Metody Marnowania Czasu: alan moore
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alan moore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alan moore. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 października 2018

Co tam czytam? (9) (Dragon Puncher, Tomorrow Stories i Legion)

Brak komentarzy:
Co tam czytam? to efekt chęci dzielenia się wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednym tytule, czasem o kilku, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.


Dragon Puncher [James Kochalka]

Po pierwsze, Dragon Puncher Jamesa Kochalki to jeden z najlepszych kawałków, jakie słyszałem w życiu – tekstowo, muzycznie, pod każdym względem, przy czym oczywiście nigdy nie zapomniałem o Wash Your Ass. Autor serii pasków American Elf wydał również komiks zatytułowany tak samo jak jego wspomniany muzyczny oraz jego kontynuację, czyli Dragon Puncher Island. Trudno mi opisać te dwa krótkie zeszyty słowem innym niż „przeurocze”. Choć nie ma się tu nad czym rozwodzić – obie historie są zupełnie świadomie proste jak budowa cepa i przeznaczone dla najmłodszych – trudno nie szczerzyć zębów na widok tego, za pomocą jakich środków Kochalka zdecydował się je opowiedzieć. Otóż mamy tu rysunkowe postacie na tle zdjęć, tyle że twarze (i pyski) głównych bohaterów to również fotografie: syna Kochalki, kota Kochalki oraz samego autora. Taki a nie inny wygląd plus nieskomplikowany jak sama „fabuła” oraz specyficzna kreska humor, to właściwie wszystkie patenty przyciągające do jednego i drugiego Dragon Punchera, jednak… z zaskoczeniem stwierdzam, że to wystarczy. Takie tam komiksiki do przerobienia w kilka minut (oba), uśmiechnięcia się i zapomnienia o ich istnieniu, ale przez tę krótką chwilę robią swoje. Wyszła z tego fajna i, jeszcze raz, przeurocza rzecz dla dzieciaków – sam nie wiem, czy dla tych, które sięgną po te historie, czy bardziej dla dzieciaków Kochalki.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Tom Strong [Alan Moore & Chris Sprouse] [recenzja]

2 komentarze:
Czytaliście może serię Promethea? Jeśli tak i jeśli chcielibyście wiedzieć, z czym się je Toma Stronga, inny komiks Alana Moore'a (tym razem odpuszczę sobie truizmy o jego szaleństwie i geniuszu), weźcie wszystko, co było w Promethei, czyli kuriozalnych superbohaterów oraz ich przeciwników razem z całym opisem konstrukcji wszechświata, z apokalipsą i niszczącym umysł finałowym zeszytem, po czym odejmijcie tę bardziej poważną część. Macie Toma Stronga, czyli pulpę i czystą zabawę autora Strażników. Zresztą, kto zna Prometheę, ma już za sobą jeden gościnny występ głównych bohaterów serii o kolejnej wariacji Supermana, człowieku niemal niepokonanym, o nieprzeciętnej sile oraz inteligencji. Moore bawił się już w takie coś pisząc scenariusze do Supreme, ale tam, pomimo wszechobecnej pulpy, istniało jednak poważniejsze przesłanie. Tutaj tego nie ma. Zbliżamy się więc do Ligi Niezwykłych Dżentelmenów, serii, gdzie celem autora też była głównie dobra zabawa, jednak tam występowała również erudycja i niesamowite pomysły na wykorzystanie mniej lub bardziej znanych postaci stworzonych przez innych ludzi. W przygodach Toma Stronga nie ma także tego. Chcę przez to powiedzieć, że jeżeli ktoś ma ochotę sięgnąć po tę serię, nie powinien oczekiwać niczego innego niż komiksu, w którym scenarzysta najwidoczniej chciał odpocząć od skomplikowanych wątków i ważnych treści. Mam wrażenie, że część jego czytelników może jednak spodziewać się po nim czegoś więcej, przez co po lekturze odczują lekki zawód. Tak jak ja.
Nie zrozumcie mnie źle, Tom Strong to naprawdę dobry komiks, przypuszczam, że spełniający wszystkie założenia swoich twórców. Pierwszy tom Toma (tak, wiem, wyjątkowo słaba gra słowna) zdołał mnie zachwycić przede wszystkim prostotą i nieskrępowaną wyobraźnią Moore'a, na początku wprowadzającego czytelnika w swój pulpowy świat, z wychowywanym w nietypowych warunkach, skazanym na wyjątkowość głównym bohaterem, jego żoną i córką, mechanicznym lokajem Pneumanem i Solomonem, pomocnikiem będącym obdarzonym ludzką inteligencją gorylem. Czuć w tym frajdę autora z pisania tak prostych rzeczy. Na początku Strong walczy między innymi z Modular Manem, istotą pragnącą opanować świat za pomocą mechanicznych, zwielokrotnionych kopii samego siebie, później musi stawić czoło atakowi armii pochodzącej z alternatywnej rzeczywistości, w której główną potęgą są Aztekowie, ściera się z nazistkami oraz udaje w przymusową podróż w czasie do początków ziemi, by na samym końcu paść ofiarą kolejnej intrygi swojego największego wroga. Zbiór pierwszych siedmiu zeszytów to świetna rzecz i gdyby seria utrzymywała tak wysoki poziom aż do końca, byłbym zachwycony. Szkoda, że później zwykle nie jest już aż tak dobrze.
W kolejnych odsłonach serii Moore i Sprouse, przy częstym udziale innych scenarzystów i rysowników, bawią się w liczące osiem stron miniatury, nieraz interesujące i zabawne, jednak najczęściej z jakiegoś powodu zabrakło w nich uroku i lekkości pierwszego tomu. W niektórych momentach pytałem sam siebie, ileż można? Zrozumiałem już wcześniej, że to ma być wyłącznie zabawa i pastisz, często niedorzeczny i z przymrużeniem oka, tylko że w paru miejscach autorzy trochę przedobrzyli. Nie wspominając o tym, że zdarzało się im przynudzać swoim eksploatowaniem jednego pomysłu (pulpa do potęgi) oraz o fakcie, że od pewnego momentu mimo wszystko zrobił się ze mnie wspomniany w pierwszym akapicie czytelnik oczekujący czegoś więcej, bo Moore to ktoś, kogo na to stać. Wiem, że marudzę, ale nie do końca bez powodu.
Ulgę przynosi czwarty tom Toma (przepraszam, naprawdę musiałem), ze świetną historią przedstawiającą postać o imieniu Tom Stone, alternatywną wersją głównego bohatera. Moore pokazuje, co mogłoby się stać, gdyby statek zabierający rodziców Stronga oraz ich czarnoskórego pomocnika na wyspę, gdzie mieli przeprowadzić swój eksperyment polegający na nietypowym wychowaniu dziecka, wypłynął tylko trochę później. Zmieniłoby się dosłownie wszystko. Czytając tę opowieść, znowu żałowałem, że seria nie utrzymuje takiego poziomu przez cały czas. Reszta czwartego tomu, cały piąty i większość szóstego to ponownie gościnne występy innych scenarzystów i rysowników. Pojawia się kilka znanych nazwisk, znów jest nierówno i momentami jednostajnie. Zdarzają się historie intrygujące, zdarzają się zabawne, ale niestety są też takie, których mogłoby nie być, a z powodu ich braku czytelnik niczego by nie stracił. Z kolei finał to powrót współpracy Moore'a i Sprouse'a, jak również powrót Promethei. Dobrze było ponownie przeżyć znaną z tamtej serii apokalipsę, tym razem z perspektywy Stronga. Dobre zakończenie serii.

Tom Strong jest komiksem trochę rozczarowującym, ale i tak wartym przeczytania. To w końcu Alan Moore, nawet nieco gorsza niż zazwyczaj forma (może inaczej: nieco inne, mniej satysfakcjonujące mnie podejście) i wsparcie w postaci mniej genialnych kolegów po fachu nie mogło pozbawić jego historii paru niezaprzeczalnych zalet. Niemniej ciekawą rzeczą jest różnorodność warstwy graficznej, uzyskana nie tylko za pomocą udziału dużej liczby rysowników. Sam Chris Sprouse pokazuje, że zmiany kreski nie stanowią dla niego większego problemu. Nie wspominając o tym, że niektórzy czytelnicy będą zapewne zdziwieni patrząc na twórcę tak poważnych rzeczy jak Strażnicy , V jak Vendetta czy Prosto z piekła, który pisał scenariusze do Toma Stronga tylko i wyłącznie po to, by dobrze się zabawić. I, mogę się z Wami założyć, robił to z uśmiechem na ustach. Jest w tej serii sporo pomysłów, dzięki którym uśmiech udziela się także czytelnikowi.



wtorek, 16 października 2012

The League of Extraordinary Gentlemen Volume 3: Century: 2009 [Alan Moore & Kevin O'Neill] [recenzja]

3 komentarze:
No i doczekaliśmy finału. Mam wrażenie, że po lekturze roku 2009 czytelnicy rozczarowani poprzednimi częściami Stulecia i tak nie zmienią swojej opinii, że Liga Niezwykłych Dżentelmenów skończyła się na drugim tomie. Bo to właściwie te same wątki, ten sam sposób opowiadania, co w latach 1910 i 1969, nowi (albo uwspółcześnieni) bohaterowie i bliższe naszym czasom nawiązania do cudzej twórczości. Ja też tęsknię za młodym kapitanem Nemo, Niewidzialnym Człowiekiem i doktorem Jekyllem (oraz jego mroczną stroną), ale mimo to cały czas broniłem Century. A jak wygląda to po lekturze ostatniego zeszytu?

Wcześniej wspominałem o tym, że w nowym stuleciu Liga jest rozbita i nie radzi sobie za dobrze z przeciwnościami. W porównaniu z rokiem 2009 radziła sobie rewelacyjnie. Teraz właściwie już jej nie ma. Został sam długowieczny i zmieniający płeć Orlando, po zniknięciu Miny Murray i odejściu od Allana Quatermaina niezbyt zajęty ich wcześniejszą misją, czyli odnalezieniem i powstrzymaniem Antychrysta przed zniszczeniem świata. Na samym początku finałowej części Stulecia wraca z kolejnej wojny, odznaczony za bycie jedynym żołnierzem, który wyszedł cało z masakry na polu bitwy (armia nie wie, że spowodował ją sam Orlando). Po powrocie do dawnej kwatery głównej swojej grupy zostaje niespodziewanie odwiedzony przez Prospero, polecającego mu jak najszybciej reaktywować Ligę i odnaleźć Antychrysta, którego narodziny nie zostały udaremnione w roku 1969. Orlando jeszcze raz podejmuje się porzuconego wcześniej zadania.
Tutaj mała dygresja: może się powtarzam, ale naprawdę nie wiem, jak polski czytelnik ma rozumieć pewne wydarzenia lub nagłe pojawianie się niektórych postaci bez wcześniejszego przeczytania Black Dossier. Szkoda, że nie istnieje rodzima wersja tej części, bo brak znajomości zawartych tam wątków momentami naprawdę utrudnia śledzenie fabuły i na pewno w dużym stopniu przyczynia się do negatywnych opinii na temat Stulecia.

