Metody Marnowania Czasu: maja 2011

poniedziałek, 30 maja 2011

Eternia & MoSS: To The Future

Brak komentarzy:

Oto numer, który zwalił mnie z nóg już po pierwszym przesłuchaniu i którego nie waham się nazwać pięknym, choć może brzmieć to pretensjonalnie. To The Future to kawałek między innymi o miłości, ale daleko mu do cukierkowej atmosfery znanej z wielu (niestety także rapowych) poruszających ten temat utworów, daleko mu do banału. Napisanie takiego tekstu musiało wymagać naprawdę wielkiej odwagi. Znam ten track już od bardzo wielu miesięcy i za każdym razem, kiedy się kończy, nie mogę wyjść z podziwu. Takie wersy rzuca ktoś, kogo śmiało można uważać za prawdziwego artystę otwierającego się przed słuchaczami w stu procentach, nie patrząc na nic. Nie wiem jak Wy, ja wolę coś takiego niż ludzi z ładnymi głosami, którzy startują w konkursach na najwierniejsze odtworzenie cudzych tekstów do cudzej muzyki, choćby to kopiowanie wychodziło im naprawdę imponująco.

niedziela, 22 maja 2011

Tyler, the Creator: Goblin [recenzja]

Brak komentarzy:

O Tylerze i jego kawałku Yonkers pisałem w kwietniu. Od tego czasu zdążyłem przesłuchać obie płyty autora, debiutancką Bastard oraz najnowszą, zatytułowaną Goblin. Po zapoznaniu się z tą pierwszą pomyślałem, że to jeszcze nie to, Tyler dopiero się rozkręcał, ale skoro teraz pokazał coś takiego jak Yonkers, Goblin powinien zwalić mnie z nóg. Niestety, drugi album rapera z Odd Future bardzo mnie rozczarował.

Tyler niewątpliwie potrafi rapować. Nadal bardzo podoba mi się numer, o którym pisałem wcześniej, ale co z tego, skoro cała reszta nie dorasta mu do pięt. Umiejętności MC nie zostały tu wykorzystane. Niby ma być kontrowersyjnie, jednak mam wrażenie, że to kontrowersja na siłę, opierająca się niemal wyłącznie na rzucaniu mięsem w co drugim wersie i opowiadaniu strasznych głupot (gdzie te gry słowne z Yonkers, bo albo ich nie zauważyłem, zapewne przez trudną do przetrawienia muzykę, albo rzeczywiście prawie ich nie ma). Płyta jest nudna i monotematyczna, ponad sześciominutowe kawałki to gruba przesada. Goście sprawdzają się jeszcze gorzej od gospodarza, zaś nienachalne dialogi z własnym sumieniem znane z numeru singlowego, wałkowane przez całą płytę też sprawiały, że nie mogłem powstrzymać ziewania, nie mówiąc o tym, że wszystko to już gdzieś było, i nie mam tu na myśli jedynie albumu Bastard.
 

Najgorsza jest jednak wspomniana już warstwa muzyczna. Do Yonkers musiałem się przekonać, dałem radę dopiero za którymś razem, ale jeśli chodzi o przekonywanie się do całej płyty, nawet nie mam zamiaru próbować. Nie lubię bólu. Przeczytałem gdzieś, że "to nie jest muzyka lekka, łatwa i przyjemna", co brzmi jak marne usprawiedliwienie faktu, że Goblin to w znacznej części kakofonia. Owszem, nikt nie mówił, że muzyka musi być za każdym razem lekka, łatwa i przyjemna, jednak powinno dać się jej słuchać, a tego napisać o drugim albumie Tylera niestety nie mogę. Jest granica pomiędzy ambitnym, trudnym w odbiorze rapem, a gwałcącym uszy, nieśmiesznym żartem. Goblin to właśnie taki nieśmieszny żart, przykry tym bardziej, że oczekiwałem czegoś rewelacyjnego. 

