Metody Marnowania Czasu: września 2009

wtorek, 29 września 2009

Enigma [Peter Milligan & Duncan Fegredo] [recenzja]

1 komentarz:

Są komiksy, o których zwyczajnie boję się pisać. Wspominałem o tym przy okazji From Hell - historia Moore'a pozostawiała czytelnika bez jakiegokolwiek pola do popisu, nie dając mu możliwości wypowiedzenia się w interesujący sposób. Enigma Petera Milligana i Duncana Fegredo działa w odwrotny sposób - uwielbiam ten komiks tak bardzo, że mogę pisać o nim w kółko, a raczej bełkotać, wyrzucając z siebie nieskładne zdania mające być pochwałami. Nie chciałem pisać o tej ośmioczęściowej miniserii, ale w końcu otrzymałem paczkę z Enigmą oraz kompletem odcinków The Extremist (obie opowieści przeczytałem o wiele wcześniej - w połowie dzięki zebranym zeszytom, w połowie dzięki skanom) i stwierdziłem "Kiedyś przecież muszę to zrobić". Poza tym co jakiś czas wychwalam scenariusze Milligana, a okazuje się, że napisałem tu tylko o The Eaters oraz początkach Greek Street. Pora zabrać się za jego twórczość z większym zapałem, zaczynając od jego najlepszego, a w najgorszym wypadku jednego z najlepszych dzieł. We wstępie Grant Morrison słusznie zauważył, że żaden wstęp nie skłoni czytelnika do przeczytania/kupienia danego komiksu, ale kto wie, może ten tekst sprawi, że ktoś jednak sięgnie po Enigmę. Bardzo bym się z tego powodu cieszył.

Głównym bohaterem opowieści jest dwudziestokilkuletni Michael Smith, gość tak pospolity jak jego nazwisko. Michael żyje w świecie rutyny - we wtorki kocha się ze swoją dziewczyną, w sobotę odwiedza z nią kluby, a kiedy indziej robi inne rzeczy przypisane do danego dnia. Dodatkowym elementem szarej codzienności jest praca w charakterze osoby naprawiającej telefony. Trudno się dziwić, że Michael jest zrezygnowany i nie widzi w tym wszystkim sensu. Niezadowolenie z życia, pracy i związku sięga zenitu, jednak w pewnym momencie następuje impuls zachęcający go do zmiany. W okolicy pojawia się The Head, potwór zjadający ludzkie mózgi, tylko pozornie będący kiepskim i sztampowym pomysłem scenarzysty (a to nie jedyna tego typu postać znajdująca się na kartach tej opowieści). Michael przypomina sobie, że przecież w dzieciństwie czytał Enigmę, jego ulubiony komiks, w którym występował tajemniczy pożeracz mózgów. Żeby było śmieszniej, pozostali bohaterowie tamtej historii również pojawiają się w prawdziwym życiu, łącznie z tytułowym, najdziwniejszym i najbardziej zagadkowym. Michael postanawia zerwać ze swoimi dotychczasowymi przyzwyczajeniami oraz rozstać się z kobietą, z którą przecież wcale nie było mu dobrze, i odnaleźć Titusa Birda, autora komiksu. Może będzie wiedział, dlaczego wymyśleni przez niego bohaterowie ożyli?


Tak zaczyna się podróż, którą można nazwać odyseją Michaela Smitha, a jej celem jest odnalezienie swojego prawdziwego - i bardzo zaskakującego - ja. Nie jestem pierwszym, który wspomina o tym, że Milligan uwielbia temat tożsamości, zresztą dla każdego, kto zna jego komiksy, jest to oczywista oczywistość. Scenariusz Enigmy miażdży pod każdym względem, tworzy genialny nastrój, w niezwykle wiarygodny sposób konstruuje skomplikowaną psychikę Michaela i zaskakuje niemal bez przerwy, aż do ostatniej strony, na której dowiadujemy się, kim jest opowiadający całość wszechwiedzący narrator. Finał daje też do zrozumienia, co jest tu najważniejsze - wcale nie kulminacyjne starcie, które... a tego już dowiecie się pod koniec lektury. Rozwiązanie konfliktu zadziwia nie mniej niż odkrycie kart przez narratora.

Duncan Fegredo, a raczej DUNCAN FEGREDO. Nawet gdyby scenariusz był słaby, Enigmę mogłaby obronić sama oprawa graficzna. Mroczna, nastrojowa, początkowo bardzo niedbała kreska zmienia się i klaruje w miarę odkrywania przez Michaela Smitha swojej prawdziwej natury. Można było przeczytać o tym dużo wcześniej, w numerze magazynu Kazet poświęconemu Milliganowi, ale jest to coś, co nietrudno zauważyć samemu. Dodatkowym atutem ilustracji są kolory nałożone przez Sherylin van Valkenburgh - Fegredo chyba nie mógł trafić lepiej. W efekcie czytelnik otrzymuje genialną syntezę scenariusza, ilustracji i kolorów; każdy z tych elementów rzuca na kolana, zaś połączone w całość stanowią o wiele więcej niż tylko sumę części składowych.


Bałem się pisać o Enigmie, bo chyba żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, jak bardzo uwielbiam ten komiks oraz jakie wywarł na mnie wrażenie. Nie będąc znawcą stwierdzam, że ze wszystkich przeczytanych przeze mnie historii obrazkowych dzieło Milligana i Fegredo przegrywa chyba tylko z Watchmen, ale z drugiej strony ciężko porównywać te, różniące się prawie wszystkim, opowieści. Jeśli już czytałeś, być może potwierdzisz moje słowa, a jeśli nie... gdyby moja recenzja nie zachęcała do sięgnięcia po Enigmę wystarczająco mocno, mam małą prośbę: zdobądź ten komiks mimo wszystko, a jestem prawie pewny, że nie pożałujesz. Dla mnie jest to horror na stałe ulokowany w czołówce nie do pobicia, niesamowity evergreen zupełnie nie starzejący się z biegiem lat.

poniedziałek, 28 września 2009

Marvels: 10th Anniversary Edition [Kurt Busiek & Alex Ross] [recenzja]

Brak komentarzy:

Patrząc na komiksy, o których piszę na tym blogu, łatwo zauważyć, że moje zainteresowania sięgają głównie w stronę opowieści obrazkowych z logiem Vertigo. Nie tylko, ale przede wszystkim. Fakt, zaniedbuję niektóre obszary tego medium, niekoniecznie przez ignorancję. Chodzi tu bardziej o brak czasu na czytanie wszystkiego, co chciałbym poznać; przecież nie samymi komiksami człowiek żyje, a poza przyjemnościami pojawiają się także nudne obowiązki. Z tego względu wiem bardzo niewiele o niektórych rzeczach, na przykład o tym, co wydaje Marvel. Jestem całkowicie zielony, zarówno jeśli chodzi o ich aktualną jak i starszą ofertę. Na Komiksofilii piszę o tym wydawnictwie po raz pierwszy - niech to poprze moje słowa. Nie jestem z tego powodu zadowolony, ale na pewno cieszę się, że wreszcie przeczytałem Marvels, świetną historię napisaną przez Kurta Busieka, a narysowaną przez Alexa Rossa. Takie rzeczy tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że powinienem znaleźć więcej czasu na ofertę Marvela.

Do Marvels podchodziłem sceptycznie. Komiks ten od razu skojarzył mi się z Kingdom Come, nie tylko za sprawą tego samego rysownika. Chodziło też o nagromadzenie bohaterów i epickość całości. Miałem złe przeczucia, bo Kingdom Come nie przypadło mi do gustu. W tej chwili nie mam tej historii w domu, ale zapamiętałem ją jako patetyczną, nudną i ciężkostrawną słabiznę z ilustracjami, które bardziej pasowałyby do obrazów, nie potrafiącymi oddać ruchu, zbyt statycznymi. Marvels podświadomie potraktowałem jako odpowiednik tamtej opowieści, tyle że z innego wydawnictwa. Mimo to zaryzykowałem i kupiłem (zachętą była spora zniżka), czego w ostatecznym rozrachunku nie żałuję. Może wrażenia wyniesione z lektury Kingdom Come byłyby teraz inne - tego nie wiem, wiem natomiast, że komiks Marvels wzbudził zupełnie inne, o wiele pozytywniejsze emocje.


Wbrew pozorom nie jest to historia o superbohaterach, którzy, owszem, pojawiają się przez wszystkie cztery części w tle, ale stanowią tylko pretekst do zaprezentowania problemów zwykłych ludzi. I tak, kiedy odbywa się niezwykle widowiskowy pojedynek Human Torcha z Namorem, Kurt Busiek kieruje naszą uwagę w stronę gapiów zastanawiających się nad tym, jak duże będą zniszczenia oraz ilu zwykłych ludzi ucierpi na poczynaniach postaci obdarzonych nadzwyczajnymi mocami. Posunięcie proste i genialne, pozwalające czytelnikowi śledzić dobrze znane i schematyczne sytuacje z zupełnie innej perspektywy. Tytułowi Marvels są tym, czym w Pikniku na skraju drogi była wizyta obcej cywilizacji, albo zombie w The Walking Dead - ważną częścią świata przedstawionego, ale jednocześnie tylko tłem pozwalającym ukazać ludzkie działania wobec zaistniałej sytuacji. Głównym bohaterem jest tu fotograf Phil Sheldon oraz jego rodzina; obserwujemy ich losy na tle przemijających lat oraz niezwykle zmiennych stanowisk ludzi wobec superbohaterów - od uwielbienia, poprzez błagalne wołanie o pomoc, aż do, występującej chyba najczęściej na kartach komiksu, skrajnej nienawiści.

