Metody Marnowania Czasu: października 2012

środa, 31 października 2012

Zamach na prezydenta [Sławomir Lewandowski] [recenzja]

Brak komentarzy:
Po lekturze Zamachu na prezydenta wcale nie wiem o Sławku Lewandowskim więcej, niż przed nią. Jedyną zawartą w komiksie informacją na jego temat jest imię i nazwisko autora. Nie ma żadnej notki biograficznej, spisu poprzednich opowieści, które wyszły spod jego ręki, na moim egzemplarzu nawet nie napisano, że wydawcą Zamachu... jest Ważka. Trudno, może następnym razem. Póki co pozostaje wspomóc się własną wyobraźnią, a ja w dalszym ciągu wyobrażam sobie Lewandowskiego jako faceta opowiadającego dowcipy, czasami bardzo długie, ale charakteryzujące się tym, że zebrani wokół słuchacze co chwilę wybuchają głośnym śmiechem. I nie przeszkadza im, że puenta jest jeszcze daleko przed nimi. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

poniedziałek, 29 października 2012

Ciemna strona księżyca [Olga Wróbel] [recenzja]

Brak komentarzy:
Olga Wróbel to autorka komiksów, której poczynania śledzę już od dłuższego czasu. Może nie z wyjątkową uwagą, ale jednak regularnie podpatruję, jak stopniowo rozbudowuje swój warsztat i stara się pokonywać związane z tym przeszkody. W dodatku Olga zajmuje się historiami autobiograficznymi, czyli gatunkiem, jakim jestem zainteresowany najbardziej. I do tej pory wychodziło jej to dobrze, przynajmniej w tych krótkich komiksach, z którymi miałem okazję się zetknąć. Teraz nadszedł czas na jej albumowy debiut, wydaną przez Centralę "Ciemną stronę księżyca", czyli, jak pisze sama Olga Wróbel, "pamiętnik ciążowy, którego obiecałam sobie nie rysować". Z wyżej wymienionych powodów trzymałem za ten komiks kciuki, po cichu mu kibicując i mając nadzieję na udaną lekturę. [więcej na stronie Alei Komiksu]

niedziela, 28 października 2012

Profanum #1 [recenzja]

Brak komentarzy:
Lubię magazyny komiksowe i w miarę możliwości staram się je kupować, a później recenzować, co w Polsce wcale nie jest jakimś wielkim wyzwaniem, głównie z powodu znikomej ilości takich pism na naszym rynku. Jakoś nie było mi po drodze z Kolektywem (przepraszam), właściwie sam nie wiem, dlaczego. Pewnie z prozaicznej przyczyny: po wrzuceniu do koszyka innych, ważniejszych dla mnie rzeczy, ostatecznie zawsze brakowało funduszy na jeszcze jedną pozycję. Wspominam o Kolektywie, bo część redakcji tamtego magazynu, czyli Jan Mazur i Robert Sienicki, to jednocześnie redakcja Profanum, nowości, z którą po drodze będzie mi już na pewno. I oby jak najdłużej.

Czytając historie w takich pismach, zawsze narzekałem na jedno. Pewnie wspominałem o tym przy okazji kilku recenzji. Krótkie komiksy prawie nigdy nie zostają w mojej pamięci na dłużej. Nawet jeśli są dobre. Tak już po prostu mam. Gdybym wziął do ręki którykolwiek numer, powiedzmy, Ziniola, choćby najnowszy, czytany przeze mnie całkiem niedawno, na część zamieszczonych tam opowieści obrazkowych pewnie patrzyłbym tak, jakbym widział je pierwszy raz w życiu. A redakcja Profanum postawiła na dłuższe historie, zajmujące minimum dziesięć stron. Dla mnie strzał w dziesiątkę. Dobre założenie na początek, a jak wygląda realizacja i dlaczego chciałbym (co zdradziłem już w poprzednim akapicie), żeby ten magazyn przetrwał tak długo, jak to możliwe?