Trudno, poczekam sobie dalej. Może za jakiś czas autor przesłucha swoje dzieło na spokojnie, wyciągnie odpowiednie wnioski, a potem nagra płytę, na jaką byłoby go stać już teraz, gdyby po drodze coś nie uległo nieprzewidzianej awarii. Boję się jednak, że - biorąc pod uwagę masę pozytywnych opinii oraz cały rozgłos wokół tego MC - przekonany o swojej boskości Tyler, the Creator będzie dalej szedł w tym samym kierunku, co do tej pory. A to bardzo zły kierunek. Obym nie miał racji.

czwartek, 19 maja 2011

Historia fabryki [Mei] [recenzja]

6 komentarzy:
Z tekstu na blogu Kopiec Kreta wynika, że nakład Historii fabryki rozszedł się dużo szybciej od nakładu Księżniczki, w sieci można znaleźć trochę więcej recenzji niż ostatnio. Czyli o Mei jest nieco głośniej niż wcześniej, co i tak śmieszy, bo powinno być o niej głośno już od dawna. Przynajmniej moim zdaniem, można się z tym nie zgadzać. Autorka zrobiła już jednak tyle, wydała kilkanaście numerów Nansze, współpracowała z wieloma innymi zinami, konsekwentnie pracuje nad swoimi umiejętnościami (przy czym widać, że ciągle sprawia jej to radość), a przede wszystkim jest na tyle dobra w tym, co robi, że "sukces" w postaci sprzedania 20 egzemplarzy komiksu (to chyba i tak lepiej, niż w przypadku Księżniczki) może brzmieć jak jakiś żart. I nie twierdzę, że twórczość Mei ma predyspozycje do znalezienia się na półkach w każdym Empiku, bo nie ma, jej opowieści są jednak zbyt specyficzne i nieprzystępne, ale należy jej się trochę więcej.

Jak mało kto w tego typu historiach, autorka z powodzeniem przemyca do scenariuszy swoją osobowość. Czytelnik wcale nie ma do czynienia z komiksem autobiograficznym, a jednak znajdzie w nim więcej Mei niż mógłby się spodziewać. To główny atut Historii fabryki, kolejnym jest atmosfera panująca na stronach jej wydawnictwa. W to trzeba jednak uwierzyć mi na słowo i przeczytać całość samemu (o ile autorka zrobi jakiś dodruk), bo pisząc o samym pomyśle na scenariusz, chyba trudno byłoby przekonać kogokolwiek o jego zaletach - komiks opowiada o kilku dziwnych postaciach, między innymi o Eryku, który bardzo lubi gotować, ale oprócz tego musi znaleźć jakąś pracę i zatrudnia się w tytułowej fabryce, gdzie mają miejsce bardzo dziwne i nieprzyjemne rzeczy. Inni bohaterowie to między innymi Alien (imię mówi samo za siebie) oraz krab Janusz. Przekonałem kogoś? Nie? Tak myślałem. A jednak naprawdę warto spróbować. Chwaliłem Księżniczkę, Historia fabryki jest jeszcze lepsza.

Kreskę Mei można uwielbiać lub jej nie znosić, ja należę do tej pierwszej grupy. Jej brzydkie, nieestetyczne rysunki podobają mi się już od dłuższego czasu. Tym razem autorka postawiła na mniejszą ilość szczegółów niż ostatnio, na stronach znajduje się też mniej kadrów, co wyszło jej komiksowi na dobre. Tak trzymać.

Historia fabryki jest lepiej narysowana niż Księżniczka, ma ciekawszy scenariusz, prawie dwa razy więcej stron i kolorową okładkę, a także prezent w postaci zestawu pocztówek dla zamawiających. I nakład w postaci 20 egzemplarzy, który już się wyczerpał, więc chyba nie polecam zakupu, za to namawiam do poproszenia Mei o jakiś dodruk. Jeśli zbierze się kilka osób, może będzie to miało sens. Komiks kosztuje 7zł, śmieszna cena za coś tak fajnego.