Jeśli chodzi o skrytykowane przeze mnie wcześniej ilustracje Alexa Rossa, tutaj też jest inaczej niż w przypadku Kingdom Come. Praca włożona w powstanie tego komiksu, a zwłaszcza jej efekty, zwalają z nóg. Marvels to piękny album, co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Zniknęło wrażenie statyczności, pojawiło się za to uczucie opadającej szczęki. Poprzednio nie podobał mi się pomysł tego typu malarskich ilustracji w komiksie, ale tutaj wyszło znakomicie. Ross wywiązał się z powierzonego mu zadania z niesamowitym efektem, pokazując środkowy palec moim zupełnie niepotrzebnym wątpliwościom.


Osobną sprawą są materiały dodatkowe, stanowiące aż połowę 10th Anniversary Edition. Czego tu nie ma: wypowiedzi twórców, artykuły, miażdżące galerie, rozpisany scenariusz. Najbardziej zainteresowały mnie teksty ukazujące pracę Rossa oraz prezentujące liczne ukryte na kartach komiksu smaczki, z których sporej części nigdy bym nie dostrzegł, przede wszystkim przez moją nieznajomość bohaterów Marvela (na przykład domyślałem się, że Busiek puszcza do czytelnika oko, kiedy na samym końcu powstaje ostatnie zdjęcie, ale musiałem wejść na Google, żeby sprawdzić, kim jest znajdujący się na nim chłopiec). Nie wyjaśniono tam wszystkich nawiązań, ale na tyle sporo, żeby jeszcze bardziej docenić pracę scenarzysty i rysownika. A podanie numerów, w których pierwotnie miały miejsce opowiadane po raz kolejny w Marvels wydarzenia (oraz pokazanie starych ilustracji w konfrontacji z ich nową interpretacją Alexa Rossa) sprawiło, że aż odpaliłem DC++ i ściągnąłem kilka z tych starych wydań (na przykład The Amazing Spider-Man #121 i #122) w celu porównania obu wersji. Dla niezorientowanej z historią Marvela osoby, dopiero dodatki pokazują, że mamy do czynienia z przedstawieniem jej w pigułce, w dużo lepszej formie i z zupełnie innej perspektywy. To komiks, z którym definitywnie powinno się zapoznać.

piątek, 25 września 2009

The Exterminators: Insurgency [Simon Oliver & Tony Moore] [recenzja]

Brak komentarzy:
Na zły początek...
Ostatnio piszę tu niemal codziennie, wypada więc poinformować, że nastąpi dwudniowa przerwa - nie ma mnie w sobotę i w niedzielę. Nie będzie mnie też przez tydzień od przyszłej środy, ale o tym jeszcze przypomnę. Póki co...


Ostatni raz wspominałem o The Exterminators niemal 30 wpisów temu i, szczerze mówiąc, jestem trochę zdziwiony. Naprawdę nie wiem, jak mogłem napisać, że seria Olivera i Moore'a jest "tak samo dobra jak Y: The Last Man". Dowaliłem do pieca. Rzeczywiście, mój entuzjazm po przeczytaniu Bug Brothers był ogromny, ale z perspektywy czasu wygląda to tak, że komiks o przygodach ostatniego mężczyzny to pierwsza liga, natomiast The Exterminators jest jedynie przyzwoitą i nieźle wykręconą rozrywką. Na swój sposób także żałosną, co nie przeszkadzało mi wcześniej (wiedziałem, że przecież poniekąd o to właśnie chodzi), ale przy drugim TPB zaczęło trochę drażnić.

Niestety, poziom wykręcenia przekroczył mój poziom odporności na głupotę. Kaznodziei często zdarzało się balansować na granicy, ale przynajmniej w moim odczuciu albo jej nie przekraczał, albo robił to w akceptowalny sposób. Komiks The Exterminators wszedł na nieco inny poziom szaleństwa; czarny humor i mrok panujący w poprzednim tomie sprawiał, że mogłem znieść wiele i oglądać całość z dystansem, ale tutaj - przyznam, że nie wiem dlaczego - tego zabrakło, szczególnie od #9 zeszytu. Kiedy wyszło na jaw, że [spoiler] w grę może wchodzić reinkarnacja okrutnego i czczącego insekty władcy Egiptu, pomyślałem sobie "Hell no!". Spodziewałem się czegoś innego - takie rozwiązanie nie pasuje mi do historii, wygląda naiwnie i głupio nawet w porównaniu z resztą wątków. Na domiar złego, całość zakończyła się kąpielą głównych bohaterów w gównie oraz kilkoma bezsensownymi kwestiami.

Tak, rzeczywiście czegoś zabrakło - rysunki wciąż są świetne, scenariusze właściwie nie odbiegają poziomem od poprzednich, więc teoretycznie powinienem cieszyć się dalej, ale tak nie jest. Może to moje podejście uległo zmianie? Przekonam się po trzecim TPB. Póki co nie polecam już tak stanowczo jak ostatnio.

czwartek, 24 września 2009

Invincible: Eight is Enough [Robert Kirkman, Cory Walker & Ryan Ottley] [recenzja]

1 komentarz:

Eight is Enough udowadnia, że warto było zacząć czytać Invincible. Drugi TPB nie zaskakuje już tematyką tak jak Family Matters, za to z powodzeniem zmusza do uśmiechu świeżym podejściem do tematu. Pod tym względem komiks rozkłada na łopatki, będąc odpowiednikiem świetnego serialu oglądanego z piwem w ręce, przy którym można się odprężyć nie angażując zbyt wielu szarych komórek. I prawidłowo, taka rozrywka też jest jak najbardziej pożądana. A to, że opowieść nie wymaga intensywnego myślenia podczas lektury, wcale nie oznacza, że jest głupia albo skierowana do głupich odbiorców. Jeśli ktoś tak twierdzi, raczej nie czytał Invincible.

Drugi Trade zbiera zeszyty #5-#8, dając czytelnikowi kolejne kilogramy rozrywki oraz igrania ze schematami komiksu o superbohaterach. Tym razem Markus musi zastąpić zapracowanego ojca i poradzić sobie z atakiem obcego; rezultat starcia nie może nie rozbawić, założę się też, że nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. W kolejnym odcinku dowiadujemy się, co spotkało śmieci wyrzucone przez Invincible'a a premierowym zeszycie oraz obserwujemy kolejną zabawę Kirkmana superbohaterską konwencją - tym razem autor śmieje się z głupkowatego ukrywania swojej tożsamości. Oczywiście to nie jedyne ciekawe i/lub komiczne wydarzenia. Dalej nie jest już tak do końca wesoło - pewna grupa zamaskowanych obrońców ma wielkiego pecha, a końcówka Invincible #7 stanowi najciekawszy zwrot akcji w całym TPB. Finał Eight is Enough zapowiada kolejne kłopoty, pojawia się też kilka znanych postaci z uniwersum Image.

Komiks pokazuje, że Kirkman sprawdza się nie tylko w poważnych i mrocznych opowieściach. Póki co nie jestem zadowolony ze zmiany rysownika w #8 numerze, ale to samo mówiłem przy The Walking Dead, a potem okazało się, że byłem w błędzie. Mam nadzieję, że przyzwyczaję się do ilustracji Ottleya, ale mimo wszystko trochę szkoda, bo to, co robił Cory Walker naprawdę przypadło mi do gustu. Oby moja niepewność nie trwała zbyt długo.

środa, 23 września 2009

Hellblazer: The Devil You Know [Jamie Delano i inni] [recenzja]

Brak komentarzy:

Mojej przygody z Hellblazerem ciąg dalszy. Wygląda na to, że zostanę z tą serią na dłużej - drugi TPB podoba mi się bardziej niż Original Sins, głównie za sprawą pewnej historii, która nie znalazła się w regularnych zeszytach.

The Devil You Know został prawie w całości napisany przez Jamiego Delano, za to rysowników występuje dużo więcej niż ostatnio. Nie wymieniałem twórców w tytule, wszyscy znajdują się w etykietach. Do najciekawszych ilustratorów należą Mark Buckingham, obecnie rządzący w Fables, Bryan Talbot oraz znany chociażby z V for Vendetta David Lloyd. W stosunku do poprzedniego wydania zbiorczego nastąpiła znacząca poprawa warstwy wizualnej komiksu - wreszcie jest nie tylko co czytać, ale i co oglądać.


Oprócz historii z comiesięcznych wydań Hellblazera (w The Devil You Know są to numery #10-#13) znalazły się tutaj Hellblazer Annual #1 oraz The Horrorist #1 i #2. Zeszyty zamykają kilka wątków zaczętych w poprzednich dziewięciu odcinkach i są dobre, chociaż drażni mnie pojawiający się w numerze #13, z dzisiejszej perspektywy całkowicie wyświechtany patent "Niech bohaterowi przytrafi się wszystko, co najgorsze, a na ostatniej stronie okaże się, że to tylko zły sen". Mimo tego drobnego zgrzytu całość odbieram bardzo pozytywnie.