W pierwszym numerze Profanum czytelnik znajdzie osiem historii, z których większość to rzeczy na naprawdę wysokim poziomie. Moim faworytem jest detektywistyczna historia Buc Kartofel: Warzywa i Owoce Tomasza Grządzieli, pomimo tytułu mogącego sugerować głupkowaty komiks niezbyt wysokich lotów, zaskakująco świetna rzecz. Owszem, chwilami rzeczywiście głupkowata, ale spójna i konsekwentna, jeśli chodzi o wizję świata zamieszkanego przez warzywa i owoce, autentycznie zabawna, oryginalna i świetnie zilustrowana. Dziwny świat stworzony przez autora urzeka i mam nadzieję, że w kolejnych numerach będę mógł przeczytać nowe przygody Buca Kartofla.

Inne świetne komiksy z Profanum to Bibliopolis Grzegorza Janusza i Tomasza Niewiadomskiego (rzecz świetna począwszy od strony tytułowej aż do finału, opowiadająca o pewnym spotkaniu postaci literackich), Rewolucje Mateusza Skutnika, Perpetuum Mobile Daniela Gizickiego i Mikołaja Ratki (świetny pomysł na zakończenie) oraz utrzymany w konwencji horroru Inżynier T. Tomasza Kontnego i Damiana Dideńko. Nietrudno policzyć, że historie, które przypadły mi do gustu, zajmują większą część Profanum. Kły Roberta Sienickiego i Krystiana Garstkowiaka to niezły komiks, ale jeśli chodzi o scenariusz, zajmujący dużo dalsze miejsce niż te wymienione wcześniej (chyba, że to wyłącznie wina mojej trwającej od dłuższego czasu niechęci do książek fantasy, zwłaszcza heroic fantasy, być może powoli przenoszącej się na komiksy). Opowieść Po sezonie Jana Mazura i Katarzyny Imany po prostu nie trafiła w mój gust, zwłaszcza ilustracje, bo sam pomysł jest ciekawy, chociaż jego realizacja też nie przekonała mnie do końca. Podpici Małgorzaty Szymańskiej to według mnie najsłabsza rzecz w Profanum, przede wszystkim za sprawą scenariusza wypełnionego irytującymi do granic bohaterami, których najchętniej uśmierciłbym już na drugiej stronie. Za to trzeba przyznać, że rysować autorka na pewno potrafi, zachęcając kreską do śledzenia jej twórczości (o ile ktoś nie przekreśla z góry tego typu konwencji), więc jej komiks nie spodobał mi się tylko w połowie, zdecydowanie nadrabiając ilustracjami.

Profanum to rzecz warta uwagi, mogąca pochwalić się bardzo udanym debiutem. W dodatku za śmieszne pieniądze. Oby dalej było jeszcze lepiej i oby nowe dziecko Dolnej Półki nie umarło młodo.

wtorek, 23 października 2012

Żywe Trupy: Większy świat [Robert Kirkman & Charlie Adlard] [recenzja]

Brak komentarzy:
Chyba nie ma wątpliwości, że Kirkman to świetny scenarzysta. Nie mam też wątpliwości, że prędzej czy później Żywe trupy zupełnie mnie znudzą, przestaną zaskakiwać i nadejdzie pora na zrezygnowanie z czytania kolejnych części, żeby tylko uniknąć jak największej liczby rozczarowań. Sięgając po każdy następny tom zastanawiam się, czy to już. Większy świat przekonuje mnie, że jeszcze nie.

Szwendające się poza miejscem zamieszkania bohaterów komiksu zwłoki ponownie schodzą na dalszy plan, przegrywając z relacjami międzyludzkimi. Większy świat pokazuje nowy pomysł Kirkmana, opóźniający czające się na horyzoncie zataczanie kręgów przez jego serię. Nie chcę zdradzać, o co chodzi, ale jest dobrze. Może pozwoli to uniknąć powrotu do wcześniejszych wydarzeń, czyli schematu "grupa jest w drodze-odnajduje nowe, bezpieczne miejsce, gdzie może się osiedlić-nowe miejsce okazuje się tylko pozornie bezpieczne-dochodzi do kolejnej tragedii-grupa musi uciekać-grupa jest w drodze" i wszystko zaczyna się od nowa. Pomimo siłą rzeczy ograniczonych możliwości Żywych trupów (na przykład w Invincible tego samego autora może zdarzyć się wszystko, tutaj nie bardzo), scenariusz nadal potrafi zaskoczyć i zadowolić czytelnika świeżym pomysłem, aczkolwiek ciągle uważam, że nie da się ciągnąć tej serii bez końca na dobrym poziomie i wypadałoby powoli zastanawiać się nad finałem. Dopóki odbiorców może jeszcze cokolwiek poruszyć, co po kilku wcześniejszych wątkach i tak nie jest łatwym zadaniem.

