Metody Marnowania Czasu: lipca 2013

środa, 31 lipca 2013

Norka zagłady [Tomasz Samojlik] [recenzja]

Brak komentarzy:
Norka zagłady, kontynuacja mającej premierę w 2012 roku Ryjówki przeznaczenia, to jednoczesne rozpoczęcie publikowania przez Kulturę Gniewu komiksów dla dzieci pod szyldem Krótkie Gatki. Zmiana wydawcy (poprzednim był Instytut Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk) nie wpłynęła na znany z poprzedniej części standard samego wydania, czytelnik ponownie dostaje twardą oprawę, dobry papier i świetną okładkę zapraszającą do zapoznania się z opowieścią Tomasza Samojlika. W tej kwestii niewiele się zmieniło i, prawdę mówiąc, sama Norka zagłady również nie oferuje zbyt wielu zmian, a jak najkrótsze streszczenie tej historii dałoby się zamknąć w stwierdzeniu „więcej tego samego”. Ale czy to źle? [więcej na stronie Gildii Komiksu]

czwartek, 18 lipca 2013

Sweet Tooth: Wild Game [Jeff Lemire] [recenzja]

Brak komentarzy:
I już po wszystkim. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, Wild Game rzeczywiście jest ostatnim tomem serii Sweet Tooth. Serii towarzyszącej mi od września 2009, kiedy przeczytałem pierwszy zeszyt i, co widać po recenzji, byłem nim bardzo zafascynowany, aż do wczoraj. Po drodze okazało się, że komiks autora Opowieści z Hrabstwa Essex wcale nie jest aż tak wspaniały, jak sugerowałyby to początkowe odcinki oraz teksty na ostatnich stronach okładek. Głównym problemem było stosowanie ciągle tego samego patentu, polegającego na tym, że Lemire stawiał czytelnika przed nową zagadką, po czym kilka zeszytów dalej prezentował jej rozwiązanie, najczęściej oparte na "niespodziewanym" zwrocie akcji: ktoś z pozoru dobry tak naprawdę był zły, schronienie tak naprawdę było pułapką i tak dalej, do znudzenia. Nie muszę dodawać, że z biegiem czasu tego rodzaju pomysły stawały się coraz mniej zaskakujące. W Unnatural Habitats, poprzednim tomie, doszła do tego jeszcze niezbyt przekonująca mnie odpowiedź na pytanie, skąd wzięła się plaga, która zdziesiątkowała ludzi, a następnie doprowadziła do powstania hybryd. Czasami narzekałem też na nierówną kreskę, ale w ostatnich wydaniach zbiorczych przestało to być problemem. Z drugiej strony, seria pomimo częstego braku polotu ciągle miała w sobie coś fascynującego, coś więcej niż przyciągające mnie do niej, zwykłe przyzwyczajenie. Ciekawy świat, interesujący bohaterowie, dość nietypowe spojrzenie na postapokalipsę, atmosfera dziwności tak charakterystyczna dla wielu tytułów spod szyldu Vertigo. Czytając kolejne tomy, ciągle miałem bardzo mieszane uczucia. Kiedy czwarty z nich, Endangered Species, okazał się wreszcie tym, co miałem nadzieję znaleźć w Sweet Tooth już na samym początku, następujący po nim Unnatural Habitats ponownie zatarł dobre wrażenie. W dodatku okazało się, że to już prawie finał. A przecież Lemire stworzył komiks już od pierwszych odcinków sugerujący, że sprawdzi się najlepiej w postaci niekończącej się serii drogi. Tak czy inaczej, nadszedł czas na podsumowanie. Jak wyszło? Cały czas nie mogłem się zdecydować, co myśleć o przygodach Gusa i Jepperda, więc czy zbiór Wild Game pomógł mi ostatecznie stwierdzić, czy było warto?
Przyznaję, że podchodziłem do tego tomu dość sceptycznie. W ogóle nie oczekiwałem, że coś jeszcze zdoła mnie tu zaskoczyć, tym bardziej, że sama okładka zdaje się przynajmniej częściowo zdradzać, jaki los czeka głównego bohatera. Mimo wszystko muszę przyznać, że Lemire wyszedł z zakończenia swojej serii z klasą i nawet jeśli w momentach, kiedy tajemnice przestawały być tajemnicami, ponownie czułem się nie do końca usatysfakcjonowany, rozwiązał to tak, że odpowiedzi nie powodowały uderzania otwartą dłonią w czoło. Nawet wspomniany przy okazji recenzowania Unnatural Habitats wątek ingerencji starożytnych bogów został doprowadzony do końca w taki sposób, że pomysł autora nie drażni. Siedem z ośmiu wchodzących w skład Wild Game zeszytów to po prostu kontynuacja, dokładnie taka, jakiej spodziewał się każdy stały czytelnik serii. Ostatni odcinek to coś bardzo przypominającego zakończenie Y: The Last Man: autor przenosi nas o kilka lat w przyszłość, przedstawiając dalszy ciąg wydarzeń sprzed kilku stron w postaci retrospekcji. Pewnie jestem strasznie miękki, ale tego rodzaju prosty zabieg ponownie (czytając komiks Vaughana i widząc dotykający moich "dobrych znajomych" upływ czasu miałem tak samo) chwycił mnie za serce i wzruszył. Poza tym naprawdę nie lubię pożegnań z bohaterami, do których się przyzwyczaiłem, nawet jeśli to jedynie rysunkowe postacie żyjące wyłącznie na papierze. Najważniejsze jest jednak to, że cały tom Wild Game wypadł bardzo dobrze, Lemire stanął na wysokości zadania. Szkoda, że nie trzymał takiego poziomu przez cały czas.

