Metody Marnowania Czasu

niedziela, 23 kwietnia 2017

Krew Na Boisku: Alchemist's Guild, mecze #2, #3 i #4

Brak komentarzy:
Piątek i sobota to trzy mecze: z Grabarzami, Rzeźnikami oraz Inżynierami. Do tej pory nie grałem jedynie przeciwko Mortician's Guild, ale Alchemikami z każdą z tych drużyn skonfrontowałem się po raz pierwszy.

Tym razem relacja na szybko, po kilka zdań, bo za dużo rozgrywek w krótkim czasie, piwo, poza tym jakoś tak wyszło, że nie robiliśmy zdjęć, a pamięć krótka. Następnym razem postaram się znowu opisać partie dokładniej.

Mortician's Guild

Bałem się tej gildii. To dziwni zawodnicy, z kontrolującym przeciwników Obulusem na czele, do tego Dirge, Bonesaw, Ghast, Silence i duet Brainpan-Memory. Tak jak się spodziewałem, było ciężko. Po wykopaniu piłki dostałem ją tylko raz, niestety kapitan Grabarzy kazał Vitriol kopnąć ją zdaje się do Bonesawa. Przeszkadzałem drużynie przeciwnej w strzeleniu gola, jednak jedyne, co sam byłem w stanie zrobić, to zdobycie 5 punktów na take-outach (tym razem Veteran Katalyst ani razu nie wybuchnął, nawet nie miał okazji). Jako że Alchemikami gram dosyć szybko, drugi gracz zużył swoje 45 minut o wiele wcześniej ode mnie. Zdecydowaliśmy się przerwać, żeby zobaczyć, co zrobią Rzeźnicy.

Butcher's Guild

Kolejna gildia, której się obawiałem, spodziewając się solidnych batów od Fillet. Nieoczekiwanie wyszło zupełnie inaczej: pierwsza runda to głównie podchody i ustawianie się; znowu wykopywałem, piłka trafiła do kapitan Rzeźników. Midas powyciągał paru moich zawodników dzięki Lure of Gold, Harry podpalił dwóch Rzeźników, poza tym nic. W drugiej rundzie Vitriol odebrała piłkę Fillet i strzeliła bramkę (mój błąd, że nie spodziewając się za dużo kopania, a raczej wyłącznie mordobicia, odszedłem za daleko Compundem). Piłka trafiła z powrotem do Fillet, która... strzeliła bramkę, piłkę odebrał Midas i, nie zgadniecie, strzelił bramkę. Potem piłkę odebrał Shank i chwilę później było już 8:8. Na szczęście na początku trzeciej rundy Veteran Katalyst wysadził się w powietrze po wdeptaniu w glebę Tenderisera.

Engineer's Guild

Znowu miałem problem z graniem piłką. Velocity wbiła mi szybkiego gola (wszedł Snap Shot! dzięki podaniu od Ballisty), po czym prawie udało mi się strzelić Midasem, który odebrał piłkę od Vitriol i zrobił darmowego Dodge'a na 4''. Niestety zapomniałem o jego Unpredictable Movement i zaczęła się bezsensowna przepychanka pod bramką Inżynierów. W końcu nie udało mi się strzelić. Dalszy przebieg meczu był dla mnie dość zaskakujący: kiedy mój przeciwnik zużył już swoje 45 minut, ja nadal miałem ich bodajże 17. Po każdej swojej aktywacji dawał mi punkt. Przerwaliśmy rozgrywkę, kiedy wygrywałem 7:5 (niestety bez żadnego samodzielnie zdobytego punktu) i było wiadomo, że w ciągu pięciu najbliższych aktywacji Engineer's Guild (z Locusem trzymającym piłkę po tym, jak zrobił już swoją turę) nie ma szans dobić do 12.