środa, 11 maja 2011

Rany wylotowe [Rutu Modan] [recenzja]

5 komentarzy:
Na ostatniej stronie okładki jednej z najnowszych pozycji Kultury Gniewu Joe Sacco stwierdza, że Rany wylotowe umieszczają Rutu Modan "w czołówce publikujących dziś artystów komiksowych". No nie wiem. Do tego jeszcze między innymi nominacja do Nagrody im. Goscinny'ego na Międzynarodowym Festiwalu w Angoulême i Eisner za najlepszą powieść graficzną roku 2008. Wszystko to sprawia, że można się nastawić na nie wiadomo jakie arcydzieło, a Exit Wounds to po prostu dobra, naprawdę dobra opowieść. Warto ją przeczytać, warto mieć ją u siebie na półce, natomiast nie warto brać jej do ręki oczekując jakiegoś cudu, bo można się trochę rozczarować. Proponuję więc nie zwracać uwagi na przejaskrawione - oczywiście według mnie - pochwały, nie liczyć na coś więcej niż przyzwoitą rozrywkę i sprawdzić samemu, co napisała i narysowała Rutu Modan. Powinniście być zadowoleni.

Kobi Franco, główny bohater komiksu, nie ma za dobrych relacji z Gabrielem, swoim ojcem. Nie widzieli się już od dawna i nie mają ochoty się widzieć, ale Kobi cały czas łudzi się, że jeszcze dadzą radę się pogodzić, tyle że kiedyś. Za jakiś czas, jeśli akurat będzie okazja. Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że niezidentyfikowaną ofiarą niedawnego samobójczego zamachu bombowego w Izraelu może być właśnie jego ojciec. Dowiaduje się tego dzięki Numi, młodej dziewczynie, jak się okazuje, dziewczynie Gabriela. Kobi postanawia wyruszyć na poszukiwania, choć tak naprawdę nie ma żadnej pewności, że tajemnicza śmiertelna ofiara to jego ojciec, który i tak od dłuższego czasu nie dawał znaku życia.

Rutu Modan potrafi obserwować i opowiadać. Rany wylotowe mówią o ważnych rzeczach w nienachalny sposób, a cała historia sprawia wrażenie idealnie przemyślanej i pozbawionej zbędnych szczegółów. Miałem takie odczucia również dzięki rysunkom, które na pewno są oryginalne, co doceniam, jednak nie mogę napisać, że szczególnie mnie zachwyciły. Scenariusz jest o wiele ciekawszy. Wzbudził moje zainteresowanie prawie od samego początku i nie rozczarował zakończeniem. Finał zrobił nawet coś więcej, pokazał, że najważniejsza była sama opowieść, niekoniecznie puenta. Moim zdaniem jest idealnym podsumowaniem całej historii. Spodziewałem się czegoś banalnego, ale na szczęście autorka pokazała klasę, a ostatnia strona to jeden z najlepszych momentów jej komiksu.

W moim przypadku Ranom wylotowym trochę zaszkodziły wszystkie niezasłużone pochwały - gdybym nie przeczytał ich przed lekturą, komiks Rutu Modan spodobałby mi się dużo bardziej. To jedna z wielu dobrych opowieści obrazkowych, z jakimi spotkałem się w ciągu kilku ostatnich miesięcy, nic wybitnego, jednak mimo wszystko na pewno wartego przeczytania. Pewnie dużo bardziej, niż wynikałoby to z mojej recenzji.

niedziela, 8 maja 2011

wtorek, 3 maja 2011

Zbyt cool, by dało się zapomnieć [Alex Robinson] [recenzja]

1 komentarz:
Siłą Wykiwanych, innego wydanego w Polsce komiksu Alexa Robinsona, było wymyślenie sześciu kompletnie różnych postaci, a następnie połączenie ich losów, dopracowując wszystko tak, że musiało to zrobić wrażenie na wielu czytelnikach. Na mnie zrobiło. Nie musiałem się zastanawiać, kiedy Timof zaproponował Zbyt cool, by dało się zapomnieć. W tej krótkiej opowieści o niewielkim formacie autor nie zastosował tego samego patentu, co poprzednio, więc miałem okazję zobaczyć, jak sprawdza się w zupełnie innej konwencji. Może historia, która nie jest oparta na tym, czym zdobyli moją sympatię Wykiwani, nie jest już tak dobra? A może będzie jeszcze lepsza?

