Metody Marnowania Czasu: kwietnia 2012

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Michał Pauli - 12 x śmierć. Opowieść z Krainy Uśmiechu [recenzja]

Brak komentarzy:

Michał Pauli napisał autobiograficzną powieść o swoim pobycie w tajskim więzieniu, gdzie spędził sześć lat, skazany za handel narkotykami. Tajskie więzienia przypominają obozy koncentracyjne, z tą różnicą, że, przynajmniej teoretycznie, zamykani są w nich przestępcy. Autor książki 12 x śmierć, przemycający śladowe ilości pigułek ecstasy, w oczach prawa panującego w kraju, w którym został zatrzymany, jest przestępcą bardziej niebezpiecznym niż seryjny morderca. I, oczywiście, zasługującym na o wiele wyższy wyrok, czyli na tytułowe dwanaście kar śmierci, w tym konkretnym przypadku łaskawie zamienionych na dożywocie. Nikogo nie obchodzi wersja wydarzeń skazańca, Pauli musi podpisywać dokumenty, których nie rozumie, a prawnik zajmujący się jego sprawą i mający bronić go w czasie rozprawy zupełnie nie interesuje się losem skazanego. Bo handlarze narkotykami są w Tajlandii z góry skazani na przegraną, nieważne, czy złapano ich z tysiącem pigułek, czy tylko z jedną. Nieważne, że w samym więzieniu można dostać o wiele groźniejsze narkotyki niż ecstasy, w dodatku z rąk samych strażników. 

W swojej książce Michał Pauli opisuje współczesne piekło. Warunki, w jakich przyszło mu walczyć o przetrwanie to kpina z ludzi odsiadujących swoje wyroki. Łańcuchy na nogach, problemy z dostępem do żywności oraz lekarstw, praktyczny brak środków umożliwiających codzienną higienę, nadmiar więźniów stłoczonych na zbyt małym terenie, często pochodzących z różnych krajów i nienawidzących się nawzajem, lekarz przepisujący wszystkim środki przeciwbólowe, niezależnie od ich dolegliwości. A to i tak jedynie zarys całej sytuacji. Autor Opowieści z Krainy Uśmiechu przeżył w ciągu tych sześciu lat wystarczająco dużo wstrząsających wydarzeń, żeby warto było sięgnąć po tę książkę. Opisuje coś tak nieprawdopodobnego, dodając do słów swoje własne ilustracje, że momentami aż trudno uwierzyć, że takie rzeczy są możliwe, a może przede wszystkim w to, że jako jednemu z nielicznych udało mu się stamtąd wydostać. Dla kogoś lubiącego autobiograficzne utwory 12 x śmierć jest pozycją obowiązkową. 

Jedynym problemem, jaki widzę po przeczytaniu Opowieści z Krainy Uśmiechu, jest sposób, w jaki Michał Pauli pisze. Pisze prosto i bez bawienia się w zbędne ubarwianie, co wygląda na jedyne słuszne podejście, ale jednocześnie brakuje w tej prostocie czegoś, co robiłoby wrażenie samą siłą akapitów, za pomocą których autor przedstawia poszczególne wydarzenia. Wydaje mi się, że gdyby przyszło mu pisać o czymś mniej interesującym i egzotycznym, nie potrafiłby porwać czytelnika swoją opowieścią. Mogę się mylić. Na razie nie wiem, czy Pauli chce pisać dalej, czy 12 x śmierć to jego jednorazowa przygoda z literaturą. Nie wiem, czy jest osobą, która przeżyła tajskie więzienie i zabawiła się w pisarza, czy pisarzem, który przeżył tajskie więzienie i właśnie od tej historii postanowił rozpocząć stukanie palcami w klawiaturę, mające zająć więcej miejsca niż dwieście stron jednej powieści.

sobota, 28 kwietnia 2012

Battle Royale tom 1 [Koushun Takami & Masayuki Taguchi] [recenzja]

