Metody Marnowania Czasu: października 2009

sobota, 31 października 2009

Toxin [Peter Milligan & Darick Robertson] [recenzja]

2 komentarze:
Jeśli chodzi o scenariusze związane z bohaterami w maskach, Peter Milligan nie może narzekać na brak doświadczeń - stworzył ich już całkiem sporo, ale osobiście znam więcej tych, przy których mógł pozwolić sobie na całkowitą swobodę. Pisząc miniserię Toxin musiał trzymać się pewnej konwencji i nie mógł zaszaleć na całego, byłem więc ciekaw, jak z tego wybrnie. Bo trzeba przyznać, że - przynajmniej dla mnie - Milligan i postacie takie jak Spider-Man to dość dziwna mieszanka.

Czytelnicy (zwłaszcza ci pamiętający czasy TM-Semic) wiedzą zapewne, kim jest Venom, wiedzą też, że czarny symbiont zrodził jeszcze większego potwora - krwiożerczego Carnage'a, który też wydał na świat potomka - owym potomkiem jest właśnie tytułowy Toxin. Świeży, nieukształtowany i jeszcze nie tak groźny jak jego tatuś, symbiont używa ciała Pata Mulligana jako swojego nosiciela. Każdy taki pasożyt musi w kimś zamieszkać, za to nie każdy człowiek byłby z tego zadowolony. Mulligan należy do tych, którym nowa sytuacja zdecydowanie się nie uśmiecha. Przerażony całym zajściem zostawia żonę i dziecko, nie chcąc narażać ich na niebezpieczeństwo, odchodzi też z policji, do której do tej pory należał i stara się zapanować nad swoim nieproszonym gościem. Jednocześnie chęć niesienia pomocy każe mu wciąż uganiać się za przestępcami, nawet mimo pozbycia się odznaki. Tyle że kiedy Pat staje się Toxinem, jego metody działania są nieco mniej konwencjonalne niż zwykle, a i przeciwnicy do zwyczajnych nie należą.


Milligan zdecydowanie wyszedł obronną ręką i wrzucił do Toxina tyle dziwnych elementów, ile tylko zdołał. Nie jest to dzieło życia tego scenarzysty, ale warto się z nim zapoznać. Mamy tu całkiem sporo atrakcji, takich jak na przykład wciąż wałkowany (ale - jak dotąd - nigdy nudny) motyw osobowości. Pat Mulligan prowadzi liczne dialogi ze swoim symbiontem, a obie osobowości, pasożyt i nosiciel, bez przerwy próbują na siebie wpłynąć i walczą o strefy wpływu. Nasz były policjant jest dobry i prawy, z kolei Toxin jeszcze nie potrafi odróżniać dobra od zła, za to lubi sobie poszaleć. I kiedy Mulligan ma ochotę aresztować złapanego przestępcę, symbiont wolałby urwać mu głowę i wszystkie kończyny. Wzajemne objaśnianie sobie swojego podejścia do życia, pobieranie od siebie lekcji i negocjacje pomiędzy tymi osobami w jednej postaci to najlepszy element scenariusza. Pat próbuje wychować Toxina tak, jak wychowuje się niesforne dziecko, żałując jednocześnie, że opuścił własnego syna. Poza tym mamy jeszcze kilka wykręconych wątków i postaci, na czele z głównym przeciwnikiem - nie wiem, czy jego obecność należy uznać za zaletę, bo kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, nie mogłem przestać się śmiać; facet ma brzytwy zamiast rąk. Na szczęście scenarzysta sam zaprezentował to tak jak należy - jako coś niedorzecznego. Nie podobał mi się za to wątek związany z odejściem od żony: Pat Mulligan spotyka się z nią jako Larry (postać, w którą potrafi przemienić się Toxin) i zdaje się nie mieć pretensji, że Gina bardzo szybko zbliża się do nowego przyjaciela, najwyraźniej nie pamiętając o mężu. Według mnie większość ludzi byłaby na jego miejscu wściekła, ale nie - Pat jest w siódmym niebie, ponieważ może się z nią widzieć; zero pretensji. Nie wydaje mi się to zbyt wiarygodne.

Podsumowując, komiks daje radę - także rysunkowo, chociaż Robertson bardziej przypadł mi do gustu ilustrując komiks Transmetropolitan. Tutaj wykonał dobrą robotę, nic poza tym. Cała sześcioczęściowa miniseria to sprawnie opowiedziana superbohaterska historia, typowa rzecz z tymi charakterystycznymi dla Milligana udziwnieniami, za które uwielbiam wiele jego scenariuszy. I chociaż Toxin nie zalicza się do uwielbianych przeze mnie komiksów, na pewno jest jednym z tych, które polecam (ale jako psychofan Petera Milligana i tak nie jestem obiektywny).

wtorek, 27 października 2009

Opowieści z Hrabstwa Essex [Jeff Lemire] [recenzja]

6 komentarzy:

Przed przejściem do właściwej recenzji chciałem tylko napisać, że okładka oraz ilustracje nie pochodzą z polskiej wersji komiksu, ale tekst będzie dotyczył Opowieści z Hrabstwa Essex, nie zaś The Essex County Trilogy. Po prostu wrzuciłem tutaj to, co było dla mnie łatwiejsze do znalezienia w Internecie.