Jak wygląda finał? Pomimo całej mojej wcześniejszej obrony wchodzących w skład Century odcinków, muszę przyznać, że czytając o kończącym drugi tom starciu The League... z Marsjanami Wellsa byłem o wiele bardziej zaangażowany w lekturę i dużo bardziej interesowało mnie, co wydarzy się za chwilę. Pomijam fakt, że w Stuleciu dostrzegam znacznie mniej nawiązań i aluzji niż wcześniej, a rozumiem znacznie mniej, bo to nie wada komiksu, tylko mojego braku rozeznania w temacie. Gdybym nie zajrzał do Internetu, nawet nie wiedziałbym, kim jest pokazany w Lidze Antychryst. Nigdy nie czytałem tych książek ani nie oglądałem żadnego z filmów na ich podstawie. Moore, nie mając praw autorskich do wielu współczesnych pokazanych przez niego postaci, też musiał być bardziej ostrożny niż wcześniej i nie mógł podawać pewnych rzeczy w oczywisty sposób. Ale głównym problemem jest sam ostateczny przeciwnik, pozbawiony ikry i tak mało interesujący, że walka z kimś takim nie wydaje się odpowiednim zakończeniem tak dobrej serii.
Wystarczy wspomnieć (być może zdradzam ważne dla komiksu wydarzenie, więc jeśli ktoś nie chce mieć zepsutej niespodzianki, proszę nie czytać dalszej części tego zdania), że w pewnej chwili Antychryst Moore'a walczy z jednym z przeciwników strzelając błyskawicą ze swojego penisa. Naprawdę. Nie oskarżałbym tu scenarzysty o brak pomysłów, obstawiam, że robiąc z głównego przeciwnika swoich bohaterów kogoś tak niedorzecznego i kretyńskiego, być może chciał pokazać swoją opinię na temat wartości literackiej książek z jego udziałem. W pewnej chwili Oliver Haddo stwierdza: You know, you really are a tremendous disappointment to me. You're banal: a banal magician. A banal Antichrist... and I've run out of bodies to borrow. Nie zmienia to jednak faktu, że kończąca serię walka oraz jej wynik nie do końca spełniają moje oczekiwania.

Spodziewałem się po prostu czegoś o wiele bardziej hucznego, ale nadal obstaję przy tym, że Century to trzy świetne komiksy, a seria jest genialna jako całość. Szkoda, że to już koniec, choć z jednej strony Moore wspominał coś o Tales of The League of Extraordinary Gentlemen, więc, o ile to nadal aktualne, jest nadzieja, że jeszcze nie żegnamy się z niektórymi z bohaterów, a z drugiej, pewne słowa Olivera Haddo zdają się zostawiać otwartą furtkę do ewentualnej kontynuacji. Na pewno nie obraziłbym się, gdyby jednak powstała.

wtorek, 22 maja 2012

Promethea Book 5 [Alan Moore & J.H. Williams III] [recenzja]

3 komentarze:
I już po Promethei. Pięć niesamowitych tomów, piękne i zróżnicowane ilustracje, raz komiks, raz wykład Alana Moore'a na temat konstrukcji wszechświata. Z fragmentami, które pomimo przytłaczającego szaleństwa i niewiarygodnie spójnej oraz niezwykłej wizji scenarzysty, zawsze były na tyle przystępne, żeby czytało się to równie dobrze jak najprostszą opowieść o bijących się herosach w śmiesznych kostiumach. Poza tym Promethea stanowi połączenie dwóch odmiennych podejść Moore'a do historii obrazkowych. Bez poważnych, naukowych analiz, można ogólnie stwierdzić, że autor tej serii tworzy rzeczy albo bardzo poważne, jak Prosto z piekła, Zagubione dziewczęta, V jak Vendetta czy Strażnicy, albo pulpowe, jak Supreme, Top 10, Liga Niezwykłych Dżentelmenów lub, jak podejrzewam (jeszcze nie czytałem, dopiero powoli kompletuję) Tom Strong. Niezależnie od podejścia, radził sobie świetnie, jednak tutaj połączył oba te style. Seria to wymieszanie pulpy (opętany przez demony, chory psychicznie burmistrz, superbohaterskie grupy takie jak The Five Swell Guys, ich przeciwnicy, Jellyhead albo Painted Doll) z rzeczami absolutnie poważnymi, jak cała podróż głównej bohaterki po Immaterii. Wyszło rewelacyjnie, a piąty tom jest kulminacją tego połączenia. Już na samym początku serii zapowiedziano, że obecna Promethea doprowadzi do apokalipsy. To prawda. W finale Moore pokazuje swoją wizję końca świata, przypuszczam, że skrajnie odmienną od oczekiwań większości czytelników. Mogę zdradzić, że na ostatnich stronach następuje zapowiadana wcześniej apokalipsa, jednak nie sądzę, żebym zepsuł komukolwiek niespodziankę.

Jest jeszcze #32 zeszyt, który nie bez powodu powstawał przez kilka miesięcy. Poniżej zamieszczam go w całości, co prawda w pomniejszeniu, ale widać wystarczająco, że Alan Moore zwariował po raz kolejny. Dobrze widzicie, tak właśnie wygląda finał Promethei. Nie jestem pewny, jak przedstawiono to w pojedynczym numerze, wydanie zbiorcze rozwiązuje pomysł w taki sposób, że złożono z tego zwyczajny epizod, strona po stronie, a zaraz potem pokazano swego rodzaju rozkładówkę, żeby czytelnik mógł zobaczyć, także w pomniejszeniu, jak prezentuje się całość. W pojedynczym zeszycie da się to chyba po prostu rozłożyć, czytać na różne sposoby, bawić się szaleństwem autorów. Ostatnia część to podsumowanie całej serii, ponowne zestawienie wszystkiego, czego główne bohaterki dowiedziały się w Immaterii plus wiele nowych informacji, z jedną główną ilustracją oraz masą mniejszych, pojedynczych rysunków składających się na dwa monumentalne plakaty widoczne poniżej. To jedna z najdziwniejszych rzeczy, jakie widziałem w komiksie, czytałem to, nie wierząc, że najpierw można w ogóle na coś takiego wpaść, a potem poświęcić całe miesiące na doprowadzenie tego pomysłu do końca. Kiedyś do tego wrócę, przyjrzę się temu od początku do końca i może dotrze do mnie więcej, na razie odłożyłem ostatni tom trochę przestraszony.

Przestraszony ostatnim zeszytem, zachwycony serią. Każdemu, kto szuka w opowieściach obrazkowych czegoś nietypowego i wymagającego, a jednocześnie wcale nie straszącego nieustannym brakiem przystępności, powinien sięgnąć po Prometheę. Jeśli ktoś lubi scenariusze Alana Moore'a (ile osób może powiedzieć, że ich nie lubi?), powinien zrobić to tym bardziej. Kolejna genialna rzecz od tego autora. To już koniec, ale dobrze, że na horyzoncie czeka na mnie Tom Strong.


piątek, 18 maja 2012

The League of Extraordinary Gentlemen Volume 3: Century: 1969 [Alan Moore & Kevin O'Neill] [recenzja]

Brak komentarzy:
Już nie mogę się doczekać finałowego tomu tej serii. Nie tylko dlatego, że chcę wiedzieć, jak to wszystko się skończy, a w Century: 1969 Alan Moore sprawił, że chciałoby się jak najszybciej przeczytać dalszy ciąg, ale także przez to, że te bardziej współczesne przygody Ligi Niezwykłych Dżentelmenów pozostawiają niedosyt pod jednym, bardzo istotnym względem: są stanowczo zbyt krótkie. Moim zdaniem nie odbiegają poziomem od pierwszych odcinków, gdzie na korzyść scenariuszy wpływały przede wszystkim świeże pomysły autora. Teraz, kiedy wiadomo już od dawna, o co chodzi, znacznie trudniej zadowolić niektórych czytelników, ale wydaje mi się, że kiedy w końcu będzie można przeczytać zakończenie, a najlepiej wchłonąć całe Stulecie, tym razem bez robienia sobie przerw i dawkowania po kawałku, wszystko będzie wyglądało inaczej. Lepiej. Tego, że Moore nawiązuje do zupełnie innych źródeł, niż na początku serii, nie da się już zmienić, wynika to z konieczności oraz innego czasu akcji. Jeśli komuś bardziej podobały się wcześniejsze tomy albo dostrzegał więcej nawiązań i więcej rozumiał, wcale nie oznacza to, że Century: 1969 jest komiksem gorszym od poprzednich tomów The League... To tyle, jeśli chodzi o narzekających czytelników.
Jeśli chodzi o mnie, nadal jestem zachwycony. Przyznaję, ja też czułem się pewniej czytając pierwszą i drugą część, choć i tak na pewno nie zauważyłem nawet połowy nawiązań i smaczków, ale jeśli mimo to udało mi się przebrnąć przez Black Dossier bez uczucia całkowitego zagubienia, Stulecie nie wydaje się ani trochę groźne.

