Metody Marnowania Czasu: grudnia 2010

wtorek, 21 grudnia 2010

Kroniki birmańskie [Guy Delisle] [recenzja]

4 komentarze:
Możliwe, że po remoncie będzie nieco inaczej, ale póki co naprawdę trudno wymienić choć kilka zalet głównego dworca PKP w Katowicach, a już na pewno ich liczba nie przewyższyłaby wad. A jednak czasami można wejść do pociągu z uśmiechem na ustach, na przykład po zauważeniu Kronik birmańskich na ogromnym stoisku z tanią książką, w dodatku za jedyne 18zł. Nieźle, co? To nic, że rogi okładki wyglądają, jakby ktoś wycierał nimi wcześniej podłogę, pomyślałem: "Nie znam autora komiksu, ale obiło mi się o uszy, że jest dobry", a poza tym nie pamiętam, kiedy ostatnio zawiodłem się na Kulturze Gniewu. Kupiłem Kroniki birmańskie i nie żałuję.

Główny bohater opowieści, czyli Guy Delisle we własnej osobie, wyrusza razem z żoną do tytułowej Birmy. Jego żona, należąca do humanitarnej organizacji Lekarze Bez Granic, zostaje wysłana tam misję, zaś autor komiksu towarzyszy jej między innymi w charakterze opiekuna ich syna. Na miejscu Guy nie ma właściwie żadnych innych obowiązków, może więc poświęcić mnóstwo czasu na obserwację otoczenia i zamieszkujących Birmę ludzi, a trzeba przyznać, że jest mistrzowskim obserwatorem. Ma dar, który pozwala mu wyłuskać humor dosłownie z każdej sytuacji, nieważne, czy chodzi o zajścia ściśle związane ze specyfiką kraju, gdzie przebywa, czy z czymś, co mogłoby wydarzyć się gdziekolwiek indziej. Autor przedstawia tu przede wszystkim siebie i swoje wady (najczęściej wywołując uśmiech na twarzy czytelnika), takie jak bezradność zarówno w obliczu zwyczajnych, jak i niecodziennych sytuacji; nie zawsze skupia się na samej Birmie, co wcale nie znaczy, że komiks jest pozbawiony interesujących i trafnych spostrzeżeń na temat opisywanego miejsca zamieszkania Guya i jego żony. Prawdopodobnie Delisle zauważyłby masę absurdów i ciekawych rzeczy nawet na środku pustyni.

Narracja jest lekka, dzięki czemu można przebrnąć przez komiks błyskawicznie, bez odrywania się od lektury (do czego skłania zresztą wysoki poziom opowieści), ale podział na krótkie rozdziały sprawia, że da się również czytać go po kawałku, na spokojnie. Prosta, szkicowa kreska pasuje idealnie do stylu, w jakim Delisle przekazuje ciekawostki ze swojego pobytu w Birmie. Praktycznie każdy rozdział przykuwa uwagę czymś interesującym i zawiera dobrą puentę, a po przeczytaniu całości czytelnik może zauważyć, że w swoim dokumencie autor zdołał przekazać wiele ciekawych wiadomości na temat opisywanego miejsca, i to w najlepszy chyba sposób - nienachalnie i nie na siłę. Chodziło tu przede wszystkim o humor i zabawę, ale fakt, że komiks pozostawia w głowie coś jeszcze, bezsprzecznie stanowi dodatkowy plus Kronik birmańskich.

Choć jak dotąd nie sięgnąłem po inne pozycje tego samego autora (szkoda, że jego Phenian jest już - chyba - niedostępny), kiedyś na pewno to zrobię. Delisle jest jednym z tych gości, których twórczość po prostu warto znać i cieszę się, że umożliwił mi to właśnie główny dworzec PKP w Katowicach. Dzięki temu rezygnuję z rzucania mięsem słysząc o kolejnych opóźnieniach pociągów... ta, jasne. A swoją drogą, ciekawe, jak wyglądałoby komiksowe sprawozdanie Guya, gdyby miał wątpliwą przyjemność zetknąć się z polską koleją. Pewnie zawierałoby bardzo, ale to bardzo czarny humor.