Osoby zaglądające tu w miarę regularnie wiedzą pewnie, że jak dotąd twórczość Jeffa Lemire'a znałem jedynie z rozpoczętej niedawno serii Sweet Tooth. Można więc spokojnie powiedzieć, że tak naprawdę nie znałem jej wcale, jednak po lekturze wydanych przez Timofa Opowieści z Hrabstwa Essex stan ten uległ znaczącej zmianie, z czego jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony, bo komiks urzeka. Urzeka jako całość i jest spójnym, dopracowanym i chwytającym za serce dziełem, czymś więcej, niż tylko rzemieślniczą robotą i prostą rozrywką. Mimo faktu, że znaczna część historii upływa na wsi, w leniwej i bardzo spokojnej atmosferze, nie można powiedzieć, że Lemire nudzi. Wręcz przeciwnie, na fundamentach tego spokoju buduje specyficzny klimat, a Opowieści przyciągają nawet wtedy, gdy nic się nie dzieje - w takich sytuacjach chwilowo zapominamy o głównym wątku i obserwujemy genialne ilustracje autora, będące elementem jego niesamowitej umiejętności budowania nastroju.

Lemire przedstawia proste i nieskomplikowane historie, które same w sobie nie są niczym specjalnym: przygody samotnego chłopca, dla którego ucieczką od rzeczywistości jest rysowanie komiksów, losy dwóch braci, którzy z powodu pewnego incydentu stracili ze sobą kontakt na długie lata oraz dzieje miejscowej pielęgniarki. Wszystko odbywa się w fikcyjnym odpowiedniku miejsca urodzenia autora. Jestem pewien, że wielu z Was zna podobne historie, z życia własnego, bliskich lub dalszych znajomych. Rzeczywiście, niby nic oryginalnego, ale teraz rozumiem to, co Lemire napisał w pierwszym zeszycie serii Sweet Tooth: "Nie ma oklepanych opowieści, są jedynie oklepane sposoby opowiadania". Komiks, o którym piszę, wprowadza tę teorię w życie - zawarte w nim wątki zostały opowiedziane w sposób genialny. Całość składa się z trzech głównych, powiązanych ze sobą części oraz kilku mniejszych epizodów z życia mieszkańców Hrabstwa Essex; lektura może zająć kilka dłuższych chwil, ale w jej czasie nie byłem znudzony ani przez moment.

Ilustracje Lemire'a sprawiają, że jestem jeszcze bardziej zadowolony z posiadania tego opasłego tomu. Dwa przeczytane przeze mnie zeszyty komiksu Sweet Tooth nie przygotowały mnie na to, co zobaczyłem w pełnej krasie dopiero teraz - Jeff jest jednym z tych gości, którzy posiadają własny, niepowtarzalny styl, dający się rozpoznać na pierwszy rzut oka. Jego rysunki sprawdzają się w czerni i bieli chyba jeszcze lepiej, niż w kolorze - mistrzostwo. Być może mógłbym uznać za wadę to, że Lemire dał się złapać we własne sidła i jego postacie są często bardzo do siebie podobne (i nie chodzi mi tu o krewnych, w przypadku których było to zamierzone), a podobieństwa zachodzą nie tylko wewnątrz tego komiksu, ale też pomiędzy Opowieściami z Hrabstwa Essex a wspomnianym Sweet Tooth, ale jestem pod zbyt dużym wrażeniem jego prac, żeby miało mi to szczególnie przeszkadzać. Dodatkowym genialnym patentem jest wrzucenie do historii swoich własnych komiksów z dzieciństwa. Jeden z głównych bohaterów, dziesięcioletni Lester, lubi rysować, a oglądając jego "dzieła", tak naprawdę oglądamy to, co stworzył sam Lemire, kiedy był mniej więcej w jego wieku. Ciężko się nie uśmiechnąć czytając naiwne przygody Kapitana Kanady oraz innych dziecinnych bohaterów. Świetny pomysł, który mogę tylko pochwalić.

Według mnie Jeff Lemire to twórca, którego prace zwyczajnie wypada znać. Można z powodzeniem zacząć od Opowieści z Hrabstwa Essex - ja jestem już po lekturze, a teraz rozejrzę się za The Nobody i poczekam na kolejne odcinki komiksu Sweet Tooth. Już się cieszę, że mam przed sobą jeszcze kilka jego historii.

niedziela, 25 października 2009

Karton #1 [recenzja]

5 komentarzy:

Magazyn Karton mógłby być naprawdę bardzo fajną rzeczą, ale jego pierwszy numer uznaję za zmarnowanie potencjału - czuję się trochę zawiedziony. Oczekiwałem czegoś lepszego i liczę na wyciągnięcie wniosków z błędów, możliwie jak najszybciej. Nie ma rewelacji, ale debiut zachęca do dania Kartonowi co najmniej jeszcze jednej szansy.

Do nabycia magazynu zachęca jego profil, niska cena (piątak), nazwiska twórców oraz kilka z zawartych w nim historii. Przede wszystkim są to paski KRL-a, oprócz nich pojawia się parę dobrych i niezłych rzeczy, ale niestety jest z nimi tak jak z całym Kartonem - są to komiksy, które mają potencjał i w przyszłości mogą pokazać pazury, ale póki co nie jestem pod jakimś wielkim wrażeniem. Przyjemne czytadła, które nie pozostają w głowie na dłużej niż kilka minut... jeszcze. Wszystko może ulec zmianie, ale problemem jest fakt, że magazyn stawia na parę historii publikowanych w odcinkach. A skoro Karton jest kwartalnikiem, to ja nie wiem, czy takie coś ma sens. Najlepszym przykładem jest znajdujący się na ostatniej stronie okładki komiks Diogenes Przemysława Surmy - mamy jedną stronę, z której niewiele wynika i napis C.D.N. What the fuck? Moim zdaniem autorzy magazynu powinni się skupić na krótkich, zamkniętych historiach, co przy tak niewielkiej ilości stron (40) powinno sprawdzać się dużo lepiej. Na objętość nie narzekam, bo zdaję sobie sprawę, że za 5 złotych czytelnik nie może dostać opasłej cegły, ale też nie obraziłbym się na opcję "trochę drożej i trochę więcej stron".