W roku 1969 główni bohaterowie kontynuują swoje zmagania z kolejnymi wcieleniami Olivera Haddo. Poza samym przeciwnikiem, któremu Mina Murray, Allan Quatermain i Orlando próbują przeszkodzić w zrealizowaniu rytuału pozwalającego na przejście do nowego ciała, w osiągnięciu celu przeszkadzają Lidze nowe czasy, nie zawsze łatwe do zrozumienia. Prawie wszyscy są w pewnym stopniu zdezorientowani, a ich przyzwyczajenie do życia w innej epoce, długowieczność i fakt, że nie zawsze przebywają w rzeczywistym wymiarze, obserwując aktualne wydarzenia, wcale nie są pomocne. Bywa strasznie i jednocześnie śmiesznie, a zabawa w czasie lektury jest przez cały czas świetna. The League of Extraordinary Gentlemen to genialna seria, teraz czekam na jej - mam nadzieję - genialny finał. Czas akcji: rok 2009.

sobota, 12 maja 2012

Batman: Zabójczy żart [Alan Moore & Brian Bolland] [recenzja]

Brak komentarzy:
Po dwóch dekadach od wydania TM-Semic, Egmont wznawia "Zabójczy żart" Alana Moore'a (scenariusz) i Briana Bollanda (rysunki), proponując czytelnikom wersję z nowymi kolorami oraz nowym, o wiele bardziej dopracowanym tłumaczeniem. Historia jest raczej dobrze znana, mimo to niewątpliwie należy jej się nowe, porządne wydanie. "Zabójczy żart", przez niektórych uważany za komiks genialny, jeden z najlepszych o Batmanie, przez innych za jedynie przeciętny, dyskredytowany nawet przez samego scenarzystę, już dawno wszedł do kanonu przygód Mrocznego Rycerza i należy do tych pozycji, które po prostu wypada przeczytać, niezależnie od tego, ile jest prawdy, a ile trwającej od lat legendy w dość powszechnej opinii o jego genialności. [więcej na stronie Alei Komiksu, a przy okazji, tekst o Zabójczym żarcie to dwusetna recenzja na tym blogu]

piątek, 11 maja 2012

Promethea Book 4 [Alan Moore & J.H. Williams III] [recenzja]

Brak komentarzy:
Spodziewałem się kolejnych siedmiu epizodów poświęconych w całości podróży głównej bohaterki oraz jej towarzyszki po Immaterii. Kolejnej części wykładu nie zawsze przypominającego tradycyjną opowieść obrazkową. W poprzednim tomie głównego wątku prawie nie było, teraz Moore wraca na wcześniejsze tory, po tym, jak Promethea ponownie wskakuje do prawdziwego świata, przedtem spotykając między innymi swojego ojca i boga. Bóg pokazany przez Moore'a odbiega od standardowych wyobrażeń związanych z tą postacią, nie przytakując im, ale także nie zaprzeczając. Immateria jest w końcu miejscem, w którym rację bytu mają wszystkie koncepcje, zarówno te prawdziwe jak i stworzone w ludzkiej wyobraźni. Jest przestrzeń dla bogów egipskich, greckich i rzymskich, jest przestrzeń dla ukrzyżowanego Jezusa. W trzecim tomie jedna z występujących w komiksie postaci stwierdza: "I pomyśleć, że istniał naprawdę", na co inna odpowiada: "Nie. Nie jest ważne, czy istniał naprawdę. Ważne jest to, że istnieje. To, co oznacza, symbol. To jest prawdziwe. To jest rzeczywiste. To dzieje się właśnie teraz". O samej Immaterii, albo przynajmniej o tym, jak Moore przedstawił swoje koncepcje, postaram się napisać w recenzji ostatniej części. O ile będę potrafił, bo sprawa nie jest wcale taka prosta.
Tymczasem w materialnym świecie nie dzieje się zbyt wiele dobrego. Promethea powraca i z początku wygląda na to, że nie będzie źle. Jako Sophia Bangs wreszcie, po latach, przeprowadza szczerą rozmowę ze swoją matką, co umożliwiło jej wcześniejsze spotkanie z ojcem. Sielanka nie trwa jednak długo. Przed odejściem główna bohaterka powierzyła zadania Promethei przyjaciółce, która w międzyczasie zdążyła trochę nabałaganić i zwrócić na siebie uwagę agentów FBI, a teraz wcale nie ma zamiaru zrezygnować ze swoich nowych umiejętności. Dochodzi do starcia pomiędzy dwoma wcieleniami Promethei oraz, w konsekwencji, do procesu odbywającego się w Immeterii. Sędzia, znany chyba wszystkim król Salomon, ma rozstrzygnąć, kto zasługuje na tytuł, a kto będzie musiał odejść z niczym. W tym samym czasie w materialnym świecie FBI rozpoczyna intensywne poszukiwania głównej bohaterki oraz wszystkich, którzy mogliby z nią współpracować.

Po trzecim, trudnym w odbiorze, choć na pewno nie bełkotliwym tomie, w czasie lektury czwartego można odetchnąć z ulgą i poczytać bardziej klasyczną, przez cały czas świetną fabułę. Odetchnąć, by po chwili wstrzymać oddech przed wielkim, naprawdę wielkim finałem.

niedziela, 6 maja 2012

Promethea Book 3 [Alan Moore & J.H. Williams III] [recenzja]

Brak komentarzy:
Już chyba po raz drugi podepnę się pod teorię Gonza, mówiącą o tym, że Moore bardzo często pod pretekstem komiksu daje czytelnikowi złożony esej na jeden z interesujących go tematów. Trzeci tom serii Promethea to właśnie ten, w którym esej zaczyna wygrywać z fabułą. Niby dalej chodzi o tę samą opowieść, jedna Promethea zastępuje inną, zaś miastem nadal rządzi opętany burmistrz, ale tym razem wydarzenia te schodzą na drugi plan, zajmują niewiele miejsca, ustępując dalszym wykładom dotyczącym natury magii, a zarazem tego, jak skonstruowany jest cały materialny i niematerialny świat. Czy tak dalekie odejście od wcześniejszych wątków to błąd? Ja nie narzekam, choć zmiana jest znacząca i pewnie wcale nie ostateczna, w tym sensie, że dalej pierwotna historia stanie się jeszcze mniej ważna. Moore chyba nie chciał zaczynać w ten sposób, z grubej rury. Pierwszy tom rzeczywiście był bardzo przystępny w porównaniu do trzeciego, z drugim stanowiącym nie zawsze łagodne przejście. Co wcale nie znaczy, że Promethea nagle stała się bełkotem, wciąż czytam tę serię z wielkim zainteresowaniem i bez bólu, a ilustracje Williamsa ze stylem oraz kolorami, których autorem jest Jeromy Cox, ciągle zmieniającymi się w zależności od tego, jakie miejsce odwiedzają główne bohaterki, to naprawdę genialna sprawa. Zostały dwa tomy, podejrzewam, że jeszcze bardziej przypominające wykład i odchodzące od historii obrazkowej. I dobrze, bo czyta się to świetnie, zaś Promethea to seria, o której bez obaw można powiedzieć, że jest inna niż wszystkie.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Lost Girls [Alan Moore & Melinda Gebbie] [recenzja]

2 komentarze:
Z okazji premiery Zagubionych dziewcząt pozwolę sobie na odgrzanie kotleta i ponowne umieszczenie na blogu mojej recenzji tego komiksu, napisanej 25 listopada 2009 roku. Jak ten czas leci.

Pisanie o niektórych komiksach nie należy do przyjemności, a Lost Girls należy właśnie do tych bardzo trudnych tytułów. Po pierwsze dlatego, że Alan Moore to wariat (przez jakiś czas często podlinkowywano ten tekst, więc też tak zrobię - Alan Moore to wariat), a po drugie mamy do czynienia z czymś niezwykle specyficznym. Z jednej strony można określić tę opowieść jako przemyślane dzieło geniusza, ze wszystkimi typowymi dla tego scenarzysty smaczkami oraz doskonałym dopasowaniem elementów, które w odpowiednim miejscu zaczynają współgrać w sposób całkowicie zaskakujący czytelnika. Niby dla każdego, kto naprawdę skupi się na lekturze zamiast oglądać specyficzne sceny, będzie wiadomo, że jest to celowa zabawa konwencją, w pewnych momentach posuwająca się nie tylko do delikatnego prowokowania odbiorcy, ale wręcz wystawiające jego poczucie dobrego smaku na ciężką próbę. Nie można odmówić Lost Girls wartości literackiej lub przynajmniej miana niezwykłej i wciągającej opowieści (niekoniecznie i na pewno nie wyłącznie dzięki tym elementom), ale należy też pamiętać o tej drugiej stronie, przez którą pisanie o wspólnym dziele Moore'a i Melindy Gebbie sprawia tyle trudności... Druga strona wygląda tak, że czytelnik musi nastawić się na historię, w której sperma i śluz leją się strumieniami, waginy i penisy (zarówno prawdziwe jak i sztuczne) występują w ilościach hurtowych, a jeśli na kimś nie robi to wielkiego wrażenia (w końcu musiał być jakiś powód, dla którego komiks zasłużył na określenie pornograficzny), mamy też takie dodatki jak zwierzęta (bynajmniej nie stojące spokojnie w tle), mocz, kazirodztwo, ekstremalne poniżanie lub orgie, w których udział biorą zarówno dorośli jak i dzieci, ewentualnie same dzieci. Zamieszczone ilustracje są całkowicie tendencyjne - nie pokazują kwintesencji Lost Girls, ale też nie przedstawiają czegoś, czego tam nie ma i czego nie bierze się pod uwagę oceniając całość. A że o jednoznaczną opinię nie jest w tym przypadku łatwo, na razie przejdę do konkretów...

Głównymi bohaterkami Lost Girls są trzy kobiety różniące się nie tylko charakterami, ale także wiekiem oraz statusem społecznym. Pomysł kojarzy się z Ligą Niezwykłych Dżentelmenów (której jeszcze nie czytałem, niemniej kojarzy się), gdzie Moore wykorzystał postacie znane z literatury. Tutaj jest identycznie, i, chociaż ich personalia nie są podane na talerzu od samego początku, myślę, że przedstawiając je nikomu nie zepsuję zabawy (sam znałem imiona kobiet jeszcze przed sięgnięciem po komiks): są to Alicja z Alicji w Krainie Czarów, Dorothy z Czarnoksiężnika z Krainy Oz oraz Wendy z Piotrusia Pana. Osoby znające twórczość szalonego Alana domyślają się pewnie, że obecność tych bohaterek daje mu ogromne pole do popisu w kwestii zabawy z czytelnikiem oraz bardziej budzącego zainteresowanie niż irytującego popisywania się erudycją. Ułatwieniem jest fakt, że wyżej wymienione postacie powinny być znane wszystkim, choćby ze słyszenia, także każdy zanurza się w świat Lost Girls z przynajmniej podstawową wiedzą na temat występujących w opowieści osób. Moore przedstawia ich dalsze losy, jednocześnie burząc przeszłość bohaterek i przedstawiając ją na swój własny sposób - w pornograficznej konwencji. Wszystko zostaje przedefiniowane, nie zdziwcie się więc, że na przykład Blaszany Drwal nie jest już postacią zapamiętaną po przeczytaniu/obejrzeniu Czarnoksiężnika z Krainy Oz, tym razem to rosły i bezduszny ("tak jakby nie miał serca" - kojarzycie?) facet z farmy, jeden z wielu, przed którym Dorothy rozkłada nogi. Kapitan Hak jest starszym panem z ręką zakrzywioną od artretyzmu, kochającym dzieci nie tak, jak powinno się je kochać, a Moore'owski odpowiednik Królowej z Alicji w Krainie Czarów to po prostu bardzo miła pani, która bardzo lubi orgie, w czasie których dzieje się bardzo dużo brzydkich rzeczy. I, tak jak wspominałem w pierwszym akapicie, z jednej strony nie można odmówić genialności ponownemu odkrywaniu starych bohaterów, a z drugiej są momenty, kiedy właściwie nie wiadomo co myśleć o wydarzeniach rozgrywających się na kartach komiksu. Bo o ile przerobienie takiego Kapitana Haka jest świetne, to moment, w którym wyskakuje z krzaków i spuszcza się na plecy Wendy (w momencie tego wydarzenia mamy do czynienia z jej dziecięcą wersją zabawiającą się z Piotrusiem, który zna magiczny język wróżek, czyli takie słowa jak fuck lub cunt) jest po prostu niesmaczny i ciężko obrócić to w żart, nawet jeśli doskonale rozumiem, że tańczę tak jak zagrał scenarzysta, zapewne oczekujący właśnie takiej reakcji z mojej strony.