wtorek, 16 października 2012

The League of Extraordinary Gentlemen Volume 3: Century: 2009 [Alan Moore & Kevin O'Neill] [recenzja]

3 komentarze:
No i doczekaliśmy finału. Mam wrażenie, że po lekturze roku 2009 czytelnicy rozczarowani poprzednimi częściami Stulecia i tak nie zmienią swojej opinii, że Liga Niezwykłych Dżentelmenów skończyła się na drugim tomie. Bo to właściwie te same wątki, ten sam sposób opowiadania, co w latach 1910 i 1969, nowi (albo uwspółcześnieni) bohaterowie i bliższe naszym czasom nawiązania do cudzej twórczości. Ja też tęsknię za młodym kapitanem Nemo, Niewidzialnym Człowiekiem i doktorem Jekyllem (oraz jego mroczną stroną), ale mimo to cały czas broniłem Century. A jak wygląda to po lekturze ostatniego zeszytu?

Wcześniej wspominałem o tym, że w nowym stuleciu Liga jest rozbita i nie radzi sobie za dobrze z przeciwnościami. W porównaniu z rokiem 2009 radziła sobie rewelacyjnie. Teraz właściwie już jej nie ma. Został sam długowieczny i zmieniający płeć Orlando, po zniknięciu Miny Murray i odejściu od Allana Quatermaina niezbyt zajęty ich wcześniejszą misją, czyli odnalezieniem i powstrzymaniem Antychrysta przed zniszczeniem świata. Na samym początku finałowej części Stulecia wraca z kolejnej wojny, odznaczony za bycie jedynym żołnierzem, który wyszedł cało z masakry na polu bitwy (armia nie wie, że spowodował ją sam Orlando). Po powrocie do dawnej kwatery głównej swojej grupy zostaje niespodziewanie odwiedzony przez Prospero, polecającego mu jak najszybciej reaktywować Ligę i odnaleźć Antychrysta, którego narodziny nie zostały udaremnione w roku 1969. Orlando jeszcze raz podejmuje się porzuconego wcześniej zadania.
Tutaj mała dygresja: może się powtarzam, ale naprawdę nie wiem, jak polski czytelnik ma rozumieć pewne wydarzenia lub nagłe pojawianie się niektórych postaci bez wcześniejszego przeczytania Black Dossier. Szkoda, że nie istnieje rodzima wersja tej części, bo brak znajomości zawartych tam wątków momentami naprawdę utrudnia śledzenie fabuły i na pewno w dużym stopniu przyczynia się do negatywnych opinii na temat Stulecia.