Nie będę sztucznie przedłużał tej recenzji wymieniając każdą historię z osobna, w podsumowaniu odniosę się do ogółu: moim skromnym zdaniem Karton zaliczył średni start z całkiem niezłymi widokami na efektowny lot w przyszłości. Jeśli autorzy dobrze zakombinują, to może nawet uda im się uatrakcyjnić trochę chybioną formułę kilku seriali z jednym krótkim odcinkiem ukazującym się raz na trzy miesiące. Oby. Trzymam kciuki.

piątek, 23 października 2009

Ziniol #6 [recenzja]

Brak komentarzy:

Ziniol do pewnego momentu był z numeru na numer wyraźnie lepszy, aż do piątego wydania, kiedy moim zdaniem osiągnął swój stały i przede wszystkim wysoki poziom (co wcale nie jest jednoznaczne z tym, że przestał się rozwijać). Mimo niskiego nakładu trzyma się bardzo dobrze i nie został sezonowym magazynem komiksowym, a jakiś czas temu jego czytelnicy mogli nabyć Ziniola numer 6.

Po pierwsze, cieszę się, że wróciły recenzje - w śladowych ilościach, ale zawsze. Nie narzekam, bo szczerze mówiąc od mojego ostatniego wpisu o Ziniolu zacząłem czytać opinie o komiksach na stronie magazynu, więc ich mniejsza ilość na papierze jest mniej odczuwalna. W numerze mamy też rozmowy z Jeffem Lemire'm (Opowieści z Hrabstwa Essex przeczytane, napiszę o nich prawdopodobnie wkrótce), Brianem Bollandem, Igorem Baranko oraz Olafem Ciszakiem - wszystkie są bardzo interesujące i za wszystkie należą się Ziniolowi dwa kciuki w górę. Jeśli chodzi o pozostałe teksty, najbardziej spodobał mi się ten o Garthu Ennisie (przede wszystkim zachęcił mnie do sprawdzenia kilku jego nowszych rzeczy, na przykład serii The Boys) oraz komiksie Camelot 3000. Poza tym magazyn wymienia najciekawsze historie o Green Arrow (deem, jak to odmienić? "Green Arrowie" brzmi trochę kulawo) oraz omawia serię Torpedo.

Ziniolowe komiksy również dają radę - mamy tu między innymi zakończenie pierwszego sezonu Fotostory (trochę szkoda, że sezon nie okazał się zamkniętą historią i znów trzeba będzie czekać na ciąg dalszy), Abadzisa, Lemire'a oraz Igora Baranko. Nowością są liczne komiksy rosyjskie, zachęcające przede wszystkim bardzo udanymi rysunkami. Przy okazji, zauważyliście, że Diagnoza: Melancholia Andrija Tkalenko opiera się dokładnie na tym samym dowcipie, który wpisał do swojego dziennika Rorschach w Strażnikach?

O tym, że według mnie jest to kolejny udany numer Ziniola, wspominałem już na samym początku. Teraz napiszę tylko, że już czekam na następny, oby jeszcze lepszy (chociaż wystarczyłoby, gdyby był tylko i aż tak samo dobry).

wtorek, 20 października 2009

Invincible: Perfect Strangers [Robert Kirkman & Ryan Ottley] [recenzja]

1 komentarz:

Z każdym kolejny TPB jestem coraz większym fanem tej serii. Invincible, jako inteligentna rozrywka nie wymagająca praktycznie żadnego wysiłku intelektualnego podczas lektury, sprawdza się idealnie nawet wtedy, gdy nie mam najmniejszej ochoty na jakikolwiek komiks. Choćbym był nie wiem jak padnięty, opowieść Kirkmana i Ottleya (do którego powoli się przyzwyczajam i stwierdzam, że daje radę; może odejście poprzedniego rysownika jeszcze nie wyszło temu komiksowi na dobre, ale z drugiej strony przynajmniej nie obniżyło poziomu) zawsze jest w stanie mnie przyciągnąć i rozbawić. Co prawda w Perfect Strangers jest nieco poważniej niż zwykle - wyjaśnia się wiele spraw z poprzedniego TPB, a nie są to pozytywne rzeczy - ale mimo to cała historia podlana jest swoim specyficznym sosem superbohaterskiego absurdu, który sprawia, że Invincible tak bardzo wyróżnia się z tłumu podobnych historii.

Seria od samego początku prezentuje luźną opowieść, która nietypowym podejściem do tematu oraz wysokim poziomem zmusza czytelnika do tego, żeby traktował ją poważnie. Prostota całości - od scenariusza do ilustracji - jest pozorna i nie pozostawia wątpliwości, że nie została osiągnięta przypadkowo, a jedynie dzięki profesjonalizmowi autorów. I jeśli pójdzie tak dalej, to szczerze mówiąc nie wiem, co napiszę po przeczytaniu kolejnego TPB, bo wypadałoby jeszcze raz powtórzyć wszystkie pochwały. Invincible w pełni na nie zasługuje.

niedziela, 18 października 2009

Sweet Tooth #2 [Jeff Lemire] [recenzja]

Brak komentarzy:

Opowieści z Hrabstwa Essex czekają sobie spokojnie w mojej komiksowej kolejce (już niedługo), a tymczasem ukazał się drugi zeszyt serii Sweet Tooth, również tworzonej przez Jeffa Lemire'a. Gus i Jepperd wreszcie opuszczają spokojną okolicę znaną z poprzedniego odcinka, dzięki czemu dowiadujemy się trochę więcej o postapokaliptycznym świecie i o zarazie. Trochę, bo autor nie spieszy się i buduje fabułę bardzo powoli. Epizod nie zawiera zbyt wielu wydarzeń, dlatego raczej zrezygnuję z opisywania tej serii zeszyt po zeszycie (to samo zrobię z innymi komiksami, na przykład z Greek Street), zaś kolejne notki będą dotyczyć poszczególnych Trade'ów - dla mnie obowiązkowy zakup. Sweet Tooth #2 nie robi takiego wrażenia jak pierwsza część, ale poczekam, aż opowieść bardziej się rozwinie, a każdy odcinek będzie fragmentem większej całości.

