jednocześnie przez cały czas miałem poczucie, że niemal każda z moich decyzji jest niezwykle istotna. Nawet do pozornie oczywistych spraw dochodzi kilka rzeczy, nad którymi trzeba się zastanowić (na przykład: „Skoro zwycięzca bitwy traci zagraną kartę, czy jest sens pozbywać się mojej dobrej karty od razu w imię pewnej wygranej, czy może lepiej zachować ją na później?”). W czasie każdej rozgrywki można poeksperymentować sobie z całkiem innym podejściem, innymi kombinacjami kart wzmacniających Klan – do tej pory nie zauważyłem, żeby którakolwiek ze strategii była wyraźnie lepsza od innej. Można wygrać będąc mocnym w bitwach albo celowo je przegrywając (dzięki kartom Lokiego, co w ogóle jest bardzo interesującym pomysłem, a dla przeciwników twardym orzechem do zgryzienia – jak poradzić sobie z graczem, który CHCE przegrywać bitwy, bo dzięki kartom będzie miał z tego większe korzyści niż z z wygrywania?), można stawiać na karty Wypraw i kosić z nich więcej punktów niż z czegokolwiek innego, można wykręcać niesamowite kombinacje kart wzmacniających Klan (i znowu: nie ma jednej zdecydowanie lepszej od innych), można to wszystko ze sobą łączyć – przy odpowiednim podejściu wszystko działa i daje ogromną satysfakcję. 

Blood Rage to jedna z tych gier, w której właściwie żaden z pojedynczych elementów mechaniki nie rzuca na kolana, za to wszystko poskładane do kupy robi niesamowite wrażenie. Całość działa pięknie i, przynajmniej w naszym gronie, bez żadnych zgrzytów. Nie jest to planszówka rewolucyjna, nie zmieni mojego życia, za to grając w nią przez cały czas nie mogę się nadziwić, jak dobrze wszystko tu do siebie pasuje. 

 ZACHWYT NAD FIGURKAMI 

Po pierwsze, odniosę się do licznych opinii, że figurki w tej grze są właściwie zbędne. Ciekawe, czy ich autorzy mówili to też przy innych tego rodzaju tytułach, przy czym pisząc o tytułach „tego rodzaju” mam na myśli właściwie KAŻDĄ planszówkę, do której dołączono figurki. Proszę o nazwy gier, do których zamiast figurek nie dałoby się wrzucić tekturowych, obniżających cenę pudła żetonów, a mimo to gra mechanicznie nadal działałaby dokładnie tak samo. Czy przypadkiem nie dałoby się tego zrobić nawet w bitewniakach? Tak, Blood Rage ma wiele (zbędnych) figurek, zgadza się, jest przez to droższy, ale to żadne odkrycie, więc jedźmy dalej. 

Zupełnie inną sprawą jest natomiast jakość tych figurek. Owszem, wyglądają fantastycznie, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Szczególnie duże Potwory robią wrażenie, ale po bliższym przyjrzeniu się mniejszym figurkom widać niedoróbki – tu coś jest powyginane, tam średnio pasuje do podstawek oznaczających, do którego z graczy należy figurka. I tutaj nadchodzi pora na mój dialog z kolegą, który zobaczył Blood Rage po raz pierwszy: 

   On: Trochę kiepskie te figurki. 
   Ja: No może tak, ale można je wyprostować. 
   On: Ale zapłaciłeś za grę, dlaczego masz jeszcze coś prostować? 

Nie mogę odmówić mu racji. Podsumowując, figurki to z jednej strony kawał dobrej roboty, z drugiej, pozostawiają trochę za wiele do życzenia, żebym za tę cenę był w pełni zadowolony. Tak czy inaczej, bez nich to nie byłoby już to samo – te wielkie Potwory (i wesołe porównywanie, jakkolwiek to brzmi, kto ma większego) zamieniały nas na czas każdej rozgrywki w dzieciaki uradowane tym, że kierują Górskimi Olbrzymami czy Ognistymi Gigantami. Wychodzi więc na to, że mimo wszystko jestem zadowolony i z tego elementu gry.

Czy cała reszta prezentuje się podobnie? Główna plansza jeszcze ujdzie (niektórym nie podoba się jej ponura kolorystyka, mnie odpowiada, chociaż nie ma szału, tak samo jak z dobieranymi na rękę kartami), za to plansze Klanu, Epok i Walhalli (szczególnie ta ostatnia) to trochę smutny żart za tę cenę: w wydanym niedawno w Polsce i o wiele tańszym Impulsie te same elementy były zrobione dużo lepiej, na lepszej jakości papierze. No cóż, nie można mieć wszystkiego. 

ZACHWYT NAD POLSKIM WYDANIEM 

Wiemy już, jak wygląda gra i że wszystko jest generalnie dobrze. Można sobie trochę ponarzekać, jednak mimo to raczej nikt nie powinien być zrozpaczony widokiem tej planszówki rozłożonej na stole. A jak prezentuje się polskie tłumaczenie? 