Sweet Tooth to sześć tomów, z czego Out of the Deep Woods, otwierający serię, był tylko niezły, ale jednocześnie intrygujący, przez co zachęcał do sprawdzenia reszty. A reszta to dwa dobre wydania zbiorcze (Endangered Species i Wild Game) i trzy, których nie mogę uznać za do końca udane. Teoretycznie rachunek jest prosty, z drugiej strony nadal nie potrafię zdecydowanie stwierdzić, że Lemire napisał i narysował komiks, którego lektura była dla mnie stratą czasu. Nie polecam go wszystkim, to rzecz mocno nierówna, jednak czytelnicy lubiący postapokalipsę oraz ci tak jak ja zakochani w Vertigo powinni po niego sięgnąć, nawet pomimo wielu, naprawdę wielu wątpliwości oraz wad, o jakich pisałem w tej recenzji oraz we wszystkich poprzednich. Autor dał mi trochę okazji do pastwienia się nad rzeczami, które mu nie wyszły, ale kończąc finałowy, czterdziesty zeszyt, i tak pomyślałem: "Szkoda, że to już koniec". I chyba właśnie to zdanie najlepiej podsumowuje moje uczucia do tej serii.

sobota, 13 lipca 2013

Profesor Bell tom 3 [Joann Sfar & Tanquerelle] [recenzja]

Brak komentarzy:
Główną wadą ostatniego tomu przygód profesora Bella jest fakt, że to już ostatni tom przygód profesora Bella. Druga wada to mniejsza niż zazwyczaj objętość, spowodowana tym, że w przypadku trzeciej części dostajemy tylko jeden album, Rowerem przez Irlandię. Złośliwych uprzedzam, że trzecią wadą na szczęście nie są piksele. Prawdę mówiąc, w moim odczuciu trzeciej wady po prostu nie ma.

Profesor Bell był piękną, magiczną serią i czuję autentyczny żal, że to już koniec. Sfar i Tanquerelle dali czytelnikom jeden z najlepszych komiksów, jakie ukazywały się w naszym kraju w ciągu paru ostatnich lat. Naprawdę wstyd nie znać. Mroczna i chora, czasami humorystyczna (jak wspominałem w poprzednich recenzjach, kolorem dominującym w kwestii humoru jest czerń) atmosfera tych opowieści, to coś, co trudno znaleźć gdziekolwiek indziej, a pomysły scenarzysty bez problemu dałoby się rozdzielić na kilka innych historii. Każda z osobna wciąż byłaby świetna. Wszystkie albumy Profesora Bella zawierały wątki oraz postacie godne zapamiętania i jestem pewien, że nie tylko ja będę jeszcze długo wspominał takie rzeczy jak Meksykanina z dwiema głowami, żółte, świecące grzyby wyrastające na jednym z przeciwników głównego bohatera, pojedynek z gigantyczną małpą, śmierć małej dziewczynki po założeniu osobliwych okularów czy wreszcie to, co stało się z paranoicznym i kompletnie oszalałym Bellem w finałowej części. Oraz piksele z drugiego tomu. Tak, na pewno zapamiętam też piksele i to, że tak znaczący błąd ani trochę nie obniżył w moich oczach wartości tej serii. Zresztą, kiedy kupowałem Rowerem przez Irlandię na Komiksowej Warszawie, przy stoisku Timofa (wcześniej, kompletnie zamulony, niestety nie pijany, bo przynajmniej miałbym jakieś usprawiedliwienie, poprosiłem o nowego Bella Kulturę Gniewu, ale jakoś nie zdołałem go tam kupić), spytałem dla żartu, czy tym razem też są piksele. Usłyszałem: "Nie ma pikseli... ale nawet jakby były, i tak byś kupił ten komiks". I wiecie co? Kupiłbym. Taki jest dobry. 10/10 za całokształt i wielka szkoda, że nie będzie dalszego ciągu, choć finał przecież wygląda tak, jakby Sfar nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Tyle że piąty epizod ukazał się we Francji w 2006 roku...