Jestem ciekaw, co zostanie zaprezentowane w kolejnych wydaniach. Stawiam na dobry pomysł związany z konstrukcją świata oraz zbudowanie interesującej relacji pomiędzy Gusem a Jepperdem (strasznie kojarzącym mi się z Clintem Eastwoodem). Zaczątki obu tych rzeczy widać już teraz, a zwłaszcza tej drugiej - bohaterowie są swoimi całkowitymi przeciwieństwami, będą więc musieli się dotrzeć. Mam nadzieję, że autor przedstawi to tak jak należy i w porywający sposób. No i te ilustracje, których nie można pomylić z żadnym innym rysownikiem...

A tymczasem: gdzie leżały moje Opowieści z Hrabstwa Essex?

piątek, 16 października 2009

Battle Pope [Robert Kirkman & Tony Moore] [recenzja]

1 komentarz:

Bardzo lubię scenariusze Kirkmana, chociaż miałem do czynienia jedynie z dwoma seriami jego autorstwa - z The Walking Dead jestem na bieżąco, przeczytałem też dwa pierwsze Trade'y komiksu Invincible. Jak dotąd było świetnie, niestety po raz pierwszy trafiłem na pracę twórcy Żywych Trupów, która zupełnie mi się nie spodobała. Miniseria Battle Pope, jakkolwiek potencjalnie atrakcyjna, w moich oczach okazała się męczącym niewypałem.


Pomysł był taki: mamy mało religijnego Papieża, który traktuje swoje obowiązki niezbyt poważnie, za to lubi sobie wypić, zapalić i przede wszystkim zabawić się z kobietami (najlepiej kilkoma jednocześnie). W czasie jego pontyfikatu Bóg postanawia osobiście powiedzieć ludziom, że ich porzuca, ponieważ są źli i nie zasługują na jego wsparcie, w związku z czym Ziema zostaje zaatakowana przez demony z Piekła. Papież, którego stanowisko z wiadomych przyczyn straciło na znaczeniu, wdaje się w kilka walk, umiera, a potem zostaje wskrzeszony przez Boga i obdarzony misją do wykonania oraz nadnaturalnymi mocami. Podejmuje się ukończenia zadania, nie chcąc jednocześnie rezygnować ze swoich upodobań.

Szczerze? Wydawało mi się, że ktoś taki jak Robert Kirkman da radę zrobić z takiego tematu coś naprawdę dobrego i zabawnego. Kontrowersja + dobry scenarzysta = ciekawy komiks, tak przynajmniej zakładałem. Mam dystans do spraw poruszanych w tej historii i niespecjalnie rusza mnie pomysł na wojowniczego i sprośnego Papieża - może być kontrowersyjnie, ale jednocześnie zabawnie i z zachowaniem dobrego smaku (pomysłowe przekraczanie tej granicy również nie byłoby dla mnie oburzające). Szkoda, że punkt wyjścia do żartów (czyli pijący, palący, bijący i pieprzący Papież) jest jednocześnie miejscem, w którym Battle Pope utknął - dowcipy polegają prawie wyłącznie na tym, że główny bohater pije, pali, bije demony i pieprzy właściwie wszystko co się rusza i jest przedstawicielką płci przeciwnej, niezależnie od pochodzenia i wieku, łącznie z (uwaga spoiler) Matką Boską. Poza tym bez przerwy biega za nim Jezus, tutaj przedstawiony jako - mówiąc wprost - niedorobiony frajer w hawajskiej koszuli i cierniowej koronie. Widać, że Kirkman nie chciał pokazywać środkowego palca chrześcijanom, a jedynie głupio sobie pożartować - wszystko jest tu przedstawione w miarę luźno (na tyle, na ile da się w taki sposób przedstawić wspólne zabawy Papieża i Matki Boskiej), co nie zmienia faktu, że humor stoi na żenującym poziomie - tego typu dowcipom potrzeba czegoś dodatkowego, co uczyniłoby je naprawdę zabawnymi. Czegoś, czego w moim odczuciu tutaj nie ma. Nie ma też dobrej fabuły, jedynie picie, pieprzenie i kopanie tyłków demonom. Parę razy się uśmiechnąłem, ale ogólnie - nuuuda.


O rysunkach Tony'ego Moore'a pisałem już przy okazji tekstów o The Exterminators i The Walking Dead, tutaj dodam tylko, że w przypadku Battle Pope'a prace tego bardzo dobrego ilustratora podobają mi się nieco mniej. No, może niekoniecznie same szkice, ale całość - mam wrażenie, że wina leży bardziej po stronie kolorysty. Tak czy inaczej, warstwa graficzna bije na głowę kulejącą treść.

Zdaję sobie sprawę, że Battle Pope może się spodobać i zapewne spodoba się wielu osobom, ale dla mnie ten komiks jest głupi. Nie głupi i śmieszny, co byłoby do zaakceptowania, ale zwyczajnie głupi. Nie zachęcam do lektury.

czwartek, 15 października 2009

Whatever Happened to the Man of Tomorrow [Alan Moore & Curt Swan] [recenzja]

Brak komentarzy:

Whatever Happened to the Man of Tomorrow mówi o tym, jak wyglądałby koniec Supermana, gdyby rzeczywiście miał kiedykolwiek nastąpić. Alan Moore zabrał się do scenariusza z właściwym sobie kunsztem i przemyśleniem każdego szczegółu od początku do końca, czytelnik otrzymuje więc naprawdę dobrą pozycję, nawet jeśli (tak jak ja) nie jest wielkim entuzjastą Człowieka ze Stali. Jeśli zaś nim jest, dostaje paczkę pełną wspomnień i odniesień do historii tej postaci wprost od szalonego geniusza. Moore jak zwykle napisał złożoną historię pełną smaczków, z plejadą bohaterów i antybohaterów, dodatkowo opatrzoną zaskakującym finałem. Zwykli czytelnicy powinni być bardzo zadowoleni, a fani gościa z wielką literą S na klacie mogą się nieźle wzruszyć.