Narysowana przez Talbota historia The Bloody Saints również trzyma poziom, ale głównym punktem programu jest jednak Antarctica z The Horrorist. Lloyd świetnie zilustrował klimatyczny horror, straszący atmosferą ciągłego niepokoju bardziej niż przemocą, której wcale nie zabrakło. Rysunki są tu o wiele mniej ponure i według mnie lepsze niż w V for Vendetta, idealnie zgrywają się ze scenariuszem Jamiego Delano, co sprawia, że ostatnie 100 stron tego TPB (mniej więcej tyle zajmuje Antarctica) stanowi najlepszy kąsek. Podsumowując, The Devil You Know to godne polecenia wydanie zbiorcze, stanowiące kilka bardzo dobrych historii spuentowanych czymś jeszcze lepszym. To i tak o wiele więcej, niż zakładałem przed lekturą. Gdyby nie zabrzmiało to śmiesznie (biorąc pod uwagę datę powstania komiksów wchodzących w skład tego tomu oraz ilość jeszcze nieprzeczytanych przeze mnie Trade'ów), napisałbym, że Hellblazer cały czas się rozwija. Chciałbym już być na bieżąco...

poniedziałek, 21 września 2009

WE3 [Grant Morrison & Frank Quitely] [recenzja]

Brak komentarzy:

To już kolejny, po All-Star Superman, opisywany przeze mnie komiks duetu Grant Morrison i Frank Quitely, chociaż w tym akurat przypadku to rysownik powinien być przedstawiony jako pierwszy. WE3 nie robi takiego wrażenia jak opowiedziane na nowe dzieje Clarka Kenta, jednak mimo to jest świetną lekturą, polecaną przeze mnie z czystym sumieniem. Ma wszystko, czego potrzebuje dobra opowieść obrazkowa, a właściwie prawie wszystko. Już wyjaśniam, co mam na myśli.


Chodzi mi przede wszystkim o scenariusz, którego nie mogę nazwać jednoznacznie dobrym. Historia wciąga, jest naprawdę świetnie poprowadzona i zagrzewa miejsce w pamięci, ale z drugiej strony została oparta na niezbyt skomplikowanym pomyśle, co z jakiegoś powodu trochę mnie drażni. Poza tym nie wiem, czy gdyby narysował to ktoś o klasę gorszy od Franka Quietly'ego, nadal byłoby tak dobrze. Może po prostu się czepiam i szukam dziury w całym, w końcu po zakończeniu lektury byłem zadowolony nie tylko z ilustracji. Pozostaje jednak wrażenie, że skoro napisał to Grant Morrison, można oczekiwać troszkę więcej.

Niezależnie od powyższych narzekań, WE3 wciąga jak diabli. Eksperyment zmieniający spokojne zwierzęta domowe w niezwykle groźnych zabójców wymyka się spod kontroli, kiedy trójka podrasowanych i już-nie-tak-miłych stworzeń wydostaje się na wolność. Śmiertelne niebezpieczeństwo musi zostać zażegnane, co niestety - niestety zwłaszcza dla ludzi - oznacza prawdziwą rzeźnię. Morrison nie napisał bowiem kolejnej części Folwarku Zwierzęcego, a dynamiczny i przykuwający uwagę komiks akcji obfitujące w niesamowite i porażające sceny. Historia wzbudza zainteresowanie już od samego początku, kiedy widzimy atak zwierząt na wyznaczony im cel, jeszcze zanim wymknęły się spod kontroli. Obserwujemy nieświadomych ludzi oraz zbliżających się zabójców, a wszędzie panuje przeraźliwa cisza. Jakiekolwiek dialogi rozpoczynają się dopiero po kilkunastu stronach, onomatopeje występują w ilościach śladowych, narratora nie stwierdzono. Nie ma właściwie żadnych dźwięków, ani podczas rozmów ludzi, ani później, kiedy dochodzi do strzelaniny. Większość historii opowiadana jest za pomocą wbijających w fotel rysunków Quietly'ego, który sprawił, że przemoc robi spore wrażenie (to raczej rzadkość w czasach, kiedy jest jej pełno w komiksach, książkach, filmach i codziennych wiadomościach), a całość jest niezwykle interesująca. Początkowy moment, kiedy gość dostaje gradem kul sprawił, że szczęka opadła mi do samej podłogi - ilustracja zamieszczona niżej nie oddaje wrażenia, jakie zrobi obejrzenie jej w trakcie lektury, z kontekstem i w większym rozmiarze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo spodobał mi się pojedynczy rysunek.


Cisza występująca tam, gdzie powinno aż huczeć potęguje wrażenie bezduszności oraz bezsensu całej masakry i krwi, której leje się tu bardzo dużo. Ponadto, pomimo faktu, że przez większość opowieści ofiarami są ludzie, scenariusz skonstruowany jest w taki sposób, że czytelnikowi bardziej żal jest zwierząt. Bo to one są tu prawdziwymi ofiarami eksperymentu mającego zmniejszać liczbę zabitych żołnierzy w czasie wojen. Widząc ich cierpienie oraz to, jak zabijają nie z własnej woli, ale dlatego, że zostały w ten sposób zaprogramowane, czytelnik zżywa się z nimi bardziej niż z jakąkolwiek inną postacią. Od razu pojawia się w głowie pytanie, czy etycznie jest ratować ludzkie życia kosztem takiego traktowania zwierząt; pytanie może i proste, ale bez oczywistej odpowiedzi. Morrison skłania do zadania go sobie nienachalnie, poprzez łatwy w odbiorze komiks akcji. Właśnie dlatego miałem problem z narzekaniem na scenariusz - niby jest prosty i składający się głównie z rzezi, ale jak się jednak okazuje, gdzieś w tym wszystkim czai się drugie dno. Polecam sprawdzenie, bo nawet jeśli historia Was nie urzeknie, ilustracje po prostu muszą to zrobić.

sobota, 19 września 2009

Big Guy i Rusty Robochłopiec [Frank Miller & Geof Darrow] [recenzja]

Brak komentarzy:

Wreszcie scenariusz Millera, o którym mogę napisać coś pozytywnego. Jak dotąd nie miał na tym blogu szczęścia, omawiany przeze mnie Hard Boiled nie powalał, z kolei All-Star Batman & Robin the Boy Wonder to całkowita porażka. O Spawn/Batman nawet nie chce mi się wspominać. Teraz jest nieco inaczej, i dobrze, bo właściwie lubię scenariusze tego pana. Nie żeby Big Guy i Rusty Robochłopiec był jakąś genialną pozycją, na pewno nie, ale zawsze lubię, kiedy ludzie mają dystans do medium, w obrębie którego tworzą. Ten komiks to jeden wielki polew ze starych, absurdalnie wzniosłych komiksów oraz filmów z Godzillą. Może nie arcyzabawny, ale urzekający swoją celową naiwnością i głupotą. Pomijając Godzillę, o której nie mam zielonego pojęcia (obejrzenie jednego filmu na pewno nie zamieniło mnie w znawcę tematu) oraz "pełne patosu komiksy z lat 70.", których też się jakoś strasznie nie naczytałem, spodobało mi się tu jedno, zwłaszcza w przypadku wielkiego robota Big Guya: pamiętam jak dziś, kiedy w podstawówce, po jakiejś superbohaterskiej nawalance z TM-Semic, szliśmy rysować swoje pierwsze i jak dotąd ostatnie, żałosne komiksy, tworząc (a właściwie odtwarzając) bohaterów takich jak wielkie potwory i jeszcze większe roboty, zupełnie bez koncepcji, ale z uśmiechami na pyskach. Miller musiał mieć taki sam uśmiech i wielką frajdę, a ja przypomniałem sobie, że kiedyś sam uważałem przygody takich postaci za coś wspaniałego, zaś wielki latający robot był dla mnie szczytem kreatywności. I chyba nie tylko dla mnie - wydaje mi się, że po odkopaniu starych zeszytów niejeden czytelnik znalazłby na marginesach nieudolnie naszkicowanych braci Big Guya.


Big Guy i Rusty Robochłopiec to historia wielkiego, największego Zła, efektu nieudanego eksperymentu japońskich naukowców, które przyjęło formę ogromnego gada. Zło przemierza ulice Tokio niszcząc, mordując i zamieniając niewinnych ludzi w swoich mniejszych pobratymców. Po wysłaniu dosłownie wszystkiego, co posiada japońska armia, okazuje się, że ostatnią nadzieją będzie Rusty Robochłopiec, niewielki latający robot. Niestety, nie wszystko idzie po myśli bohatera, trzeba więc wezwać pomoc z Ameryki. I teraz zaczyna się oczekiwana zabawa, bo o ile pierwsza połowa komiksu nie jest tym, na co miałem ochotę, po nadejściu Big Guya radość z lektury była dla mnie o wiele większa. Monumentalny Big Guy jest tak dobry i uczciwy, że mógłby zostać nazwany harcerzykiem przez samego Supermana. Jak wspominałem, scenariusz nie jest mistrzostwem, ale wypowiedzi robota w połączeniu z podniosłą i przesadzoną narracją dają radę - na tyle, żeby komiks zasłużył na pochwałę.

