Metody Marnowania Czasu: The Extremist [Peter Milligan & Ted McKeever] [recenzja]

niedziela, 12 marca 2017

The Extremist [Peter Milligan & Ted McKeever] [recenzja]


The Extremist to czteroczęściowa miniseria z ukochanego przeze mnie wydawnictwa Vertigo, której pierwszy numer ukazał się we wrześniu 1993 roku, czyli niemal dokładnie siedemnaście lat przed powstaniem tej recenzji (6 września 2010). Szmat czasu, a mimo to komiks wciąż zaskakuje i chwyta za jaja oraz serce. Tylko cztery krótkie zeszyty, a tyle skrajnych emocji odczuwanych przez czytelnika. Tak niewiele stron i tak ogromna ilość rewelacyjnych, nierzadko zaskakujących pomysłów. Opowieść, której pochłonięcie może zająć jeden wieczór, ale której przeżywanie trwa o wiele dłużej. Jeśli kogoś to nie przekonuje, mogę dodać jeszcze takie słowa jak seks, przemoc, lateks i cycki, jednak mam nadzieję, że nie było to konieczne.

O jednym z moich komiksowych ulubieńców, Peterze Milliganie, napisałem już niejeden tekst, ale nigdy nie znalazł się tu jakikolwiek akapit poświęcony Tedowi McKeeverowi. Jego brzydkie, nieestetyczne i brudne ilustracje kochasz lub nienawidzisz, przy czym większość ludzi zdaje się wybierać tę drugą możliwość. Rozumiem ich, jednak osobiście uwielbiam niepodrabialny styl tego rysownika, jego pozornie wymagające niewielkich umiejętności prace, sprawiające, że nie da się go pomylić z żadnym innym autorem. Widzisz charakterystyczną kreskę i od razu wiadomo, kto maczał w tym palce. Nie podoba się? W porządku, nie musi, ale ja jestem zachwycony i naprawdę nie wiem, co mogłoby bardziej pasować do genialnego, chorego, a także niemożliwie brudnego scenariusza Petera Milligana. Czasami można odnieść wrażenie, że McKeever nie rysuje kolejnych obrazków, tylko wydala je z siebie lub zwraca, tak jak zwraca się treść pokarmową z żołądka. I bardzo dobrze. Jeśli nie czytaliście, nie możecie domyślać się, jak bardzo pasuje to do przytłaczającej atmosfery opowieści.

Uogólniając, komiks porusza dwie kwestie: ludzi noszących strój Ekstremisty oraz samego stroju i tego, jak wpływa on na osobowość postaci, która ma go na sobie. Okazuje się, że założenie specyficznego skórzanego ubrania może zarówno więzić, jak i dawać wolność, choć często związaną z zepsuciem i odrzuceniem wszelkich zasad moralnych. The Extremist opowiada także o poszukiwaniu swojego prawdziwego "ja" (znów kłania się temat tożsamości), o tym, jak niewiele może wiedzieć o sobie dwoje mieszkających razem ludzi, a także... jak niewiele człowiek może wiedzieć o sobie samym. I wierzcie mi, ten akapit nie wyczerpał tematu. Tak naprawdę kilka napisanych przeze mnie krótkich zdań o tym, co można znaleźć pomiędzy okładkami, to tylko kropla w morzu, ponieważ, jak już wspominałem, mnogość wątków i smaczków powala.

Kim jest Ekstremista (i nie mam tutaj na myśli człowieka znajdującego się pod skórzaną maską, chodzi o samą ideę tej postaci)? To członek tajnego stowarzyszenia - ilość związanych z nim informacji, jakie poznajemy przez cały czas trwania opowieści, jest kolejnym ciekawym pomysłem Milligana - zajmujący się między innymi eliminowaniem ludzi niewygodnych dla tej sekretnej grupy. A teraz: kim jest obecny Ektremista? To Judy, osoba zupełnie nowa i niedoświadczona w tym fachu, zakładająca czarny strój tylko po to, by odnaleźć mordercę jej męża, poprzedniego Ekstremisty. I nie napiszę niczego więcej, bo w przypadku tego komiksu nie da się wspominać o fabule, nie zdradzając zbyt wielu szczegółów.

Opowieść, mimo niewielkiej objętości, jest złożona i przemyślana w taki sposób, że nie wyobrażam sobie, by nie zrobiło to na czytelniku wrażenia. Ciekawe pomysły, żywi bohaterowie, obrzydliwość i kontrowersja (co ważne, pozbawiona tanich chwytów i takich rzeczy jak na przykład pokazywanie przemocy dla samego pokazywania przemocy), a także celowo zaburzona chronologia, mająca na celu utrzymanie odbiorcy w napięciu aż do samego finału - to wszystko sprawia, że The Extremist jest miniserią, którą da się zachwycać jeszcze długo po przeczytaniu całości. Tak właśnie było ze mną i tak będzie z Wami, a jeśli nie, mogę się tylko bardzo zdziwić.

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję.

tekst: Michał Misztal, recenzja napisana we wrześniu 2010 roku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

stat4u