Jak wygląda finał? Pomimo całej mojej wcześniejszej obrony wchodzących w skład Century odcinków, muszę przyznać, że czytając o kończącym drugi tom starciu The League... z Marsjanami Wellsa byłem o wiele bardziej zaangażowany w lekturę i dużo bardziej interesowało mnie, co wydarzy się za chwilę. Pomijam fakt, że w Stuleciu dostrzegam znacznie mniej nawiązań i aluzji niż wcześniej, a rozumiem znacznie mniej, bo to nie wada komiksu, tylko mojego braku rozeznania w temacie. Gdybym nie zajrzał do Internetu, nawet nie wiedziałbym, kim jest pokazany w Lidze Antychryst. Nigdy nie czytałem tych książek ani nie oglądałem żadnego z filmów na ich podstawie. Moore, nie mając praw autorskich do wielu współczesnych pokazanych przez niego postaci, też musiał być bardziej ostrożny niż wcześniej i nie mógł podawać pewnych rzeczy w oczywisty sposób. Ale głównym problemem jest sam ostateczny przeciwnik, pozbawiony ikry i tak mało interesujący, że walka z kimś takim nie wydaje się odpowiednim zakończeniem tak dobrej serii.
Wystarczy wspomnieć (być może zdradzam ważne dla komiksu wydarzenie, więc jeśli ktoś nie chce mieć zepsutej niespodzianki, proszę nie czytać dalszej części tego zdania), że w pewnej chwili Antychryst Moore'a walczy z jednym z przeciwników strzelając błyskawicą ze swojego penisa. Naprawdę. Nie oskarżałbym tu scenarzysty o brak pomysłów, obstawiam, że robiąc z głównego przeciwnika swoich bohaterów kogoś tak niedorzecznego i kretyńskiego, być może chciał pokazać swoją opinię na temat wartości literackiej książek z jego udziałem. W pewnej chwili Oliver Haddo stwierdza: You know, you really are a tremendous disappointment to me. You're banal: a banal magician. A banal Antichrist... and I've run out of bodies to borrow. Nie zmienia to jednak faktu, że kończąca serię walka oraz jej wynik nie do końca spełniają moje oczekiwania.

Spodziewałem się po prostu czegoś o wiele bardziej hucznego, ale nadal obstaję przy tym, że Century to trzy świetne komiksy, a seria jest genialna jako całość. Szkoda, że to już koniec, choć z jednej strony Moore wspominał coś o Tales of The League of Extraordinary Gentlemen, więc, o ile to nadal aktualne, jest nadzieja, że jeszcze nie żegnamy się z niektórymi z bohaterów, a z drugiej, pewne słowa Olivera Haddo zdają się zostawiać otwartą furtkę do ewentualnej kontynuacji. Na pewno nie obraziłbym się, gdyby jednak powstała.

niedziela, 14 października 2012

Spacer z Czechowiczem - Poemat o mieście Lublinie [Karol Konwerski i Maciej Pałka] [recenzja]

Brak komentarzy:
Spacer z Czechowiczem - Poemat o mieście Lublinie to wydana przez Ośrodek "Brama Grodzka - Teatr NN" ilustrowana wersja tytułowego utworu lubelskiego poety Józefa Czechowicza. Jej opracowaniem graficznym zajęli się Karol Konwerski oraz Maciej Pałka. Kilka miesięcy wcześniej ci sami autorzy, także pod szyldem Bramy Grodzkiej, opublikowali Spacer, krótki, wręcz miniaturowy (ale dobrze zrobiony i wydany w interesujący sposób, z możliwością rozłożenia na środku dużej, czterokrotnie większej od formatu Spaceru ilustracji) komiks o Heniu Żytomirskim, chłopcu, który zginął podczas okupacji. Teraz czytelnik dostaje w swoje ręce coś dłuższego i wymagającego większego nakładu pracy. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

wtorek, 9 października 2012

Biegun [Tobiasz Piątkowski i Jarosław Gach] [recenzja]

Brak komentarzy:
Na pierwszy rzut oka Biegun Tobiasza Piątkowskiego (scenariusz) i Jarosława Gacha (rysunki) może kojarzyć się niezbyt pozytywnie. Na okładce widać napis "Marek Kamiński Adventures", wydawcą komiksu jest Instytut Marka Kamińskiego, więc czytelnik mógłby pomyśleć, że ma do czynienia z pracą na zlecenie, pozbawioną duszy rzemieślniczą robotą, której zadaniem jest wychwalanie osiągnięć słynnego polarnika za pomocą kadrów i dymków z tekstem. Na szczęście to wrażenie, jeśli nawet u kogoś wystąpiło (a wiem, że początkowo niektórzy potraktowali Biegun właśnie tak, jak napisałem powyżej), jest błędne. To historia nie związana z wyprawami Kamińskiego, który co prawda pojawia się na jego kartach, ale jedynie w krótkim epizodzie. I, co najważniejsze, jest solidną pozycją. [więcej na stronie Gildii Komiksu]
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...