Brak komentarzy:
W totalitarnej Republice Dalekowschodniej Azji raz do roku organizowana jest gra, w której biorą udział uczniowie wszystkich trzecich klas liceum. Wylosowana klasa zostaje porwana, przedstawia się jej zasady, a następnie wywozi na bezludną wyspę. Zasady są proste, uczniowie mają się nawzajem zabijać. Wygra ten, który jako jedyny pozostanie przy życiu. Każdy uczestnik otrzymuje żywność, wodę, mapę i losowo wybraną broń (można dostać łuk albo nóż, można dostać bumerang albo coś jeszcze mniej użytecznego). Każdy nosi specjalną obrożę przesyłającą ludziom nadzorującym grę dane dotyczące noszącego ją ucznia, zaś jeśli w ciągu doby nikt nie zostanie zabity, obroże wybuchają i nikt nie zostaje zwycięzcą. Poza tym wyspę podzielono na strefy, a co jakiś czas megafony będą ogłaszać, że kolejna z nich stała się strefą niebezpieczną. Niebezpieczną strefę trzeba opuścić jak najszybciej, w przeciwnym razie obroża wybucha. Z upływem czasu liczba takich stref będzie wzrastać. To wszystko, czego dowiadują się uczniowie. Pozostaje im tylko zabijać, żeby przeżyć.

Pewnie już o tym wspominałem, ale uwielbiam takie opowieści. Do czego jest w stanie posunąć się człowiek w sytuacji, która zmusza go do zachowywania się jak zwierzę? Poza tym Tarantino wspominał, że film Battle Royale jest jedynym, jaki chciałby reżyserować, gdyby tylko miał taką okazję, a dla mnie to wystarczająca rekomendacja. Filmu jeszcze nie widziałem, za to bardzo chętnie skorzystałem z okazji do przeczytania komiksu.

Battle Royale to chora rzecz. Zwykle używam tego słowa, kiedy coś chwalę, jednak nie tym razem. Poziom przemocy, ilość wulgaryzmów i przerysowanych postaci sprawia, że niemal od samego początku historia stanowi karykaturę czegoś, czym nie jest, ale, jak sądzę, miała być w zamyśle scenarzysty. Nie żeby kiedykolwiek przeszkadzały mi takie rzeczy jak lejąca się krew i rzucanie mięsem, ale w Battle Royale przekroczono granicę, po której wszystkie podobne pomysły przestają robić wrażenie, szokować i zaskakiwać, a zaczynają śmieszyć. Już na pierwszych stronach, w czasie prezentacji biorących udział w grze uczniów, coś było nie tak. Jeden z grających w koszykówkę chłopaków sprawdza, czy starczy mu prezerwatyw na zaliczenie wszystkich kibicujących dziewczyn, inny bierze udział w ulicznej walce i masakruje przeciwników (można zobaczyć wylatującą z oczodołu gałkę oczną, zresztą nie ostatnią w tym tomie, a jeden z pokonanych rzuca komentarz: "Kurwa... moje ramię... skurwiel jebany..."), po czym dziewczyna z tej samej klasy podwija do góry sukienkę i mówi do pełzającego przed nią dyrektora szkoły: "Widzę, że słodka cipka licealistki to dla ciebie nieodkryty ląd...".

Natężenie tego typu scen robi z Battle Royale niezamierzoną czarną komedię. I, właściwie, nieśmieszną, bo czuję, że intencją scenarzysty wcale nie było to, żebym się śmiał. Jeszcze lepszy jest główny czarny charakter tej czarnej komedii, przejmujący stanowisko wychowawcy klasy, który niemal do końca pierwszego tomu tłumaczy uczniom zasady gry. Nawet w Kaznodziei byłby jedną z bardziej chorych postaci. Tłumaczy i wyjaśnia, przy okazji zabijając kilka niezdyscyplinowanych osób oraz pokazując wszystkim zmasakrowane zwłoki stawiającego niepotrzebny opór, poprzedniego wychowawcy (kolejna wylatująca gałka oczna). Jego podniecenie całą grą też jest przekoloryzowane, a dopełnieniem niezamierzonej śmieszności jest scena popełnionego z uśmiechem na ustach gwałtu na kobiecie z sierocińca, gdzie mieszka paru biorących udział w grze licealistów. Tak jak poprzedni wychowawca, nie chciała zgodzić się na to, co spotkało uczniów. Jeden z nich skomentował to słowami: "Zajebię świnię! Zajebię!!! Zajebię!!!". Z kolei do ciekawszych wypowiedzi nowego wychowawcy bez wątpienia należy zaliczyć: "Tatuś powąchałby twoje majteczki... o, tak... lofciam cię córeczko-pizdeczko...".

