
Mniej więcej wiadomo, jak wygląda tworzenie utworu autobiograficznego. Autor po prostu opisuje to, co przeżył, nie ma tu wielkiej filozofii. W przypadku Elodie Durand jest inaczej. Główny problem związany z powstawaniem scenariusza polegał na tym, że bohaterka Parentezy nie pamiętała minionych wydarzeń. Z pomocą musiały przyjść sprawozdania bliskich, które w dużej mierze stały się fundamentem, na jakim Elodie Durand zbudowała swoją autobiografię. To nietypowe podejście, wymuszone skutkami choroby, sprawie, że Parenteza jest w swojej kategorii opowieścią wyjątkową.

Co do samej historii, na pewno warto ją przeczytać. Pomijając interesujący temat, została dobrze i ciekawie napisana oraz narysowana w równie przykuwający uwagę sposób. Kreska zmienia się w zależności od stanu głównej bohaterki. Niektóre ilustracje, a w zasadzie bazgroły, pochodzą z lat, w których cierpiała z powodu swojej choroby. Oczywiście same w sobie nie są dobre, ale oddają nastrój autorki i pozwalają wejść w jej głowę. Są tu klasyczne kadry i trochę rysunkowych metafor. Brak jednostajności sprawia, że oglądając Parentezę nie można się nudzić.
Po lekturze nie opadła mi szczęka, czegoś niestety zabrakło, choć nie jest to coś bardzo ważnego. Jakkolwiek to brzmi, problemy Elodie Durand chwytają za serce, jednak nie robi tego sposób, w jaki autorka przedstawiła swoją przeszłość. Z drugiej strony widać, że wcale nie chciała rozkładać czytelnika na łopatki swoim nieszczęściem, bardziej chodziło jej o spokojne przedstawienie faktów i, przy okazji, odkrycie niektórych z nich przed samą sobą. I to wystarczy. Parenteza na pewno jest komiksem godnym uwagi, nawet jeżeli niespecjalnie lubi się opowieści autobiograficzne. Jeśli się lubi, historię Elodie Durand należy uznać za pozycję obowiązkową.