Historia zilustrowana przez Curta Swana, osobę długo związaną z Supermanem, jest tak naprawdę wywiadem, jaki udziela Lois Elliot (znana kiedyś jako Lois Lane) Timowi Crane'owi, reporterowi pracującego dla The Planet. Rozmowa ma dotyczyć ostatnich dni przed zniknięciem i domniemaną śmiercią Supermana. Lois, obecnie żona Jordana Elliota, opowiada o chwilach poprzedzających to zaskakujące wydarzenie, kiedy względny spokój został przerwany niemal jednoczesnym atakiem grupy wrogów Człowieka ze Stali, na domiar złego nie zawsze działających w zwykły dla siebie sposób. Akcja goni akcję, od ataku Bizarro, poprzez ujawnienie ukrytej tożsamości Clarka Kenta (Moore celowo zrobił to w tak zabawny sposób, po którym zastanawiałem się "Ha, czemu przez tyle lat żaden z przeciwników Supermana nie wpadł na coś tak prostego?"), po którym czytamy: "It was him all the time! He just combed his hair and stuck on a pair of glasses! Ha ha ha! What a great gag!", aż do wydarzeń jeszcze gorszych w skutkach. Czytelnik dowiaduje się, co spotkało każdą z bliskich Supermanowi osób. Komiks jest krótki, ale wypełniony po brzegi wydarzeniami złożonymi w całość tak, jak tylko szalony Alan Moore potrafi. Jeśli to naprawdę miałby być koniec Supermana, nie wyobrażam sobie lepszego podsumowania jego przygód. I to mrugnięcie okiem na ostatniej stronie...


We wstępie czytamy, że kiedy Julius Schwartz spożywał śniadanie z Moorem i powiedział mu o trudnych poszukiwaniach scenarzysty do ostatniej historii o Supermanie, Moore wstał, oplótł rękami jego szyję i powiedział, że zabije Schwartza, jeśli ten nie pozwoli mu jej napisać. Widać, że Moore'owi bardzo zależało na tym komiksie, i bardzo dobrze. Żartobliwe (chociaż z takim wariatem jak autor Watchmen chyba nigdy nic nie wiadomo) karalne groźby opłaciły się, skoro między innymi w ich efekcie powstała tak dobra opowieść.

wtorek, 13 października 2009

Skin [Peter Milligan & Brendan McCarthy] [recenzja]

4 komentarze:

Skin kisił się na moim dysku twardym od bardzo dawna, czekając (mimo faktu, że został napisany przez jednego z moich ulubionych scenarzystów) na impuls każący mi go przeczytać. Tym impulsem okazało się wydanie komiksu przez Timofa. Wreszcie mamy historię Milligana w Polsce, to znaczy w formie albumu, bo oczywiście pamiętam jego Batmany publikowane u nas przez TM-Semic. Dla mnie Skin był zakupem obowiązkowym.

Celem Milligana nie było zrobienie łatwego w odbiorze komiksu, sam mówi o tym we wstępie, a poza tym czy lekka i przyjemna opowieść o ofierze Talidomidu (produkowanego w latach pięćdziesiątych w Niemczech leku uspokajającego, powodującego przerażające deformacje i uszkodzenia u dzieci, których matki zażywały Talidomid będąc w ciąży), w której postacie wypowiadają się okrągłymi zdaniami, nie byłaby czymś sztucznym? W rezultacie bohaterem Skina jest Martin Atchinson, cierpiący na fokomelię (wada rozwojowa kończyn, doskonale widoczna na okładce) młody chłopak, który nienawidzi wszystkich i wszystkiego, a kiedy otrzymuje współczucie lub kawałek szczęścia, potrafi to tylko skopać. Faktycznie, to nie bajka o "młodym Talidomidzie z Hampstead, który jest szykanowany w szkole, pisze przepiękne wiersze o swojej trudnej sytuacji i ostatecznie zwycięża ze swoim kalectwem, odnawiając naszą wiarę w niezłomną naturę człowieka". Autorzy nie pozwoliliby sobie na taki banał. Co prawda pod koniec komiksu Martin zdobywa normalne ręce (bez obaw, nie jest to żaden spoiler, choć tak właśnie wygląda) i w pewien sposób pokonuje swą ułomność, ale na pewno nie w taki, jak podejrzewacie. Głównego bohatera ciężko polubić i zrozumieć, a mimo to czytelnikowi jest go żal - to dopiero utrudnia odbiór Skina. I urealnia całą sprawę, bo przecież nie każdy kaleka jest inteligentnym i wrażliwym poetą.


Na stronie Ziniola tłumacz historii, Dominik Szcześniak (dobra i pewnie trudna robota, miejscami porównywałem polską wersję ze swoimi skanami i jestem zadowolony z przekładu - kolejna rzecz, dla której warto zainwestować w ten komiks) stwierdza, że Skin "chwyta za jaja i wykręca je". To prawda. Milligan i McCarthy nie silą się na kwieciste opisy i skomplikowane metafory, ich opowieść jest dosadna i subtelna jak kopniak w splot słoneczny. Nie ma złożonej fabuły, zaskakujących zwrotów akcji i pięknej powłoki, to żywe mięso pozbawione skóry. Historia sprowadzona do czynników pierwszych i opowiedziana w najprostszy i najbrutalniejszy sposób. Co by o niej nie mówić - robi wrażenie.

