
Fabuła The Nobody jest prosta jak budowa cepa: miejscowość Large Mouth (populacja: 754 osoby) odwiedza dziwny człowiek, cały pokryty bandażami, noszący okulary przeciwsłoneczne i prawie nie wychodzący z pokoju hotelowego, w którym się zatrzymał. Jest oczywiste, że wzbudza ciekawość i jest oczywiste, że w tak niewielkiej społeczności odmieniec może wzbudzić także agresję, zwłaszcza, jeśli komuś z mieszkańców miasteczka stanie się coś złego. Wiadomo, na kogo padną podejrzenia... resztę pewnie znacie. Z innych, podobnych opowieści. Czyli mamy oklepany temat, a w takich sytuacjach wszystko zależy od umiejętności scenarzysty.
Lemire daje radę. Utrzymuje zainteresowanie czytelnika sprawnym operowaniem kilkoma prostymi patentami, z najprostszym na czele, czyli zagadką. Kim jest John Griffen, człowiek w bandażach? Szkoda tylko, że teksty umieszczone z tyłu komiksu odpowiadają na to pytanie jeszcze przed lekturą, także polecam przeczytanie ich dopiero na końcu.

Znowu trochę ponarzekam na rysunki. Nie chodzi o to, że Lemire coś spieprzył, nie, jak zwykle stoi na wysokości zadania. Tyle że niektóre postacie z The Nobody strasznie przypominają te z Opowieści z Hrabstwa Essex albo z cyklu Sweet Tooth, zupełnie jakby autor miał w głowie tylko kilku bohaterów, po czym przerzucał ich w inne miejsca i nadawał im inne imiona. Jednocześnie za każdym razem pokazuje swoją niepowtarzalną kreskę. Tak jakby te ograniczenia wynikały, paradoksalnie, z wyjątkowości jego stylu. Ilustrator inny niż wszyscy, jednak zawsze irytująco taki sam. Ale poza tym jest świetnie, rysunki na pewno są główną atrakcją tego komiksu, o wiele ciekawszą niż sama historia.
Byłoby świetnie, gdyby nie przesadne pochwały, sprawiające, że oczekiwałem czegoś dużo lepszego. I gdybym od początku nie wiedział, kto kryje się pod bandażami. A tak jest po prostu bardzo dobrze. Szybka lektura na jeden wieczór, nie zostanie w pamięci na zawsze, ale na pewno dostarczy kilku pozytywnych wrażeń.