Metody Marnowania Czasu: Gry, w które grałem najczęściej (2020)

środa, 14 października 2020

Gry, w które grałem najczęściej (2020)


Kolejny rok, kolejne wydanie listy gier, w które grałem najczęściej (tutaj lista z 2016, tutaj z 2017, tutaj z 2018, a tutaj z 2019 roku). Chyba wszystko jasne, więc nie będę niepotrzebnie przedłużał.

Zaczynamy!

10: Robinson Crusoe: Adventure on the Cursed Island, 36 rozgrywek (ostatnio 36, miejsce 7) 

Zabawna sprawa: właśnie przeczytałem wpis o Robinsonie w tekście "Gry, w które grałem najczęściej (2019)" i dopiero teraz dotarło do mnie, że rzeczywiście powstał dodatek do Adventure on the Cursed Island, zatytułowany Opowieści niesamowite. I w zeszłym roku pozwoliłem sobie nawet na wypowiedź "jeśli trafi w nasze ręce"... taa, jasne. Widać, jak często w ciągu minionych dwunastu miesięcy myślałem o tej planszówce. Cóż, naszą domyślną grą kooperacyjną jest w tej chwili inny tytuł (znajdzie się zresztą na tej liście, w dodatku bardzo wysoko), ale nawet bez tego Robinson zwyczajnie się nam przejadł. Wiem, że gdybym wrócił, rozgrywka pewnie by mi się spodobała, jednak od kilku lat nie chciało mi się ściągać tego pudła z półki (nie licząc trwającego właśnie remontu). Nie zmienia to faktu, że była to chyba moja pierwsza planszówka z tak długą instrukcją, do której siadałem przerażony i przekonany, że nigdy tego nie ogarnę, po czym okazało się, że nie taki diabeł straszny. Chętnie zagram znowu. Na pewno się uda. Kiedyś.


9: T.I.M.E Stories, 40 rozgrywek (ostatnio 24, miejsce 10]

Jeśli chodzi o ten tytuł, podziękowaliśmy mu po ukończeniu scenariusza Madame – chyba już na zawsze. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do recenzji, a tymczasem: chyba największe oszustwo, z jakim miałem do czynienia obcując z planszówkami.  Tak wielkie, że aż niewiarygodne. Karmienie graczy obietnicą, że cała ta historia do czegoś dąży, robienie tego przez LATA tylko po to, by na końcu właściwie pokazać im środkowy palec, a jednocześnie wyrazić nadzieję, że nadal będą kupować kolejne dodatki. Nie wykluczam, że jeśli ktoś kiedyś wpadnie do mnie z którymś z pojedynczych scenariuszy (przy czym liczę bardziej na te autorskie niż na oficjalne), chętnie zagram i nawet mi się spodoba, jednak skłamałbym pisząc, że tęsknię i chcę zagrać ponownie jak najszybciej.


8: Super Rhino, 41 rozgrywek (ostatnio 39, miejsce 6)

Sympatyczna i przezabawna gra o nosorożcu-trykociarzu, a raczej o budowie jak najwyższego budynku dla tego superbohatera, który prędzej czy później i tak się zawali (budynek, nie superbohater) – byleby nie doszło do tego w naszej turze. Szybka, prosta, z moich doświadczeń wynika, że w zasadzie dla każdego, choć bardziej dla tych mniej zaawansowanych graczy. Najlepsze momenty to rzec jasna te, kiedy wygląda na to, że już za moment elementy wieżowca rozsypią się po całym pokoju, ale kto wie, może jakimś cudem uda się ustawić jeszcze tę jedną ścianę i jeden dach? Pewnie nie, ale przynajmniej będzie śmiesznie.


7: Mamy szpiega! 2, 41 rozgrywek (po raz pierwszy na liście)

Gra, która w pewnym stopniu zastąpiła w naszym towarzystwie Ultimate Werewolf. Trochę więcej tutaj, a w skrócie: jeśli tylko towarzystwo załapie zasady (zdarzało się, że na początku nie wychodziło, jednak wystarczyła jedna czy dwie partie i już wszyscy wiedzieli, o co chodzi) i zechce się zaangażować, próba wykrycia wśród graczy szpiega (lub, jeśli sami nim jesteśmy, próba przechytrzenia całej reszty) to przednia zabawa i bardzo często naprawdę sporo śmiechu. Zbyt intensywne ogrywanie tego tytułu może sprawić, że tytuł ten straci trochę na regrywalności z powodu powtarzania się miejsc, ale jeśli od czasu do czasu zrobi się przerwę, problem ten powinien raczej nie występować.


6: Neuroshima Hex!, 42 rozgrywki (ostatnio 42, miejsce 5)

Świetny tytuł (jeden z tych, obok Carcassonne, które sprawiły, że moja przygoda z planszówkami nie skończyła się na Magicznym Mieczu), w który –  jak widać –  nie gram, ale Neuroshima na zawsze w serduszku. Kupuję kolejne armie (nie mam chyba tylko Sand Runners), a po tych wszystkich latach nadal doceniam prostą, ale zapewniającą mnóstwo ciekawej zabawy mechanikę. Gdyby moja żona wciąż chciała w to grać, Hex! pewnie wylądowałby na trzecim albo nawet drugim miejscu tej listy, ale nie chce, zaś z planszówkowymi znajomymi prawie zawsze jakoś wolimy zagrać w coś innego.