Przede wszystkim jest inna. Poza nazwiskiem autora i jego kreską oba przeczytane przeze mnie komiksy Robinsona nie mają ze sobą wiele wspólnego.
Główny bohater Zbyt cool, by dało się zapomnieć, Andy Wicks, tak długo bezskutecznie rzucał palenie, że w końcu postanowił poddać się hipnozie. Ostatnia deska ratunku, w którą sam nie wierzy, ale przynajmniej żona i córki zobaczą, że spróbował. W czasie zabiegu dochodzi jednak do nieprzewidzianych komplikacji: nie wiadomo dlaczego, Andy przenosi się w czasie. Wraca z powrotem do liceum. Znów ma włosy, aparat na zębach, znowu jest jednym z klasowych kujonów, ale tym razem wie, co będzie później. Zdaje sobie sprawę, co za kilka lat stanie się z jego młodszą siostrą, słuchając kumpli zna odpowiedź na pytanie, czy odniosą sukces, czy może ich marzenia nigdy się nie spełnią. Ta wiedza nie polepsza jego samopoczucia, choć z drugiej strony, skoro już tu trafił, czemu nie spróbować paru rzeczy, których bał się zrobić jako gówniarz?

Można kręcić nosem, że "gdzieś już to widzieliśmy". Ponowne przeżywanie młodości to coś, z czym spotkałem się już w książkach, filmach czy komiksach (ostatnio na przykład w przeczytanej w zeszłym roku Odległej dzielnicy), ale nawet mimo tej świadomości Robinsonowi udaje się mnie usatysfakcjonować i rozegrać całą opowieść w interesujący sposób. Z początku Andy jest przerażony, później zaczyna trochę szaleć, zaprasza na imprezę dziewczynę, która zawsze mu się podobała i jest szczęśliwy ("Zaprosiłem Marie! Zajęło mi to dwadzieścia pięć lat, ale w końcu to zrobiłem!"), jednak ostatecznie dochodzi do wniosku, że przecież jest czterdziestoparoletnim gościem z żoną i dziećmi, nie może robić takich rzeczy. Zaczyna się zastanawiać, dlaczego wrócił do liceum. Być może tak właśnie działa hipnoza i musi zrobić coś, co sprawi, że w dorosłym życiu nie będzie już palił, a może wszystko poszło nie tak i będzie musiał przeżywać swoje dzieciństwo jeszcze raz? A może tak naprawdę jest licealistą, który ma problemy z psychiką i cała ta historia o żonie i dzieciach istnieje tylko w jego głowie?
A jeszcze później Andy przypomina sobie o pewnej bardzo ważnej, dotychczas ignorowanej przez jego świadomość rzeczy...

"Boże, co za potworna ironia życia, że najgłębszych prawd nie da się wyrazić, nie popadając w banał", stwierdza jeden z ważniejszych bohaterów komiksu. Zbyt cool, by dało się zapomnieć nie jest może opowieścią wybitną i uświadamiającą czytelnikowi najgłębsze prawdy w jakiś niezwykły sposób, a nagłe zakończenie może trochę rozczarować, jednak autorowi na pewno udaje się uniknąć banału. Poza tym jego scenariusz ma szansę naprawdę wzruszyć niektórych czytelników. I tak jak ilustracje w Wykiwanych były dobre, by w paru miejscach zaskoczyć czymś rewelacyjnym, tak tutaj mamy równy poziom oraz kilka świetnych rzeczy, które zrobiły na mnie dużo większe wrażenie, jak choćby cała strona 106.

Zbyt cool, by dało się zapomnieć oraz Wykiwani to dwa różne komiksy, a jednocześnie dwa bardzo dobre komiksy. Ze wskazaniem na ten drugi, ale nie wypada mi nie polecić także opowieści o rzucającym palenie Andym i jego powrocie do liceum.
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...