Całość kręci się wokół wspólnych rozmów trzech kobiet - wymieniają się nawzajem krótkimi opowieściami dotyczącymi ich przeszłości (komiks liczy sobie trzydzieści rozdziałów po osiem stron każdy, wszystko podzielone zostało na trzy księgi), jednocześnie posuwając się coraz bardziej w swoich bezwstydnych zabawach. Alicja została przedstawiona jako najstarsza z bohaterek, jest też najbardziej wyuzdaną i najbogatszą z nich (pochodzi z arystokracji) oraz nie kryje swojej homoseksualnej orientacji. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Dorothy, najmłodsza z trójki i wychowana na farmie, nieokrzesana i zawsze gotowa na niezobowiązującą przygodę z jednym z lokalnych dżentelmenów. Pośrodku stoi Wendy, pozornie dystyngowana, nieco otępiała matka i żona, której przeszłość zdradza wiele zaskakujących i sprzecznych z jej obecnym zachowaniem szczegółów... a wszystko naszpikowane zostało nawiązaniami, jak zwykle u Moore'a raczej ciężkimi do wyłapania w całości. Występują też opowieści wewnątrz opowieści - bohaterowie czytają wiele książek o wiadomej tematyce - oraz szczegóły, które można przeoczyć, jeśli będzie się nieuważnie przeskakiwało z kartki na kartkę; na przykład czasem warto obserwować nie tylko postacie, ale też rzucane przez nie cienie, mogące zupełnie zmienić odbiór danej sceny. Tego typu smaczków jest mnóstwo, tak jak mnóstwo jest pierdolenia (ciężko nazwać to inaczej) pokazanego bez żadnych zahamowań. Jeśli scenarzysta chciał udowodnić, że pornografia nie musi być głupia, łatwa w odbiorze i skupiona tylko na jednym, dopiął swego. Na pewno miał też zamiar szokować i raczej trudno będzie o czytelnika, który przebrnie przez wszystkie próby ze stoickim spokojem. Sam autor daje wskazówki, jak należy odbierać Lost Girls, na przykład kiedy jeden z bohaterów komentuje czytane na głos opowiadanie przedstawiające orgię, w której udział bierze cała rodzina - matka, ojciec oraz dwójka ich dzieci (pozwolę sobie nie tłumaczyć oryginalnego tekstu): "And then these children: how outrageous! How old can they be? Eleven? Twelve? It is quite monstrous... except that they are fictions, as old as the page they appear upon, no less, no more. Fiction and fact: only madmen and magistrates cannot discriminate between them", a po chwili: "You see, if this were real, it would be horrible. Children raped by their trusted parents. Horrible. But they are fictions. They are uncontaminated by effect and consequence. Why, they are almost innocent". Zaraz po tej wypowiedzi Moore pokazuje swoją przewrotność i zaczyna droczyć się z odbiorcą, kiedy ta sama postać, autor poprzednich zdań, dodaje: "I, of course, am real, and since Helena, who I just fucked, is only thirteen, I am very guilty". Czy wspominałem coś o wystawianiu czytelnika na próbę?

Nie należy zapomnieć o ilustracjach Melindy Gebbie, obecnej żony scenarzysty, która wykonała kawał dobrej roboty. Oglądając Lost Girls ma się wrażenie, że taka oprawa graficzna bardziej pasowałaby do jakiejś książki, a nie "jedynie" do komiksu; o ile pamiętam, w żadnej przeczytanej przeze mnie opowieści obrazkowej nie spotkałem się z czymś podobnym. Widać ogrom pracy włożony w każdą ze stron oraz koncept - styl Melindy zmienia się w zależności od tego, czy swoją opowieść snuje Alice, Dorothy czy Wendy, jest też inny kiedy nie mamy do czynienia z retrospekcjami. Chociaż zabrzmi to bardzo dwuznacznie, nie da się zaprzeczyć, że w czasie poznawania wszystkich trzydziestu rozdziałów naprawdę jest na co popatrzeć.

Podsumowując, wbrew pozorom Lost Girls nie jest komiksem dla fanów masturbacji, a wartościową i złożoną opowieścią autorstwa mistrza, dodatkowo świetnie zilustrowaną. Z drugiej strony nie należy zapomnieć, że jest to mająca szokować czytelnika pornografia, do której niektórzy będą bali się podejść, inni podejdą i nie dadzą rady przejść suchą nogą przez morze spermy (cóż za przenośnia); na pewno znajdą się też ludzie negujący jakiekolwiek pozytywne strony tego komiksu i widzący w nim tylko to, co niekoniecznie jest najważniejsze. Jeśli nie należysz do żadnej z tych grup, ośmielam się polecić, z adnotacją, że to naprawdę nie jest pozycja dla każdego i nawet przy optymistycznym podejściu można zrazić się w trakcie, mimo wszystko. Nietypowy tytuł, o którym ciężko było coś napisać, choć mam cichą nadzieję, że jednak wybrnąłem.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Promethea Book 2 [Alan Moore & J.H. Williams III] [recenzja]

1 komentarz:
Drugi tom to ten, w którym zaczynają się schody. Po dość łagodnym wprowadzeniu w historię Promethei z poprzedniej części, nagle robi się o wiele dziwniej i, momentami, przerażająco. Nadal obecna jest pulpa, jak choćby zmasowany atak inteligentnej substancji o konsystencji żelu, ale można powiedzieć, że zabawa się skończyła. Swoją drogą zadziwia fakt, jak dobrze tak niedorzeczne wydarzenia mogą współgrać z całą resztą, ze złożonym wyjaśnieniami Moore'a na temat natury magii oraz, właściwie, całego świata i ludzkiej egzystencji, ale mogą i współgrają. Promethea Book 2 to świetna kontynuacja wnosząca do serii tyle nowego, że czasami można odnieść wrażenie, że czyta się zupełnie inny komiks.

Pomijając problemy ze starymi wrogami, którzy chcą ją zniszczyć, oraz cierpiącym na schizofrenię burmistrzem, główna bohaterka nadal uczy się od swoich poprzednich wcieleń, co tak naprawdę oznacza bycie Prometheą. Dla Moore'a i Williamsa to świetna okazja, żeby dać upust swoim szalonym pomysłom. Wszystko zmienia się w zależności od tego, gdzie wkraczają występujące w komiksie postacie. Na przykład w pierwszym epizodzie zamiast narysowanych twarzy pojawiają się zdjęcia, żeby podkreślić, w jak bardzo realistycznym otoczeniu znalazły się Sophie Bangs i jej towarzyszka. Kolejne części, strony i pojedyncze kadry są równie ciekawe, praktycznie co chwilę zmienia się konstrukcja historii, znowu trzeba coś czytać w inny sposób, w jednym z odcinków ilustracje przez cały czas ułożone są poziomo, kreska Williamsa też nie jest bez przerwy identyczna, naprawdę jest co czytać i na co patrzeć. Poza tym sprawia to, że przedzierając się przez bardziej skomplikowane niż ostatnio przygody Promethei właściwie nie da się nudzić. Wprowadzane na każdym kroku zmiany świetnie skupiają uwagę, nie wspominając o tym, że komiks, pomimo dużo większej dawki szaleństwa, nie stracił nic ze swojego wysokiego poziomu i ciągle jest świetną opowieścią, a nie ciężkostrawnym i nikomu niepotrzebnym popisem erudycji.

Ostatni epizod znowu zapowiada nadchodzące dziwne rzeczy i to, że jednak może być jeszcze straszniej. W historii Metaphore, za pomocą całostronicowych ilustracji, pary mówiących wierszem węży, różnych wariacji tytułowego słowa, dowcipu opowiadanego przez Aleistera Crowleya i kart tarota Moore wyjaśnia swoje teorie na temat magii, ludzkości, świata, właściwie wszystkiego. Rewelacyjna rzecz. To jeden z tych komiksów, po których będę bał się każdej kolejnej części, ale zdecydowanie chcę więcej i zdecydowanie polecam.

sobota, 24 marca 2012

Promethea Book 1 [Alan Moore & J.H. Williams III] [recenzja]

Brak komentarzy:
Tym razem Alan Moore postanowił zająć się Prometheą, postacią wykorzystywaną już wcześniej przez innych twórców: poetów, pisarzy, scenarzystów komiksowych, ilustratorów. We wstępie opisuje losy tej bohaterki oraz to, jak bardzo zmieniała się w zależności od tego, kto był autorem opowieści o niej. Co ciekawe, niektórzy najprawdopodobniej nawet nie wiedzieli, że przed nimi ktokolwiek tworzył historie o Promethei, a mimo to ich wersje tej postaci cechuje wiele zaskakujących podobieństw. Przenosząc to wszystko do swojego komiksu, scenarzysta zrobił z Promethei boginię zamieszkującą Immaterię, świat wyobraźni, w którą w ciągu stuleci wcielały się rzeczywiste osoby, twórcy wymienieni we wspomnianym już wstępie do historii Moore'a. Teraz czas na kogoś nowego. Najnowszą Prometheą zostaje Sophie Bangs, nowojorska studentka pisząca pracę semestralną dotyczącą, co za niespodzianka, właśnie Promethei oraz różnych wersji tej postaci, w zależności od tego, kto był ich autorem.

W czasie rozmowy z wdową po twórcy ostatnich przygód Promethei, Sophie zostaje zaatakowana przez istotę przypominającą żywy cień, by po chwili zmienić się w nową Prometheę. Jak się okazuje, teraz jej kolej, a dziewczyna musi nauczyć się radzenia sobie z nową sytuacją. Najlepiej szybko, ponieważ wrogowie jej poprzednich wcieleń uznali właśnie ten moment za najlepszy, by zaatakować. Sophie jeszcze nie wie, jak w dowolnej chwili zostawać Prometheą, jak odwiedzać Immaterię i powracać do materialnego świata w zależności od swojej własnej woli, nie od przypadku... na razie tak naprawdę nie ma pojęcia o niczym. Z jednej strony już na samym początku zyskuje wielu potężnych wrogów, z drugiej może przecież liczyć na pomoc wszystkich poprzednich wcieleń Promethei. Tak zaczyna się jej podróż, tak zaczyna się również kolejny genialny komiks Alana Moore'a.