czwartek, 11 lipca 2013

Hellblazer: Damnation's Flame [Garth Ennis & Steve Dillon] [recenzja]

Brak komentarzy:
Się zdziwiłem, ale ten tom jest o wiele, wiele lepszy niż denerwujący stałymi patentami Ennisa Tainted Love. Od Fear and Loathing również. Trudno mi podjąć decyzję, czy mogę postawić go na równi z Dangerous Habits, ale jeśli jednak nie, to właśnie zbiór Damnation's Flame znalazłby się wyżej. Czteroczęściowa psychodeliczna podróż Constantine'a po alternatywnej wersji Nowego Jorku (opustoszałe ulice, czerwone niebo, wypływająca z budynków krew i znaki drogowe powycinane na skórze wisielców), odbywana w towarzystwie jednego z byłych prezydentów Stanów Zjednoczonych to świetna rzecz i co najważniejsze: nic nie razi tu ennisowską wtórnością, w każdym razie w czasie lektury w ogóle tego nie odczuwałem. Pewnie mógłbym napisać, że przecież voodoo było też w Kaznodziei, ale byłoby to całkowicie niepotrzebne czepianie się. Po najlepszej części tego tomu zostają już bardziej standardowe dla tego scenarzysty (ale za to z udziałem dwóch innych rysowników), rozwlekłe rozmowy przy stole zapełnionym alkoholem, ale w ich wypadku jest zupełnie jak z początkiem tego zbioru: nie miałem powodów do narzekania.
Pominąłem Bloodlines, a do przeczytania zostały mi jeszcze tomy Rake at the Gates of Hell i Son of Man (nie liczyłbym na to, że zajmę się nimi wkrótce), ale póki co występy Ennisa w Hellblazerze to dwa celne strzały i dwa pudła. Czyli mogło być gorzej, mogło również być lepiej i zobaczymy, co dalej. Delano zrobił dla tej serii ciekawsze rzeczy, sam Ennis też bywał bardziej w formie, ale nie jest źle, tyle że prawdę mówiąc zabrałbym się już za wydania zbiorcze autorstwa Ellisa i Azzarello. Sam nie wiem, czy ruszać resztę, słyszałem, że niespecjalnie warto i że nawet Milligan, którego uwielbiam, wypadł strasznie. Zobaczymy, pewnie i tak zanim dotrę do jego wersji Constantine'a, minie z pół dekady.

wtorek, 9 lipca 2013

S/N [Michał Rzecznik] [recenzja]

Brak komentarzy:
W ciągu paru ostatnich miesięcy Michał Rzecznik dał się poznać czytelnikom komiksów dzięki trzem ciekawym inicjatywom. Pierwszą był sympatyczny, wydany własnym sumptem Generator 1000, czyli zbiorek dziesięciu pasków, które za pomocą kilku prostych cięć można cudownie rozmnożyć do tytułowego tysiąca krótkich opowieści obrazkowych. Dużo ważniejszą pozycją jest jednak zilustrowany przez Daniela Gutowskiego Maczużnik, zarówno dzięki rysunkom, jak i scenariuszowi Rzecznika już teraz, raczej powszechnie (i zasłużenie) uznawany za jednego z najmocniejszych kandydatów do tytułu polskiego komiksu tego roku. Pod tym względem S/N, kolejny zbiór zajmujących niewielką ilość kadrów historii, nie jest może aż tak istotny i zapadający w pamięć, ale i tak w stu procentach potwierdza talent autora, który "wyrusza (...) w poszukiwania najśmieszniejszych żartów na świecie. Niestety po drodze znajduje zupełnie inne". [więcej na stronie Gildii Komiksu]

niedziela, 7 lipca 2013

Teczka [Tom Taylor & Colin Wilson] [recenzja]

Brak komentarzy:
Teczka Toma Taylora (scenariusz) i Colina Wilsona (rysunki) to bardzo sympatyczna niespodzianka od Wydawnictwa Komiksowego. Niespodzianka, bo po tych jedenastu stronach opowieści nie oczekiwałem niczego poza ewentualną niezłą rozrywką, o której mógłbym zapomnieć wkrótce po lekturze. Tymczasem ta historia nie dość, że oferuje zaskakująco wiele dobrego jak na swoją objętość, to jeszcze zapada w pamięć i na pewno utkwi mi w głowie na dłużej. Może nie na taki czas, jak niektóre wielkie i znaczące albumy, ale wydaje mi się, że pozostanie przeze mnie zapamiętana także wtedy, gdy większość krótkich komiksów czytanych w tym samym okresie już od dawna będzie czymś mniej znaczącym od mglistego wspomnienia. [więcej na Kopcu Kreta]