Mógłbym dłużej wymieniać przesadzone sceny psujące ciekawy pomysł na fabułę Battle Royale, cytować wypełnione wulgaryzmami wypowiedzi, tak jak wszechobecna przemoc w ogóle nie spełniające swojej roli, ale chyba już wystarczy. Na razie nie polecam. Zawiodłem się. Może nie zrozumiałem japońskiego podejścia do wylatujących gałek ocznych, słodkich cipek licealistek i wąchania majteczek, z drugiej strony nie zwróciłem też uwagi na próbę nakłonienia czytelnika do nabrania dystansu, wszystko sprawia wrażenie zrobionego na poważnie. Na pocieszenie dodam, że pod koniec komiksu porwani uczniowie opuszczają budynek, w którym poznali zasady i wreszcie rozpoczyna się gra, w kolejnym tomie mogąca mimo wszystko zatrzeć złe pierwsze wrażenie. Szkoda tylko, że to jedyne pocieszenie.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Gedeon zebrany [Daniel Grzeszkiewicz] [recenzja]

Brak komentarzy:
Gedeon zebrany to liczący ponad 100 stron tom zawierający komiksy Daniela Grzeszkiewicza, opublikowany przez Wydawnictwo Ważka. Objętość niewielka, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że znalazły się tu prace sięgające jeszcze poprzedniego wieku, ale mimo to historie z Gedeona zaskakują różnorodnością, tak w przypadku scenariuszy, jak i rysunków. Dzieje się tu bardzo dużo, począwszy od rzeczy mrocznych i poważnych, po bardziej lekkostrawne, humorystyczne, a niekiedy z założenia głupie. Autorowi udaje się też sprawnie zmieniać styl ilustrowania. Raz daje czytelnikowi realistyczne, przypominające fotografie kadry, innym razem obrazki są bardziej zabawne, kreskówkowe. Wszystko jest czarno-białe. Po lekturze Gedeona muszę stwierdzić, że z dwóch ról, jakie wybrał sobie Daniel Grzeszkiewicz (pisanie scenariuszy i rysowanie) zdecydowanie bardziej sprawdza się jako ilustrator. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

piątek, 20 kwietnia 2012

Wiktor i Wisznu [Jeroen Funke] [recenzja]

Brak komentarzy:
W świecie Wiktora i Wisznu rządzą prostota i absurd. Każda z czterech umieszczonych w tym komiksie krótkich opowieści powstała w ciągu 24 godzin, w ramach akcji 24 Hour Comics Day. I pomimo niewielkiej ilości czasu, jaką miał Jeroen Funke na stworzenie przygód swoich bohaterów, całość wypadła świetnie. Już na początku moją uwagę zwróciła świetna, minimalistyczna okładka. W środku jest jeszcze lepiej - niepoważnie (w przeciwieństwie do wielu innych komiksów spod szyldu Centrali), lekko i przyjemnie, a przede wszystkim pomysłowo i naprawdę zabawnie. [więcej na stronie Alei Komiksu]

wtorek, 17 kwietnia 2012

Lost Girls [Alan Moore & Melinda Gebbie] [recenzja]

2 komentarze:
Z okazji premiery Zagubionych dziewcząt pozwolę sobie na odgrzanie kotleta i ponowne umieszczenie na blogu mojej recenzji tego komiksu, napisanej 25 listopada 2009 roku. Jak ten czas leci.