5: Android: Netrunner, 47 rozgrywek (ostatnio 47, miejsce 4)

Najlepsza gra z tych, które od lat nie schodzą z mojej półki (remont się nie liczy). Wydaje mi się, że gdyby tytuł z pierwszego miejsca tej listy nie wrócił do druku, Netrunner byłby dalej grany, bo wtedy zrobiłbym bardzo dużo, żeby ta genialna karcianka nie umarła w naszym towarzystwie. Niestety, najpierw umarła u nas, a potem ogólnie, choć, o ile wiem  tak jak w przypadku tytułu z pierwszego miejsca tej listy  w czasie jej oficjalnej nieobecności gracze starają się, żeby miała się całkiem nieźle, oczywiście na tyle, na ile to możliwe w zaistniałej sytuacji. Łudzę się, że jeszcze kiedyś wrócę, ale na razie jakoś mi to nie idzie.


4: Horror w Arkham: Gra karciana, 50 rozgrywek (po raz pierwszy na liście]

Jeśli chcecie wiedzieć, czemu karciany Horror w Arkham to w tej chwili jedna z moich ulubionych gier, zapraszam do przeczytania napisanej niedawno recenzji. Zdecydowanie zamierzamy grać dalej, więc przewiduję, że w przyszłym roku tytuł ten będzie tutaj na podium. Przed nami jeszcze sporo do zobaczenia (i sporo przygód i całych kampanii do wtopienia), sporo pieniędzy do wydania, brakujących paczek z kartami do uzupełnienia, przy czym przecież w międzyczasie cały będą wychodziły nowe (kiedy, kiedy Zmowa nad Innsmouth?). Cytując swoje zwyczajowe pytanie, zanim wyciągnę żeton z worka chaosu: Co może pójść nie tak?


3: Legendary: A Marvel Deck Building Game, 65 rozgrywek (ostatnio 64, miejsce 3)

Wciąż najlepsza gra na podstawie komiksów, jaką znam, jak widać w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy niezbyt intensywnie katowana, jednak wciąż bardzo dobra. Ciągle nie pokonaliśmy jeszcze kilku Mastermindów, nie przeszliśmy części scenariuszy ani nie poznaliśmy części dodatków dostatecznie dobrze, więc jest w co się bawić. Co prawda ostatnio rolę naszej głównej gry kooperacyjnej przejął Horror w Arkham i to raczej w kierunku tamtej karcianki spojrzę, kiedy będziemy mieli z żoną ochotę wspólnie powalczyć ze złem (chociaż w przypadku Arkham raczej dostać od zła solidne baty), ale czas na nieodwołalne zrezygnowanie z Legendary na pewno jeszcze nie nadszedł.


2: Guild Ball, 129 rozgrywek (ostatnio 121, miejsce 2)

8 partii we wciąż najlepszy bitewniak (niech będzie, skirmish), jaki miałem okazję poznać. Powrót do grania (choć "grania" to może trochę za duże słowo) Alchemikami, a w międzyczasie rezygnacja wydawcy z dalszego wspierania tego tytułu. Trudno, tak czy inaczej od czasu do czasu na pewno jeszcze pobiegam sobie za piłką, po drodze dając komuś w mordę. Swoją drogą to zabawne  jeśli spojrzeć na listę moich ulubionych gier, to te z podium (Netrunner, Guild Ball oraz karcianka, o której przeczytacie za chwilę) albo są, albo przez jakiś czas były martwe (w takim sensie, że nie były już wydawane, nie w takim, że nikt nie chciał dalej w nie grać). Czy to ja je zabijam?


1: Vampire: The Eternal Struggle, 254 rozgrywki (ostatnio 189, miejsce 1) 

Gramy, z pewnymi wyjątkami, w zasadzie co tydzień i za każdym razem zaliczamy dwie albo trzy rozgrywki. Zresztą, nie będę się rozwlekał, ale nie dlatego, że mi się nie chce – po prostu rozpisałem się o tym trochę bardziej dosłownie kilka dni temu. Zapraszam do lektury, a sobie życzę co najmniej 350 partii w momencie publikacji tekstu "Gry, w które grałem najczęściej (2021)".

A jak będzie w przyszłym roku? Zabawię się we wróżbitę: 1. Vampire: The Eternal Struggle; 2. Guild Ball; 3. Horror w Arkham: Gra karciana; 4. Legendary: A Marvel Deck Building Game, reszta też raczej bez wielkich zmian. Za kilkanaście miesięcy zobaczymy, czy miałem rację.

tekst i "zdjęcie": Michał Misztal

PSSST! Pisałem też o kilku innych planszówkach.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

stat4u