Metody Marnowania Czasu: Moje ulubione gry planszowe (2017): miejsca #20-11

niedziela, 1 stycznia 2017

Moje ulubione gry planszowe (2017): miejsca #20-11


Nowy rok, czas na nowe wydanie listy moich ulubionych gier bez prądu. Ostatnio pisałem, że umieszczanie na niej więcej niż dziesięciu tytułów nie ma sensu, ale od tego czasu sporo się zmieniło; tym razem zdecydowałem się napisać o dwudziestu grach i podzielić całość na dwie części. 


20: 7 Cudów Świata

Przyznaję się bez bicia: grałem w tę planszówkę tylko kilka razy i bardzo możliwe, że po większej ilości partii znalazłaby się w tym rankingu niżej albo wyżej. Tak czy inaczej, polubiłem 7 Cudów Świata, choć na początku kręciłem nosem, pytając: „Tylko tyle?”. Bo przecież jest to rzecz powszechnie lubiana i chwalona, spodziewałem się więc czegoś bardziej niesamowitego. Po kolejnych rozgrywkach zmieniłem zdanie i doszedłem do wniosku, że jednak coś w tym jest. Chętnie zagram więcej razy, żeby przekonać się, czy nadal będę zadowolony.


19: Nightfall

O Nightfallu pisałem już tutaj i tutaj, w związku z czym do dodania mam raczej niewiele. Od czasu moich ostatnich tekstów o tej grze nadal w nią nie grałem i raczej nieprędko się to zmieni. Na razie stanęło na tym, że x poznanych tytułów temu bardzo lubiłem Nightfall – teraz pewnie lubiłbym już mniej, ale od dłuższego czasu nawet nie mam jak tego sprawdzić.


18: Small World

Jedna z gier obecnych na mojej półce od kilku lat, kupiona w ramach wypróbowywania tego, co jest uznawane za nową klasykę. I faktycznie, na początku zachwycałem się Małym Światem, ale potem trochę mi przeszło. To pewnie ten sam przypadek, co moje granie w Neuroshimę Hex! – znudziło mi się granie podstawką i najprawdopodobniej zmieniłyby to dodatki. O ile w przypadku gry Michała Oracza miałem jednak ochotę wydawać pieniądze na nowe armie, tak jeśli chodzi o Small World, nie uznaję tego za priorytet. Może kiedyś, na razie czasem zagram i, jak widać po miejscu na liście, ciągle lubię.


17: Race for the Galaxy

Czy Race nie ma przypadkiem jakichś swoich fanatycznych wyznawców, którzy za umieszczenie tej karcianki na 17 pozycji zrobią mi wjazd na chatę i obiją mordę? Spokojnie. Pewnie byłaby wyżej, ale po prostu za mało w nią grałem (aczkolwiek chciałbym częściej). Fascynuje mnie mechanika Race'a, to, jak niezbyt imponująca przecież talia (trochę ponad sto kart) jest różnorodna, dając możliwość stosowania kartoników na kilka różnych sposobów i jak wiele można z niej wycisnąć. Muszę, naprawdę muszę siąść do tego tytułu ponownie.


16: Warhammer 40000: Podbój [poprzednie miejsce: 8]

Chwaliłem, pisałem, że chcę więcej, tymczasem Podbój spadł na mojej liście aż o osiem miejsc. Dlaczego? Przez rozstanie Fantasy Flight Games z Games Workshop i zamknięcie tej karcianki? Nie – i tak grałem jedynie zestawem podstawowym. Powód jest bardziej prozaiczny: zacząłem grać w Netrunnera. Z mojej perspektywy nie da się ciągnąć dwóch karcianek LCG jednocześnie, oczywiście pomijając fakt, że w przeciwieństwie do Androida, przy Podboju nawet nie czułem potrzeby kupowania dodatkowych kart. Sprzedałem tę grę kilka miesięcy temu i, choć ją lubiłem, niespecjalnie żałuję. Lepsze jest wrogiem dobrego i w tym wypadku karciany Warhammer 40000 przegrał pojedynek. 


15: Ultimate Werewolf [poprzednie miejsce: 10]

Recenzję Ultimate Werewolf możecie przeczytać tutaj. Spadek na liście wynika z tego, że od dłuższego czasu nie grałem w Wilkołaka, nie wspominając o grze w gronie większym niż minimalna wymagana liczba graczy, bo dopiero wtedy rozgrywka nabiera rumieńców. Jeśli tylko będę miał okazję to zrobić, chętnie ją wykorzystam, ale nie czuję też specjalnej potrzeby szukania jej na siłę – trochę się tym tytułem przejadłem. Niech przez jakiś czas poleży w spokoju, na pewno będę do niego wracał.


14: Szogun

O Szogunie wspominałem tutaj i jak na razie wyczerpałem temat. To nadal planszówka, którą chcę bardziej ograć. Jeśli chodzi o wieżę, nadal mam mieszane uczucia. Nic się nie zmieniło, Szogun zostaje na półce i od czasu do czasu jest rozkładany na stole, dając mi sporo satysfakcji z rozgrywki.


13: Blood Rage

Potwierdzam to, co pisałem w swojej recenzji. Ciągle uważam, że to niesamowicie solidny tytuł, nadal zaskakujący mnie tym, jak dobrze wszystko się w nim zgrywa. Niedawno Portal wydał dodatki do Blood Rage w rodzimej wersji – pewnie prędzej czy później zechcę położyć na nich swoje łapy. Bardzo dobra gra, która jeszcze niedawno była tuż poza moją pierwszą dziesiątką.


12: Dixit [poprzednie miejsce: 9]

Kolejna gra, którą naprawdę lubię i mam powody chwalić za genialną w swojej prostocie mechanikę, ale jednocześnie trochę się już nią przejadłem. Dixit, żeby ciągle sprawiał mi taką samą przyjemność, chyba potrzebuje ciągłego napływu nowych kart. Z drugiej strony, tak jak w przypadku Small World, niekoniecznie czuję potrzebę wydawania na nie swoich pieniędzy. Nie zmienia to faktu, że Dixit wciąż jest w mojej czołówce ulubionych gier i nie powinno się to zmienić. Znowu, tak jak rok temu, mam wątpliwości, co powinno być wyżej: tym razem Dixit czy Blood Rage, bo jak porównać takie tytuły? Instynktownie umieszczam Dixit wyżej, ale to naprawdę niewielka różnica.


11: Descent: Wędrówki w mroku [poprzednie miejsce: 6]

Nie ma możliwości, żeby Descent nie spadał, dopóki nie uda mi się ukończyć choć jednej kampanii (o związanych z tym problemami pisałem tutaj). Z drugiej strony, byłoby zabawnie, gdybym po ukończeniu którejś poczuł się rozczarowany i Descent spadł jeszcze niżej w kolejnym wydaniu tej listy – nigdy nic nie wiadomo. Przekonamy się za rok.

test: Michał Misztal

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

stat4u