Geof Darrow znów stanął na wysokości zadania i zadziwia przedstawianiem szczegółów, nie robi już jednak tak dużego wrażenia jak w przypadku Hard Boiled. Jego prace widzę kolejny raz, odpadł więc element zaskoczenia. Po drugie, specyfika scenariusza (miejscem akcji są głównie ulice Tokio) utemperowała różnorodność i nie dała rysownikowi zbyt wielkiego pola do popisu. I wreszcie trzecia rzecz: w odróżnieniu od Hard Boiled, ciężar całej historii nie spoczywał już na barkach Darrowa; ilustrator nie musiał ratować komiksu tworząc świetne rysunki do marnego scenariusza, przez co nie jest tutaj "gwiazdą", którą był wcześniej. Ale wolę zgraną pracę zespołową niż kiedy coś jest dobre tylko w połowie. Dodatkowo (nie zauważyłem tego jako pierwszy) niezwykle szczegółowe rysunki Darrowa w połączeniu z zamierzonym patosem oraz tandetnością opowieśći tworzą dodatkowy i bardzo ważny element komiczny.

Na końcu czeka nas kolejna ciekawa atrakcja, a właściwie jeden ze śmieszniejszych żartów w całym komiksie: fikcyjne okładki przedstawiające poprzednie przygody głównych bohaterów. Niedorzeczność przeciwników automatycznie podnosi kąciki ust - nie chcę ich opisywać, polecam sprawdzenie tego na własne oczy.


Chciałem jeszcze dodać, że naprawdę nie widzę sensu w wydawaniu tak małych objętościowo komiksów w twardej oprawie, ale... ostatecznie i mimo wszystko kupiłem polską wersję, tak jak Hard Boiled, również nie będący jakąś cegłą. Może i jestem mądry po szkodzie, ale chyba nie zrobiłbym tak po raz kolejny - raczej porównałbym ceny z wydaniami oryginalnymi i wybrał tańszą, czyli - jak podejrzewam - zagraniczną wersję, w miękkiej oprawie. Ale to już następnym razem.

piątek, 18 września 2009

Prosto z Piekła [Alan Moore & Eddie Campbell] [recenzja]

2 komentarze:
Dzisiaj nadszedł dzień, w którym postanowiłem podjąć się karkołomnego zadania skreślenia kilku zdań o komiksie Prosto z Piekła. Przeczytałem go już dawno (o ile dobrze pamiętam, pod koniec zeszłego roku), ale długo unikałem pisania na temat tego arcydzieła. Zdaję sobie sprawę, że nie przekażę tu niczego odkrywczego, zresztą nie tylko w moim przypadku wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Chyba jednym z najlepszych przymiotników opisujących From Hell jest słowo kompletny, a uczuciem towarzyszącym po lekturze było niemal skrajne wyczerpanie. Najczęściej po przeczytaniu czegokolwiek nie mam żadnego problemu z wysłowieniem się i oceną opowieści, ale mroczny i dołujący utwór Alana Moore'a (o którym wspominam tu dopiero teraz, po niemal roku prowadzenia bloga, chociaż bezsprzecznie jest moim ulubionym scenarzystą) i Eddiego Campbella nie dał mi takiej szansy. Kiedy było już po wszystkim, odłożyłem komiks i zdałem sobie sprawę, że nie mam nic do powiedzenia na temat tego monumentalnego przedsięwzięcia szalonego geniusza. Ogrom pracy włożony w stworzenie From Hell zamienia czytelnika w kogoś, kto może mówić i mówić, ale cokolwiek powie, raczej nie odkryje niczego nowego. Właśnie to rozumiem pod pojęciem kompletna opowieść - jest pełna, wyczerpująca i nie dająca mi pola do popisu w kwestii oceniania. Aż chce się powiedzieć "Nie mnie oceniać coś tak wielkiego", i wcale nie jestem pewny, czy słowa te są przesadzone.

Prosto z Piekła to Moore'owska wizja historii Kuby Rozpruwacza, jego własna teoria na temat tego, kto nim był, jednak poparta faktami historycznymi. Przypisy, stanowiące sporą cześć tej cegły, którą można zabić, pokazują to, co wcześniej nazwałem chorym geniuszem: scenarzysta nie tylko przeczytał mnóstwo książek dotyczących morderstw w Whitechapel, odwiedzał także opisywane przez siebie miejsca, a nawet rozmawiał z prostytutkami, pytając je o dość ciekawą metodę oszukiwania klientów, przedstawioną na kartach komiksu. W przypisach Moore wspomina, że pogoda przedstawiona na ilustracjach odpowiada prawdopodobnej pogodzie w czasie akcji opowieści w 1888 roku. Sprawdził i przemyślał wszystko, od najbardziej podstawowych faktów, poprzez najmniejsze szczegóły, aż do spraw, które mogłyby poprzeć jego wersję wydarzeń. Wszystko to sprawia, że czytelnik, krążąc pomiędzy komiksem a przypisami (co, biorąc pod uwagę fakt, że Prosto z Piekła ma ponad 580 stron, nie jest zbyt wygodne), chłonie całość ze szczęką gdzieś na podłodze.

Brzydkie i nieatrakcyjne ilustracje Campbella początkowo zniechęcają do sięgnięcia po komiks, jednak po wgryzieniu się w opowieść można powiedzieć tylko zdanie, które pada przy najbardziej dopracowanych dziełach, gdzie scenarzysta i rysownik tworzą idealny zespół: "Nie wyobrażam sobie, żeby zilustrował to ktoś inny". Krajobrazy Londynu oraz bohaterowie Prosto z Piekła są przedstawieni w sposób brzydki i nieatrakcyjny, ale taka jest cała ta historia - brzydka i pokryta grubą warstwą brudu. Chociaż wcześniej nazwałem ten komiks arcydziełem (i nadal tak uważam), lektura wcale nie należy do przyjemności. Jest, jak już napisałem, wyczerpująca i naprawdę potrafi zdołować - przede wszystkim przedstawioną w mistrzowski i, niestety, prawdziwy sposób naturą ludzką.

Mógłbym przez dłuższą chwilę wspominać o mankamentach, na przykład o skopanej okładce polskiej wersji komiksu, o książeczce z dodatkowymi materiałami, która do dzisiaj nie dotarła do właścicieli Prosto z Piekła w twardej oprawie (czyli akurat nie do mnie), ale w obliczu samej historii są to rzeczy, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Bardzo dobrze, że Timof umożliwił przeczytanie From Hell po polsku, bo jest to bez wątpienia jedno z najwybitniejszych osiągnięć Moore'a, jakie znam - z Watchmen przegrywa tylko pod następującym względem: oba te komiksy są genialne, ale czytanie Strażników sprawiło mi dużą przyjemność i nie było zmaterializowaną depresją, czego o losach Kuby rozpruwacza napisać nie mogę. Jak to się czasem mówi: mocna rzecz.

czwartek, 17 września 2009

Spawn/Batman [Frank Miller & Todd McFarlane] [recenzja]

Brak komentarzy:

Przypuszczam, że jestem jedną z ostatnich zainteresowanych komiksem osób w Polsce, która zdecydowała się sprawdzić wspólne przygody Batmana i Spawna. To znaczy nie licząc tych, którzy w swojej mądrości postanowili w ogóle tego nie czytać. Minęło kilka ładnych lat od wydania tej historii w naszym kraju, a powodem, dla którego piszę o niej dopiero teraz, jest fakt, że dosłownie wszystkie opinie o Spawn/Batman były negatywne. Czasem jednak żeby uwierzyć, trzeba zobaczyć coś strasznego na własne oczy. Moment masochizmu nastąpił w moim przypadku kilka dni temu. Dzisiaj żałuję, ale przecież sam się o to prosiłem.

O fabule nie można napisać niczego dobrego, a właściwie nie można o niej napisać czegokolwiek. Historyjka dla dwunastolatków, w której tytułowi bohaterowie najpierw biją się po głowach, a potem łączą siły w celu dołożenia komuś innemu. Jestem tylko ciekaw, co by było, gdyby TM-Semic wypuścił ten komiks w okolicach 1998 roku, kiedy to Spawn wciąż był czymś świeżym, a ja miałem dwanaście lat i uważałem twórczość McFarlane'a z a coś niesamowitego. Niektóre jego scenariusze z tamtego okresu do dziś wydają mi się czymś interesującym, ale może to tylko sentyment. W każdym razie teraz jestem za dużym chłopcem na akceptowanie takich bzdur. Szkoda tylko, że autorem scenariusza jest Frank Miller, który zdecydowanie miał możliwość napisania czegoś lepszego - niestety, jest to kolejny kiepski komiks jego autorstwa. A rysunki? Przykro mi bardzo, ale czasy entuzjastycznych ocen prac McFarlane'a również minęły; ilustracje w Spawn/Batman niczym mnie nie zachwyciły. Po prostu są poprawne, tyle na ich temat. Nie dostrzegam już w nich tego, co widziałem dekadę temu.

Mówiąc krótko (i delikatnie), jest to bardzo słaby komiks, którego moim skromnym zdaniem nie należy dotykać. Na koniec pozwolę sobie zacytować dialog głównych bohaterów, prowadzony podczas radosnego okładania się po swoich zamaskowanych twarzach. Rozmowa pokazuje dobitnie, jaki scenariusz popełnił Miller:

Spawn: Idiot. You're an idiot. I'll tear you apart.
Batman: In your dreams.
S: Break you in half. I'll break you in half.
B: Sloppy fighter. Stupid fighter. No discipline.
S: Talking trash. You're talking trash. It won't help you.
B: No discipline. Stupid fighter. Stupid punk.
S: Had it. You've had it. You're done.
B: Just warming up you stupid punk.