Ilustracje McCarthy'ego są żywe, bardzo malarskie i krzyczące jak opowieść, którą obrazują. W przypadku dobrych komiksów chyba za często stwierdzam, że rysunki idealnie pasują do treści, więc tym razem tego nie napiszę. I tak wiecie, co mam na myśli.


Zakup Skina polecam z kilku powodów. Po pierwsze: pokażmy wydawcy, że warto sprowadzać komiksy Milligana do Polski. Bo naprawdę warto. Po drugie: jest to dobrze przetłumaczony klasyk, który należy znać, kuszący samą krążącą wokół niego kontrowersją. Każdy powinien przekonać się, czy komiks ten oferuje coś więcej niż samą aurę zakazanej opowieści, oraz na ile Skin potrafi go zszokować. A potrafi, co jest trzecim powodem, dla którego wręcz należy mieć go na półce. Nie jest to dzieło genialne, czytałem wiele lepszych scenariuszy Milligana, ale nie da się zaprzeczyć: ten album szokuje. Może nie tak bardzo samymi perypetiami Martina, ale tematyką, którą odważył się poruszyć. To chyba jedyna wada Skina: nastawiłem się na wstrząs wywołany przez scenariusz, ale dużo bardziej przerażające są fakty dotyczące Talidomidu (ze wstępu: "Niemowlaki natomiast rodziły się bez oczu i uszu, czasami bez mózgu, z pozbawionymi członków korpusami, bez części twarzy, z zamknięciem odbytu czy też z katastrofalnymi deformacjami wewnątrz organizmu"). W obliczu tego, czego dowiadujemy się przed rozpoczęciem lektury, sam scenariusz nie jest już aż tak straszny.

Prawda szokuje bardziej niż fikcja, ale to dzięki fikcyjnej historii zaprezentowanej w komiksie ludzie mają okazję ujrzeć okropne fakty oraz rażącą niesprawiedliwość. I za to Skinowi chwała, chociaż swoim istnieniem raczej nie sprawi czytelnikowi przyjemności.

niedziela, 11 października 2009

Doom Patrol: Crawling From The Wreckage [Grant Morrison & Richard Case] [recenzja]

Brak komentarzy:

Pamiętasz, jak wszystkie inne dzieciaki uznawały Batmana i Supermana za wzory do naśladowania? Cóż, jeśli ty mogłeś identyfikować się jedynie z ludzkim mózgiem w metalowym ciele lub z gościem owiniętym bandażami, i jeśli wyrosłeś na dziwaka, witamy w domu. Jesteś wśród przyjaciół.
Grant Morrison

Dziwny, dziwniejszy, najdziwniejszy... gdybym miał opisać Doom Patrol Morrisona jednym słowem, potrzebowałbym przymiotnika znajdującego się o kilka stopni wyżej niż "najdziwniejszy". Mówiąc najprościej, Crawling From The Wreckage jest wszystkim tym, czego nie spodziewasz się po komiksie, w którym występują takie postacie jak ludzki mózg w ciele robota lub mała dziewczynka o małpiej twarzy. Osoba, która nie zbada gruntu przed sięgnięciem po tę historię, będzie nieźle zaskoczona, ponieważ Doom Patrol zdaje się krzyczeć z każdej strony (choćby z okładki), że mamy do czynienia z banalną rzeczą z serii "superbohaterowie z supermocami leją superłotrów z supermocami". Grant Morrison zburzył te ramy i postawił w ich miejsce coś zupełnie niespotykanego, świeżego nawet dziś, ponad dwie dekady po ukazywaniu się zeszytów tej serii na amerykańskim rynku.


Wspomagany głównie przez ilustracje Richarda Case'a (naturalnie warstwa graficzna zestarzała się i to bardzo, ale nie aż tak, jak choćby pierwsze odcinki Hellblazera czy Animal Mana, również pisane przez Granta; rysunki Case'a da się zdzierżyć, nie jest tak źle), szalony Morrison stworzył chory i surrealistyczny świat, z chorymi głównymi bohaterami. Nie dziwię się dzieciakom, które wolały bawić się w Batmana i Supermana, odstawiając grupę Doom Patrol do lamusa. Jej członkowie nie są kimś, kogo chce się udawać i kogo się podziwia. To banda godnych pożałowania, dysfunkcjonalnych istot, które ratują świat przed równie niedorzecznymi problemami. Gdzie im tam do umięśnionego, prawego i paradującego w wyprasowanym kostiumie Supermana.

Doom Patrol tworzą: Niles Caulder, przywódca grupy, kaleka jeżdżący na wózku inwalidzkim; Robotman, czyli ocalony z wypadku ludzki mózg znajdujący się w ciele robota; Crazy Jane, schizofreniczka mająca 64 znane osobowości; Rebis, będąca/będący połączeniem kobiety, mężczyzny oraz istoty znanej jako Negative Spirit; Dorothy Spinner, dziewczynka o niezbyt wyjściowej twarzy i zdolności ożywiania wyobrażonych przyjaciół oraz Joshua, jedyny typowy (ale czy na pewno?) superbohater, który nie chce jednak korzystać ze swych mocy, woląc wspomagać Doom Patrol wyłącznie wiedzą medyczną. Członkowie Doom Patrol są dziwni, nietypowi i niezbyt dobrze radzą sobie sami z sobą, a przecież muszą dodatkowo walczyć z równie niekonwencjonalnymi przeciwnikami. Grant Morrison zaadaptował kilka postaci ze starszych wersji komiksu, dołożył parę swoich i przedstawił całość w taki sposób, że po lekturze czułem się jak pewien duchowny, który w Crawling From The Wreckage został zmiażdżony spadającą z nieba lodówką.