środa, 15 grudnia 2010

R.A. the Rugged Man

Brak komentarzy:
Od razu zaznaczam, że osoba, o której piszę, jest raperem, więc jeżeli nie słuchasz takiej muzyki, myślę, że możesz darować sobie ten post. Pewnie i tak nie znajdziesz tu niczego ciekawego.

Krótko (mam nadzieję) na temat Rugged Mana, bo nie mam zamiaru tworzyć szczegółowego przewodnika po jego dorobku, to jedynie chwilowa odskocznia od komiksów: dlaczego lubię go słuchać? Generalnie chodzi o całokształt, ale przede wszystkim o flow, siłę ukrytą w prostocie napisanych przez niego tekstów i nieobliczalność. Uwielbiam szalonych i chorych twórców, z jakiegoś powodu przyciągają mnie do swojej twórczości, Rugged Man ma zaś to do siebie, że poza szaleństwem oferuje również niespotykany talent. Nie jedzie na samej kontrowersji (a w trakcie swojej działalności miał bardzo wiele niecodziennych - delikatnie mówiąc - pomysłów i napisał mnóstwo linijek przekraczających granice dobrego smaku), nie stara się robić wokół siebie szumu na siłę. Tak naprawdę ma w dupie swoją karierę, co wiele razy podkreślał i potwierdzał całkowicie nieracjonalnym podejściem do robienia muzyki, choćby sprzedając pirackie kopie własnych nagrań czy odmawiając wytwórni, gdy prosiła o singiel promujący płytę (albo dając jej kawałek zatytułowany Every Record Label Sucks Dick). Było też kilka mniej śmiesznych rzeczy, jak napastowanie seksualne kobiet pracujących w budynku jego wytwórni. W efekcie Rugged Man miał spore kłopoty z wydaniem płyty, ale nie wyglądało na to, żeby przejmował się takim stanem rzeczy lub czymkolwiek innym.

Tak czy inaczej, w 2004 roku w końcu wypuszcza swój debiutancki album, Die, Rugged Man, Die. To nie recenzja, więc po krótkim zaprezentowaniu jednego z moich ulubionych (jeśli nie ulubionego) MC, napiszę tylko, że to kawał dobrego, wartego sprawdzenia rapu. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego autor wspomnianej wyżej płyty (oraz Legendary Classics Volume 1 z 2009 roku, zbierającej najlepsze pojedyncze utwory w dorobku Rugged Mana) ciągle jest nieznany szerzej publiczności. W jednym z kawałków powiedział o sobie: mad famous for being unknown, niczego nie wyolbrzymiając. Według mnie zjada większość raperów, których słyszałem (a słyszałem ich dosyć sporo) i żeby nie być gołosłownym, poniżej wrzucam linki do paru klipów z jego udziałem. Jeśli ktoś chce, żebym polecił coś więcej lub napisał kilka słów o koncertach Rugged Mana (osobny i także bardzo ciekawy temat; co prawda nie miałem okazji pójść na choćby jeden, ale same fragmenty umieszczone na YouTube wystarczyły, by opadła mi szczęka), dawajcie znać, uzupełnię ten wpis w komentarzach lub zamieszczę drugą część.

Na początek Uncommon Valor: A Vietnam Story, zwrotka opowiedziana z perspektywy ojca bohatera dzisiejszego wpisu, weterana walczącego w Wietnamie. Na pewno jedna z najlepszych rzeczy, jakie słyszałem w życiu, jeśli chodzi o rap:



Druga rzecz to kawałek The Renaissance, kolejna niesamowita zwrotka Rugged Mana:



Nosebleed to, jeżeli się nie mylę, najnowszy teledysk z jego udziałem:



Na koniec, jeżeli ktoś chce zobaczyć klip do I Shoulda Never (na pewno nie znajdziecie go na YouTube, przynajmniej w nieocenzurowanej wersji), może ściągnąć go stąd, ale ostrzegam - to nie jest coś dla ludzi o słabych nerwach lub takich, którzy liczą na wyrafinowany humor.
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...