Po przeczytaniu opisu wszystko to może brzmieć prostacko, ale w żadnym wypadku takie nie jest. Pozory mylą. Akcja, której miejscem jest Nowy Jork z 1999 roku (jednak dużo bardziej zaawansowany technologicznie niż ten prawdziwy, z latającymi samochodami oraz całą resztą scenerii z opowieści science fiction), zamieszkały między innymi przez grupę bohaterów The Five Swell Guys oraz ich przeciwnika o imieniu Painted Doll, światy wykreowane przez poprzednich twórców Promethei, często światy celowo bardzo banalne, każdy z tych elementów służy Moore'owi do rozbijania na czynniki pierwsze tematu wyobraźni, a także jej roli w naszym życiu. Supreme robił to samo z komiksowym superbohaterstwem, jednak Promethea jest o wiele bardziej skomplikowana i trudna w odbiorze. A raczej dopiero będzie. Pierwszy tom to dopiero wstęp, lekka i przyjemna (co wcale nie umniejsza jej genialności) historyjka, szczególnie w porównaniu z tym, co będzie działo się dalej. I choć znowu jest się czego bać, nie mogę nie polecić tego komiksu.

Ilustracje J.H. Williamsa III są równie świetne i, tak jak w przypadku scenariusza, też są jedynie wstępem. Szczegółowa kreska i rewelacyjne okładki robią wrażenie, ale już w drugim tomie to wrażenie będzie o wiele większe. Rysownik pokaże dziwne rozwiązania, zaskakujące i niebanalne kadrowanie, zmiany stylu w zależności od tego, co akurat opowiada Moore i wiele, wiele więcej. Będzie na co popatrzeć.

Pierwszy tom serii Promethea to dopiero wstęp, ale wstęp rewelacyjny, do czegoś, co potem będzie jeszcze lepsze. Czytać bez zastanowienia.

niedziela, 5 lutego 2012

The League of Extraordinary Gentlemen Volume 3: Century: 1910 [Alan Moore & Kevin O'Neill] [recenzja]

Brak komentarzy:
Po szaleństwie z Black Dossier nadszedł czas na coś bardziej normalnego, powrót do tych "zwyczajnych" przygód The League of Extraordinary Gentlemen, choć w roku 1910 czytamy już o całkiem innej Lidze. Nie gorszej, ale po prostu innej (piszę teraz o komiksie, nie o tym, jak obecni radzą sobie w nowych czasach i w porównaniu z poprzednikami). Niektórzy są już starzy i nie działają w ramach grupy (jak na przykład kapitan Nemo), inni, jak wiadomo, zmarli, a raczej zostali zabici, jeszcze inni jakoś nie wyglądają na starszych niż wcześniej. Doszli też nowi, Orlando, Thomas Carnacki oraz A. J. Raffles. Jeśli ktoś czytał Black Dossier, nie będzie to dla niego zaskoczeniem, pozostali mogą z początku być trochę zagubieni.

Carnacki ma wizje, w których widzi wielki kataklizm związany z Londynem, ale nie wie, co go spowoduje. Hipotez jest kilka, od pewnego tajemniczego kultu, przez seryjnego mordercę, aż po kometę, a Liga musi dowiedzieć się, co spowoduje zniszczenia i oczywiście wszystkiemu zapobiec. Szkoda tylko, że grupa czasy świetności ma już dawno za sobą i nie radzi sobie najlepiej z powierzonym im zadaniem. Jej wcześniejsza wersja też składała się z indywidualistów, podobnie jak w roku 1910, nie każdy chciał dobrowolnie do niej należeć, ale wtedy wszystko szło jakoś sprawniej. W Century główni bohaterowie robią niewiele, a to, co robią, nie zawsze im wychodzi. Ale żeby nie było niedomówień, taką Ligę też czyta się świetnie.

Fabuła idzie do przodu swoim rytmem (tym razem przez cały czas towarzyszy jej muzyka), nawiązania Moore'a do cudzej twórczości mają swoje źródła gdzie indziej, niż w poprzednich tomach, prawie wszystko jest inne, a jednocześnie to cały czas ten sam genialny komiks. Jego jedyna wada to fakt, że ma za mało stron. Chciałbym już przeczytać całość Stulecia, zamiast poznawać odcinki po kawałku, ale trzeba jeszcze poczekać na ostatnią część. Wiem, że jest na co czekać. Póki co muszę jeszcze przeczytać rok 1969.

wtorek, 17 stycznia 2012

The League of Extraordinary Gentlemen: Black Dossier [Alan Moore & Kevin O'Neill] [recenzja]

3 komentarze:
Black Dossier to komiks pod każdym względem niezwykły, nie tylko dlatego, że trudno nazwać dzieło Moore'a i O'Neilla pełnoprawnym komiksem. Nieliczne fragmenty zawierające kadry i teksty w dymkach są jedynie pretekstem do przedstawienia tego, co w Czarnych Aktach najważniejsze, czyli do zbioru danych na temat wszystkich znanych odsłon Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Można to nazwać dodatkiem dla fanów, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o lubianych przez siebie bohaterach, ale Moore po raz kolejny pokazał, że potrafi zaprezentować każdą ideę w przerażający i budzący uznanie sposób. To kolejny popis erudycji szalonego maga z Northampton. Black Dossier to lektura trudna i wymagająca, jednak w całym tym natłoku nawiązań i aluzji do literatury, popkultury i pewnie dziesiątek jeszcze innych rzeczy, ani przez chwilę nie odczuwałem znużenia czy rozczarowania formułą tego tomu. To coś całkowicie innego niż poprzednie wydania serii, przerywnik przed Stuleciem, uzupełnienie informacji o znanych czytelnikowi postaciach oraz tony świeżych pomysłów. A także jedna z najbardziej zwariowanych rzeczy wymyślonych przez Moore'a.

Wszystko dzieje się w 1958 roku, znacznie później od wydarzeń znanych z drugiego tomu. Na początku znany wszystkim James Bond (możecie się cieszyć, masy innych nawiązań pewnie nawet nie zauważycie, tak samo jak ja i chyba każdy zabierający się za ten komiks) podrywa pewną blondynkę na przechwałki tajnego agenta i obietnicę pokazania jej ściśle tajnego miejsca. Idą przez miasto, przechodząc między innymi obok pomnika Edwarda Hyde'a, który lata temu poświęcił życie w walce z Marsjanami, wsiadają do taksówki, by w końcu dotrzeć do celu, gdzie dochodzi do szamotaniny. Pojawia się drugi mężczyzna, razem z blondynką obezwładniają Bonda, kradną Czarne Akta i uciekają. Kobieta ma na sobie szal jak Mina Murray, ale przecież jest zbyt młoda, nie może być osobą znaną z poprzedniej części serii. Jej towarzysz także nie przypomina nikogo, z kim czytelnik zetknął się wcześniej. Kim są? Tego nie wiemy, przynajmniej na samym początku.

Wracają do hotelu, gdzie zaczyna się prawdziwa zabawa. Dopiero teraz widać, jaki cel przyświecał scenarzyście. Olać komiks, przepychankę z Bondem, olać późniejszą ucieczkę naszych tajemniczych bohaterów, nawet jeżeli - jak zwykle w przypadku Moore'a - czyta się to świetnie. Tak naprawdę nie o to chodziło. Najważniejsze momenty Black Dossier to te, w których blondynka i jej towarzysz mają chwilę na zaglądnięcie do Akt. Czarne Akta to najbardziej interesująca rzecz, jaką można tu znaleźć. To składające się z szesnastu elementów (czasem tekstów, innym razem ilustracji) zebrane informacje na temat zaginionych członków grupy Miny Murray oraz wszystkich innych podobnych grup, działających przed i po tej najbardziej znanej czytelnikowi Lidze. Każda część wygląda inaczej i została pomyślana w zupełnie inny sposób, co, złożone w całość, robi naprawdę ogromne wrażenie. Czytania jest sporo, bo najczęściej można tu znaleźć takie rzeczy jak artykuły lub opowiadania, nie komiksy, więc jeśli kogoś przeraża duża ilość tekstu, od razu odradzam.

Jakie rzeczy znalazły się w środku Black Dossier? Między innymi notatki na temat poprzednich Lig, skąd w ogóle wziął się pomysł na Ligę, zapisy spotkań członków grupy z istotami wymyślonymi przez Lovecrafta, genialna opowieść obrazkowa o losach Orlando i wpływie tej postaci na historię świata w ciągu niemal trzech tysięcy lat jego/jej życia. Jest biblia tijuańska nawiązująca do twórczości Orwella i wydrukowana w innym formacie i na innym papierze niż reszta Czarnych Akt, niedokończona sztuka Szekspira, nowe przygody Fanny Hill, relacja Campiona Bonda połączona z fragmentami pamiętników Miny Murray, będąca historią powstania znanej wszystkim dotychczasowym czytelnikom Ligi oraz pierwszego spotkania Wilhelminy z kapitanem Nemo, są pocztówki, które wysyłali do siebie nawzajem bohaterowie komiksu. Możemy przeczytać o innych Ligach, z Niemiec i Francji, próbujących powtórzyć sukces tej brytyjskiej (i mających w swoich szeregach tamtejsze znane choćby z literatury postacie), a także próbujących ją pokonać. Są również informacje o zniknięciu/zaginięciu i możliwej zdradzie Miny Murray i jej przyjaciół oraz o nieudanej próbie powtórzenia sukcesu jej grupy. Jest również bełkotliwe opowiadanie Sala Paradyse'a, bitnika, ze zdaniami ciągnącymi się przez ponad stronę, których fragmenty wyglądają tak: (...) west o' there where Great Cthula does the hula hula n ole Yoggy Soggy rools n drools n creeps croon n th' chaoz crawlz n Dr. Sachs got contacts contracts compacts dun in blud in jiz in cat tears. Ciężka przeprawa. Na samym końcu wkładamy na nos umieszczone w środku tomu trójwymiarowe okulary i podziwiamy komiks w 3D. Zgadza się, Alan Moore oszalał po raz kolejny. Każdy tekst napisano inaczej (niektóre zawierają odręczne notatki poprzednich właścicieli Czarnych Akt), raz jest to wspomniany Szekspir, innym razem bitnicy, ale oczywiście to nie wszystko. Ogrom pracy włożonej w Black Dossier zwala z nóg, tak samo jak natłok pomysłów i nawiązań.