Pisanie o niektórych komiksach nie należy do przyjemności, a Lost Girls należy właśnie do tych bardzo trudnych tytułów. Po pierwsze dlatego, że Alan Moore to wariat (przez jakiś czas często podlinkowywano ten tekst, więc też tak zrobię - Alan Moore to wariat), a po drugie mamy do czynienia z czymś niezwykle specyficznym. Z jednej strony można określić tę opowieść jako przemyślane dzieło geniusza, ze wszystkimi typowymi dla tego scenarzysty smaczkami oraz doskonałym dopasowaniem elementów, które w odpowiednim miejscu zaczynają współgrać w sposób całkowicie zaskakujący czytelnika. Niby dla każdego, kto naprawdę skupi się na lekturze zamiast oglądać specyficzne sceny, będzie wiadomo, że jest to celowa zabawa konwencją, w pewnych momentach posuwająca się nie tylko do delikatnego prowokowania odbiorcy, ale wręcz wystawiające jego poczucie dobrego smaku na ciężką próbę. Nie można odmówić Lost Girls wartości literackiej lub przynajmniej miana niezwykłej i wciągającej opowieści (niekoniecznie i na pewno nie wyłącznie dzięki tym elementom), ale należy też pamiętać o tej drugiej stronie, przez którą pisanie o wspólnym dziele Moore'a i Melindy Gebbie sprawia tyle trudności... Druga strona wygląda tak, że czytelnik musi nastawić się na historię, w której sperma i śluz leją się strumieniami, waginy i penisy (zarówno prawdziwe jak i sztuczne) występują w ilościach hurtowych, a jeśli na kimś nie robi to wielkiego wrażenia (w końcu musiał być jakiś powód, dla którego komiks zasłużył na określenie pornograficzny), mamy też takie dodatki jak zwierzęta (bynajmniej nie stojące spokojnie w tle), mocz, kazirodztwo, ekstremalne poniżanie lub orgie, w których udział biorą zarówno dorośli jak i dzieci, ewentualnie same dzieci. Zamieszczone ilustracje są całkowicie tendencyjne - nie pokazują kwintesencji Lost Girls, ale też nie przedstawiają czegoś, czego tam nie ma i czego nie bierze się pod uwagę oceniając całość. A że o jednoznaczną opinię nie jest w tym przypadku łatwo, na razie przejdę do konkretów...

Głównymi bohaterkami Lost Girls są trzy kobiety różniące się nie tylko charakterami, ale także wiekiem oraz statusem społecznym. Pomysł kojarzy się z Ligą Niezwykłych Dżentelmenów (której jeszcze nie czytałem, niemniej kojarzy się), gdzie Moore wykorzystał postacie znane z literatury. Tutaj jest identycznie, i, chociaż ich personalia nie są podane na talerzu od samego początku, myślę, że przedstawiając je nikomu nie zepsuję zabawy (sam znałem imiona kobiet jeszcze przed sięgnięciem po komiks): są to Alicja z Alicji w Krainie Czarów, Dorothy z Czarnoksiężnika z Krainy Oz oraz Wendy z Piotrusia Pana. Osoby znające twórczość szalonego Alana domyślają się pewnie, że obecność tych bohaterek daje mu ogromne pole do popisu w kwestii zabawy z czytelnikiem oraz bardziej budzącego zainteresowanie niż irytującego popisywania się erudycją. Ułatwieniem jest fakt, że wyżej wymienione postacie powinny być znane wszystkim, choćby ze słyszenia, także każdy zanurza się w świat Lost Girls z przynajmniej podstawową wiedzą na temat występujących w opowieści osób. Moore przedstawia ich dalsze losy, jednocześnie burząc przeszłość bohaterek i przedstawiając ją na swój własny sposób - w pornograficznej konwencji. Wszystko zostaje przedefiniowane, nie zdziwcie się więc, że na przykład Blaszany Drwal nie jest już postacią zapamiętaną po przeczytaniu/obejrzeniu Czarnoksiężnika z Krainy Oz, tym razem to rosły i bezduszny ("tak jakby nie miał serca" - kojarzycie?) facet z farmy, jeden z wielu, przed którym Dorothy rozkłada nogi. Kapitan Hak jest starszym panem z ręką zakrzywioną od artretyzmu, kochającym dzieci nie tak, jak powinno się je kochać, a Moore'owski odpowiednik Królowej z Alicji w Krainie Czarów to po prostu bardzo miła pani, która bardzo lubi orgie, w czasie których dzieje się bardzo dużo brzydkich rzeczy. I, tak jak wspominałem w pierwszym akapicie, z jednej strony nie można odmówić genialności ponownemu odkrywaniu starych bohaterów, a z drugiej są momenty, kiedy właściwie nie wiadomo co myśleć o wydarzeniach rozgrywających się na kartach komiksu. Bo o ile przerobienie takiego Kapitana Haka jest świetne, to moment, w którym wyskakuje z krzaków i spuszcza się na plecy Wendy (w momencie tego wydarzenia mamy do czynienia z jej dziecięcą wersją zabawiającą się z Piotrusiem, który zna magiczny język wróżek, czyli takie słowa jak fuck lub cunt) jest po prostu niesmaczny i ciężko obrócić to w żart, nawet jeśli doskonale rozumiem, że tańczę tak jak zagrał scenarzysta, zapewne oczekujący właśnie takiej reakcji z mojej strony.