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję. 

tekst: Michał Misztal

niedziela, 16 kwietnia 2017

Recenzja: Zombie in my Pocket

Brak komentarzy:
Lubię małe i proste gry, oczywiście jeżeli pod płaszczykiem prostoty kryją się ciekawe zasady oraz interesujące decyzje, jakie można podejmować w trakcie rozgrywki. Z kolei planszówki z etykietką print & play to dla mnie całkowicie niezbadany grunt, który wygląda na interesujący, a na dodatek oferujący sporo właśnie takich niewielkich tytułów. Są jeszcze gry dla jednego gracza: o ile w duże kooperacyjne planszówki takie jak Legendary czy Robinson jestem w stanie grać bez towarzystwa, pozycje mniejsze (jak choćby Onirim) nie są w moim odczuciu wystarczająco satysfakcjonujące. I teraz na scenę wchodzi gra Zombie in my Pocket, teoretycznie będąca dokładnie tym, czego szukam. To mała i prosta planszówka z etykietką print & play, przeznaczona dla jednej osoby. Brzmi świetnie!

Co prawda nie drążyłem tematu szczególnie intensywnie, ale tam, gdzie zaglądałem, szukając dobrych tytułów do samodzielnego wydruku, prawie za każdym razem polecane były dwa: Micropul oraz właśnie Zombie in my Pocket. Ten pierwszy już mam, nadeszła więc kolej na żywe trupy. Wydrukowanie całości (9 kart, 16 obszarów oraz instrukcja) wyniosło mnie 14zł. Jeśli taka kwota jest w stanie zapewnić mi dobrą rozrywkę, jestem za. Niech płoną pudła za ponad trzy stówy, muszę pozbyć się zombiaków.

W grze musimy odnaleźć znajdującą się w domu świątynię i zabrać z niej totem zombie(?). Następnie należy wynieść go na zewnątrz i zakopać na cmentarzu. Naszymi przeciwnikami są oczywiście tytułowe chodzące zwłoki (jak również kupa nietoperza), do swojej dyspozycji mamy natomiast 6 punktów życia, 1 punkt ataku i trzy godziny do północy, kiedy to zło zwycięża. Rozkład pomieszczeń oraz obszarów poza domem jest losowy: za każdym razem, kiedy chcemy przejść do nowego miejsca, ciągniemy płytkę z odpowiedniego stosu (wyróżniamy obszary wewnętrzne i zewnętrzne). Następnie ciągniemy kartę i rozpatrujemy jeden z trzech efektów, zależny od obecnej godziny. Efekty to z reguły atak pewnej liczby żywych trupów, utrata lub zyskanie punktu życia czy odnalezienie przedmiotu (w takiej sytuacji możemy zabrać kolejną kartę ze stosu i zatrzymać narysowaną na niej rzecz - prawdopodobnie jakiś rodzaj broni). Jeżeli trafimy na świątynię, ciągniemy kartę po dotarciu na jej obszar i kolejną za odszukanie totemu. Na cmentarzu postępujemy identycznie: karta po trafieniu na obszar i kolejna za pozbycie się złego artefaktu.

Jeżeli mamy pociągnąć kartę, ale na stosie nie ma żadnej, tworzymy nowy stos (za każdym razem składający się z 7 kart - dwie zawsze odrzucamy, również na początku partii) oraz notujemy upływ kolejnej godziny. Jeżeli wybija północ, przegrywamy. To samo dzieje się, jeśli stracimy wszystkie punkty życia. Walka jest równie prosta jak pozostałe zasady: od liczby napotkanych zombie odejmujemy naszą wartość ataku i tracimy punkty życia zgodne z wynikiem, o ile jest dodatni. Możemy stracić maksymalnie 4 punkty życia w jednej walce. Da się też uciekać (wtedy tracimy tylko 1 punkt życia, jednak wracamy na poprzedni obszar) oraz chować się (wtedy odrzucamy kartę ze stosu, ale zyskujemy 3 punkty życia, przy czym nasze parametry nie mają maksymalnych wartości).