Różne style pisania wymagają różnego podejścia do rysunków, a Kevin O'Neill wywiązał się z tego zadania w rewelacyjny sposób. Raz mamy zwykły komiks, później ilustracje pasujące bardziej do książek, tę różnorodność widać wszędzie, nawet na pocztówkach. W każdej z odsłon jego kreska robi wrażenie. Robiła je już wcześniej, ale teraz doszła do tego jeszcze umiejętność dopasowywania się do skrajnie odmiennych pomysłów Moore'a. Jest na co popatrzeć.

Choć Black Dossier to nie do końca komiks, na pewno jest pozycją genialną. Co prawda nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to rzecz głównie dla erudytów-onanistów, a przeciętny zjadacz chleba zrozumie niewiele nawiązań, jednak nie przeszkodziło mi to w zachwycaniu się Czarnymi Aktami. Najważniejsze jest to, że wbrew pozorom wcale nie ma się czego bać, nawet przy przeciętnej wiedzy można zrozumieć tyle, żeby mieć radochę z lektury, część dotrze sama, część nazw i nazwisk można wpisać do wyszukiwarki. Nikt nie powinien ucierpieć, chyba, że ma problemy z angielskim. To spora przeszkoda, bo do czytania jest mnóstwo rzeczy. Tom został świetnie wydany, są różne formaty tekstów, okulary, komiks w trójwymiarze, planowano winyl (Moore wspominał o nim w wywiadach, zresztą nawet w Aktach znajduje się informacja na jego temat), co byłoby już chyba szczytem rozpieszczenia fetyszystów dodatków. Dla mnie rewelacja. Rzecz, do której będę mógł wrócić za 10 lat i zrozumieć o wiele więcej, a jeszcze więcej po kolejnej dekadzie i tak do końca. Warto przeczytać, warto będzie wracać. Z kolei teraz warto zabrać się za dostępne części Stulecia.

piątek, 6 stycznia 2012

The League of Extraordinary Gentlemen Volume 2 [Alan Moore & Kevin O'Neill] [recenzja]

3 komentarze:
Tak jak przypuszczałem, wcześniej Moore jedynie się rozgrzewał. Nie żeby drugi tom The League of Extraordinary Gentlemen był nieporównywalnie lepszy niż poprzedni... owszem, jest lepszy, ale jest również inny. Przede wszystkim idealnie pozamykał zaczęte wcześniej wątki, w sposób, w jaki potrafi to robić chyba tylko autor Strażników. Już kiedyś o tym pisałem: w pewnej chwili wszystko zaczyna do siebie pasować, elementy układanki wpadają w puste miejsca, zaś czytelnikowi opada szczęka. I nawet pomysły, które pozornie są najwyżej takie sobie, które wydają się proste lub nawet prostackie i wymyślone przez innego scenarzystę na pewno nie robiłyby dobrego wrażenia, tutaj powalają na kolana. Na wiele wydarzeń w tym komiksie można zareagować myślą "Dlaczego nikt nie wpadł na to wcześniej?", ale jedynie Moore umie połączyć to wszystko w doskonałą całość.

Najważniejszym wydarzeniem w drugim tomie The League of Extraordinary Gentlemen jest atak Marsjan wzorowany na powieści Wojna światów, ale to nie jedyny wykorzystany tu pomysł Wellsa, z kolei Wells nie jest oczywiście jedyną osobą, która dostarczyła scenarzyście inspiracji. W każdej z dotychczas przeczytanych przeze mnie części (a najbardziej w Black Dossier, mimo wielu obaw komiksie niezbyt strasznym czy niestrawnym, za to świetnym jak cała reszta serii) Moore bawi się postaciami oraz wydarzeniami wymyślonymi przez innych, mieszając je z działalnością grupy Miny Murray i nieco modyfikując pomysły poprzedników, tak, by okazywało się, że to Liga odgrywała w tym wszystkim kluczową rolę. Wychodzi z tego niesamowita rzecz i naprawdę szkoda, że to tylko sześć krótkich epizodów. Mógłbym czytać tę serię w nieskończoność.

Główna różnica pomiędzy częścią pierwszą a drugą polega na tym, że skończyły się żarty. Poprzednio zaskoczyła mnie spora dawka humoru, teraz to, że Moore całkowicie zrezygnował ze śmiesznych pomysłów. Jest bardziej brutalnie i krwawo, bardziej wulgarnie (choć bluzgi zostały tu wygwiazdkowane, przynajmniej w edycji z Vertigo, którą posiadam) i dosadnie. Z interakcji pomiędzy poszczególnymi członkami grupy wreszcie wynika coś więcej, niż tylko wzajemne narzekania na pozostałych, co daje bardzo zaskakujące rezultaty. Pewnie, od początku było wiadomo, że prędzej czy później i w najlepszym wypadku wszyscy się pokłócą i rozstaną, o ile nie pozabijają, ale pewnych rzeczy i tak w życiu bym się nie spodziewał. Na to właśnie czekałem. Niestety, to już koniec The League..., przynajmniej w dotychczasowym składzie, ale przecież są jeszcze kolejne tomy i nie chce mi się wierzyć, że coś nie wyszło.

Krótko i konkretnie, The League of Extraordinary Gentlemen Volume 2 to kontynuacja idealna. Zero zawodu i sama radość z lektury. A potem kolej na Black Dossier, o czym napiszę za jakiś czas.

niedziela, 11 grudnia 2011

The League of Extraordinary Gentlemen Volume 1 [Alan Moore & Kevin O'Neill] [recenzja]

9 komentarzy:
Miałem pecha. Zanim zdążyłem przeczytać komiks, obejrzałem film Liga niezwykłych dżentelmenów. Z drugiej strony, mogę też pisać o szczęściu - po kilku latach pamiętam jedynie to, że w ogóle mi się nie podobał. A teraz, co prawda ze sporym opóźnieniem, ale jednak, zacząłem zapoznawać się z pierwowzorem napisanym przez Alana Moore'a i narysowanym przez Kevina O'Neilla. Pierwowzorem, który jest świetny. Nieważne, że to "tylko" zwykła, rozrywkowa (momentami wręcz humorystyczna) opowieść, bardziej zbliżona do Supreme: The Story of the Year niż do rzeczy tak dołujących jak Prosto z Piekła tego samego scenarzysty, Moore już nie raz pokazał, że jest genialny w każdej konwencji. Po pierwszym tomie The League of Extraordinary Gentlemen czuje się dwie rzeczy: po pierwsze, wielką satysfakcję, jak po lekturze niemal wszystkiego, co stworzył autor Watchmen, a po drugie pewność, że to dopiero wstęp. Wiadomo z góry, że niektóre wydarzenia będą miały swój dalszy ciąg później i dla czytelnika będą dużo bardziej interesujące niż to, co działo się na początku.

Dla nielicznych, którzy jeszcze nie wiedzą: w swojej opowieści Moore zebrał postacie stworzone przez innych autorów, między innymi Allana Quatermaina, kapitana Nemo, Hawleya Griffina (niewidzialnego człowieka), doktora Jekylla (tym samym oczywiście również Edwarda Hyde'a) oraz Minę Murray. Ludzie ci, zwerbowani przez Campiona Bonda, mają bronić brytyjskiego imperium, choć tak naprawdę nie wiedzą, kim jest ich tajemniczy pracodawca nazywany Mr. M, a poza tym nie wszyscy znaleźli się w Lidze dobrowolnie i nie wszyscy lubią się nawzajem. Konflikty w grupie to coś, co daje Moore'owi szczególne pole do popisu; wykorzystani przez niego bohaterowie zostali świetnie i bardzo wiarygodnie opisani. Każda postać ma swoje tajemnice i swoje racje, często sprzeczne z racjami pozostałych. Już w pierwszym tomie jest sporo kłótni, ale podejrzewam, że w kolejnych epizodach będzie jeszcze gorzej. Prawdę mówiąc, bardzo na to czekam.

Na początku Bond zleca Minie Murray i kapitanowi Nemo wciągnięcie do grupy Allana Quatermaina, który przebywa w Kairze i ma spore problemy z uzależnieniem od opium. Później idzie z górki, parę prostych misji prowadzących do czegoś dużo większego i bardziej zaskakującego. Moore świetnie stopniuje napięcie, pokazuje, że potrafi być zabawny (do czego nadal nie zdążyłem się przyzwyczaić) i że nie musi pisać niesamowicie skomplikowanych scenariuszy, żeby stworzyć coś, co jest rewelacyjne.

Wszystko to zilustrował Kevin O'Neill i trzeba przyznać, że stanął na wysokości zadania. Bardzo dobra, szczegółowa kreska, sprawia, że oglądania kadrów daje tyle samo radości, co czytanie. Z warstwą graficzną komiksów Moore'a bywało różnie, więc taki stan rzeczy bardzo cieszy, tak samo jak fakt, że O'Neill zajął się także pozostałymi tomami The League of Extraordinary Gentlemen, które już na mnie czekają. Poza budzącym przerażenie Black Dossier jestem dobrej myśli. Nie mogę się już doczekać reszty.

niedziela, 2 stycznia 2011

Bill Baker - Alan Moore. Wywiady [recenzja]

4 komentarze:
Parafrazując jedną z wypowiedzi zamieszczonych na ostatniej stronie okładki Wywiadów: "Nazywanie Alana Moore'a jednym z najbardziej interesujących rozmówców w historii komiksu jest niedomówieniem". Czekałem na tę pozycję, zastanawiając się, co powie czytelnikom autor Strażników i wielu innych kultowych opowieści; czy przypadkiem nie okaże się, że pomimo bezgranicznego szacunku, jakim darzę bohatera tej książki, oraz wielkiej fascynacji jego twórczością, dwie tak długie konwersacje z Billem Bakerem to jednak za dużo? Po przeczytaniu całości mogę napisać tylko jedno: gdzie tam. Książka Wydawnictwa Miligram pokazuje nieco inną twarz Alana Moore'a, niż ta, do której przywykłem - na jej stronach nie znalazłem rozmowy z genialnym szaleńcem, a raczej z bardzo wyważonym i opanowanym twórcą, co w żadnym wypadku nie umniejsza znaczenia jego geniuszu. Odpowiadając na pytania zadawane przez Bakera, Moore analizuje swoje dokonania i sposób tworzenia scenariuszy na spokojnie, bez być może oczekiwanego popadania w obłęd i nie szczędząc odbiorcom wielu interesujących szczegółów. Mówi o tym, jacy ludzie mieli największy wpływ na to, co pisze, a na końcu książki znajduje się indeks osobowy i krótkie notki o każdej wymienionej postaci. Najbardziej wciągnął mnie jednak fragment rozmowy z geniuszem z Northampton dotyczący jego spojrzenia na ekranizacje komiksów, których scenariusze wyszły spod jego ręki - to, jak twórca tej rangi został potraktowany przez Hollywood oraz DC Comics, jest wprost niewiarygodne i nikogo nie powinien zaskoczyć fakt, że Moore już od dawna nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Wcześniej nie miałem pojęcia, jak to wyglądało, i cieszę się, że wykorzystałem okazję, by o tym przeczytać.

