Metody Marnowania Czasu: Recenzja: Sugar. Koci żywot [Serge Baeken]

niedziela, 9 kwietnia 2017

Recenzja: Sugar. Koci żywot [Serge Baeken]

Nie jestem obiektywny. Kocham koty. Mam dwa. Uwielbiam je, chociaż bywa, że doprowadzają mnie do szału i muszę powstrzymywać swoją żądzę mordu. Właścicielom, a raczej współlokatorom tych cudownych zwierząt nie muszę tłumaczyć tego rodzaju relacji. To wspaniałe, kiedy kot kładzie się na mnie i nalega, żebym go głaskał, o ile nie zasłania mi w ten sposób czytanej właśnie książki. Miło popatrzeć, jak pozbywa się zagrażających mi komarów. Gorzej, kiedy dostanie się do szafki, w której trzymam kosz na śmieci, po czym zacznie wyciągać wszystkie odpadki na zewnątrz. Boję się dnia, w którym nauczą się otwierania drzwi. Wtedy już nic ich nie powstrzyma. Co nie zmienia faktu, że koty to fantastyczna sprawa. I teraz dostaję w swoje ręce komiks o kotach. Jak mam obiektywnie go zrecenzować? No jak?

A tak przy okazji, może myślicie, że recenzencki egzemplarz trafił do mnie przypadkiem?

Na szczęście album Sugar. Koci żywot Serge'a Baekena znakomicie broni się nawet bez mojej propagandy. Przede wszystkim – jest świetnie zilustrowany. Poszczególne strony zostały zapełnione dużą ilością niewielkich, ale bardzo szczegółowych kadrów. Rysunki oddają tytułowe życie sierściuchów bardzo wiernie. Wiem, co piszę (czy już wspominałem, że mieszkam z dwoma kotami?). Oglądając poszczególne sceny, wielokrotnie czułem się, jakbym widział powtórkę wydarzeń z mojego własnego życia. To dobrze. Baeken potrafi obserwować, rysować zresztą też. Czytelnik nie uświadczy w komiksie zbyt wielkiej ilości słów, ale nie znaczy to, że należy przekartkować całość w kilka minut. Nad sekwencjami, nieraz mocno rozbudowanymi, warto skupić się bardziej. To więcej niż połowa frajdy płynącej z lektury albumu.

Scenariusz? W przypadku Sugar trudno mówić o złożonej historii. Większość to po prostu sceny z życia kotów, czasem bardzo dramatyczne i kończące się śmiercią zwierząt. Jak napisałby Vonnegut: zdarza się. Pomysł autora na fabułę komiksu nie jest jednak wadą; formuła, którą wybrał, dla tego rodzaju opowieści sprawdza się wręcz idealnie. I co z tego, że można streścić ją jednym krótkim zdaniem?

Albumowi Baekena trudno cokolwiek zarzucić. Rezultat jest w stu procentach taki, jaki powinien być, jednak po raz kolejny zaznaczam, że piszę to jako czytelnik całkowicie nieobiektywny (z kocimi pazurami przystawionymi to tętnicy szyjnej). Zastanawia mnie, jak odbierze ten komiks ktoś, kto nie ma z kotami nic wspólnego albo wręcz ich nie lubi (ale czy w ogóle warto pytać takich degeneratów o zdanie?). Może będzie uprzedzony, powinien jednak docenić realizację pomysłu, ciekawą warstwę graficzną i to, że może oglądać to wszystko z daleka, bez walającej się po dywanach sierści. Snikt!

Do ewentualnych komentujących: jeśli chcecie skomentować powyższy tekst, w miarę możliwości zróbcie to tutaj, nie na forach czy Facebooku. Dzięki temu to, co napiszecie (i być może wynikająca z tego ciekawa dyskusja), pozostanie u źródła zamiast przepadać gdzieś w odmętach Internetu. Z góry dziękuję.

tekst: Michał Misztal, recenzja napisana w czerwcu 2015 roku, opublikowana wcześniej na stronie Gildii Komiksu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

stat4u