Całość kręci się wokół wspólnych rozmów trzech kobiet - wymieniają się nawzajem krótkimi opowieściami dotyczącymi ich przeszłości (komiks liczy sobie trzydzieści rozdziałów po osiem stron każdy, wszystko podzielone zostało na trzy księgi), jednocześnie posuwając się coraz bardziej w swoich bezwstydnych zabawach. Alicja została przedstawiona jako najstarsza z bohaterek, jest też najbardziej wyuzdaną i najbogatszą z nich (pochodzi z arystokracji) oraz nie kryje swojej homoseksualnej orientacji. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Dorothy, najmłodsza z trójki i wychowana na farmie, nieokrzesana i zawsze gotowa na niezobowiązującą przygodę z jednym z lokalnych dżentelmenów. Pośrodku stoi Wendy, pozornie dystyngowana, nieco otępiała matka i żona, której przeszłość zdradza wiele zaskakujących i sprzecznych z jej obecnym zachowaniem szczegółów... a wszystko naszpikowane zostało nawiązaniami, jak zwykle u Moore'a raczej ciężkimi do wyłapania w całości. Występują też opowieści wewnątrz opowieści - bohaterowie czytają wiele książek o wiadomej tematyce - oraz szczegóły, które można przeoczyć, jeśli będzie się nieuważnie przeskakiwało z kartki na kartkę; na przykład czasem warto obserwować nie tylko postacie, ale też rzucane przez nie cienie, mogące zupełnie zmienić odbiór danej sceny. Tego typu smaczków jest mnóstwo, tak jak mnóstwo jest pierdolenia (ciężko nazwać to inaczej) pokazanego bez żadnych zahamowań. Jeśli scenarzysta chciał udowodnić, że pornografia nie musi być głupia, łatwa w odbiorze i skupiona tylko na jednym, dopiął swego. Na pewno miał też zamiar szokować i raczej trudno będzie o czytelnika, który przebrnie przez wszystkie próby ze stoickim spokojem. Sam autor daje wskazówki, jak należy odbierać Lost Girls, na przykład kiedy jeden z bohaterów komentuje czytane na głos opowiadanie przedstawiające orgię, w której udział bierze cała rodzina - matka, ojciec oraz dwójka ich dzieci (pozwolę sobie nie tłumaczyć oryginalnego tekstu): "And then these children: how outrageous! How old can they be? Eleven? Twelve? It is quite monstrous... except that they are fictions, as old as the page they appear upon, no less, no more. Fiction and fact: only madmen and magistrates cannot discriminate between them", a po chwili: "You see, if this were real, it would be horrible. Children raped by their trusted parents. Horrible. But they are fictions. They are uncontaminated by effect and consequence. Why, they are almost innocent". Zaraz po tej wypowiedzi Moore pokazuje swoją przewrotność i zaczyna droczyć się z odbiorcą, kiedy ta sama postać, autor poprzednich zdań, dodaje: "I, of course, am real, and since Helena, who I just fucked, is only thirteen, I am very guilty". Czy wspominałem coś o wystawianiu czytelnika na próbę?