"Lubię małe i proste gry"

Główny problem Zombie in my Pocket wygląda tak, że gra jest festiwalem losowości. Jednocześnie wygranie partii nie jest czymś skomplikowanym ani zapewniającym satysfakcję. Nie wymaga kombinowania, na gracza nie czekają emocjonujące wybory. Bywa, że goni nas uciekający czas albo czujemy na plecach oddech żywych trupów, ale w zasadzie każde niebezpieczeństwo można przyjąć na klatę i poradzić sobie bez większych problemów. Na dziesięć rozgrywek wygrałem osiem - mogłem wygrać dziewięć, ale w ostatniej poeksperymentowałem sobie i najpierw głównie odpoczywałem, żeby nabić swojej postaci punkty życia i dopiero potem wyruszyłem na poszukiwania totemu. Skończył mi się czas, ale gdybym grał normalnie, raczej wyszedłbym ze swoich zmagań zwycięsko. Wcześniejsza przegrana to wina tylko i wyłącznie pecha przy doborze obszarów i kart, nic, na co mógłbym w jakikolwiek sposób zareagować. Reszta wyglądała tak, że bez przerwy miałem wszystko pod kontrolą: zdobywałem przedmioty, w razie potrzeby uciekałem czy odpoczywałem, aż w pewnej chwili było już jasne, że nie ma szans na porażkę: nie mogło zabraknąć mi kart w talii ani punktów życia, a mój atak był dostatecznie wysoki, żeby radzić sobie z większością napotkanych grup zombie. Krótko mówiąc, żyć nie umierać.

Gra jest bardzo szybka (od trzech do maksymalnie ośmiu minut, przy czym ta druga skrajność liczona jest razem z czytaniem instrukcji), niemniej potrafi nieźle wynudzić. To za każdym razem ta sama gra, w której nie mamy zbyt wielkiego wpływu na to, co się dzieje. Losowe obszary, losowe karty i gdzieś w tym wszystkim główny bohater, który ma odnaleźć i zakopać totem, choć niespecjalnie go to interesuje. Zombie in my Pocket jest planszówką, która nie wywołuje niemal żadnych emocji. Po prostu sobie gramy, czasami podejmujemy jakąś decyzję (wziąć przedmiot czy nie, bo przecież upływ czasu, iść w prawo czy w lewo, walczyć czy uciekać, iść dalej czy odpocząć), ale bez wrażenia, że nasze wybory są choć trochę ważne. Tak czy inaczej wszystko rozstrzygnie los, który przecież nie za bardzo chce komplikować sprawy. Jedyną ciekawą mechanicznie rzeczą w tej grze jest wykorzystywanie kart na kilka różnych sposobów (trzy wydarzenia zależne od obecnej godziny oraz ewentualna możliwość pociągnięcia karty, by dostać przedmiot), ale to też nie jest coś powodującego, że graczom opadnie szczęka. Tak, wiem, że to miała być miniaturowa i prosta gra do noszenia w kieszeni, szkoda tylko, że nie ma w niej więcej... gry.

"Planszówki z etykietką print & play to dla mnie całkowicie niezbadany grunt"

Zastanawiam się, czemu ludzie polecający tytuły do samodzielnego wydruku w ogóle wymieniają Zombie in my Pocket. Poza łatwością przenoszenia tej planszówki z miejsca na miejsce oraz tym, że można ukończyć partię w ekspresowym tempie, gra nie ma właściwie żadnych atutów. Oczywiście ma się rozumieć, że Zombie w mojej kieszeni korzystają z uroku print & play: to jest MOJA gra. W każdym razie bardziej moja niż wspomniane wcześniej pudło za 300zł. Już wyjaśniam.