Obie rozmowy z Moorem czyta się jak dobre opowieści - bez dłużyzn albo mniej interesujących fragmentów. Trzeba też dodać, że bohater książki nie udziela Bakerowi lakonicznych odpowiedzi na odwal się - na przykład zapytany o planowane kiedyś przejście na "coś w rodzaju pół-emerytury", gada przez ponad dwadzieścia stron. I zapewniam, że nikt przy tym nie uśnie.

Oprócz samych rozmów z Moorem, książka zawiera liczne ilustracje nawiązujące do jego twórczości. Kwestia gustu, dla mnie mogłoby ich nie być, ale jeśli miałbym wyróżnić jakichś autorów, byliby to Tomasz Płonka i Marcin Kuligowski. Co nie zmienia faktu, że w ogóle bym nie narzekał, gdyby w środku znajdował się tylko i wyłącznie tekst.

Wywiady mają naprawdę rewelacyjną okładkę, za to w środku jest już trochę gorzej. Mam tu na myśli korektę. To właściwie jedyna, jednak miejscami bardzo irytująca wada książki. Wygląda na to, że ktoś po prostu spojrzał na plik tekstowy i stwierdził: "Nic nie jest podkreślone na czerwono, to w porządku, może być". Bo faktycznie, literówek nie zauważyłem, ale rozmowa Bakera z Moorem aż roi się od takich zdań jak: "To same uczucie miałem pisząc Prosto z piekła", "Czy istnieje jakiś sposób na pracę wewnątrz tego systemu i nie tylko przeżyć, ale naprawdę prosperować?", "Nie sądzę, żebym tam kryło się cokolwiek", czy: "Jest również autorem komiksów z bardziej niezależnego nurtu, jak Brat Pack - pełną ironii i satyry historii o pomocnikach superbohaterów i superłotrów". Możemy przeczytać, że Peter Kuper jest autorem adaptacji opowiadań "Franka Kafki". Podobnych zgrzytów jest mnóstwo i jeżeli ja, przeciętny czytelnik, zwróciłem na nie uwagę czytając Wywiady jeden jedyny raz, to czemu nie wyłapała ich korekta?

To jednak mniej istotna sprawa. Najważniejsza jest sama treść, a ta nie powinna zawieść nikogo, ani fanów Moore'a, ani ludzi, którzy nie czytają komiksów na co dzień. Bo to po prostu interesująca postać i po skończeniu książki aż chce się wrócić do już przeczytanych dzieł jego autorstwa, a także poznać nowe. I nie tylko te opowiadane za pomocą obrazków - przecież w zamieszczonej pomiędzy okładkami Wywiadów bibliografii można znaleźć również inne ciekawe rzeczy, na przykład powieść Voice of the Fire. Mam też nadzieję, że Moore dokończy obszernie omawianą w jednej z rozmów książkę Jerusalem. Krótko mówiąc, lektura jego dialogów z Billem Bakerem sprawiła mi wielką przyjemność oraz na nowo pobudziła mój apetyt. I tak właśnie miało być.

czwartek, 3 grudnia 2009

Supreme: The Story of the Year [Alan Moore & Rick Veitch] [recenzja]

Brak komentarzy:
Główny bohater tego komiksu to gość, który stał się superbohaterem zaraz po tym, jak dotknął znalezionego w lesie meteorytu. Dzięki temu potrafi latać w swoim białym stroju i czerwonej pelerynie, jest też superinteligentny, supersilny, ma swoją tajną bazę, superpsa, supersiostrę, superroboty, powracających co jakiś czas superłotrów oraz ukrytą tożsamość. I tu Was zaskoczę - w cywilu wcale nie jest reporterem pracującym dla Daily Planet. Ethan Crane, dla niektórych znany także jako Supreme, zajmuje się rysowaniem komiksów. Na początku zapomniałem dodać, że jest też superszybki, dlatego też nie zamula się nad pustą kartką i ma sporo czasu na ratowanie świata. Fascynująca postać, nieprawdaż? Pewnie nigdy nie czytaliście komiksu o kimś choćby odrobinę podobnym.

Pytanie: czemu Alan Moore, niekwestionowany geniusz, zajął się na prośbę Roba Liefelda tak szablonowym bohaterem? Odpowiedź: ponieważ potrzebował właśnie kogoś szablonowego, schematycznego aż do bólu. I chociaż The Story of the Year nie jest aż tak znaną i genialną pozycją jak na przykład Watchmen, From Hell czy V for Vendetta (sam natknąłem się na ten komiks na Allegro, nie słyszałem o nim nigdy wcześniej), nie potrafię nie być nią zachwycony i nie przyznać, że Moore wygrał po raz kolejny. Ponownie udowodnił, że jest wielki, chociaż wcale nie musiał. Ponadto Supreme, w odróżnieniu od kilku innych dzieł scenarzysty (jak choćby wspominane już From Hell czy Lost Girls), jest rozrywką lekką, łatwą i przyjemną, nie straszącą swoją monumentalnością, czyli czymś, czego potrzebowałem po trzydziestu rozdziałach szalonego porno zilustrowanego przez Melindę Gebbie.


Chociaż Moore przejął serię dopiero w #41 zeszycie, znajomość poprzednich przygód herosa nie jest do niczego potrzebna. Owszem, scenarzysta wykorzystał samą postać, zdecydował się jednak całkowicie zmienić jej historię, robiąc to w bardzo sprytny i ciekawy sposób. Na samym początku opowieści Supreme powraca na Ziemię, która wcale nie wygląda tak, jak oczekiwał - cała planeta podlega nieustannym zmianom dosłownie na oczach głównego bohatera, tak jakby się resetowała. Nasz supahiroł szybko spotyka kilka alternatywnych wersji samego siebie (włącznie z widocznym na jednej z ilustracji gościem o imieniu Supremouse... tak, wiem jak to wygląda) i zostaje zabrany do miejsca zamieszkanego wyłącznie przez ludzi w białych strojach i czerwonych pelerynach, którzy zakończyli już swoje życie. Interesujący nas Supreme jest jednak kimś szczególnym, kimś, kto trafił tam, chociaż jego historia wcale się jeszcze nie zaczęła. Ten Supreme wkracza do świeżego, zresetowanego świata, by dopiero zapoczątkować własną egzystencję. Moore robi tu coś genialnego, okazuje się bowiem, że główny bohater, dotychczas mający spore luki w pamięci, tak naprawdę istnieje zaledwie od kilku chwil. Po wkroczeniu do nowej wersji świata zyskuje tożsamość Ethana Crane'a i rozpoczyna działalność superbohatera, mając jednocześnie świadomość, że gdy wyrusza ku swojej nowej przyszłości, w tym samym momencie tworzą się jego wspomnienia, które - tak samo jak on sam - jeszcze niedawno wcale nie istniały. I to wszystko w pierwszym zeszycie, po którym już wiedziałem, że The Story of the Year to kolejny wielki komiks tego autora, dziwne, że tak nieznany, przynajmniej u nas.

Dalej jest jeszcze lepiej - Ethan odwiedza znane sobie miejsca, by "odzyskać" - a tak naprawdę po prostu stworzyć - swoje wspomnienia. I tutaj dochodzimy do ważnego pytania: czym jest Supreme? Gonzo, który też okazjonalnie pisze o wyczynach Moore'a, doszedł ostatnio do wniosku, że w każdym ze swoich dzieł Alan prezentuje własny pogląd na jakąś sprawę. Tym razem przerabia komiksowe superbohaterstwo, przygląda się roli superbohaterów w opowieściach obrazkowych na przestrzeni dekad oraz analizuje zmieniające się podejście scenarzystów do trykociarzy. Robi to, jak się być może domyślacie, w sposób genialny. Całość opiera się na retrospekcjach (co najmniej jedna w każdym odcinku) rysowanych głównie przez Ricka Veitcha (przykładowa ilustracja poniżej), który naprawdę nieźle pozamiatał. Zresztą nie tylko warstwa graficzna retrospekcji to czysty, urzekający archaizm, scenariusz jest tak samo stylizowany na ubiegłe dekady, z całą naiwnością i śmiesznością prezentowanych wątków. Zabawa w czasie lektury jest przednia, tym bardziej, że wszystko wchodzi lekko, a złożoność scenariusza (to w końcu Moore, gdzie wszystko jest dopracowane w każdym szczególe, a w pewnej chwili słychać kliknięcie i nagle wszystko wskakuje na swoje miejsce, zmuszając czytelnika do zbierania szczęki z podłogi) nie idzie w parze ze wzrastającym przerażeniem odbiorcy.


Odwołania do zmieniającej się kondycji superbohaterów widać nie tylko w retrospekcjach, ale też w wątkach przedstawiających teraźniejszość Ethana. Kiedy postacie komentują poszczególne dekady (jedna była nudna, druga wydawała się kompletnie niedorzeczna), chodzi tak naprawdę o cały zmieniający się w ciągu dziesięcioleci komiks opowiadający o paniach oraz panach w pelerynach. Są oczywiście liczne nawiązania do historii gatunku, na czele z najbardziej widocznym podobieństwem Supreme do Supermana oraz Ethana Crane'a do Clarka Kenta. Jest tego więcej, a celowa schematyczność postaci, wątków, cała otoczka (wspomniany superpies, tajna baza, roboty-sobowtóry, ukrywana tożsamość oraz fakt, że główny bohater zajmuje się rysowaniem komiksów o superbohaterach) służy czemuś więcej niż tylko puszczeniu oka do czytelnika. Różnica jest taka, że tym razem Moore stworzył coś tak lekkostrawnego, że nikt nie przerwie czytania z powodu bólu głowy.

The Story of the Year zawiera dwanaście epizodów (ostatni w wersji a i b) zilustrowanych przez dziewięciu rysowników, z których najważniejszy jest Rick Veitch, obecny w prawie każdym odcinku autor retrospekcji. Warto też wspomnieć o tym, że okładkami oraz obrazkami wrzuconymi pomiędzy poszczególne odcinki zajął się Alex Ross. Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy dali radę, ale i tak najbardziej przypadła mi do gustu stylizacja na superbohaterską prehistorię, cała reszta została przyćmiona przez scenariusz.