Nie należy zapomnieć o ilustracjach Melindy Gebbie, obecnej żony scenarzysty, która wykonała kawał dobrej roboty. Oglądając Lost Girls ma się wrażenie, że taka oprawa graficzna bardziej pasowałaby do jakiejś książki, a nie "jedynie" do komiksu; o ile pamiętam, w żadnej przeczytanej przeze mnie opowieści obrazkowej nie spotkałem się z czymś podobnym. Widać ogrom pracy włożony w każdą ze stron oraz koncept - styl Melindy zmienia się w zależności od tego, czy swoją opowieść snuje Alice, Dorothy czy Wendy, jest też inny kiedy nie mamy do czynienia z retrospekcjami. Chociaż zabrzmi to bardzo dwuznacznie, nie da się zaprzeczyć, że w czasie poznawania wszystkich trzydziestu rozdziałów naprawdę jest na co popatrzeć.

Podsumowując, wbrew pozorom Lost Girls nie jest komiksem dla fanów masturbacji, a wartościową i złożoną opowieścią autorstwa mistrza, dodatkowo świetnie zilustrowaną. Z drugiej strony nie należy zapomnieć, że jest to mająca szokować czytelnika pornografia, do której niektórzy będą bali się podejść, inni podejdą i nie dadzą rady przejść suchą nogą przez morze spermy (cóż za przenośnia); na pewno znajdą się też ludzie negujący jakiekolwiek pozytywne strony tego komiksu i widzący w nim tylko to, co niekoniecznie jest najważniejsze. Jeśli nie należysz do żadnej z tych grup, ośmielam się polecić, z adnotacją, że to naprawdę nie jest pozycja dla każdego i nawet przy optymistycznym podejściu można zrazić się w trakcie, mimo wszystko. Nietypowy tytuł, o którym ciężko było coś napisać, choć mam cichą nadzieję, że jednak wybrnąłem.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Stuck Rubber Baby [Howard Cruse] [recenzja]

Brak komentarzy:
Miejscem akcji „Stuck Rubber Baby” jest Clayfield na południu Stanów Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych XX wieku, a głównym bohaterem – Toland Polk, młody chłopak, który zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że jest homoseksualistą. Postać wzorowana jest na autorze komiksu, zaś opisane wydarzenia zostały zainspirowane biografią Howarda Cruse’a. Ze względu na poruszaną tematykę trudno nie kojarzyć „Stuck Rubber Baby” z wydaną w Polsce w 2009 roku i budzącą spore zainteresowanie opowieścią „Fun Home – tragikomiks rodzinny”, napisaną i narysowaną przez Alison Bechdel, notabene, autorkę wstępu do historii o Tolandzie Polku. Howard Cruse poszedł jednak o krok dalej; nie skupił się wyłącznie na preferencjach seksualnych swojego bohatera i na jego próbach zaprzeczania temu, kim jest, bądź godzenia się z tym faktem. Ponieważ tłem wydarzeń przedstawionych w „Stuck Rubber Baby” jest przestrzeń Clayfield, scenarzysta postanowił zestawić uprzedzenia wobec homoseksualistów z rasizmem, szczególnie widocznym właśnie na południu Stanów Zjednoczonych. Obserwując to, co dzieje się w jego miejscu zamieszkania, Toland porównuje dwa rodzaje uprzedzeń i, choć na samym początku nikt nie wie, że jest gejem (nawet on sam nie jest o tym do końca przekonany), uświadamia sobie, że gdyby było inaczej, byłby prześladowany za swoją odmienność, tak jak inni, z powodu czarnego koloru skóry. Podświadomie utożsamia się z ofiarami rasizmu i uczestniczy w ich walce o równość. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Ryjówka przeznaczenia [Tomasz Samojlik] [recenzja]