Wystarczy kilka stron, aby przekonać się, że w świecie Morrisona rządzi abstrakcja i brak jakichkolwiek reguł. W omawianym TPB Doom Patrol musi zmierzyć się między innymi z inwazją Orqwith, miasta stworzonego przez grupę filozofów, którzy zapisali jego historię w pewnej książce, powołując je do życia oraz sprawiając, że ten inny świat przenika do naszego. Orqwith jest broniony przez Scissormen, istoty będące odpowiednikami inkwizycji i wycinające znaną nam rzeczywistość. Dalej mamy dziwacznego kolekcjonera motyli, Red Jacka, który uważa się za Boga, żywi bólem więzionych przez niego stworzeń, a raz na sto lat odwiedza nasz świat - czasem w celu mordowania prostytutek z Whitechapel, czasem w celu wzięcia ślubu. W odcinku podsumowującym Crawling From The Wreckage, wytwory wyobraźni Dorothy postanawiają wziąć odwet za to, że zostali przez nią zamordowani wyobrażonym pistoletem. A ponoć dalej jest jeszcze ciekawiej...

Zamiast pisać, że polecam, powiem tak: gdybym oceniał omawiane przez siebie komiksy, dałbym temu TBP 10/10, no, w najgorszym wypadku 9. Kupujcie bez dyskusji, chyba, że przedstawiony poziom abstrakcji przekracza Wasze normy. Ja jestem usatysfakcjonowany.

sobota, 10 października 2009

Millennium Fever [Nick Abadzis & Duncan Fegredo] [vertigo]

Brak komentarzy:

Głównym bohaterem czteroczęściowej miniserii Millennium Fever jest Jerome, nieśmiały i niezbyt pewny siebie siedemnastolatek. Przejmuje się między innymi problemami swoich rodziców, ale głównie tym, że (nawiązując do klasyka) nie poruchał w tym odcinku, ani w żadnym innym, podczas gdy jego najbliżsi znajomi co chwilę przechwalają się swoimi podbojami. Ciężka sprawa. Jerome ma za to pewien dar: czuje słowa jak nikt inny, słyszy je jakby były muzyką i potrafi to wykorzystać, chociaż niekoniecznie w rozmowach z dziewczynami. Akurat to nie jest jego najmocniejszą stroną. Pewnego dnia trafia jednak na ogłoszenie w gazecie, mówiące "Boy wanted by girl" i, niewiele myśląc, odpisuje. Jego pismo przypomina kształty, jakie tworzyłaby muzyka, gdyby była widoczna dla oka - dar Jerome'a. Ku jego zaskoczeniu, dostaje odpowiedź. Tak rozpoczyna się korespondencja, podczas której okazuje się, że Maiya - autorka ogłoszenia - jest właściwie bratnią duszą głównego bohatera, kimś, kto myśli i czuje to samo co on. Po pewnym czasie dochodzi do spotkania. Jerome nie ukrywa zaskoczenia, kiedy widzi, że Maiya nie tylko dobrze pisze listy, ale też dobrze wygląda, dobrze się z nią rozmawia i jest tak idealna, że aż czuje się, że coś tu musi nie grać. A ponieważ Millenium Fever to miniseria z Vertigo, wiadomo, że będzie dziwnie.

Podczas pierwszego zbliżenia dzieją się osobliwe rzeczy, jedynie zasygnalizowane czytelnikowi. Następnego dnia Jerome pamięta tylko to, że było mu dobrze, ale wszelkie szczegóły zniknęły z jego głowy. Zaczyna mieć koszmary. Nie zważając na swoje problemy, spotyka się z Maiyą ponownie, ponownie dobrze się bawią i tym razem pamięta wszystko, niestety poranek i przebudzenie u jej boku nie będzie dla niego zbyt szczęśliwy (podejrzewam, że niewiele osób cieszyłoby się na jego miejscu). Potem jest już z górki...

Tak mniej więcej wygląda fabuła Millennium Fever - zapewniam, że nie zdradziłem zbyt wielu detali i nikomu nie zepsuję zabawy. Miniseria jest bardzo dobra, opowieść Nicka Abadzisa wciąga, trzyma w napięciu i zaskakuje. Poznałem tego scenarzystę dzięki kwartalnikowi Ziniol, potem przeczytałem jego Łajkę (o której pewnie kiedyś napiszę), ale póki co te cztery narysowane przez Duncana Fegredo zeszyty to najlepsza rzecz Abadzisa, jaką znam (fakt, że nie posiadam zbyt wielu jego komiksów). Idealnie wpisuje się w ulubiony przeze mnie klimat Vertigo: jest dziwnie, mrocznie i strasznie, z porządną narracją i znakomicie poprowadzoną fabułą. Kawał dobrej roboty, bez dwóch zdań.

Duncanem Fegredo zachwycałem się już pisząc o Enigmie, teraz mogę powtórzyć każde słowo z tamtego tekstu. Mistrzowski ilustrator znów trafił na świetnego kolorystę (Nathan Eyring), oprawa graficzna wygląda więc niesamowicie. To właśnie dzięki niej sięgnąłem po Millennium Fever, nazwisko scenarzysty nie miało w tym przypadku aż takiego znaczenia, co nie znaczy, że rysunki uratowały ten komiks - wcale nie musiały tego robić. Jest inaczej niż w Enigmie - kolory są bardziej żywe i tworzą odmienną atmosferę. Opowieść naprawdę cieszy oczy.