(tutaj następują liczne onomatopeje - napięcie rośnie, bohaterowie uderzają się nawzajem z jeszcze większym zapałem nie przed chwilą, a po wszystkim głośno dyszą)

B: Give it up, punk. You're finished. Just look at you. You're finished.
S: Look at you. You can't even get up. You're the one who's finished.

Oczywiście komiks oferuje też inne atrakcje - wszystkie podobne do zacytowanej powyżej. Ja odpadam.

środa, 16 września 2009

Wykiwani [Alex Robinson] [recenzja]

Brak komentarzy:

O Wykiwanych Alexa Robinsona naczytałem się tyle pozytywnych opinii, że zagłosowałem na ten komiks portfelem bez jakichś większych obaw. I nie rozczarowałem się - naprawdę warto spędzić z tą cegiełką trochę czasu (352 strony naszpikowane treścią). Jest to jeden z bardziej przemyślanych i dopracowanych komiksów obyczajowych, jakie miałem ostatnio okazję czytać... i w ogóle jeden z lepszych wydanych w tym roku w Polsce.

Alex Robinson napisał i narysował historię wielu realistycznych postaci, z których sześć posiada etykietkę bohaterów głównych. Wiadomo od samego początku, że w finale dojdzie do spotkania całej grupy, ale historia skonstruowana jest tak, iż śledzimy z zainteresowaniem losy wszystkich, nie tylko tych, których twarze znalazły się na okładce. Osoby kluczowe dla fabuły dzielą komiks na sześć różnych opowieści, które w swoim czasie zaczynają się przeplatać i oddziaływać na siebie nawzajem, a czytelnik zdaje sobie sprawę, że gdzieś w tle trwa odliczanie, po którym nastąpi wybuch starannie ukrytej bomby. Ale nawet bez tego każdy z sześciu wątków jest ciekawy - jego bohaterowie zupełnie się od siebie różnią, mają inne problemy i poglądy oraz kompletnie odmiennie podejście do życia, co zostało w mistrzowski sposób ukazane przez autora. Wydaje mi się, że właśnie to jest głównym atutem Wykiwanych - postacie skłaniające swoją prawdziwością do uwierzenia, że to wszystko mogłoby wydarzyć się tuż obok nas, a tacy ludzie mogą rzeczywiście istnieć. I nieważne, czy mowa tu o wypalonej gwieździe rocka, czy o nieprzystosowanym do życia świrze, którego wnętrze głowy potrafi naprawdę przerazić - bohaterowie naprawdę żyją na kartkach tego komiksu. Nie zauważam czegoś podobnego zbyt często - opowieści obrazkowe, książki i filmy są zwykle pozbawione tego, co w dziele Robinsona aż bije po oczach.

Z Wykiwanymi miałem tylko jeden problem (ciekawe, czy tylko ja?) - tak bardzo czekałem na nie-wiadomo-jak-zajebisty finał, że po drodze nie dotarła do mnie bardzo ważna rzecz. Owszem, kulminacyjny moment komiksu może robić wrażenie (na mnie akurat nie zrobił większego niż opowieść jako całość), ale jeśli w czasie lektury będziemy myśleć tylko o nim, może nam umknąć fakt, że końcówka może i będzie świetna, ale nie powinniśmy czekać w szczególności na nią - świetny jest cały komiks. Od początku, poprzez poprowadzone w perfekcyjny i przemyślany sposób historie szóstki głównych bohaterów, aż do wielkiego BUM! na ostatnich stronach. Wielkiego jak wszystkie rozdziały Wykiwanych.

wtorek, 15 września 2009

Fables #82-#87 [Bill Willingham & Mark Buckingham] [recenzja]

Brak komentarzy:

O Fables nie wspominałem od ponad pół roku, ale twórcy tej serii chyba nie pozwolą mi się rozpisać - cały czas utrzymują wysoki poziom, musiałbym więc powtarzać wcześniejsze pochwały. Zamiast tego wymienię kilka faktów, starając się nie zdradzać czekających na czytelnika największych niespodzianek: podczas gdy Baśniowcy próbują pozbierać się po zakończonej wojnie oraz ucieczce, ich nowy przeciwnik bez przerwy rośnie w siłę. Dowiadujemy się między innymi skąd pochodzi i jakie są jego motywy. W międzyczasie dzieje się sporo, w omawianych numerach ma miejsce The Great Fables Crossover, a wszystko rozgrywa się zarówno w macierzystej serii, jak i w Jack of Fables, której jeszcze nie miałem okazji sprawdzić. Na szczęście wszystko rozegrane jest tak, że i bez tego można ogarnąć całość, chociaż jest się oczywiście pozbawionym istotnych szczegółów. W czasie crossoveru i zaraz po nim (Fables #86) w komiksie udziela się gościnnie kilku rysowników, jednak dla mnie szefem pozostaje Mark Buckingham, stały ilustrator. #87 zeszyt jak zwykle każe niecierpliwie czekać na ciąg dalszy.

poniedziałek, 14 września 2009

Hellblazer: Original Sins [Jamie Delano & John Ridgway] [recenzja]

Brak komentarzy:

Nigdy nie zgrywałem jakiegoś eksperta od komiksów, wręcz odwrotnie - przyznaję się bez bicia, że jak na lata, które spędziłem z tym genialnym medium, wiem zdecydowanie za mało. Moje braki uwzględniają między innymi serię Hellblazer. Słyszałem o niej już bardzo, bardzo dawno temu, a gdzieś w moich zbiorach znajdował się jeden zeszyt ze scenariuszem Gartha Ennisa, ale nic poza tym. Impulsem do zmiany tego stanu rzeczy było wydanie w naszym kraju Trade'a Dangerous Habits. Nabyłem go, tyle że w wersji oryginalnej - nie dlatego, że moim marzeniem jest obalenie polskiego rynku komiksowego, po prostu opowieści obrazkowe z logiem Vertigo zdecydowanie należą do najlepszych jakie czytałem i mam pod ich względem pewne zboczenie - kupuję tylko oryginały. Potem zobaczyłem, że przed runem Ennisa było jedynie pięc wydań zbiorczych, więc czemu nie miałbym zacząć od początku i powoli, mozolnie brnąć do przodu (szczerze mówiąc, już nie mogę się doczekać runu Milligana)? Nie było żadnych przeszkód... i tak oto stałem się szczęśliwym posiadaczem tomu o nazwie Original Sins, zbierającego pierwsze dziewięć zeszytów Hellblazera.

Jasne jest, że nie mogę pisać o tym komiksie tak jakbym czytał go w latach, kiedy został wydany. Poznałem tę historię dopiero teraz i dla mnie istnieje tylko z takiej perspektywy. Tak więc czy Original Sins to godna polecenia historia, która sprawdza się w roku 2009? Moim zdaniem tak - i nie piszę tego dlatego, że niby wypada pochwalić początki Hellblazera. Czyta się to naprawdę dobrze. Główną zaletą jest nastrojowa narracja oraz osobowość głównego bohatera, Johna Constantine'a - z jednej strony człowieka cynicznego i aroganckiego, z drugiej dręczonego wyrzutami sumienia zbyt często jak na pełnego beztroski twardziela, za którego chciałby uchodzić. Pod tym względem komiks naprawdę daje radę i ma bardzo fajną atmosferę. Może kiedy już zapoznam się z dalszymi Trade'ami, stwierdzę z perspektywy czasu, że nie było warto zaczynać od samego początku, ale póki co jestem usatysfakcjonowany. Delano stworzył dobry horror okraszony humorem, objawiającym się głównie w postawie Constantine'a wobec świata ludzi i demonów - facet nie ma szacunku ani dla jednych, ani dla drugich. A scena, w której "radzi sobie" z bestią stworzoną z czterech niezbyt grzecznych chłopaków, jest jedną z najlepszych w całym tomie. Ale tylko jedną, bo ciekawych wątków jest tu dużo więcej.

Jeśli chodzi o rysunki... cóż, te zestarzały się najbardziej. W przeciwieństwie do scenariusza, ilustracje nie mogły uchronić się przed upływem czasu i zdaję sobie sprawę, że samo oglądanie Original Sins nie należy do wyjątkowo przyjemnych doświadczeń. Do takiego stanu rzeczy Vertigo zdążyło już jednak, no, może nie przyzwyczaić, ale na pewno dało do zrozumienia, że u nich ważniejsza jest fabuła. A ta w pełni rekompensuje ilustracje, które może kiedyś nie raziły, a nawet były niezłe, ale ten okres już dawno minął. Obecnie warto zapoznać się z początkami serii Hellblazer dla scenariusza - na tyle ciekawego, że nikt powinien narzekać na zmarnowany czas i pieniądze.

niedziela, 13 września 2009

Invincible: Family Matters [Robert Kirkman & Cory Walker] [recenzja]

2 komentarze:

Postanowiłem poznać nieco inną stronę scenariuszy Roberta Kirkmana, autora The Walking Dead, a wszystko wskazywało na to, że seria Invincible będzie zupełnym przeciwieństwem ciężkiej i brutalnej historii Ricka i jego towarzyszy. Jest to komiks z gatunku supahiroł, czyli latający panowie w pelerynach oraz ich strzelający laserami z oczu przeciwnicy, a więc temat, przy którym bardzo łatwo wtopić i napisać stereotypową, kiczowatą opowieść dla nastolatków lubujących się w bezmyślnych nawalankach. Dzięki Bogu Kirkman podszedł do swoich postaci z humorem, co zresztą widać po okładkach wydań zeszytowych wchodzących w skład TBP Family Matters - napis nad tytułem serii głosi "Dziewczyny, trądzik, prace domowe, super-złoczyńcy. Kiedy jesteś nastolatkiem, pomaga bycie Niezwyciężonym". Czyli mamy tu zachęcający mnie zdrowy dystans oraz dobrego scenarzystę, chociaż z drugiej strony, jeśli sprawdza się w opowieściach o zombie, nie znaczy to wcale, że podoła przy luźnym komiksie superbohaterskim. Na szczęście nie ma się czego obawiać, bo Invincible daje radę.