Choćby wydrukowanie planszówki print & play kosztowało niewiele, pozwala to nawiązać pewną więź ze "zdobytym" w ten sposób tytułem. Co więcej, w miarę możliwości możemy dostosować go do swoich potrzeb: wydrukować elementy planszy na papierze albo na drewnie czy pleksie, możemy nawet zrobić sobie makiety każdego z pomieszczeń, zamienić grę w małe arcydzieło. Taka planszówka będzie nam wtedy o wiele bliższa, bliższa nawet od znajdujących się gdzieś obok na półce drogich tytułów. To trochę jak z karciankami kolekcjonerskimi: sam wymyślam, co ma robić moja talia, sam ją składam, poświęcam czas, energię i pieniądze na zdobycie kart. Część znajdę w Internecie, inne dostanę dzięki wymianie z innymi graczami. Może to potrwać, ale dzięki temu będę bardziej emocjonalnie związany z taką grą niż z, powiedzmy, wyjętą z pudełka nową armią do Neuroshimy. Wiem, co piszę. Mój egzemplarz Micropula, choć sprawdziłby się wystarczająco dobrze na zwykłym papierze, został wydrukowany na HDF-ie i choć nie jest to jedna z moich ulubionych gier, nie sądzę, bym w najbliższym czasie zechciał się jej pozbyć.

Magia print & play działa, tyle że nawet ona nie zrobi z przeciętnej do bólu planszówki czegoś dobrego. Przykro mi, Zombie in my Pocket.

"Są jeszcze gry dla jednego gracza"

Losowość, brak większych emocji w czasie rozgrywki, za niski poziom trudności. Gra jest szybka i zajmuje niewiele miejsca, ma łatwe do przyswojenia zasady i działa. Jeśli nie macie zbyt wysokich wymagań, lubicie grać sami, szukacie związanej z zombiakami rozrywki na kilka minut, spróbujcie. Tylko uważajcie, bo z tą "rozrywką" może być różnie. Po dziesięciu partiach mam dosyć. Właściwie mógłbym napisać taką samą recenzję już po pięciu; testowałem Zombie in my Pocket wyłącznie z poczucia obowiązku i niemalże w bólach.

Na koniec mały raport z mojej najszybszej rozgrywki w omawiany tytuł, w czasie której szczęście wyjątkowo się do mnie uśmiechało:

Zaczynam w Foyer. W drugim ruchu od razu dobieram płytkę Evil Temple i ciągnę kartę: nic. Szukam totemu, czyli ciągnę drugą kartę: przedmiot. Dobieram dającą mi +2 do ataku maczetę. Kolejna płytka to Dining Room, jedyny obszar, z którego da się wydostać na zewnątrz. Ciągnę kartę: przedmiot. Dobieram piłę łańcuchową (+3 do ataku, ale bez dodatkowego paliwa można użyć jej tylko dwa razy). Wychodzę na Patio (domyślny obszar po wyjściu z Dining Room), dobieram kartę: nic. Następny wylosowany obszar to Graveyard. Dobieram kartę: dostaję +1 do punktów życia. Dobieram kolejną w ramach zakopywania totemu (w międzyczasie godzina z dziewiątej wieczorem przeskakuje na dziesiątą) i losuję cztery zombiaki, które bez uszczerbku na zdrowiu załatwiam piłą łańcuchową. Koniec gry. Ziewam i przechodzę do jednej z nieskończenie wielu ciekawszych czynności: zaczynam gapić się w sufit.

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję. 

tekst i "zdjęcie": Michał Misztal

sobota, 15 kwietnia 2017

Krew Na Boisku: Mason's Guild, mecz #11

Brak komentarzy:
Wciąż próbuję namówić marudę Guślarza do grania w moją nową, prawie-jedynie-słuszną grę. Alchemicy wyjechali tutaj i czekają na pomalowanie, musiałem więc wrócić do Kamieniarzy, od których rozpocząłem swoją piłkarską "karierę". Guślarz grał Piwowarami, czyli po prostu obaj wykorzystaliśmy zawodników z Kick Offa!.