Millennium Fever oczywiście polecam, co po przeczytaniu powyższych akapitów nikogo nie powinno dziwić.

czwartek, 8 października 2009

Możemy zostać przyjaciółmi [Mawil] [recenzja]

Brak komentarzy:

Komiks Możemy zostać przyjaciółmi przeczytałem jakoś w marcu, niedawno przeglądnąłem kilka poświęconych mu tekstów i będzie mi ciężko dodać coś odkrywczego. Sam tekst z tyłu okładki (rzecz "przywołująca wspomnienia pierwszych miłosnych porażek, które każdy kiedyś przeżył") właściwie wyczerpuje temat. Mawil opowiada tu o czymś, co mniej lub bardziej znają wszyscy, czyli o niepowodzeniach związanych z zainteresowaniem płcią przeciwną, dawniej strasznie ważnych i - z perspektywy gnojka - bolesnych, które po czasie stają się błahe i śmieszne. Nie wierzę, że ktoś nie zna tego z autopsji, więc trudno nie odnaleźć w tym komiksie cząstki samego siebie. Można uśmiechnąć się na myśl o własnych klęskach i zawodach, co kilka stron kiwając głową: "Tak, skąd ja to znam?".

Możemy zostać przyjaciółmi to bardzo lekkostrawna i luźna historia, która mimo swojej tematyki (czy ktoś może opowiedzieć nam coś interesującego o tym, co sami przeżyliśmy i doskonale znamy?) potrafi zaciekawić i sprawić przyjemność. Płynna narracja i swobodna kreska tworzą fajny klimat, zaś wydarzenia są swojskie tym bardziej, że opowieść rozgrywa się u naszych zachodnich sąsiadów; wątki takie jak wycieczki wzdłuż Bałtyku, chociaż nie odbywające się w Polsce, mimo wszystko kojarzą się (przynajmniej mi) z własnymi przeżyciami za czasów gówniarskich wakacji.

Komiks, będący pracą dyplomową Mawila obronioną z wyróżnieniem w 2002 roku, to autobiografia autora opowiadająca w ciekawy sposób także o każdym z nas. To główny plus Możemy zostać przyjaciółmi - historii nie będącej kamieniem milowym, ale dobrą rzeczą, mimo swojej lekkości nasyconą sporą ilością treści, z zapadającymi w pamięć scenami (najbardziej utkwiła mi w głowie ta odbywająca się w namiocie). Fajna, zabawna rzecz - zarówno o scenarzyście jak i o czytelnikach (mniej o czytelniczkach).

środa, 7 października 2009

Ghost Rider 2099 [Len Kaminski, Chris Bachalo, Kyle Hotz, Ashley Wood] [recenzja]

3 komentarze:

Czy to ja się zestarzałem, czy ten komiks rzeczywiście zaczyna się bardzo dobrze, a potem leci na pysk?

Pierwszy raz zetknąłem się z Ghost Riderem 2099 dzięki wydawnictwu TM-Semic, w komiksie Mega Marvel 4/96. Założę się, że prawie każdy z Was zna tę postać z dokładnie tego samego źródła. Październik 1996 roku, miałem więc dziesięć lat i, co tu dużo mówić, historia Lena Kaminskiego zrobiła na mnie spore wrażenie. Z perspektywy czasu nadal uważam ten komiks za dobry; może nie jest to klasyk na miarę innych pozycji zaprezentowanych we wspomnianym wyżej kwartalniku, jak choćby Weapon X czy Daredevil Franka Millera, ale na pewno bardzo solidna robota. Niezwykle interesujący główny bohater, Ghost Rider przyszłości, był bezczelnym buntownikiem, nie szanował władzy, mógł bez większych problemów rozpieprzyć pół miasta, kamuflował się jak Predator i miał świetne cięte riposty. Poza tym, jeśli już mowa o cięciach, obciął Jeterowi ręce i nogi, co było chyba najbrutalniejszą komiksową sceną, jaką wtedy widziałem. Rysunki Chrisa Bachalo uważałem i nadal uważam za świetne. Co do odbioru całości, przypominam ponownie, że miałem dziesięć lat...

Jakiś czas temu przeczytałem ciąg dalszy, do samego końca, czyli do #25 zeszytu. I zepsułem sobie całe wrażenie. Kolejni ilustratorzy nie spełnili moich oczekiwań, scenariusz zawiódł jeszcze bardziej i tak się zastanawiam, czy ta opowieść była kiepska od samego początku, a okres pomiędzy 1996 a 2009 rokiem zrobił swoje w kwestii mojego odbioru scenarusza, czy może pierwsze odcinki naprawdę dawały radę, a potem zaczęło się psuć.


Wątki następujące po tym, co opublikowało TM-Semic, to niby kontynuacja sprawdzonej formuły: Ghost Rider nadal rozwala, ma prawie wszystkich w dupie i poza siłą ognia, oferuje też cięty język, ale jakoś przestało to do mnie przemawiać. Nie interesuje mnie już walka głównego bohatera z systemem, a po usunięciu tej otoczki zostaje samo mordobicie. Jeśli okładanie się po mordach jest dobrze zrealizowane, to mówię "Czemu nie? Od czasu do czasu jak najbardziej", w końcu nie ma niczego złego w umiarkowanych dawkach prostej i niezbyt wymagającej rozrywki. Warunek jest tylko jeden: opowieść, nawet polegająca na ciągłej nawalance, musi być przedstawiona w interesujący sposób. A Ghost Rider 2099 zwyczajnie mnie znudził. Szkoda, bo liczyłem na kontynuację dobrej historii, a zamiast tego zacząłem krzywo patrzeć na komiks, który lubiłem w dzieciństwie. Jestem bardzo ciekaw, jak inni odebrali swego czasu Mega Marvela 4/96, zwłaszcza Ci, którzy nie byli wtedy dziesięciolatkami. W końcu wiek odbiorcy całkowicie przekształca punkt widzenia.

stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...