Głównym bohaterem komiksu jest Markus Grayson, nastoletni syn superbohatera Omni-Mana. Kiedy go poznajemy, chłopak zaczyna właśnie przejmować umiejętności swojego ojca - na początku jest to nadludzka siła oraz zdolność latania. Już podczas jednego z pierwszych przelotów nad miastem natyka się na przestępców i daje im niezły wycisk, a potem do samego końca doświadczamy bardzo udanej Kirkmanowskiej zabawy konwencją. Autor na bank jest świadomy istnienia stereotypów komiksu trykociarskiego, ale zdaje się nic sobie z tego nie robić i z uśmiechem na ustach brnie w pozorną pułapkę. A najlepsze jest to, że wychodzi z tego z twarzą. Dalsza część opowieści zawiera między innymi scenę projektowania kostiumu bohatera, bójkę w szkole (podczas której Mark oczywiście wykorzystuje swoje zdolności), naparzanie łotrów i superłotrów, współpracę z Teen Team, grupą nastoletnich bohaterów, walkę z obcymi... czyli celowe żonglowanie prostymi pomysłami i schematem. Dzięki odczuwalnemu dystansowi scenarzysty jest to jednak jadalne, a nawet więcej - bardzo dobrze smakuje.

Oprawa graficzna komiksu jest taka, jak scenariusz - prosta, przystępna, nie mająca na celu zadziwiać. Rysunki i kolory same w sobie nie są może genialne, ale w połączeniu z historią Kirkmana tworzą spójną i bardzo porządną całość. Nie potrafię sobie wyobrazić rodzaju ilustracji, który pasowałby bardziej do tej opowieści.

I taki właśnie jest Invincible - spójny, doskonale wyważony i przemyślany. Nie ma tutaj napięcia i mroku towarzyszącego lekturze The Walking Dead, pozostała za to zdolność Kirkmana do tworzenia płynnej opowieści, którą czyta się jednym tchem. I to z uśmiechem na twarzy. Nie jest to genialny i poważny komiks, który odmienił moje życie. Jest to celowo luźna rzecz, która zamieniła poświęcone jej chwile w bardzo dobrą zabawę. Tak miało być i w tym przypadku tyle mi wystarczy, z chęcią pozostanę przy tej serii na dłużej.

piątek, 11 września 2009

All-Star Superman [Grant Morrison & Frank Quitely] [recenzja]

Brak komentarzy:

Nie będę chyba zbyt oryginalny, jeśli stwierdzę, że nie lubię Supermana - większość przeczytanych przeze mnie komiksów z jego udziałem wydaje mi się zbyt sztampowa, a klasyczny wizerunek naszego bohatera to śmieszny harcerzyk w niebieskich kalesonach. W wyniku mojego uprzedzenia (trwającego chyba jeszcze od czasów TM-Semic) nie poświęcałem należytej uwagi przygodom ostatniego syna planety Krypton, ale zawsze znajdzie się parę wyjątków, dla których warto zmienić zwyczaj. Niejednokrotnie przekonałem się, że genialny scenarzysta potrafi stworzyć niesamowity komiks, nawet jeśli jego bohaterem jest ktoś taki jak Clark Kent. Jednym z takich wyjątków jest historia napisana przez Granta Morrisona, którą narysował Frank Quitely - All-Star Superman. Jest to jednocześnie powód, dla którego postaram się poszukać innych wartościowych opowieści o tej postaci, ponieważ, jak się okazuje, jednak warto. Po przeczytaniu 12-zeszytowej historii Morrisona stwierdzam, że zdecydowanie warto.

Grant Morrison (wspominam tu o nim po raz pierwszy) to autor scenariuszy, którego należy się bać. Jego opowieści są tak dziwne, że nie wierzę w możliwość pisania ich bez udziału twardych narkotyków, w szczególności tych wywołujących halucynacje. Żarty żartami (chociaż, kto wie?), ale sens jego niektórych prac zupełnie do mnie nie dociera (chodzi mi na przykład o The Mystery Play), z kolei przy innych zastanawiam się, czy są dziełem szalonego geniusza czy po prostu szaleńca (tego typu przemyślenia miały miejsce zwłaszcza podczas przygody z komiksem Flex Mentallo). Gość bywa bardzo nieprzystępny i trudny w odbiorze, niemniej jednak wysiłek włożony w czytanie jego opowieści (o których postaram się tu sukcesywnie pisać) często jest wynagradzany. Jeśli jeszcze nie znasz twórczości Granta, polecam jednak zapomnieć o tym, co stwierdziłem przed chwilą i sięgnąć po All-Star Superman, przy którym zamiast zastanawiać się, o co tu chodzi, można powrócić do dzieciństwa i bezpretensjonalnego akceptowania perypetii pań i panów w zabawnych kostiumach.


Może porównanie nie jest zbyt trafne, ale czytając All-Star Superman, myślałem to samo, co przy oglądaniu niektórych skeczy Monty Pythona: "Gdybym ja na to wpadł, uznałbym to za kiepski i nieciekawy pomysł". A jednak śmiałem się z takich odpałów jak samoobrona przed owocami i podobnie było podczas lektury dzieła Morrisona. Co prawda nie śmiałem się, ale byłem bardzo zadowolony. Ilość pomysłów, jakie autor zmieścił w tych dwunastu zeszytach naprawdę powala, a większość z nich jest tak chora i wykręcona, że przedstawienie ich w sposób sprawiający czytelnikowi przyjemność zakrawa na prawdziwy wyczyn. Zdaje się, że Grant postanowił wpakować do swojej historii dosłownie wszystko, co przyjdzie mu do głowy, choćby nie wiem jak niedorzecznego (na przykład zagrożenie ze strony kwadratowej Ziemi) i zaprezentowanie tego tak, że wkręcamy się w wir wydarzeń zamiast myśleć, że tak właściwie to wszystko nie ma sensu. Wyszło znakomicie. Jestem pewny, że nie tylko ja bawiłem się jak dziecko. Morrison w pełni wykorzystał potencjał "All-Starów", czyli pełną dowolność w interpretacji znanych już losów dawno przestarzałych lub dawno uformowanych bohaterów. Frank Miller nie podołał, za to szalony Szkot nie tylko pokazał pazury, ale wręcz nie zawahał się ich użyć.

Na tylnej okładce pierwszego z dwóch TPB można przeczytać, że All-Star Superman zabiera Człowieka ze Stali jednocześnie z powrotem do korzeni i w przyszłość. Chyba nie można ująć tego w lepszy sposób.


Jakby mało było genialnego scenariusza, warstwa wizualna w pełni mu dorównuje. Frank Quitely pokazał, na co go stać - ilustracje są proste i przystępne, zupełnie jak fabuła (łatwa w odbiorze mimo popieprzonych pomysłów). Nie ma tu fajerwerków, które byłyby zupełnie nie na miejscu. Jest czytelnie i bardzo kolorowo, przez co pozostajemy w przekonaniu, że wróciliśmy do dzieciństwa. Do czasów, kiedy komiksy superbohaterskie wcale nie wydawały się głupie i prostackie... z tą różnicą, że All-Star Superman rzeczywiście taki nie jest. Jest wszystkim tym, czym powinny być opowieści obrazkowe z tamtego okresu. To najlepsza jak dotąd historia z udziałem Supermana, jaką czytałem - przekonująca mnie do sięgnięcia po kolejne.

A zaczyna się od tego, że w wyniku intrygi Lexa Luthora nasz bohater staje się silniejszy niż kiedykolwiek, ale jednocześnie jego organizm nie może poradzić sobie z nadmiarem energii, w związku z czym... Superman umiera. Musi więc przygotować bliskich oraz resztę świata na swoje odejście. Gwarantuję, że będziesz się świetnie bawił sprawdzając, co zrobi.

czwartek, 10 września 2009

Bone: Out from Boneville [Jeff Smith] [recenzja]

Brak komentarzy:

Serię "Bone" znam od niedawna, ale tak naprawdę powinienem poznać ją dużo wcześniej - jest świetna. A wszystko zaczęło się od tego, że na forum Gildii Komiksu, w temacie dotyczącym "Y: The Last Man", Blacksad stwierdził, że komiks Vaughana "przebija "Sandman'a", "Kaznodzieję" czy "Bone'a", żeby przywołać te trzy zamkniete serie". Pomyślałem, że z przytoczonych przez niego tytułów znam wszystko oprócz "Bone'a", ale jeśli ktoś wymienia tę historię jednym tchem z "Kaznodzieją" i "Sandmanem"... doszedłem do wniosku, że warto sprawdzić, o czym mowa. A potem zobaczyłem tego śmiesznego stworka, którego widać powyżej i powiedziałem do siebie tylko "Eee...". Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda to na bajeczkę dla bardzo małych dzieci, ale po zapoznaniu się z opiniami na temat serii oraz kiedy przeczytałem, ile przyznano jej nagród (zajrzyjcie choćby tutaj, sekcja Reception), wiedziałem już, że prędzej czy później zapoznam się z pierwszym TPB.