Na koniec dodam tylko, że chociaż nie jest to jedno z największych dzieł Moore'a, jeden z zapierających dech w piersiach komiksów, po których z wrażenia nie można zasnąć, jego wersja Supreme i tak miażdży. Inaczej, łagodniej, ale jednak.

środa, 25 listopada 2009

Lost Girls [Alan Moore & Melinda Gebbie] [recenzja]

8 komentarzy:

Pisanie o niektórych komiksach nie należy do przyjemności, a Lost Girls (z pewnych względów po prostu musiał to być #69 tekst na blogu) należy właśnie do tych bardzo trudnych tytułów. Po pierwsze dlatego, że Alan Moore to wariat (przez jakiś czas często podlinkowywano ten tekst, więc też tak zrobię - Alan Moore to wariat), a po drugie mamy do czynienia z czymś niezwykle specyficznym. Z jednej strony można określić tę opowieść jako przemyślane dzieło geniusza, ze wszystkimi typowymi dla tego scenarzysty smaczkami oraz doskonałym dopasowaniem elementów, które w odpowiednim miejscu zaczynają współgrać w sposób całkowicie zaskakujący czytelnika. Niby dla każdego, kto naprawdę skupi się na lekturze zamiast oglądać specyficzne sceny, będzie wiadomo, że jest to celowa zabawa konwencją, w pewnych momentach posuwająca się nie tylko do delikatnego prowokowania odbiorcy, ale wręcz wystawiające jego poczucie dobrego smaku na ciężką próbę. Nie można odmówić Lost Girls wartości literackiej lub przynajmniej miana niezwykłej i wciągającej opowieści (niekoniecznie i na pewno nie wyłącznie dzięki tym elementom), ale należy też pamiętać o tej drugiej stronie, przez którą pisanie o wspólnym dziele Moore'a i Melindy Gebbie sprawia tyle trudności... Druga strona wygląda tak, że czytelnik musi nastawić się na historię, w której sperma i śluz leją się strumieniami, waginy i penisy (zarówno prawdziwe jak i sztuczne) występują w ilościach hurtowych, a jeśli na kimś nie robi to wielkiego wrażenia (w końcu musiał być jakiś powód, dla którego komiks zasłużył na określenie pornograficzny), mamy też takie dodatki jak zwierzęta (bynajmniej nie stojące spokojnie w tle), mocz, kazirodztwo, ekstremalne poniżanie lub orgie, w których udział biorą zarówno dorośli jak i dzieci, ewentualnie same dzieci. Zamieszczone ilustracje są całkowicie tendencyjne - nie pokazują kwintesencji Lost Girls, ale też nie przedstawiają czegoś, czego tam nie ma i czego nie bierze się pod uwagę oceniając całość. A że o jednoznaczną opinię nie jest w tym przypadku łatwo, na razie przejdę do konkretów...


Głównymi bohaterkami Lost Girls są trzy kobiety różniące się nie tylko charakterami, ale także wiekiem oraz statusem społecznym. Pomysł kojarzy się z Ligą Niezwykłych Dżentelmenów (której jeszcze nie czytałem, niemniej kojarzy się), gdzie Moore wykorzystał postacie znane z literatury. Tutaj jest identycznie, i, chociaż ich personalia nie są podane na talerzu od samego początku, myślę, że przedstawiając je nikomu nie zepsuję zabawy (sam znałem imiona kobiet jeszcze przed sięgnięciem po komiks): są to Alicja z Alicji w Krainie Czarów, Dorothy z Czarnoksiężnika z Krainy Oz oraz Wendy z Piotrusia Pana. Osoby znające twórczość szalonego Alana domyślają się pewnie, że obecność tych bohaterek daje mu ogromne pole do popisu w kwestii zabawy z czytelnikiem oraz bardziej budzącego zainteresowanie niż irytującego popisywania się erudycją. Ułatwieniem jest fakt, że wyżej wymienione postacie powinny być znane wszystkim, choćby ze słyszenia, także każdy zanurza się w świat Lost Girls z przynajmniej podstawową wiedzą na temat występujących w opowieści osób. Moore przedstawia ich dalsze losy, jednocześnie burząc przeszłość bohaterek i przedstawiając ją na swój własny sposób - w pornograficznej konwencji. Wszystko zostaje przedefiniowane, nie zdziwcie się więc, że na przykład Blaszany Drwal nie jest już postacią zapamiętaną po przeczytaniu/obejrzeniu Czarnoksiężnika z Krainy Oz, tym razem to rosły i bezduszny ("tak jakby nie miał serca" - kojarzycie?) facet z farmy, jeden z wielu, przed którym Dorothy rozkłada nogi. Kapitan Hak jest starszym panem z ręką zakrzywioną od artretyzmu, kochającym dzieci nie tak, jak powinno się je kochać, a Moore'owski odpowiednik Królowej z Alicji w Krainie Czarów to po prostu bardzo miła pani, która bardzo lubi orgie, w czasie których dzieje się bardzo dużo brzydkich rzeczy. I, tak jak wspominałem w pierwszym akapicie, z jednej strony nie można odmówić genialności ponownemu odkrywaniu starych bohaterów, a z drugiej są momenty, kiedy właściwie nie wiadomo co myśleć o wydarzeniach rozgrywających się na kartach komiksu. Bo o ile przerobienie takiego Kapitana Haka jest świetne, to moment, w którym wyskakuje z krzaków i spuszcza się na plecy Wendy (w momencie tego wydarzenia mamy do czynienia z jej dziecięcą wersją zabawiającą się z Piotrusiem, który zna magiczny język wróżek, czyli takie słowa jak fuck lub cunt) jest po prostu niesmaczny i ciężko obrócić to w żart, nawet jeśli doskonale rozumiem, że tańczę tak jak zagrał scenarzysta, zapewne oczekujący właśnie takiej reakcji z mojej strony.


Całość kręci się wokół wspólnych rozmów trzech kobiet - wymieniają się nawzajem krótkimi opowieściami dotyczącymi ich przeszłości (komiks liczy sobie trzydzieści rozdziałów po osiem stron każdy, wszystko podzielone zostało na trzy księgi), jednocześnie posuwając się coraz bardziej w swoich bezwstydnych zabawach. Alicja została przedstawiona jako najstarsza z bohaterek, jest też najbardziej wyuzdaną i najbogatszą z nich (pochodzi z arystokracji) oraz nie kryje swojej homoseksualnej orientacji. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Dorothy, najmłodsza z trójki i wychowana na farmie, nieokrzesana i zawsze gotowa na niezobowiązującą przygodę z jednym z lokalnych dżentelmenów. Pośrodku stoi Wendy, pozornie dystyngowana, nieco otępiała matka i żona, której przeszłość zdradza wiele zaskakujących i sprzecznych z jej obecnym zachowaniem szczegółów... a wszystko naszpikowane zostało nawiązaniami, jak zwykle u Moore'a raczej ciężkimi do wyłapania w całości. Występują też opowieści wewnątrz opowieści - bohaterowie czytają wiele książek o wiadomej tematyce - oraz szczegóły, które można przeoczyć, jeśli będzie się nieuważnie przeskakiwało z kartki na kartkę; na przykład czasem warto obserwować nie tylko postacie, ale też rzucane przez nie cienie, mogące zupełnie zmienić odbiór danej sceny. Tego typu smaczków jest mnóstwo, tak jak mnóstwo jest pierdolenia (ciężko nazwać to inaczej) pokazanego bez żadnych zahamowań. Jeśli scenarzysta chciał udowodnić, że pornografia nie musi być głupia, łatwa w odbiorze i skupiona tylko na jednym, dopiął swego. Na pewno miał też zamiar szokować i raczej trudno będzie o czytelnika, który przebrnie przez wszystkie próby ze stoickim spokojem. Sam autor daje wskazówki, jak należy odbierać Lost Girls, na przykład kiedy jeden z bohaterów komentuje czytane na głos opowiadanie przedstawiające orgię, w której udział bierze cała rodzina - matka, ojciec oraz dwójka ich dzieci (pozwolę sobie nie tłumaczyć oryginalnego tekstu): "And then these children: how outrageous! How old can they be? Eleven? Twelve? It is quite monstrous... except that they are fictions, as old as the page they appear upon, no less, no more. Fiction and fact: only madmen and magistrates cannot discriminate between them", a po chwili: "You see, if this were real, it would be horrible. Children raped by their trusted parents. Horrible. But they are fictions. They are uncontaminated by effect and consequence. Why, they are almost innocent". Zaraz po tej wypowiedzi Moore pokazuje swoją przewrotność i zaczyna droczyć się z odbiorcą, kiedy ta sama postać, autor poprzednich zdań, dodaje: "I, of course, am real, and since Helena, who I just fucked, is only thirteen, I am very guilty". Czy wspominałem coś o wystawianiu czytelnika na próbę?


Nie należy zapomnieć o ilustracjach Melindy Gebbie, obecnej żony scenarzysty, która wykonała kawał dobrej roboty. Oglądając Lost Girls ma się wrażenie, że taka oprawa graficzna bardziej pasowałaby do jakiejś książki, a nie "jedynie" do komiksu; o ile pamiętam, w żadnej przeczytanej przeze mnie opowieści obrazkowej nie spotkałem się z czymś podobnym. Widać ogrom pracy włożony w każdą ze stron oraz koncept - styl Melindy zmienia się w zależności od tego, czy swoją opowieść snuje Alice, Dorothy czy Wendy, jest też inny kiedy nie mamy do czynienia z retrospekcjami. Chociaż zabrzmi to bardzo dwuznacznie, nie da się zaprzeczyć, że w czasie poznawania wszystkich trzydziestu rozdziałów naprawdę jest na co popatrzeć.

Podsumowując, wbrew pozorom Lost Girls nie jest komiksem dla fanów masturbacji, a wartościową i złożoną opowieścią autorstwa mistrza, dodatkowo świetnie zilustrowaną. Z drugiej strony nie należy zapomnieć, że jest to mająca szokować czytelnika pornografia, do której niektórzy będą bali się podejść, inni podejdą i nie dadzą rady przejść suchą nogą przez morze spermy (cóż za przenośnia); na pewno znajdą się też ludzie negujący jakiekolwiek pozytywne strony tego komiksu i widzący w nim tylko to, co niekoniecznie jest najważniejsze. Jeśli nie należysz do żadnej z tych grup, ośmielam się polecić, z adnotacją, że to naprawdę nie jest pozycja dla każdego i nawet przy optymistycznym podejściu można zrazić się w trakcie, mimo wszystko. Nietypowy tytuł, o którym ciężko było coś napisać, choć mam cichą nadzieję, że jednak wybrnąłem.
stat4u