Brak komentarzy:
Jest w komiksie Tomasza Samojlika coś urzekającego, co przyciągnęło mnie od samego początku, po pierwszym, szybkim rzucie okiem na tytuł i okładkę, kiedy jeszcze podejrzewałem, że to kolejna parodia opowieści o superbohaterach. Tak naprawdę Ryjówka przeznaczenia, wydana przez Instytut Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk Białowieża, jest połączeniem zwykłej historii dla dzieci z komiksem edukacyjnym. Połączeniem, zaznaczam to z góry, bardzo dobrym, bo istotne wiadomości o życiu ryjówek (choć nie tylko) nie są nachalnie poupychane, gdzie tylko się dało, stanowią tu tylko i aż ciekawe uzupełnienie. Autor nie przesadził z tym elementem i bardzo umiejętnie wplótł ważne informacje w swój scenariusz, tak, że odbiorca nawet nie czuje, że ktoś chciałby go czegoś nauczyć, wchłania wszystko w naturalny sposób. Dodatkowo na samym końcu został umieszczony krótki przewodnik uzupełniający oraz rozwijający to, co można było przeczytać wcześniej w samym komiksie. Tak ułożone proporcje sprawiają, że najważniejszy jest właśnie komiks, który na szczęście także wypada bardzo dobrze. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Promethea Book 2 [Alan Moore & J.H. Williams III] [recenzja]

1 komentarz:
Drugi tom to ten, w którym zaczynają się schody. Po dość łagodnym wprowadzeniu w historię Promethei z poprzedniej części, nagle robi się o wiele dziwniej i, momentami, przerażająco. Nadal obecna jest pulpa, jak choćby zmasowany atak inteligentnej substancji o konsystencji żelu, ale można powiedzieć, że zabawa się skończyła. Swoją drogą zadziwia fakt, jak dobrze tak niedorzeczne wydarzenia mogą współgrać z całą resztą, ze złożonym wyjaśnieniami Moore'a na temat natury magii oraz, właściwie, całego świata i ludzkiej egzystencji, ale mogą i współgrają. Promethea Book 2 to świetna kontynuacja wnosząca do serii tyle nowego, że czasami można odnieść wrażenie, że czyta się zupełnie inny komiks.

Pomijając problemy ze starymi wrogami, którzy chcą ją zniszczyć, oraz cierpiącym na schizofrenię burmistrzem, główna bohaterka nadal uczy się od swoich poprzednich wcieleń, co tak naprawdę oznacza bycie Prometheą. Dla Moore'a i Williamsa to świetna okazja, żeby dać upust swoim szalonym pomysłom. Wszystko zmienia się w zależności od tego, gdzie wkraczają występujące w komiksie postacie. Na przykład w pierwszym epizodzie zamiast narysowanych twarzy pojawiają się zdjęcia, żeby podkreślić, w jak bardzo realistycznym otoczeniu znalazły się Sophie Bangs i jej towarzyszka. Kolejne części, strony i pojedyncze kadry są równie ciekawe, praktycznie co chwilę zmienia się konstrukcja historii, znowu trzeba coś czytać w inny sposób, w jednym z odcinków ilustracje przez cały czas ułożone są poziomo, kreska Williamsa też nie jest bez przerwy identyczna, naprawdę jest co czytać i na co patrzeć. Poza tym sprawia to, że przedzierając się przez bardziej skomplikowane niż ostatnio przygody Promethei właściwie nie da się nudzić. Wprowadzane na każdym kroku zmiany świetnie skupiają uwagę, nie wspominając o tym, że komiks, pomimo dużo większej dawki szaleństwa, nie stracił nic ze swojego wysokiego poziomu i ciągle jest świetną opowieścią, a nie ciężkostrawnym i nikomu niepotrzebnym popisem erudycji.

Ostatni epizod znowu zapowiada nadchodzące dziwne rzeczy i to, że jednak może być jeszcze straszniej. W historii Metaphore, za pomocą całostronicowych ilustracji, pary mówiących wierszem węży, różnych wariacji tytułowego słowa, dowcipu opowiadanego przez Aleistera Crowleya i kart tarota Moore wyjaśnia swoje teorie na temat magii, ludzkości, świata, właściwie wszystkiego. Rewelacyjna rzecz. To jeden z tych komiksów, po których będę bał się każdej kolejnej części, ale zdecydowanie chcę więcej i zdecydowanie polecam.
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...