Powtórzę to jeszcze raz: "Bone" jest świetny. Fabuła, rysunki, humor, kolory, po prostu wszystko. Dzieło Jeffa Smitha przypomina dobrą i przezabawną kreskówkę, a podczas czytania uśmiech praktycznie nie schodzi z twarzy. Pewnie, można podchodzić do tego komiksu z uprzedzeniem i jeszcze przed lekturą mówić, że "to przecież tylko bajka o jakimś głupim stworku", ale z drugiej strony tak samo można powiedzieć na przykład o "Watchmen" - że to tylko bajka o bandzie pajaców w idiotycznych przebraniach. Prawda wygląda tak, że "Bone'a" można bez żadnego problemu dać małemu dziecku, ale jednocześnie historia jest zabawna nawet jeśli masz dwadzieścia kilka lat (jak ja), a prezentowany w niej humor wcale nie jest dziecinny. Uniwersalność to kolejna zaleta tego komiksu.

Seria podobno rozrasta się od prostej opowieści do czegoś wręcz epickiego. Myślę, że już wkrótce będę miał okazję to sprawdzić, bo pierwszy Trade, "Out from Boneville", jest tak dobry, że nie pozostawia mi wyboru. Punktem wyjścia jest próba powrotu trójki bohaterów do tytułowego Boneville, miejsca, które z różnych powodów opuścili, a teraz nie mogą odnaleźć drogi powrotnej. To tylko początek, już po chwili dzieje się dużo więcej. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z przygodami trzech kuzynów - Fone Bone'a, Phoney Bone'a i Smiley Bone'a - oraz całej masy zabawnych i strasznych postaci drugoplanowych. No chyba, że jesteś zbyt poważny, żeby czytać takie rzeczy, ale w takiej sytuacji mogę Ci tylko współczuć.

środa, 9 września 2009

Greek Street #2 [Peter Milligan & Davide Gianfelice] [recenzja]

Brak komentarzy:

Drugi numer "Greek Street" zachęca do dalszej przygody z tą serią jeszcze bardziej niż poprzedni. Na początku naszym oczom ukazuje się interesujący patent Milligana na streszczenie tego, co działo się wcześniej (ciekawe, czy będzie stałym punktem programu), a potem wreszcie mamy do czynienia z konkretami. Poprzednia część była dobra, ale zbyt szczegółowa - za dużo postaci i wątków jak na start, teraz wszystko zaczyna się klarować. I właśnie tego oczekiwałem. Peter Milligan znów pokazuje, na co go stać, mamy też klasyczne w jego przypadku mocne sceny - choćby ta, w której wspomniany poprzednio Eddie (postać nawiązująca do Edypa) pochopnie postanawia pozbyć się nieco innej części ciała, niż jego poprzednik. Innej, ale także bardzo ważnej. Dodajmy do tego kilka ciekawych wydarzeń, o których nie chcę pisać, żeby nie psuć komuś niespodzianki, a w efekcie mamy komiks zasługujący na dwa kciuki w górę - oby po każdym zeszycie pokazywane były z coraz większym entuzjazmem.

wtorek, 8 września 2009

Chew #1 [John Layman & Rob Guillory] [recenzja]

Brak komentarzy:

Czasem wystarczy dobry patent na głównego bohatera, żeby zachęcić sporą liczbę osób do zapoznania się z daną historią. Sprawdza się to w każdym przypadku - książek, filmów, seriali i oczywiście komiksów. John Layman i Rob Guillory mają patent, który mnie przyciągnął, ale czy to wystarczyło, żebym się zachwycił? Niestety nie, ale po kolei.

Zaczęło się od reklamy "Chew" w "The Walking Dead": "He gets psychic impressions from whatever he eats which means he'a a hell of a detective, as long as he doesn't mind eating terrible things in the name of justice!". Zachęciło mnie to, spodziewałem się pokręconego kryminału i czarnego humoru. W praktyce wygląda to tak: wystarczy, że główny bohater nowej serii wydawnictwa Image, Tony Chu, ugryzie jabłko i już wie, na jakiej jabłoni rosło i kiedy zostało zerwane. Po prostu widzi odpowiednie obrazy w swojej głowie. Pomysł dobry w teorii, w komiksie wygląda nieco niedorzecznie. Na przykład pierwszy epizod pokazuje sytuację, w której nasz detektyw je danie w restauracji i wyczuwa, że kucharz jest mordercą. Mało tego, poznaje nazwiska i wiek ofiar oraz okoliczności, w jakich zostały zabite. Nie kupuję tego. Mam nadzieję, że w kolejnych zeszytach ten potencjalnie ciekawy pomysł zostanie wykorzystany w lepszy sposób. Poza tym nie wiem jeszcze, w co celują autorzy: poważny kryminał z elementami czarnego humoru czy głupkowatą opowieść o facecie zjadającym co popadnie (pewnie zwykle byłoby to coś obrzydliwego, aby uzyskać komiczny efekt), żeby zdobyć kilka poszlak. Końcówka wskazuje raczej na tę drugą opcję (spoiler: morderca nie chce podać nazwisk wszystkich ofiar - woli popełnić samobójstwo; aby poznać dalsze szczegóły jego nieeleganckiej kariery, Tony postanawia przekonać się, jak smakują martwi kucharze. Bez obaw, próbuje tylko niewielkiego kawałka).

W rozstrzygnięciu, jaki miał być "Chew" nie pomagają rysunki - dosyć ciekawe, ale nie pasujące mi do tego komiksu. Przynajmniej na razie. Pierwsza historia, "Taster's Choice", ma mieć 5 części. Póki co nie jestem zadowolony, ale dotrwam przynajmniej do jej końca. Przy odrobinie szczęścia opowieść Laymana nabierze precyzyjniejszych kształtów i być może, mimo początkowych obaw, okaże się godna polecenia.

poniedziałek, 7 września 2009

All-Star Batman & Robin the Boy Wonder [Frank Miller & Jim Lee] [recenzja]

Brak komentarzy:

Przeczytany kilka miesięcy temu "All-Star Superman" Morrisona kompletnie mnie powalił, z kolei komiks "All-Star Batman & Robin the Boy Wonder" to już zupełnie inna bajka - też mnie powalił, ale w inny sposób. Podczas lektury nie mogłem wytrzymać ze śmiechu. Jak to mówią, śmiech to zdrowie, szkoda tylko, że intencje Franka Millera wyglądają na nieco odmienne. Wydaje mi się, że przynajmniej do pewnego momentu czytelnik miał traktować jego wersję Batmana zupełnie serio. Niestety, to raczej niemożliwe.


Zaprezentowana tu wizja Bruce'a Wayne'a jest tak przerysowana, że aż ciężko nie parskać śmiechem. Zresztą, nie tylko główny bohater jest "trochę dziwny" w porównaniu do tego, co można było przeczytać wcześniej, ale po kolei: jeśli znany Ci dotychczas Człowiek-Nietoperz to według Ciebie miękki cieciunio niepotrzebnie bojący się o życie swoich wrogów, poczekaj na to, co zaserwował tutaj Miller. Batman z "All-Star..." to zarozumiały psychopata atakujący przestępców krzycząc jednocześnie "Ha ha ha ha ha!" (patrz rysunek poniżej) i wyraźnie napawający się ich bólem, rzucający w nich koktajlami Mołotowa i powodujący otwarte złamania tylko dlatego, że ich widok sprawia mu przyjemność. Nie żeby to było najdziwniejsze w jego zachowaniu. Historia skupia się na początkach współpracy gacka i dwunastoletniego Dicka Graysona, który traci rodziców (precyzyjniej: ktoś ich morduje) i zostaje porwany przez Batmana. Mroczny Rycerz chce się nim zaopiekować, ale smarkacz trochę go denerwuje (na przykład śmieje się z Batmobilu albo zaczyna płakać z powodu utraty matki i ojca), w związku z czym dostaje po głowie, zresztą nie po raz ostatni. Kiedy docierają do Jaskini Nietoperza (dodam, że jadą tam od #2 do #4 zeszytu), następuje scena, która moim zdaniem powinna przejść do klasyki komiksu - poważnie. Batman chce zostawić przyszłego Robina samego, a kiedy dzieciak pyta, co ma jeść, słyszy: "Your food will present itself". Chwilę później jego oczom ukazują się szczury i nietoperze. Żeby było jeszcze zabawniej, Alfred daje Dickowi normalne jedzenie (czyli takie, które nie biega ani nie lata po jaskini), za co dostaje ostrą reprymendę od swojego pracodawcy.