Muszę powiedzieć, że członkowie Brewer's Guild (a wcześniej grałem przeciwko nim trzy razy) za każdym razem niesamowicie mnie wkurwiali. Nieustanne nokautowanie i spowalnianie moich dzielnych gladiatorów czy wypychanie ich poza boisko, uwalanie moich planów bez wielkiego wysiłku (a przynajmniej tak to wyglądało) - udręka. Nie znaczy to jednak, że nie chcę widzieć ich na murawie. Chcę, bo jak inaczej mam nauczyć się z nimi wygrywać?

Guślarz, Brewer's Guild: Tapper, Scum, Friday, Hooper, Spigot, Stave

Ja, Mason's Guild: Honour, Marbles, Brick, Flint, Harmony, Mallet

Przebieg meczu

Honour wykopała piłkę w kierunku Stave'a. Piwowarzy postanowili ścieśnić się całą szóstką na swojej połowie boiska, ze Spigotem schowanym za resztą i pilnującym piłki. W pierwszej rundzie jedyne, co udało mi się zrobić, to nazbierać trochę Momentum dzięki Honour kilkukrotnie klepiącej Tappera i oczywiście dostającej w ramach odwetu nokaut od kapitana piwowarów, trochę obrażeń i truciznę od Friday. Reszta mojej drużyny tylko wysunęła się bliżej przeciwników, z Harmony trzymającą się blisko siostry i Flintem nastawionym na to, że prędzej czy później może uda mu się dopchać do piłki. Oczywiście było jeszcze kilka nokautów, ktoś dostał z beczki od Stave'a, jednak w drugiej rundzie Honour zaatakowała Hoopera, dzięki czemu zbliżyła się do Spigota (przy okazji dostając Momentum) i odebrała mu piłkę, po czym natychmiast podała ją do Harmony. Harmony zrobiła Dodge na 4'' i rozpoczęła swoją aktywację. Dodge na 2'', Sprint na 8'', omijając zbitych w kupę Piwowarów, strzał na bramkę i gol. Wykopana piłka wróciła do Spigota, znowu nokauty (Honour, Harmony, zdaje się, że Flint z beczki) - wiedziałem, że w trzeciej rundzie nie ma sensu dawać wpływu siostrom, bo i tak bardzo szybko zejdą, a raczej zostaną zniesione z boiska. Nawet nie zaczynałem, ale wszystko ma swoje plusy: dostałem Momentum, dzięki któremu Flint zrzucił nokaut, wbił się pomiędzy Hoopera i Spigota, odebrał piłkę, zrobił Dodge na 4'' i strzelił bramkę. Tak jak podejrzewałem, punkty życia Honour i Harmony zostały zredukowane do zera. Pod koniec Mallet zdołał odebrać piłkę i podać ją do Marbles. Małpa uciekła w kierunku mojej bramki, docelowo żeby zostawić później piłkę którejś z sióstr. Okazało się, że Guślarz ma do końca swojego czasu 4 minuty, a ja kilkanaście, więc czego by nie zrobił, i tak skończyłoby się na tym, że jego zdobyte na Take-Outach punkty powędrowałyby do mnie, więc przerwaliśmy grę.

Podsumowanie

Grało mi się całkiem nieźle, pierwszy raz wygrałem przeciwko Brewer's Guild, więc powody do radości są. Wydaje mi się, że gdyby Piwowarzy nie stali przez cały mecz tak blisko swojej bramki, w dodatku całą szóstką (w pewnej chwili odbiegł od nich jedynie Tapper, by naklepać Harmony, no i pod sam koniec Scum, by zaangażować Flinta), byłoby o wiele trudniej. Mimo to nawet w takim układzie kończyłem każdą rundę z prawie wszystkimi zawodnikami leżącymi na boisku, więc też nie mogę stwierdzić, że nie musiałem kombinować ani grać naokoło nieuniknionych nokautów. Gdyby tylko drużyna przeciwna próbowała strzelać bramki albo chociaż opuścić z piłką swoją część murawy...

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję. 

tekst i "zdjęcie": Michał Misztal
stat4u