środa, 3 lipca 2013

Hellblazer: Tainted Love [Garth Ennis & Steve Dillon] [recenzja]

4 komentarze:
Tainted Love, kolejny tom Hellblazera napisany przez Gartha Ennisa i narysowany przez Steve'a Dillona. O tym drugim napisałem wcześniej chyba wszystko, co było do napisania, już dawno mnie znudził i od czasu, kiedy miałem w rękach ostatni zilustrowany przez niego komiks, nic się nie zmieniło. Przynajmniej nie przeszkadza na tyle, żeby psuć mi ewentualną przyjemność obcowania z chorą wyobraźnią autora Kaznodziei. Ewentualną, bo jak wiadomo, z jego pomysłami też bywa różnie, na przykład poprzedni zbiór przygód Constantine'a był kiepski. Tym razem wyszło lepiej, aczkolwiek nie mogę stwierdzić, że jestem zachwycony.

W Tainted Love główny bohater upada na samo dno, po rozstaniu się z Kit w Fear and Loathing zaczyna pić, zostaje bezdomnym, zapomina o swoich magicznych zdolnościach i po prostu trwa, czekając, aż wykończy go alkohol albo zimno. Czytelnik oczywiście wie, że John w końcu z tego wyjdzie, pytanie tylko: jak? W międzyczasie spotyka na swojej drodze kilka dodatkowych problemów, jak choćby króla wampirów. I tutaj zacznie się moje narzekanie. Finał tej historii trochę za bardzo przypomina mi wątek ze święconą wodą z tomu Dangerous Habits. Okoliczności są trochę inne, ale pomysł scenarzysty został oparty na tym samym patencie. Później znowu czuję, że mam do czynienia z powtórką: tytułowa opowieść o przyzwanym demonie, zresztą całkiem niezła, kojarzy się z tym, co Ennis napisał do Rare Cuts. Reszta Tainted Love to właściwie wycieczka po ulubionych wątkach tego autora: poza wampirem i demonem jest sporo przemocy, długie rozmowy przy kieliszku, II wojna światowa, religia i zły kapłan, który niczym Jessie Custer wydziera się na Boga i demoluje krzyż, a potem podpala kościół, co z kolei wielokrotnie miało miejsce w True Faith. Nie jestem wielkim fanem tego scenarzysty i nie czytałem wszystkiego, co wydał (może w pozostałych scenariuszach błyszczy pomysłowością - jeśli tak, niech ktoś da mi znać, w których dokładnie), ale w komiksach, które znam, tego rodzaju rzeczy pojawiają się zawsze. Za każdym razem występuje co najmniej jedna z wyżej wymienionych, zrealizowana w bardzo podobny sposób. I chociaż Tainted Love nie jest złym tomem (czyta się dobrze, wszystko gra, scena z żyletką daje radość i szczęście), w czasie lektury zadawałem sobie pytanie: ileż można? To wszystko już było, wiele razy, a jeśli ktoś czytał Preachera przed Hellblazerem, sytuacja wygląda tak: to wszystko już było, wiele razy, w dodatku na dużo wyższym poziomie. Ennis wałkowany po raz kolejny może stać się w oczach czytelnika więźniem samego siebie i nudzić pomysłami, które paradoksalnie są jego znakiem firmowym odróżniającym go od innych scenarzystów. I tak samo jest również tutaj. To dobry komiks, ale byłby o wiele ciekawszy, gdybym zapoznał się z nim przed pozostałymi historiami tego autora. Niestety, na to już za późno, więc trochę kręcę nosem, ale ogólnie źle nie jest. Na pewno dużo lepiej niż w Fear and Loathing.

wtorek, 2 lipca 2013

Zaduszki [Rutu Modan] [recenzja]

Brak komentarzy:
Do dziś pamiętam pochwały, jakich naczytałem się o „Ranach wylotowych” Rutu Modan jeszcze przed lekturą samego komiksu i jak bardzo wszystkie obietnice niesamowitych przeżyć nastawiły mnie na wielkie arcydzieło. Nie zmienia to faktu, że poprzednia opowieść autorki „Zaduszek” była (tylko i aż) bardzo dobra. Muszę przyznać, że historia poszukiwania ojca przez Kobiego Franco zawiera jedno z najlepszych zakończeń, jakie mogę sobie wyobrazić, przez co z perspektywy czasu mam o wiele lepszą opinię na temat tego dzieła. Tymczasem niedawno ukazała się w Polsce kolejna pozycja napisana i narysowana przez Rutu Modan, w dodatku z miejscem akcji ulokowanym w naszym kraju, nie mówiąc już o udziale kilku polskich bohaterów. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]
stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...