Dziwne? W tym komiksie wszystko jest dziwne: karykaturalne i patetyczne dialogi, narracja, zachowanie postaci, ich wygląd. Prawie wszyscy są twardzielami - kobiety też, z tą różnicą, że dodatkowo mają duże piersi i atrybuty w stylu kabaretek i szpilek, w których zwalczają przestępczość Gotham. Ja rozumiem, że to miała być "mocna" opowieść, ale scenarzysta gdzieś w tym wszystkim nie zauważył, że całość jest niedorzeczna. Nie wierzę, że od początku chciał, żeby wyglądało to właśnie tak, a nawet jeśli... "All-Star Batman & Robin the Boy Wonder" nie sprawdza się ani jako niezamierzona parodia (bo czytelnik śmieje się zamiast brać historię na poważnie), ani jako parodia napisana celowo (bo to, z czego się śmiałem, tak naprawdę wcale nie jest zabawne, jedynie głupie i sztuczne). W dodatku nie ma tutaj żadnego ciekawego pomysłu na fabułę, mamy tylko jakieś snucie się po ulicy, naparzanie policjantów i przestępców oraz intrygę, której mimo najlepszych chęci nie mogę nazwać pasjonującą.

Wygląda na to, że po kilku epizodach Miller powiedział "Whatever" albo "Fuck it" i - widząc, że nie ma już odwrotu od tego, co stworzył - zaczął chałturzyć celowo. Tak na oko nastąpiło to gdzieś przy #7 zeszycie, a konfrontacja Batmana z Halem Jordanem w odcinku #9 przebija chyba wszystko. Tutaj śmiałem się już stanowczo zbyt głośno, ale uwierzcie mi, nie dało się inaczej. Muszę przyznać, że na swój absurdalny sposób seria jest mistrzostwem świata i jeśli ktoś chce przeczytać komiks, przy którym co kilka stron będzie myślał "Nie wierzę, że to może być aż tak głupie", to zapraszam. Jak dotąd ukazało się dziesięć zeszytów, na jedenasty czytelnicy czekają już od dłuższego czasu, o ile można stwierdzić, że ktoś naprawdę na to czeka.

Jeszcze jedno - Jim Lee. Jim Lee jest gościem, który od zawsze kojarzył mi się z kolorowo ubranymi mutantami, czymś, co zupełnie nie pasuje do mroku opowieści z udziałem Batmana, który tak lubię. Moje obawy zostały potwierdzone przez kilka opinii innych fanów Mrocznego Rycerza, a potem przeczytałem "Batman: Hush" i stwierdziłem, że Jim jednak daje radę. Jego podejście do rysowania uszatego zupełnie mi nie przeszkadza, a kolory nałożone na szkice nie psują efektu. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że rysunki poniekąd ratują ten przegięty komiks.

niedziela, 6 września 2009

The Walking Dead #55-#64 [Robert Kirkman & Charlie Adlard] [recenzja]

Brak komentarzy:
Postanowiłem olać pomysł dotyczący pisania o kilku komiksach za jednym zamachem. Nie podoba mi się to, wolę parę krótszych tekstów, ale każdy o czymś innym. W ten sposób łatwiej będzie odnaleźć konkretną pozycję w linkach po prawej, nawet jeśli chodzi tylko o kilka zdań związanych z pojedynczym zeszytem.

Dzisiaj tekst przedstawiający dziesięć najnowszych odcinków serii "The Walking Dead" - ostatnie dwa akapity zdradzają o kilka szczegółów za dużo, także nie polecam ich tym, którzy wolą najpierw przeczytać komiks sami.



O "The Walking Dead" nie pisałem już od dziewięciu miesięcy. Przez ten czas uzbierała się kolejna porcja zeszytów i jest o czym opowiadać. Kirkman nadal udowadnia to, co właściwie już udowodnił: po pierwsze, jego głowa jest pełna dobrych pomysłów. Po drugie, w historiach o zombie najważniejsi są ludzie, ich wzajemne relacje oraz postawa wobec niebezpieczeństwa; ożywione zwłoki niejednokrotnie schodzą na drugi plan. Zmiany w psychice bohaterów bywają dużo bardziej interesujące od zastanawiania się, czy za kolejnym zakrętem czyhają żywe trupy. I bardzo dobrze, tego właśnie oczekuję od tej serii.

[spoilery] W opisywanych dziesięciu zeszytach dzieje się sporo, cały czas na poziomie, do którego Kirkman i Adlard zdążyli już nas przyzwyczaić - jeśli lubisz "The Walking Dead", wciąż będziesz zadowolony, jeśli nie - póki co też nie zmienisz zdania . Obecnie bohaterowie zmierzają w stronę Waszyngtonu, gdzie według jednej z nowo poznanych postaci znajduje się wiedza dotycząca przyczyny ożywania trupów. Mam tylko nadzieję, że jeśli w ogóle Rick i spółka dotrą do celu, rozwiązanie zagadki nie okaże się jakimś banałem, który zniechęci mnie do tego komiksu. Scenarzysta nie byłby sobą, gdyby nie postawił na drodze stworzonych przez siebie bohaterów setek przeszkód, w dodatku tych najgorszych z możliwych. Robi to i tym razem. Niektórzy pękają, próbują popełnić samobójstwo, inni nie dają rady w inny sposób. Do grupy dołącza kilka nowych osób, w tym ksiądz, co oczywiście tylko pogarsza sytuację - nie wszystkim podobają się jego komentarze w stylu "niezbadane są wyroki boskie", zwłaszcza wygłaszane w naprawdę tragicznych momentach.

[spoilery] Po drodze do Waszyngtonu Rick odwiedza rodzinne miasto i zabiera ze sobą kolejnego towarzysza, znanego z samego początku historii. W trakcie tej wyprawy następują pewne zmiany w charakterze dziecka Ricka, Carla, które z kolei zaowocują drastycznymi wydarzeniami kilka odcinków później. Jest to chyba najciekawszy wątek kilku ostatnich numerów "The Walking Dead", z niecierpliwością czekam na jego rozwinięcie. Kolejna przeszkoda to grupa obcych osób śledząca bohaterów. Można się domyślać, że nie mają dobrych zamiarów, a już po chwili domysły zmieniają się w pewność. Napiszę tylko, że brakuje im żywności i chcą dostać jedzenie, które mogą zaoferować Rick i reszta. To właśnie ci ludzie będą głównymi przeciwnikami w ciągu kilku kolejnych zeszytów. Będzie się działo.

sobota, 5 września 2009

Sweet Tooth #1 [Jeff Lemire] [recenzja]

Brak komentarzy:

W pierwszym zeszycie "Sweet Tooth" Jeff Lemire przedstawia tę serię (nawiązując do słów przyjaciela) jako "Bambi meets Mad Max". Brzmi dziwnie i być może śmiesznie, ale lubię właśnie tę dziwność cechującą bardzo wiele komiksów Vertigo, postanowiłem więc zapoznać się z nową pozycją mojego ulubionego wydawnictwa. Nie znam twórczości Jeffa ("The Nobody" wygląda interesująco i czeka na przeczytanie), ale "Sweet Tooth" zachęcił mnie do nadrobienia zaległości. Zapowiada się kolejne udane przedsięwzięcie z katalogu Vertigo.

Podoba mi się tajemniczość panująca w komiksie - na razie wiadomo bardzo niewiele, a informacje podawane są w sposób zachęcający do czekania na ciąg dalszy. Mamy tu Gusa, dziwnego chłopca z rogami jelenia, mamy zagadkową pandemię, która zdziesiątkowała populację i sprawiła, że dzieci są dziwnymi hybrydami ludzi i zwierząt, odpornymi na infekcję. Umierający ojciec głównego bohatera twierdzi, że jego syn jest ostatnim dzieckiem, które przeżyło i bardzo dba o jego bezpieczeństwo, nie pozwalając mu wychodzić poza obszar lasu. To właśnie tam znajduje się zagrożenie. Jest tajemnica i jak na razie bardzo mały teren, na którym rozgrywa się historia. Boję się tylko, że w miarę wyjaśniania, o co tutaj chodzi (na przykład kiedy już dowiemy się, co tak naprawdę zaszło i dlaczego ludzie zaczęli umierać), może już nie być tak ciekawie. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób Jeff Lemire poprowadzi swoją opowieść.

Sam autor zdradza kilka szczegółów więcej niż sam komiks; czytelnik dowiaduje się między innymi, że Gusa czeka bardzo długa i niebezpieczna podróż do miejsca zwanego "The Preserve", legendarnego schronienia dla dzieci-hybryd. Jego towarzyszem będzie Jepperd, człowiek, którego poznajemy pod koniec pierwszego zeszytu. Lemire rzuca jeszcze kilka terminów, takich jak "post-apocaliptic, neo-western, action-adventure, science fiction, road-movie" i dodaje (uprzedzając narzekania na kolejną post-apokaliptyczną historię), że nie ma oklepanych opowieści, są jedynie oklepane sposoby opowiadania. Twierdzi, że "Sweet Tooth" będzie zupełnie niepodobny do jakiejkolwiek post-apokaliptycznej historii oraz do jakiejkolwiek innej serii z Vertigo. Brzmi cwaniacko, ale wydaje mi się, że może się udać.

"Bambi meets Mad Max"? Nie wiem jak Wy, ale ja jestem za.

stat4u
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...