Kiedy graliśmy w Blood Rage pierwszy raz, graliśmy źle. Dlaczego? Bo polskie tłumaczenie w przypadku paru kart nie prezentuje się najlepiej. To moim zdaniem najpoważniejsza wada tej gry. Tłumacz najwidoczniej założył, że jego wersja treści niektórych kart będzie dla wszystkich jasna i czytelna, nawet pomimo usunięcia fragmentów oryginału. Niestety tak nie jest – w niektórych przypadkach drażni to mniej, w innych woła o pomstę do nieba. Podobno Portal ma przygotować poprawione karty, zobaczymy, czy to prawda i w jakiej formie to zrobi – przy błędach w tłumaczeniu wspomnianego już Impulsu wydawnictwo Czacha Games natychmiastowo po zauważeniu problemu pokazało, jak należy rozwiązywać takie problemy (czekam na przesyłkę z nowymi kartami); mam nadzieję, że Portal też stanie na wysokości zadania. Na pewno robi to w przypadku figurek – stwierdziłem, że zignoruję powyginaną broń części Wojowników, za to mój Ognisty Gigant był w takiej stanie, że nie wytrzymałem. Na szczęście bardzo szybko dostałem dobrą wersję figurki. 

 CZY ABY NA PEWNO ZACHWYT? 

Blood Rage to bardzo udana planszówka. Żaden przełom, za to niewątpliwie dobra robota dająca masę zabawy. Jeśli tylko potencjalny gracz zdaje sobie sprawę, po co sięga, powinien być zadowolony. Tych, którym Blood Rage się nie spodobał, prosiłbym o krytykowanie tej gry za coś, czym faktycznie jest, a nie za to, czym była w ich wyobraźni. Wtedy wszystko będzie w porządku – przecież sam nie twierdzę, że jest to rzecz pozbawiona wad. Jak na razie nie widzę jednak żadnej, którą uznałbym za poważną – rozgrywka jest ciekawa, za każdym razem inna, planszówka całkiem nieźle się skaluje (daje radę nawet na dwóch i naprawdę może się wtedy podobać, w przeciwieństwie do gier, które dla takiej ilości uczestników serwują zmodyfikowane, często zabierające przyjemność z gry zasady), Blood Rage można bardzo szybko rozłożyć na stole, wyjaśnić nowym graczom (a danie ciała w pierwszej Epoce niekoniecznie z góry przekreśla wszelkie szanse na zwycięstwo) i szybko rozegrać. Przy odrobinie wysiłku elementy gry całkiem nieźle mieszczą się w pudełku. 

Jestem bardzo zadowolony, że Blood Rage wylądował na mojej półce. Ciekawi mnie, co będę myślał o tej planszówce po kilkunastu kolejnych rozgrywkach (i jak szybko będę chciał rozegrać tyle partii), a nawet po kilku latach. Czy wtedy będzie to dla mnie wielki tytuł, czy tylko jedna z wielu gier, które kiedyś tam uznałem za interesujące? Zobaczymy, na razie wygląda jednak na to, że w najbliższym czasie kierowanie klanem wikingów raczej mi się nie znudzi.

tekst: Michał Misztal

wtorek, 12 lipca 2016

Blood Rage [pierwsze wrażenia]

Brak komentarzy:
Po kilku rozgrywkach w Blood Rage na razie jestem bardzo zadowolony z zakupu tej gry; może nie zachwycony, bo do tego trochę brakuje, ale to zdecydowanie jedna z lepszych planszówek, nad jakimi siedziałem w ostatnim czasie. Nie czuję się też rozczarowany – dzięki lekturze komentarzy na forach i w sklepach internetowych zawczasu dotarło do mnie, że nie będzie to żaden przełomowy tytuł, a „tylko” niesamowicie przyjemna i grywalna pozycja. I rzeczywiście: Blood Rage to coś niezwykle złożonego w swojej prostocie, dającego masę opcji oraz kombinowania przy (teoretycznie) bardzo niewielu możliwych do zrobienia rzeczach (wprowadzanie figurek na planszę, przemieszczanie ich, zagranie karty rozwijającej nasz klan lub karty wyprawy oraz kwintesencja tej planszówki, czyli plądrowanie, o którym więcej w pełnoprawnej recenzji). 

Gra robi dokładnie to, co powinna, czyli dostarcza sporo dobrej zabawy i, przynajmniej na razie, wiele satysfakcji ze stosowania różnych strategii, z których żadna nie wydaje się być tą jedyną słuszną. Pięć rozgrywek i jak na razie dla mnie bomba, zobaczymy, co będzie dalej. Nie żebym nie miał żadnych zastrzeżeń (choć w tym wypadku bardziej do polskiego wydawcy niż do samych autorów nawalanki z wikingami w roli głównej), ale przy frajdzie z przesuwania stosów pięknych figurek po już nie tak pięknej planszy przestają one mieć aż tak duże znaczenie. A właśnie, zauważyłem, że dopiero przy Blood Rage wielu graczy obudziło się i zaczęło dostrzegać, że taka ilość figurek, oczywiście wpływająca na cenę pudła z planszówką, to coś zbędnego. A w ilu grach sterty figurek są naprawdę niezbędne? To ciekawe, że tyle głosów w tej sprawie pojawiło się akurat przy okazji dyskutowania o tytule z najlepszymi figurkami na świecie... no właśnie, ale czy rzeczywiście najlepszymi? O tym też w recenzji, która powinna pojawić się tu w miarę szybko.

tekst: Michał Misztal