Metody Marnowania Czasu: Batman: Śmierć rodziny [Scott Snyder & Greg Capullo] [recenzja]

niedziela, 11 lutego 2018

Batman: Śmierć rodziny [Scott Snyder & Greg Capullo] [recenzja]


Trybunał Sów i Miasto Sów Snydera i Capullo to komiksy lepsze od Oblicz śmierci oraz Technik zastraszania Tony'ego S. Daniela. Na pewno lepsze, co zresztą nie mogło być trudne do osiągnięcia, jednak mimo to nie czułem się w pełni usatysfakcjonowany po przeczytaniu któregokolwiek z wyżej wymienionych albumów. Poza tym, jak tu kochać te nowe Batmany, gdy obok leży wydane jakiś czas temu w Polsce Mroczne zwycięstwo? Z drugiej strony, kiedy dostałem w swoje ręce Śmierć rodziny, gdzie obwoluta robi za skórę Jokera (którą w Obliczach śmierci zdjął z jego twarzy niejaki Dollmaker), zaś poniżej, na okładce, znajduje się reszta, oczywiście obdarzona upiornym uśmiechem, a potem zauważyłem, że oprócz Capullo rysuje także JOCK (znany mi do tej pory z rewelacyjnych okładek Scalped), nie mogłem nie poczuć entuzjazmu.


Joker powraca do Gotham i po raz kolejny planuje zniszczenie Batmanowi życia. Nic nowego, w końcu co niby miałby robić? Mamy tu wałkowaną ponownie zależność pomiędzy tymi dwoma skrajnie różniącymi się postaciami, a także jeszcze jedną próbę nakłonienia czytelnika do przemyśleć, czy nietoperz i klaun faktycznie tak bardzo się różnią. Snyder zrobił natomiast jedną świetną rzecz. Przypomniał nam, kim jest i kim przez cały czas powinien być Joker. Pokazał, bo najwyraźniej niektórym scenarzystom i fanom Batmana wyleciało to z głowy, że to nie jest ktoś zabawny, śmieszny, nie mamy czekać na jeszcze jeden żarcik idioty z nietypowym kolorem włosów i scenę, w której strzela z pistoletu, ale z lufy wylatuje chorągiewka z napisem BANG!, po czym klaun zaczyna głupio się cieszyć. Joker u Snydera to nieprzewidywalny, pozbawiony skrupułów, okrutny do granic możliwości popierdoleniec, a jego relację z Batmanem doskonale streszcza tekst o tym, co Mroczny Rycerz mógłby dostrzec w oczach swojego największego wroga. Kiedy czytałem Śmierć rodziny, kilkukrotnie byłem... zszokowany to może za duże słowo, ale na pewno zniesmaczony. I czułem ciekawość, co wyniknie z działań Jokera, tyle że jednocześnie wcale nie miałem pewności, czy naprawdę chcę się tego dowiedzieć. Przewracaniu kolejnych stron bardzo często towarzyszyła obawa. To świetna rzecz, kiedy komiks jest w stanie wywołać tego typu emocje. Zapomnijcie o Jokerze przedstawianym jako chory, ale jednak wspaniały strateg i geniusz zbrodni, jak w Człowieku, który się śmieje. W tym albumie jest po prostu chory. I, chociaż to przecież nie ta liga, sposób, w jaki próbuje zniszczyć Batmana, kojarzy mi się przede wszystkim z albumem, w którym chciał udowodnić komisarzowi Gordonowi, jak niewiele dzieli zdrowego psychicznie człowieka od szaleńca. Tym albumem był Zabójczy żart.


Ilustrujący realia życia w Gotham Capullo radzi sobie bardzo dobrze, chociaż drażni mnie sposób, w jaki przedstawia niektórych bohaterów bez masek, choćby Bruce'a Wayne'a. Jakieś to wszystko takie zbyt cukierkowe. Za to kiedy ubierzemy poszczególne postacie w ich kostiumy, dodamy mroczne miasto, fragmenty z bardziej ponurą kolorystyką i oczywiście Jokera, z twarzą, ale nie do końca, jest naprawdę dobrze. W sporej części Śmierci rodziny udziela się także JOCK i udowadnia, że potrafi robić nie tylko mistrzowskie okładki. Jego wersja pokręconego klauna jest nieco inna, jednak równie interesująca jak ta, którą przedstawił Capullo. Teraz pozostaje mi sprawdzić inne zilustrowane przez niego komiksy, bo jest na czym zawiesić oko.


Wśród standardowych pochwał umieszczanych zwykle na ostatniej stronie okładki, znalazł się cytat z Craveonline: „Śmierć rodziny przejdzie do historii jako jedna z najlepszy opowieści o Batmanie”. Może tak, może nie. Chciałbym wiedzieć, co będę myślał o tym komiksie za, powiedzmy, pół dekady. Teoretycznie istnieje możliwość, że nawet nie będę go pamiętał, chociaż nie sądzę. Jasne, to nie jest album doskonały i na pewno mógłbym skrytykować kilka znajdujących się w nim szczegółów. Ale jak na razie, kilka dni po przeczytaniu historii Snydera, piorunujące wrażenie pozostało. Uważam, że jest to świetna rzecz, najlepsza pozycja z przygodami Mrocznego Rycerza ze wszystkich wydanych w naszym kraju pod szyldem „nowego DC Comics”. W Śmierci rodziny znalazły się sceny, które – jestem o tym przekonany – zapamiętam na bardzo długo, choćby taniec w Arkham. Dawno nie czułem takiej radości oraz entuzjazmu po lekturze komiksu, nawet pomimo tego, że wcale nie była lekka, łatwa i przyjemna. Bo Joker, choć jak zwykle sypie żartami jak z rękawa, w ogóle nie bawi. Album oczywiście polecam, z czystym sercem. Fantastyczna, bardzo dobrze narysowana historia. No i ta obwoluta, nie wspominając o zakończeniu: Ha, Ha, Ha!

tekst: Michał Misztal, recenzja napisana w listopadzie 2014 roku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

stat4u